Mów mi W.U.J.K.U., czyli świetna zabawa przy „The Man from U.N.C.L.E.”

Mysz z zachwytem o najnowszym filmie Guya Ritchiego, czyli szpiegowskiej komedii w starym stylu.

Długo przymierzałam się do tej notki, ale prawda jest taka, że musiałam opanować swoją wewnętrzną fankę, bo w innymi wypadku, drodzy Czytelnicy, utonęlibyście pod zalewem niekoherentnych pisków. A i tak nie ma żadnej gwarancji, że ta notka nie zamieni się po prostu w spis superlatywnych uwag, przeplatanych szczebiotliwych chichotem i nieprzystojnymi westchnięciami. Ale do rzeczy. Mysz była przedpremierowo na The Man from U.N.C.L.E. (skrócimy tytuł do MFU), czyli najnowszym filmie Guya Ritchiego i chciałabym Wam z tego miejsce tenże film gorąco polecić.

MFU to po części remake a po części prequel bardzo popularnego serialu telewizyjnego z lat 60-tych pod tym samym tytułem. Oryginalne „The Man from U.N.C.L.E.” odnosiło swego czasu ogromne sukcesy zarówno w Stanach, jak i w Europie. W dużym stopniu przyczynił się do tego główny zamysł produkcji, w której szarmancki i śliski niczym węgorz amerykański szpieg Napoleon Solo musi nawiązać niechętną, acz owocną współpracę z twardym, małomównym szpiegiem z Rosji, Illyą Kuryakinem. Biorąc pod uwagę, że serial był emitowany w latach ’64-’68, gdy USA i Rosję  dzielił bezmiar Zimnej Wojny, „The Man from U.N.C.L.E.” zdecydowało się na naprawdę odważny krok, łącząc dwóch nieoczekiwanych bohaterów z przeciwnych stron barykady. Serial przeszedł w międzyczasie kilka zmian, przekształcając się z dramatu w parodię szpiegowskiego gatunku, jednak po dziś dzień można spotkać jego zagorzałych fanów i to nie tylko wśród osób ze starszego pokolenia. Choć może się to wydawać dziwne, pod wieloma względami Solo i Kuryakin odcisnęli na popkulturze równie silne piętno, co Kirk i Spock. Zresztą między tymi postaciami nie raz wysnuwano paralele, a Shatner i Nimoy swego czasu wystąpili gościnnie w „The Man from U.N.C.L.E.”.

Classic UNCLE

Robert Vaughn jako Napoleon Solo i David McCallum jako Illya Kuryakin

Mysz pisze to wszystko, by uświadomić Wam, że MFU nie wzięło się znikąd. Guy Ritchie i jego długoletni współpracownik, Lionel Wigram, sami przyznają, że są wielkimi fanami oryginalnej serii i z dużym entuzjazmem podeszli do oddania hołdu tej produkcji. Mysz musi jednak przyznać, że choć docenia starania, które Ritchie i Wigram włożyli w wierne oddanie klimatu „The Man from U.N.C.L.E.” przy jednoczesnym zaadaptowaniu fabuły i postaci dla współczesnego widza, trudno jest mi je adekwatnie ocenić. Osobiście mam o „The Man from U.N.C.L.E.” mniej więcej taką wiedzę jak o The Six Million Dollar Man albo The Avengers (tych serialowych, w Polsce znanych jako „Rewolwer i Melonik”) – wiem że istniały i że odcisnęły swoje piętno na popkulturze. Jeśli jednak wierzyć fanom oryginalnego serialu z lat 60-tych, Ritchie i spółka bardzo umiejętnie zaadaptowali materiał źródłowy, zachowując wszystkie istotne elementy, jednocześnie nadając im współczesny twist, bardzo charakterystyczny dla produkcji Guya Ritchiego. Innymi słowy: jeśli podobał Wam się Sherlock Holmes z Downeyem Jr.’em i lubicie klimaty szpiegowskie circa Bondy Connery’ego i Moore’a (czy nawet serial The Saint z Moorem), MFU z pewnością przypadnie Wam do gustu.

W filmie Ritchiego, który funkcjonuje w pewnym stopniu jako prequel do serialu, obserwujemy jaki Solo i Kuryakin poznają się po raz pierwszy; jesteśmy też świadkami ich pierwszej wspólnej misji. Podążając za utartym schematem według którego rozgrywały się kolejne odcinki oryginalnego serialu, Solo i Kuryakin (u Ritchiego grani przez Henry’ego Cavilla czyli Supermana i Armiego Hammer, znanego chociażby z roli bliźniaków Winkolevossów w The Social Network czy głównej roli w nieudanym The Lone Ranger) muszę pomóc „niewinnej” ofierze, która niechcący została wpląta w skomplikowaną rozgrywkę między siłami zła – reprezentowanymi w świecie serialu przez organizację T.H.R.U.S.H. – a siłami dobra, czyli naszą dwójką agentów, działającą na zlecenie agencji wywiadowczej U.N.C.L.E. (United Network Command for Law and Enforcement). Organizacja ta, w przeciwieństwie do MI5 czy MI6, nie tylko stara się zachować prawo i porządek na arenie międzynarodowej, ale także werbuje szpiegów i agentów wszelkich narodowości – stąd współpraca dwóch mężczyzn z przeciwnych stron politycznej barykady nie jest ewenementem.

UNCLE (10)

W tym wypadku „niewinną” ofiarą, której Solo i Kuryakin muszą pomóc, jest Gaby Teller – mechanik samochodowy, którą nie tylko trzeba wydostać zza Żelaznej Kurtyny, ale także zjednoczyć z jej zaginionym ojcem-naukowcem, który (a jakżeby inaczej) pracował nad nową bronią jądrową. Jeśli wyczuwacie w tej fabule znajome motywy, to nie koniec znajomych elementów – Richie garściami czerpie nie tylko z kanonu serialowych fabuł, ale także klisz gatunku kina szpiegowskiego. Tak więc oprócz znanego nam dobrze motywu, w którym dwójka niechętnych agentów o przeciwstawnych charakterach musi współpracować by uratować świat, mamy także cały worek schematów i tropów znanych z tysiąca innych, podobnych produkcji w tym jeden z Myszy ulubionych motywów – undercover as lovers, gdzie Illya i Gaby muszą udawać nowo-zaręczoną parę by zyskać dostęp do wujka Gaby, pracującego dla Alexandra i Victorii Vinciguerra, bogatych właścicieli firmy spedycyjnej, która być może ma związek ze zniknięciem ojca Gaby.

Tyle pokrótce o zarysie fabuły – więcej nie ma sensu mówić. Tym bardziej, że wierzcie lub nie, ale to nie fabuła „robi” ten film. Choć Ritchie bardzo sprawnie prowadzi swoich bohaterów od sceny do sceny, zgrabnie łącząc je w sensowną, spójną ciałość, niemal wszystko co oglądamy jest nam skądś znajome. Mysz zresztą długo właśnie z tym miała największy problem po seansie – że film Ritchiego właściwie niczym mnie nie zaskoczył. Don’t get me wrong: to nie tak, że MFU leniwie odbębnia kolejne wyświechtane klisze. Ritchie raczej podszedł do scenariusza bardzo świadomie, z dużym szacunkiem i zrozumieniem wypunktowując w filmie wszystkie obowiązkowe elementy kina szpiegowskiego. Jednak głębsze zastanowienie się nad filmem uświadomiło mi, jak rzadko ostatnio spotykam filmy, które nie próbują być czymś, czym nie są. Ritchie nakręcił film napakowany schematami w pełni świadomie i Mysz musi przyznać, że jest to nader sprytny zabieg. Zamiast wyczekiwać kolejnego twistu, do którego przyzwyczaiło nas mrowie współczesnych filmów akcji, zaczynamy skupiać się na innych elementach MFU: sympatycznej dynamice między bohaterami; błyskotliwych ale stonowanych dialogach; subtelnościach gry aktorskiej; pięknie i wysmakowaniu scenografii i kostiumów; cudownych brzmieniom fenomenalnie dobranej muzyki; i tak dalej. Po którymś razie, gdy akcja toczy się dokładnie tak jak podejrzewaliśmy, mimo naszego ciągłego second-guessing, że przecież to nie może być takie proste (do czego przyzwyczaiło nas wiele współczesnych filmów), zaczynamy cieszyć się tym, co oglądamy. I to cieszyć się w taki bardzo prosty, nieskomplikowany sposób, którego mam wrażenie momentami bardzo brakuje w tym, co obecnie przyszliśmy nazywać kinem rozrywkowym.

UNCLE (23)

Zresztą Mysz chciałaby tu nadmienić rzecz dość istotną, a mianowicie kampania promocyjna MFU troszkę kłamie. Choć w trailerach widzimy sporo scen akcji, w istocie sam film zawiera ich bardzo niewiele, a i wówczas są one stosunkowo krótkie (z jednym wyjątkiem, ale o tym później). Tak więc mamy film akcji, w którym w sumie niewiele jest akcji. Co więcej, choć niektórzy określają MFU mianem szpiegowskiego thrillera, także i tutaj Myszy zdaniem rozmijają się z prawdą – w MFU napięcie jest tyle, co kot napłakał. Poniekąd wynika to z napomkniętej przeze mnie przewidywalności filmu. Drugą kwestią, która mocno spłaszcza aspekt thrillera jest to, że film nie traktuje się poważnie. I nie chodzi nawet o to, że całe wielkie zagrożenie, któremu muszą zapobiec nasi bohaterowie wydaje się błahe – ot, jedna głowica nuklearna, wszak to drobnostka – a raczej o ogólny, szalenie lekki klimat filmu. Oczywiście główną zasługę za to należy przypisać Ritchiemu, który znany jest z takich żartobliwych, niepoważnych produkcji. Zresztą Mysz właśnie z tego względu prędzej określiłaby MFU mianem spy caper comedy. W gruncie rzeczy kino szpiegowskie, przynajmniej tego niegdysiejsze, ma wiele elementów wspólnych z tak zwanym kinem „włamaniowym”. Lekkość i humor MFU, myślę, nie bez powodu przywodzą na myśl wyczyny ekipy Ocean’s Eleven czy chociażby klimat Snatch – także filmu Ritchiego.

Znajduje to także odzwierciedlenie w postaci Napoleona Solo, byłego żołnierza, który po wojnie zajął się, z dużym sukcesem, „pozyskiwaniem dóbr wszelakich” – innymi słowy, został złodziejem-dżentelmenem. Przyłapany na gorącym uczynku i postawiony przed więziennym wyrokiem, Solo postanawia zutylizować swoje niemałe zdolności ku chwale ojczyzny. Oczywiście, jak na agenta przystało, jest dobrze wykształcony, szarmancki i wygadany. Do tego, niepoprawny kobieciarz. Innymi słowy: Bond, tylko bardziej wyluzowany. Zresztą podobieństwa do agenta 007 nie wzięły się z powietrza – Napoleon Solo narodził się w głowie Iana Fleminga, który został poproszony o konsultację przy koncepcie oryginalnego serialu z lat 60-tych. Co ciekawe, nie jest to jedyna nić łącząca Solo i Bonda – brytyjski aktor Henry Cavill, z powodzeniem wcielający się u Ritchiego w Amerykanina, swego czasu był rozważany do roli najsłynniejszego brytyjskiego agenta. No wonder – Cavill jest klasycznie przystojny, a jego wachlarz ról pokazuje, że w aktorze tym drzemie niemały talent. Tym bardziej Mysz się cieszy, że Cavill dla odmiany zagrał u Ritchiego – w czymś lekkim i zabawnym. Dzięki temu możemy się przekonać, że Cavill to nie tylko zachmurzone błękitne spojrzenie Supermana, ale także zaskakująco czarujący uśmiech i świetny komediowy timing. Mysz nie dziwi się, że w kuluarach ponownie wymienia się nazwisko Cavilla w kontekście Bonda – staż Craiga powoli zmierza się ku końcowi i gdyby Mysz w tej chwili miała wskazać shortlist aktorów nadających się by go zastąpić, Henry Cavill znalazłby się u szczytu tej listy.

UNCLE (28)
UNCLE (27)

Jak słusznie jednak zauważą fani serialu – a także tacy jak Mysz świeżo-zindoktrynowani fani filmu – Napoleon Solo byłby niczym, gdyby nie jego partner i przeciwwaga, Illya Kuryakin. Już w czasach emisji w latach 60-tych, twórcy szybko przekonali się, że to nie Solo – w zamyśle główny bohater serii – zgarnia największą sympatię widzów. Zaszczyt ten przypadł w udziale małomównemu i enigmatycznemu Illyi. Adoracja fanów, zwłaszcza płci żeńskiej, osiągnęła w owych czasach tak duże natężenie, że grający Illyę David McCallum (z pewnością znany widzom NCIS jako Ducky) został przez media obwołany „piątym Beatlesem”. W historii studia MGM nikt nie otrzymał większej ilości listów od fanów niż właśnie McCallum.

Mysz się temu ani trochę nie dziwi – jeśli kreacja aktorska Armiego Hammera o czymkolwiek świadczy, to właśnie o tym, że postać Illyi Kuryakina jest jedną z największych zalet MFU. Choć Hammer nadał bohaterowi własny szlif, zdaniem Myszy wciąż można w nim odnaleźć echa tego, kim ta postać była w oryginalnym serialu. To wciąż człowiek opanowany, enigmatyczny, rzecz by nawet można – mrukliwy. U Richiego dochodzi jednak nowy element, a mianowicie ataki agresji. Mysz zastanawia się, czy wprowadzenie tego dodatkowego aspektu wynikało jedynie z chęci rozszerzenie znanych cech postaci i dodania mu szczypty nieprzewidywalności, czy może przypadkiem Ritchie zainspirował się fizys Hammera. Nawet w przy niemałym Cavillu (1,85m), Hammer imponuje wzrostem (1,96), przez co jego Illya musiał z niepozornego rosyjskiego agenta przeistoczyć się w blond siłacza, którego sama obecność jest już przytłaczająca i wionie nutką zagrożenia. Jest to fantastycznie skontrastowane z niemal Disneyowską fizjonomią Hammera (wszak nie na darmo grał księcia w Mirror, Mirror) i jego błękitnymi oczami, które w odpowiednich momentach przybierają wręcz szczenięco-maślany wyraz.

© http://ffrenchtoast.tumblr.com/post/126912296449© http://ffrenchtoast.tumblr.com/post/126912296449© http://ffrenchtoast.tumblr.com/post/126912296449

Mamy więc wywołującą poczucie zagrożenia, chłodną, twardą prezencję, sparowaną z imponującym wzrostem i oschłym, niemal(!) pozbawionym poczucia humoru obejściem. A jednak pod tą maską skrywa się nieco ciepła, o czym przekonuje się nie tylko Gaby -której relacja z Illyą dość prędko z udawanej miłości przeistacza się w coś bardziej realnego – ale także Napoleon, do którego Rosjanin zaczyna pałać autentyczną sympatią. Zresztą jest to sympatia odwzajemniona, bo nie zapominajmy, że to właśnie relacja Solo i Kuryakina jest tak naprawdę najlepszym elementem nie tylko oryginalnego serialu, ale także filmu Ritchiego.

Gdyby Cavill i Hammer – a co za tym idzie Solo i Kuryakin – nie mieli na ekranie odpowiedniej chemii, MFU byłoby filmem absolutnie do zapomnienia. Mimo mego szacunku dla rzemiosła Ritchiego to właśnie relacja dwóch agentów „robi” cały film. Żeby nie było, Mysz sądzi, że Ritchie jest nieodzownym elementem tej układanki i jednym z powodów dla których ostatecznie nabieramy do tych postaci takiej sympatii. Bez błyskotliwych, tak charakterystycznych dla Ritchiego dialogów i rozbrajająco dowcipnych scenek, ekranowa współpraca Solo i Kuryakina nie byłaby ani tak angażująca ani tak prawdziwa. Jest coś ujmującego w tym, jak bardzo film nie wstydzi się swojej metroseksualności, i to nie tylko pod względem warstwy wizualnej – strojów, scenografii, wysmakowania pewnych kadrów, montażu, etc. – ale przede wszystkim relacji między bohaterami.

Mysz przykładowo zwróciła uwagę na to, jak w gruncie rzeczy ograniczanymi przez innych postaciami są zarówno Solo jak i Kuryakin. Obaj w dużej mierze podlegają swoim przełożonym i to wcale nie chętnie – nie są Bondem, dla którego szpiegostwo to oczywista droga kariery. Zostali do takich a nie innych decyzji zmuszeni okolicznościami losu i łatwo zauważyć, że czują się stłamszeni. Co ciekawe, dopiero ich wzajemne przepychanki – uszczypliwe, ale w gruncie rzeczy pełne wzajemnego podziwu prztyczki, które oddzierają ich z przywdzianych mentalnych zbroi (Solo z jego ogłady dandysa, Kuryakina z jego imidżu bezwolnego, brutalnego narzędzia) – pozwalają im wyjść z ram narzuconych przez wykonywany zawód i odetchnąć pełniejszą piersią. Może się to wydać nieco infantylne, ale w dużej mierze wartością niełatwej przyjaźni Illyi i Napoleona jest to, że w swoim towarzystwie mogą się dobrze bawić i to bez poczucia zagrożenia, że jeśli nie będą przez 100% czasu odgrywać niedostępnego macho, stanie im się coś złego.

UNCLE (12)

 „He’s a real story-teller through character.”

Henry Cavill o Guyu Ritchiem

Mysz w trakcie seansu wielokrotnie nachylała się Lubego, by upewnić się, że to nie tylko jej fanowski, nastawiony na slash mózg nad-interpretuje padające z ekranu dialogi; że one naprawdę są tak pełne dwuznaczności, innuendos i homoerotycznych podtekstów. Okazuje się, że it’s not just me. Pomijając, że nawet w serialu para Solo i Kuryakin wywoływała żywiołowe reakcje wśród fanów (porównania do Spocka i Kirka, pra-ojców slashu są niebezpodstawne także i na tym polu), relacja dwóch mężczyzn, którzy „tak się czubią, że aż się lubią” zawsze będzie miała pewne konotacje homoerotyczne. Jednak u Ritchiego są one świadomie przesterowane – z nich często płynie zawarty w filmie humor. Mysz spieszy jednak donieść, że nigdy nie jest to śmiech okrutny czy wytykający, bo też Ritchie i jego aktorzy nie traktują homoseksualnych implikacji jako czegoś złego. Żarty te padają z ekranu bez negatywnych konotacji – nikt nie reaguje obruszeniem na dwuznaczną uwagę; nie ma też wypierania się, że „to nie miało tak zabrzmieć”. Cavill zapytany w wywiadzie o to, czy musiał sztucznie „rozdmuchać” homoseksualne aspekty swojej ekranowej relacji z Hammerem, odpowiedział, że nie było to celowe – wynikło wręcz naturalnie, także stąd, że zarówno on, jaki i Hammer i sam Ritchie czują się pewnie w swojej seksualności. Nie było więc obawy, że coś wyda się „too gay”.

Mysz, jako widz niezmiernie wyczulona na wszelkie sygnały „NO HOMO”, przede wszystkim we współczesnej popkulturze, jest takim podejściem ogromnie uradowana. I to wbrew pozorom wcale nie dlatego, że dzięki temu film jest wręcz idealnym terytorium dla wszelkich fanowskich działań. Umówmy się: wiemy, że filmowe postacie nie muszą się wcale lubić – ba, nie muszą się nawet znać! – by fani zechcieli ich widzieć jako parę. Niemniej w przypadku Solo i Kuryakina, trio Cavill, Hammer i Ritchie wykonali lwią część pracy za nas. I zrobili to w sposób naprawdę godny podziwu: Mysz od lat nie pamięta równie zabawnej, laugh-out-loud funny sceny, która rozgrywałaby się w sklepie z damską odzieżą. Z drugiej strony, czego się spodziewać po Ritchiem, który w zrobił Holmesa i Watsona stare, skłócone, ale kochające się małżeństwo. I to w nawet większym stopniu, aniżeli te postaci już przypominały małżeństwo u Conan Doyle’a. W każdym razie Mysz docenia, że Ritchie stara się wykraczać w MFU poza ramy tego, co przyjęło się utożsamiać z imidżem „prawdziwego mężczyzny”.

tumblr_nt7wrfyXHX1tq0wuto1_400 tumblr_nt7wrfyXHX1tq0wuto2_400

Nie pamiętam też kiedy ostatni raz tak szybko zaczęłam kibicować jakiejś ekranowej parze. Jednak, wbrew pozorom, wcale nie mam w tej chwili na myśli Solo i Kuryakina. A raczej nie tylko ich. Bo oto pomiędzy dwójką niechętnie współpracujących agentów pojawia się Gaby Teller. Ta no-nonsense‚owa mechanik, grana przez Alicię Vikander, wbrew pozorom nie jest ani piątym kołem u wozu, ani kością niezgodny, rzuconą między naszych bohaterów. Tak samo jak powiewem świeżości jest oglądanie postaci Rosyjskiego szpiega, który nie jest Tym Złym, tak w przypadku MFU mamy do czynienia z rzadkim, ale obecnie coraz popularniejszym motywem. A mianowicie: w filmie nie ma miłosnego trójkąta.

W filmie dość prędko orientujemy się, że Solo jest niepoprawnym bawidamkiem, który pięknej kobiecie raczej łatwo nie odpuści. Równie prędko widzimy, że mimo początkowych tarć, Illya i Gaby mają się ku sobie. A mimo to Ritchie nigdy nie każe nam obawiać się, że skomplikowane relacje między trójką bohaterów staną im na drodze do celu, jakim jest uratowanie świata przed zagrożeniem. Gaby nie jest niczyją nagrodą – relacje jakie ją łączą z oboma agentami oparte są przede wszystkim na wzajemnym szacunku (czasem niechętnym). Nie mamy też sytuacji w której Gaby musi się wkupić w łaski któregoś z panów, albo udowodnić swoją wartość. Jest samodzielną postacią, obdarzoną przeszłością i indywidualnymi umiejętnościami. Warto zwrócić uwagę, że w MFU, Solo – będący wszak niepoprawnym kobieciarzem – nie tyle nie zdobywa Gaby, co wręcz nigdy nie czyni ku niej żadnych awansów. Traktuje ją jak partnera (ewentualnie siostrę), a nie love interest czy sexual conquest.

A co do miłosnego iskrzenia… Mysz przychyliłaby się raczej do teorii, że nikt w skrytości ducha nie kibicuje Illyi i Gaby tak mocno, jak Napoleon. Choć jak na mężczyzn przystało, obaj panowie raczej nie rozmawiają o drzemiących w nich emocjach i dręczących ich bolączkach, Hammer i Cavill grają bardzo otwarcie. Rozumiem przez to, że stosunkowo łatwo odczytać, co ich bohaterom siedzi w głowach – nie trzeba się bardzo wczytywać w niuanse, czy wysnuwać fanowskie nadinterpretacje. Jak wspominałam, prostota fabuły MFU pozwala nam się skupić na innych elementach filmu, w tym grze aktorów. Stąd nietrudno zauważyć, że Solo i Kuryakin darzą się autentyczną sympatią, mimo iż do samego końca filmu porozumiewają się głównie za pomocą żartobliwych docinek i uszczypliwości. A jednak w tych przekomarzankach nie ma nieuzasadnionej zazdrości i napuszonego zaznaczania swojego terenu, jak to często mam miejsce w przypadku silnych, męskich postaci, skonfrontowanych z obecnością kobiety. For one, Myszę fakt, iż między bohaterami MFU nie ma sztucznie wykreowanego konfliktu o kobietę ogromnie cieszy.

UNCLE (1)

Fakt, że między bohaterami nie ma trójkąta miłosnego, nie oznacza, że Illya nie bywa o Gaby zazdrosny – wszak jest twardym, rosyjskim szpiegiem i musi bronić swojej fikcyjnej narzeczonej przed zakusami obcych mężczyzn. Naturalnie, w przypadku stoickiego, a z drugiej strony wybuchowego Illyi, sceny te wypadają te przede wszystkim przekomicznie. Jak się jednak okazuje, Gaby wcale nie potrzebuje jego ochrony ani opieki (co nie oznacza, że nie ma czasem ochoty z niej skorzystać). Mysz może nie być fanką tego, jak Vikander gra Gaby – płasko, płasko, tak płasko! – ale mimo to widzi w tej postaci wiele cech pozytywnych. Choć Gaby jest teoretycznie ofiarą w trybikach  szpiegowskiej organizacji, która chce wykorzystać jej rodzinne więzi, by uratować świat, Gaby nie jest bezwolna.

Ritchie z łatwością mógł napisać postać „seksownej lampy”, która przechodzi z rąk do rąk i służy jedynie jako love interest dla Illyi. Na szczęście scenarzyści nie poszli na łatwiznę – choć padający w filmie tekst „I like my women strong” w ustach Kuryakina brzmi nieco seksistowsko (zwłaszcza połączony z jego obcesowym tonem), Gaby szybko pokazuje, że zasługuje na określenie „silnej kobiety”. Co ciekawe, widzimy że Gaby nie tylko intelektualnie jest zarówno dla Solo jak i Napoleona równorzędnym partnerem – o dziwo, ta malutka Niemka (grana przez petite Szwedkę, z której mikrym wzrostem Mysz się zaskakująco identyfikowała, co przydawało niektórym scenom między nią a Hammerem/Illyą interesującego podtekstu :P) także w sferze fizycznej potrafi pokazać kto tu rządzi, i porozstawiać obu panów po kątach. Jak to ładnie określił pewien recenzent: Gaby to Imperator Furiosa w skórze Holly Golightly ;)

tumblr_nt75koPu6T1rjjxbmo1_250
tumblr_nt75koPu6T1rjjxbmo2_400
tumblr_nt75koPu6T1rjjxbmo3_400
tumblr_nt75koPu6T1rjjxbmo4_250
tumblr_nt75koPu6T1rjjxbmo6_250
tumblr_nt75koPu6T1rjjxbmo5_250

To zresztą nie jedyny silny kobiecy akcent w MFU. Wspomniana przeze mnie Victoria Vinciguerra, grana przez Elizabeth Debicki (Australijkę polskiego pochodzenia), nie jest li jedynie pięknym, modnie ubranym dodatkiem do swego bogatego męża-playboya. Wbrew pozorom to ona tu rządzi i to jej bystry umysł stoi za całym niecnym planem, który tworzy oś fabuły. Mamy więc dwie kobiety, w których rękach mężczyźni są niemal niczym szachowe figury, bezwolnie przestawiane na wielkiej szachownicy, a mimo to, w filmie nie uświadczymy mizoginizmu. Byłoby bardzo łatwo zawrzeć w MFU takie przekonania, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę realia społeczne i kulturowe tamtego okresu, czy specyfikę kina szpiegowskiego, gdzie kobiety często sprowadzało się do roli arm candy.

Jednak Myszy zdaniem i tu Ritchie zdołał uniknąć wdepnięcia na minę – choć Solo i Kuryakin nie raz mają w filmie okazję (i powód) by określić kobietę niewybrednym epitetem lub obarczyć ją za coś winą, nie ma to ani razu miejsca. I choć Mysz chciałaby, żeby Vikander zagrała Gaby nieco mniej na jedną nutę (God knows, w postaci tej drzemie ogromny potencjał, wystarczyłby nieco szerszy wachlarz subtelnych, zniuansowanych emocji), i żeby Victoria Vinciguerra była nieco mniej stereotypowym badguy’em – takim który jest Zły, dlatego że jest Zły – miło oglądać film, w którym mężczyźni nie przyćmiewają całkowicie żeńskich bohaterek. Tym bardziej, że łatwo odnieść wrażenie, iż zarówno Solo jak i Kuryakin są w pełni świadomi tego, jak silne (a także poniekąd niebezpieczne) są otaczające ich kobiety.

Mysz jest zresztą zdania, że wiele z sympatii, jaką widz może żywić względem bohaterów MFU bierze się z tego, jacy są oni niedoskonali. W wywiadach, Hammer i Cavill wspominają o tym kręcili wspólną scenę walki. Nie było tam żadnej wymyślnej choreografii – ot, dwóch facetów naparzających się po pyskach. Ten kontrast realizmu ciekawe współgra i kontrastuje szalenie wystylizowaną warstwę wizualną filmu. Wydawać by się mogło, że w tak pięknie skrojonych garniturach i lśniących skórzanych kurtkach poradziłby sobie wyłącznie James Bond – agent, któremu wszystko zawsze się udaje. A jednak to właśnie pewna nieudolność sprawia, że Solo i Kuryakin zyskują naszą sympatię – czy to w przypadku gdy Solo flirtuje z początkowo kompletnie nieświadomą jego zakusów hotelową recepcjonistką, czy to w momencie gdy Illya nieskutecznie próbuje powstrzymać jeden ze swoich ataków furii we włoskiej toalecie.

UNCLE (18)

“Guy was always telling us, ‘No one’s too cool, no one’s too funny, no one’s too stupid,’ (…) It’s got that lovely thing of people seeming to be very sharp, then suddenly falling through a doorway. It makes larger-than-life characters human.”

Mimo tego, że bohaterowie nie są tymi stuprocentowo skutecznymi, nieomylnymi działającymi agentami, za których początkowo moglibyśmy ich uznawać, nijak nie umniejsza to wiary widza w to, że bohaterom ostatecznie się powiedzenie. Może i nie są bezbłędni w tym co robią, ale z pewnością są w tym najlepsi. Poza tym Mysz uważa, że nie ma nic bardziej uroczego i zwyczajnie, po ludzku znajomego, niż scena w której Solo w trakcie pościgu samochodem korzysta mapy, by nie zgubić się wśród berlińskich uliczek. To zresztą nie jedyny moment, gdy Ritchie sprytnie wykorzystuje technologiczne „zacofanie” lat 60-tych. Zwróćcie szczególną uwagę na scenę z mikrofonami do podsłuchu, czy nadajnikiem namierzającym Gaby – widać w tych scenach, że Ritchie bezbłędnie rozumie humor, drzemiący w gatunek kina szpiegowskiego i to zwłaszcza z punktu widzenia współczesnego widza, dla którego wszak MFU jest przeznaczony.

Ta współczesność przebija notabene przez cały film. Wprawdzie akcja rozgrywa się w akcjach 60-tych i cała produkcja – od strojów i scenografii aż po muzykę i sekwencje akcji – jest na ten okres stylizowana, są to swingin’ sixties widziane przez pryzmat czasów obecnych. Wszystko jest wymuskane i kolorowe, niczym strona z błyszczącego żurnala. Nie jest to skądinąd pierwszy raz gdy Ritchie używa tak wysoce wystylizowanej warstwy wizualnej: stroje i gadżety w Sherlocku Holmesie też w wielu przypadkach nie przypominają rzeczywistych rekwizytów z XIX wieku.

UNCLE (7)

To co Myszy szalenie u Ritchiego zaimponowało to nie tylko estetyczne wysmakowanie, ale także umiejętność nie przekraczania granicy dobrego smaku. Nie tak dawno mieliśmy w kinach inny szalenie stylizowany szpiegowski film akcji z akcentami komediowymi – mowa oczywiście o Kingsman: The Secret Service. Myszy bardzo się podobał ukazany tam Vaughnowski kontrast między brutalnymi scenami akcji, a wymuskanymi agentami-dżentelmenami, którzy się tych aktów agresji dopuszczali. Jest to jednak film, który pozostawił wielu widzów z pewnym niesmakiem. A to wszystko ze względu na ostatnią minutę filmu, która w odczuciu sporej części publiczności nijak nie zgrywa się z wizją eleganckiego, szarmanckiego agenta, jaką w Kingsman stworzono.

Mysz spieszy donieść, że MFU nigdy tej granicy dobrego smaku nie przekracza i to mimo, iż filmie mamy scenę całkiem drastycznych tortur. Więcej: nawet łóżkowe zapędy Solo są ograniczone do minimum: jego schadzka rozgrywa się poza kadrem, a jego partnerkę widzimy roznegliżowaną tylko raz, w ujęciu które jest bardzo tasteful i nie epatuje golizną. Ritchie zrobił też rzecz rzadko ostatnimi czasy spotykaną, mianowicie nie próbował grać na niskich instynktach kobiecej części widowni. Cavill i Hammer, owszem, występują w filmie w świetnie skrojonych ubraniach, ale ani razu nie występują bez ubrań. Innymi słowy, w MFU nie ma ani jednego gratuitous ab shot. Dla wielu widzek będzie to pewnie wada, ale dla Myszy była to miła odmiana po kolejnych nachalnych ujęciach połyskujących oliwką klat Hemswortha czy Evansa w filmach Marvela. Miło, że Ritchie nie tylko pod względem wygląd starał się trzymać film w granicach dobrego smaku.

UNCLE (13)

Jest jednak jedna rzecz, która Myszy zdaniem u Ritchiego nie wyszła. I chociaż nie wiem czy winę za to ponosi właśnie zbytnia stylizacja filmu na lata 60-te, czy raczej taki a nie inny format skupiający się bardziej na relacjach między bohaterami… dość, że sceny akcji w MFU są… no właśnie: . Wiele więcej o nich powiedzieć nie można. Mysz już wspominała, że moim zdaniem najnowszego filmu Ritchiego nie można określić mianem action movie. Są tu dwie ładnie nakręcone sceny pościgu (zwłaszcza finałowa scena wykorzystuje wiele ciekawych aerial shots), jest kilka walk, jest nawet cała długa sekwencja szturmu na wrogą placówkę, ale w gruncie rzeczy sceny te przede wszystkim czemuś służą – głównie zobrazowaniu rozwoju postaci i relacji między nimi.

W tym kontekście Mysz najchętniej w ogóle wycięłaby z filmu całą wspomnianą sekwencję szturmu – scena ta posuwa fabułę naprzód w bardzo niewielkim stopniu, a tak naprawdę głównie nuży. Wprawdzie Mysz docenia jej stylizacją na lata 60-te (split-screen, ciekawe ujęcia i montaż), ale ani nie widzimy tam niczego ciekawego, ani żadnych imponujących popisów choreografii walk. Podobnie ostatnia scena pościgu, choć piękne nakręcona, wnosi do filmu bardzo niewiele. If I didn’t know any better, pomyślałabym, że Ritchie próbuje sztucznie wypchać film. Kto wie: może studio był zaniepokojone, że w filmie szpiegowskim jest tak niewiele akcji? :)

Mysz musi wszelako wspomnieć o czymś, co się Ritchiemu bardzo w filmie udało, także pod względem trzymania się stylizacji na lata 60-te. Mam na myśli muzykę. I teraz uwaga: Mysza is gonna wax-poetic about the soundtrack. Zostaliście ostrzeżeni.

Daniel Pemberton to nagrodzony kompozytor, tworzący przede wszystkim dla BBC, wciąż raczej nieznany szerszej widowni. Mysz obstawia jednak, że wkrótce się to zmieni, bo ścieżka dźwiękowa którą Pemberton stworzył dla MFU, łącząc wyszperane wśród winylowych płyt zapomniane piosenki z lat 60-tych z klimatem kina szpiegowskiego, jest jedną z najlepszych jaką Mysz słyszała w tym roku. Dość powiedzieć, że soundtrack z Mad Max: Fury Road, który niemal zajeździłam na Spotify, właśnie poszedł w odstawkę – od wtorku nie słucham niczego innego, tylko „The Man from U.N.C.L.E. (Original Motion Picture Soundtrack)”.

To jeden z tych albumów, który Mysz z łatwością mogłaby rozłożyć na czynniki pierwsze i w każdym utworze znaleźć coś wyjątkowego. Zbyt wiele współczesnych soundtracków, zwłaszcza do filmów akcji, brzmi tak samo: „o, to jest muzyka pod pościg”, „ten motyw oznacza, że zaraz pojawi się ten zły”, i tak dalej. Pemberton postawił sobie za punkt honoru, by każdy utwór pojawiający się w filmie był zaskoczeniem – by nie brzmiał jak coś, co być może w pierwszej chwili byśmy pod daną scenę podłożyli. Filmy Ritchiego zawsze w ogromnej mierze polegały na muzyce dla stworzenia odpowiedniego klimatu, więc Pemberton miał niełatwe zadanie – musiał napisać muzykę, która nie tylko pasowałaby do każdej sceny, ale także nie przypominała żadnego wcześniej słyszanego utworu. Ritchie i Pemberton chcieli by soundtrack nie przypominał zlewających się w jedno, nierozróżnialnych utworów – każdy miał być osobnym dziełem sztuki, z własnym indywidualnym feelem i klimatem. Miał być jak osobna piosenka, przypadkiem idealnie dopasowująca się do oglądanej na ekranie sceny.

Mimo iż muzyka do MFU nie przypomina niczego, co Mysz by słyszała wcześniej, jednocześnie otwarcie odwołuje się do bardzo konkretnych skojarzeń. Mamy więc ogólny feel muzyki lat 60-tych, w szczególności kina szpiegowskiego tamtego okresu. Jest sporo instrumentów dętych, imponująca perkusja (utwór „Drums of War” to w gruncie rzeczy 24-osobowa orkiestra złożona wyłącznie z perkusji), i unoszące się nad nimi motywy główne, grane na bardzo ciekawych instrumentach: mamy chociażby klawesyn i coś, co brzmi jak cytra albo nawet bałałajka. W Myszy odczuciu fenomenalnie odwołuje się do klimatów rosyjskich, wprowadzając do muzyki charakter postaci Illyi. Jest też piękne „Signori Toileto Italiano” w którym można wyczuć odrobinę tango, which makes me smile every time I hear it. Mamy także fantastyczny flet jazzowy, który brzmi jakby ktoś jednocześnie grał na flecie i uprawiał beat-boxing. Dzięki temu w soundtracku przebrzmiewa echo muzyki Enio Morricone, spotęgowane wykorzystaniem przez Pembertona innych, typowo westernowych motywów. Przykładowo, mogliście w drugim trailerze MFU słyszeć utwór „Take You Down”, w którym wyraźnie słychać wpływ Morricone – ten zawodzący krzyk to jego calling card.

Mysz jest zdania, że to właśnie soundtrack Pembertona – którego ładny przekrój słyszymy w poniższym ultra-długim trailerze z ComicConu – obok chemii Cavila i Hammera „robi” film Ritchiego. Tak jak nie wyobrażam sobie Solo bez dobrze skrojonego garnituru, a Kuryakina bez kaszkietu, tak nie wyobrażam sobie MFU bez muzyki Pembertona. Jego ścieżka dźwiękowa ‚ubrała’ film w elegancki garnitur i to taki, którego Napoleon Solo mógłby mu z łatwością pozazdrościć. A jednocześnie, trzymając się Ritchie’owskiego klimatu, muzyka Pembertona nie traktuje się zbyt serio – jest radosna, momentami wręcz niedorzeczna, ale dzięki temu zapada w pamięć. A gdy dodamy do tego takie perełki jak „Cry To Me” Solomona Burke’a, „Take Care of Business” Niny Simone (lecące podczas napisów końcowych), czy chociażby włoskie „Che Vuole Questa Musica Stasera?” czy brazylijskie „Jimi renda-se”, otrzymamy absolutne must have dla każdego fana dobrych, nietuzinkowych filmowych soundtracków.

No dobrze. A czy MFU ma coś więcej do zaoferowania niż tylko dobrą rozrywkę?… to zależy. Jakkolwiek pretekstowa nie byłaby fabuła filmu i grożące światu niebezpieczeństwo, w latach 60-tych zagrożenie nuklearny było bardzo rzeczywistą obawą. Dzieło Ritchiego poniekąd to rozpatruje. Cavill w wywiadach podkreśla, że lata 60-te nie na darmo jawią się nam w takich kolorowych, radosnych barwach. Był to okres, w którym świat przechodził duże zmiany a widmo śmierci wisiało nad każdym. Stąd trudno się dziwić, że ludzie chcieli się wówczas dobrze bawić. I jakby na to nie patrzeć, MFU jest właśnie taką zabawą – mentalnymi rozsłonecznionymi, włoskimi wakacjami, które dzięki którym na dwie godziny możemy zapomnieć o naszych kłopotach.

MFU to urokliwa rozrywka, ale także wcale niegłupi film. Już teraz fani  na Tumblrze snują teorię na temat głębi drzemiącej w postaciach Illyi czy Gaby. Oboje mają powody by być źli na świat – ona, żyjąca z Murem, obawiająca się, że w każdej chwili może za niego wrócić; on, traktowany przez przełożonych jak tępe narzędzie, które do współpracy można zmusić jedynie szantażem i groźbą hańby. Gdy się nad tym zastanowić, chłodne, nieco opryskliwe obejście Gaby przestaje dziwić. Podobnie jak ataki furii Illyi – wszak nie może wyżyć się na ludziach, którzy doprowadzili jego rodzinę do upadku. Nic więc dziwnego, że okazjonalnie zdarza mu się przewrócić stół. Mysz co prawda wzbrania się przed teorią, jakoby MFU było studium psychologicznym ludzi żyjących pod jarzmem komunizmu, niemniej uważa, że film Ritchiego jest czymś więcej niż kolorową, ale pustą wydmuszką.

To co jednak ostatecznie przeważa na korzyść MFU to fakt, że jest to fantastyczna rozrywka – porównywalna z ostatnim niespodziewanym hitem Marvela, czyli Ant-Manem – która nie sprawia wrażenia, jakby była jedynie przygrywką do większej całości. Może się to wydać dziwne, ale choć MFU jest remakiem, jest także jednym ze ‚świeższych’ filmów jakie ostatnio, w zalewie kolejnych sequeli, threequeli i kontynuacji widzieliśmy w kinach. Nie czuć, by studio Warnera czy Guy Ritchie próbowali za wszelką cenę przypodobać się letniej, blockbusterowej publiczności. Wprawdzie MFU jest zabawne, nie jest jednak wcale tak naładowane dowcipami i one-linerami, jak mogłoby się to wydawać po obejrzeniu trailerów. To nie jest kolejny film z produkcyjnego taśmociągu, którego przefajnowaną, superbohaterską otoczkę mamy bezmyślnie pochłonąć wraz z jego pompatyczną, karykaturalną powagą.

UNCLE (19)

The Man from U.N.C.L.E. to film stylowy, czarujący i lekki. Nie próbuje być Wielkim Kinem Akcji, ani Kolejnym Hitem Lata, a mimo to Mysz jest zdania, że jego radosny, kolorowy klimat bez trudu uwiedzie każdego. W dużej mierze może się do tego przyczynić jeszcze jeden element: MFU ogląda się jak standalone movie. Umówmy się: film jest remakiem serialu, na dodatek z bardzo otwartym zakończeniem, więc nietrudno się spodziewać, iż jego ewentualny kasowy sukces może się zakończyć powstaniem sequel. Jednak w trakcie seansu nie czuć, aby Ritchie i Spółka mieli na myśli uczynienie z MFU trybikiem w kolejnej skutecznej franczyzie. Mysz twierdzi, że nie powinniśmy tego wykluczać – ba! Nie chce tego wykluczać, bo bardzo się do tych postaci przywiązała – ale miło obejrzeć film, który po prostu czerpie frajdę i satysfakcję z tego, czym jest. Bez konieczności patrzenia 10 kroków (i cztery „fazy”) w przyszłość.

I tak jak subtelnie zarysowany romans Illyi i Gaby nie musiał mieć w filmie swojej konkluzji by porwać Mysie serduszko, tak The Man from U.N.C.L.E. nie potrzebuje hipotetycznej kontynuacji, by w Mysim odczuciu być jednym z najprzyjemniejszych filmów tego lata. Mysz już dawno nie czuła się, jako widz, tak sympatycznie kinematograficznie kokietowana. Thanks, Guy Ritchie. Dobra robota :)

Reasumując tę długą recenzję, której warstwa analityczna nieco wymknęła mi się spod kontroli*: idźcie do kina na The Man from U.N.C.L.E.. Dajmy Ritchiemu zarobić, bo Mysz OKROPECZNIE pragnie sequela :D

PS. W filmie niewielkie role mają też Jared Harris i Hugh Grant, ale to naprawdę malutkie role :)

[Credits: gif set #1, gif set #2, graphic, gif set #3 ]

*dochodzę do wniosku, że hiper-analityczność był formą over-correcting, żebym z kolei nie popadła w zbyt głośny fanowski pisk. Żeby sobie odbić wstrzemięźliwość, pozwoliłam sobie na troszkę pisków w notce spoilerowej [LINK]. 

  • aHa

    Myszo, swoim pisaniem już powodujesz niekontrolowane piski u czytającej, która na film dopiero się wybiera :) Kiedy tylko obejrzę, mam nadzieję, że napiszę coś bardziej konstruktywnego :)

  • My work here is done ;)
    A tak serio: cieszę sie, że zachęciłam Cię do seansu – film jest naprawdę prze-sympatyczny i jestem bardzo ciekawa, czy Ci się spodoba :)

  • Muszę:
    SCENA W SKLEPIE <3 <3 <3
    Autentycznie piszczałam w kinie. :D

  • Ja też. Gdyby Ritchie zajrzał do umysłu fanki i wyciągnął stamtąd najbardziej uroczą, przewrotnie homoerotyczną, dowcipną scenę, i tak nie byłaby ona lepsza niż to, co dostaliśmy na ekranie. Jestem w MFU absolutnie zakochana :3