… tym na starość trąci.

Mysz wreszcie odpowiada na niełatwe pytanie, zadane z okazji Dnia Dziecka.

Mysz dawno, dawno temu, z okazji Dnia Dziecka wrzuciła króciutki tekst odnośnie prób zachęcania naszego (także hipotetycznego) potomstwa do sięgania po konkretne dzieła popkultury. W notce zawarłam kilka przemyśleń, ale najważniejszą częścią było tzw. „audience participation”, w której poprosiłam Was o odpowiedź na pozornie proste pytanie:

[title above="" h1="false" center="false"]Przy założeniu, że Wasze dziecko (hipotetyczne lub nie) na 100% pochłonie dane dzieło od początku do końca, i przy założeniu, że możecie wybrać w jakim wieku tego dokona, jaki jest jeden film, jedna książka i jeden serial, który chcielibyście podetknąć swojemu dziecku?[/title]

Mysz z ogromnym zainteresowaniem przeczytała wszystkie Wasze komentarze (choć swoim rzadkim, ale niezmiernie wstydliwym zwyczajem zapomniała na nie odpowiedzieć – co niniejszym wkrótce naprawię!), tym bardziej, że planowałam parę dni po zamieszczeniu notki wrzucić na bloga swoją odpowiedź. Alas, los – i Mysia prokrastynacja – jak zwykle nie były po mojej stronie, w związku z czym tekst ten pojawia się dopiero teraz.

Wśród Waszych odpowiedzi, oprócz pretensji, że wprost NIE DA SIĘ wybrać tylko jednego filmu/książki/serialu :D pojawiały się zarówno pozycje, które mogą trafić do bardzo małego szkraba (Dzieci z Bullerbyn, Winifredza PhiPhi Kubuś Puchatek), jak i dzieła dla nieco czy nawet mocno starszego dzieciaka (Agatha Christie, X-Files, The Hours czy wręcz „Paragraf 22”). Mysz była mile zaskoczona taką rozpiętością wiekową Waszego hipotetycznego-i-nie-tylko potomstwa, czy też konkretniej: byłam mile zaskoczona, że jak na wrażliwe, empatyczne i zainteresowane popkulturą osoby przystało, chcielibyście w każdym możliwym wieku mieć pozytywny wpływ na to, jaką popkulturę będzie pochłaniało, czy też -już- pochłania Wasze potomstwo.

Jak część z Was wie, Mysz już od pewnego czasu duma nad kwestią rozmnożenia się, a jak na geeka/nerda przystało, jedną z najbardziej frapujących mnie kwestii* jest to, co mój mały gryzoń będzie chciał czytać i oglądać. So, without further ado, oto co Mysz z pewnością podetknie miniMyszy (płci dowolnej):

KSIĄŻKA

flowersforalgernon

Tu miałam największy dylemat. Z jednej strony bardzo, ale to bardzo chciałabym mieć pewność, że moje potomstwo przeczyta – czy też raczej pochłonie – w odpowiednio młodym(!) wieku „Sagę o wiedźminie” Sapkowskiego. Z drugiej strony, wychodzę z założenia, że jest to na tyle istotny element polskiej popkultury, iż być może książki te same wpadną w łapy miniMyszy.

Jest natomiast książka, o której Mysz właściwie nigdy nie słyszy – i nie czyta – a które jest nie tylko uznawana za kanon litertury science-fiction, ale jest jedną z najmądrzejszych, najbardziej poruszających i najciekawiej napisanych książek, jakie Mysz zna. Mowa o „Flowers for Algernon” Daniela Keyesa.

Abstrahując już od świetnego pomysłu na fabułę – niepełnosprawny umysłowo, ale dobroduszny Charlie zostaje poddany eksperymentalnej terapii, która znacznie zwiększa jego zdolności umysłowe, do tego stopnia, że powoli zaczyna on przewyższać inteligencją nie tylko swoich znajomych czy badających go lekarzy, ale nawet największe naukowe umysły – dla Myszy najciekawszym aspektem książki jest jej forma i styl. „Kwiaty dla Algernona” to powieść epistolarna, zapisywana ręką samego głównego bohatera. Co za tym idzie, wraz z trwaniem eksperymentu, obserwujemy – także w warstwie leksykalnej, gramatycznej czy chociażby spellingowej – powolny postęp i rozwój Charliego. Tam gdzie na początku zdania są proste i pełne literówek, wkrótce widzimy wielokrotnie złożone, poetyczne, pełne metafor zdania, które trafnie i pięknie opisują cudownie zawiłe i złożone aspekty nauki, filozofii, moralności czy istoty ludzkiego życia.

flowersforalgernon

Myszy zdaniem, to książka absolutnie wybitna. A jeśli mi nie wierzycie, zachęcam do przeczytania. You won’t be sorry. Są w tej książce pokłady życiowych mądrości, zarówno tych podnoszących na duchu, jak i tych przygnębiających, ale przede wszystkim jest w niej bardzo proste, istotne przesłanie: każdy człowiek zasługuje na szacunek, empatię i próbę jego zrozumienia. Biorąc pod uwagę że Mysz stara się pielęgnować w sobie otwartość na innych, nie wiem czy jest ważniejsza rzecz, której mogłabym nauczyć swoje dziecko.

FILM

prestige

The Prestige, obowiązkowo. Mogłabym tu wymienić wiele filmów – Amadeus, A Single Man, Big Fish, Her, The Truman Show… ale to film Nolana pozostaje jednym z moich ulubionych popkulturowych, czy też konkretniej kinowych doświadczeń.

Być może już kiedyś o tym pisałam, ale The Prestige to film na który szłam właściwie bez żadnych oczekiwań. Nie pamiętam, czy znałam już wówczas Memento – istnieje szansa, że nie. Nie jestem też na 100% pewna, czy wiedziałam, że reżyserem/scenarzystą jest ten sam twórcy, który rok wcześniej „odkurzył” Batmana w Batman Begins. Wiedziałam natomiast, że w filmie grają Hugh Jackman i Scarlett Johansson – których oboje bardzo lubię – i ukochany przeze mnie Christian Bale.

Umówmy się: gdy piszę „ukochany”, I really mean it – kochałam się w nim nieszczęśliwie od czasu Equilibrium (choć wiem, że wcześniej na pewno widziałam go w Empire of the Sun i A Midsummer Night’s Dream). Zaznaczmy, że było to przed niechlubnym incydentem z domniemanym atakiem na matkę i siostrę Bale’a w 2008, a także słynną akcją na planie z oświetleniowcem na planie Terminator: Salvation. Warto zresztą zauważyć, że właśnie po tych incydentach, moja sympatia do Bale’a osłabła – do 2008 roku włącznie widziałam wszystkie pełnometrażowe filmy z jego udziałem. Później… cóż, bywało bardzo różnie.

theprestige_2

Jednak to właśnie ta niemal chorobliwa fascynacja Balem stała się ostatecznie powodem dla którego Myszy The Prestige tak mocno zapadło w pamięć. Abstrahując od tego jak świetnie ten film jest przemyślany, napisany, zagrany i zrealizowany, dla Myszy jest on istotny z jednego, bardzo prostego względu: jest to film, któremu nie dałam się oszukać. Co, biorąc pod uwagę jego fabułę -a także cały zamysł filmu jako sztuczki magicznej – a także inherentną Mysią naiwność jest, myślę, nie lada sztuką. Owszem, mogą być wśród Was osoby które bardzo szybko rozgryzły twist The Prestige i nie uznają tego za powód do dumy. Ale dla Myszy The Prestige był pierwszym sygnałem, że pełna pasji i zaangażowania fanowska miłość potrafi mieć wymierne korzyści. W tym wypadku przydatna okazała się niemal intymna znajomość fizjonomii Bale’a (i mam tu na myśli zarówno twarz i jej mimikę, jak i np. dłonie) – to właśnie dzięki niej rozgryzłam, jakiej „sztuczki” używa w filmie Alfred Borden.

And sue me, but goddammit, I’m proud of figuring it out! Tym bardziej, że kolega z którym wówczas byłam na seansie – a którego uznaję za w miarę inteligentnego, znającego się na kinie gościa – twistu nie przewidział; więcej, musiałam mu go wytłumaczyć!

W związku z tym Mysz byłaby ciekawa, czy i moje potomstwo wykazałoby się tak bystrym wzrokiem i umysłem, by przewidzieć Nolanowski „prestiż”. A nawet jeśli nie, The Prestige jest na tyle dobrym filmem, że z pewnością i tak nie byłby to seans zmarnowany :)

Poza tym to jeden z tych niewielu, ale istotnych przypadków, gdy film jest 1000% lepszy niż książka.

SERIAL

BoB2

Tu nie miałam żadnych wątpliwości. Jest tylko jeden serial do którego oglądania zachęciłabym swoje potomstwo i jest to Band of Brothers.

Do czasu obejrzenia tego serialu (tuż po tym jak obejrzałam równie świetne, choć diametralnie różne Generation: Kill) Mysz była święcie przekonana, że nie cierpi kina wojennego. Owszem, widziałam Black Hawk Down i Saving Private Ryan, czy fatalne Pearl Harbor; przecierpiałam nawet Windtalkers. Zazwyczaj były to jednak seanse powodowane sympatią do danego aktora, ewentualnie przeczuciem, że dany film „powinno” się znać. However, nadal nie widziałam takich klasycznych pozycji jak Platoon czy Apocalypse Now!. Wiem – shame, shame, shame *dzyń*

Band of Brothers, poza tym, że jest serialem w którym grają WSZYSCY (nie, poważne – przejrzyjcie IMDb serialu; it has everyone), jest też fenomenalnie napisaną i zagraną produkcją. Fakt, że dotyczy rzeczywistych zdarzeń, więcej – rzeczywistych ludzi, których autentyczne wypowiedzi przeplatają się z nakręconym na ich podstawie materiał sprawia, że trudno nie przeżywać każdej minuty serialu niemal niczym reportażu albo filmu dokumentalnego. Dochodzi także fakt, że chłopcy z Kompanii E, 506 Spadochronowego Pułku Piechoty należącego do 101 Dywizji Powietrznodesantowej Armii Stanów Zjednoczonych to nie tylko zgrana i interesująca grupa ludzi, ale także ciekawe, poruszające i wzbudzające sympatię indywidualne postacie. Oglądając serial, trudno się nie przywiązywać do konkretnych postaci – Mysz bardzo szybko znalazła swoich faworytów. Oczywiście, oglądając mini-serię o wojnie powinnam wiedzieć lepiej, niemniej nie mogłam się powstrzymać od kibicowania konkretnym postaciom. Gdy więc te ginęły – często hurtowo i kompletnie niespodziewanie – za każdym razem pękało mi serce.

BoB

BoB to także jeden z niewielu seriali, który zdołał Myszę doprowadzić do autentycznie histerycznego płaczu. Odcinek 9 wspominam z ogromnym bólem serca, a jednocześnie wdzięcznością, bo jest to przykład na to, że filmy, czy w ogóle popkultura mają wymierną wartość. Do tej pory, czytając o okrucieństwie II Wojny Światowej mogłam sobie wyobrazić, jak to wyglądało. Okazuje się jednak, że czasem wyobraźnia to za mało – że nawet najlepszy tekst nie odda horroru wojny tak silnie, jak obraz i dźwięk. To co na Myszy jednak zrobiło wówczas największe wrażenie, to reakcje bohaterów – to ich emocje, ich bezbrzeżne przerażenie, żałość i współczucie na widok tego co zobaczyli tak ogromnie mnie poruszyło. I za ten przejmujący smutek będę Band of Brothers zawsze wdzięczna.

Nie będzie to łatwy seans dla miniMyszy, ale myślę, że mimo wszystko będzie to seans istotny. Także dla Was, jeśli jeszcze BoB nie widzieliście. Nawet jeśli nie lubicie kina wojennego (or maybe you only think that you don’t), Mysz prosi byście mi zaufali i dali tej mini-serii szansę. Sądzę, że się nie zawiedziecie.

Bonus: GRA

witcher_2

Ania z bloga Ćma książkowa, słusznie zawarła w swoim komentarzu aspekt popkultury, o którym Mysz zapomniała – mowa oczywiście o grach. Ponieważ planszówki to w naszym domu niemal chleb powszedni i stały punkt rozrywkowy wszelkich spotkań towarzyskich, wiem że prędzej czy później miniMysz również zasiądzie do planszówkowego stołu. Podejrzewam też, że mając Lubego za ojca, miniMysz będzie wręcz skazana na miłość do gier komputerowych. Chciałabym jednak mieć pewność, że sięgnie też po coś, co Mysz może z ręką na sercu polecić. A ponieważ przy okazji książek musiałam się ugiąć przed rozsądkiem i wybrać „Kwiaty dla Algernona”, nie mogłam tam zawrzeć pozycji, na której mi tak naprawdę zależało, czyli „Sagi o wiedźminie” Sapkowskiego.

To książki z którymi niemal dosłownie spędziłam swoje dzieciństwo i które po dziś dzień wspominam najmilej z całego mojego czytelniczego worka przygód i doświadczeń. Po latach mam już do Sagi nieco inny stosunek – nie tak pełen rewerencji, bardziej świadomy rozlicznych wad tego tekstu – ale wciąż uważam to za jedno z najlepszych dzieł, które przeczytałam.

Z kolei jak pewnie pamiętacie, nie tak dawno zagrywałam się pierwszym Wiedźminem na PC. Miałam z tej gry tak ogromną przyjemność – nie tylko dzięki nawiązaniom do Sapkowego kanonu – że liczę na to, iż moje potomstwo również będzie się nią zagrywało. Kto wie, może jeśli wcześniej samo z siebie nie sięgnie po przygody Geralta – a mieszkając w jednym domu powinno właściwie wchłonąć miłość do Sagi poprzez osmozę, niemalże z powietrza – istnieje szansa, że gra CD Projekt RED je do tego zachęci :)

witcher

To tyle na dziś od Myszy. Jeśli ktoś ma ochotę podyskutować o moich wyborach, albo rzucić garścią własnych (jeśli jeszcze tego nie zrobił pod poprzednią notką), Mysz jak zawsze jest niezmiernie ciekawa Waszych komentarzy.

A w nadchodzących dniach z pewnością pojawi się jeszcze mini-relacja z warszawskiego konwentu Avangarda X, na którym Mysz w tym roku organizowała aż dwa konkursy, oraz notka tematyczna, związana (poniekąd) z premierą Mission Impossible: Rogue Nation, z którego właśnie wróciliśmy. Krótko: Rogue Nation to świetna zabawa. Jeśli ktoś jest fanem serii, seans obowiązkowy! ^_^

Mom and baby (2)

* to nie do końca prawda – zastanawiam się nad kwestiami popkulturowymi, bo zagłębianie się w inne około-potomkowe tematy wywołuje we mnie jedynie skrajną panikę albo tendencję do ovethinking, która rzadko kiedy dobrze się kończy. Aspekt popkulturowy jest więc w tym wypadku najbezpieczniejszy dla Mysiej psychiki ;)

  • O jak ciekawie i różnorodnie! Za „Algernona” muszę się w końcu wziąć, bo jakoś nigdy nie miałem okazji, a sporo dobrego słyszałem. „Prestiż” uwielbiam z całego serduszka, choć intrygi się nie domyśliłem (a często mi się to zdarza, jak na przykład z nieszczęsnym „Fight Clubem”). Do „Kompanii Braci” jakoś mnie nigdy nie ciągnęło (ten sam problem z filmami wojennymi, chociaż „Czas Apokalipsy” ubóstwiam) i sam nie wiem, czy się kiedyś skuszę. Ale na liście (dłuuugiej) jest. No a „Wiedźmiarz” (przepraszam, ale lubię go tak przezywać) to świetna gra, ale trzeba przestrzec dziecko, żeby nie pytało oprycha Baraniny: „Co słychać?”. Ani nie próbowało płacić mieszczankom ;)

    I tak jeszcze na koniec moje wybory, bo jakoś tak wyszło, że tej poprzedniej, przygotowawczej notki nie skomentowałem:

    KSIĄŻKA: Trylogia „Mroczne Materie” Pullmana. Uwielbiam sposób, w jaki autor piętnuje w niej fanatyzm, a poza tym tam jest mnóstwo tak ciekawych pomysłów (choćby świat, gdzie każdy ma własną personifikowaną śmierć, która towarzyszy mu przez całe życie, aż w końcu zabiera do krainy umarłych). Hipotetyczny Maniak Junior zdecydowanie musiałby przeczytać.
    FILM: Wierząc w inteligencję Maniaka Juniora, zapodałbym mu „Atlas Chmur”. Bo raz, że to jest przepiękna, różnorodna opowieść z ciekawym przesłaniem; dwa, że jest tak ciekawie zrealizowana i obsadzona; a trzy, że ma przepiękną muzykę. No i w ogóle Halle Berry, Ben Wishaw itd. <3
    SERIAL: Tutaj bez wahania: "Zagubieni". Bo raz, że to serial bardzo różnorodny (tam jest wszystko: od dramatu, przez kryminał, po fantastykę naukową i mistycyzm), a dwa, że pod wieloma względami przełomowy. A trzy, że mam nadzieję, że hipotetyczny Maniak Junior pokocha go tak jak i ja. I cztery: perspektywa wspólnego oglądania.
    GRA: Saga "Najdłuższa Podróż", "Dreamfall", "Dreamfall: Chapters". Ze względu na przepiękną, wielowątkową historię, która przede wszystkim opowiada o poszukiwaniu siebie. I tak jak z perspektywy czasu te gry (no, dwie pierwsze, bo trzecia zaczęła się odcinkowo ukazywać niedawno) pomogły mi wiele się dowiedzieć o sobie samym i to jakoś tam uporządkować, tak miałbym nadzieję, że i hipotetycznemu Maniakowi Juniorowi by się w tym przydały.

    Trochę oszukam i dodam jeszcze trzy kategorie:

    KOMIKS: "Asteriks". Inteligentny humor, świetne rysunki i nieoceniona pomoc w tworzeniu w sobie dystansu do świata.
    SERIAL ANIME (tak, wiem, sztucznie oddzielam to od kategorii serial, ale po prostu muszę, ze względu na pozycję): "Shin Sekai Yori" – absolutnie jedna z najlepszych dystopicznych historii, jaką napisano. Do tego z domieszką magii. I świetną grupą bohaterów, którzy dorastają wraz z kolejnymi odcinkami. No i z niesamowitym, wbijającym w fotel zakończeniem. Jedna z rzeczy, które mogą fajnie ukształtować światopogląd, dlatego dla hipotetycznego Maniaka Juniora pozycja obowiązkowa.
    MUZYKA: Dyskografia Edyty Bartosiewicz. Mądre teksty, znakomita muzyka i cudowny głos. Zakładając, że gust muzyczny Maniak Junior by po mnie przejął, nie mógłbym chyba zaproponować innego mu artysty.

  • MiniMysz miłość do Wiedźmina powinna wchłonąć przez łożysko ;). Dziewięć miesięcy tak blisko wielkiej fanki, małe jest bez szans.

    Muszę wreszcie obejrzeć Prestiż.

  • Mam nadzieję, że masz rację ;)

    Och, obejrzyj koniecznie, najlepiej z połówkiem. A potem koniecznie napisz, jak Ci się podobało ^^

  • Za „Algernona” weź się koniecznie – to króciutka książka, a jest naprawdę niesamowita. Z kolei na Band of Brothers nie będę Cię namawiać, ale powiem tak: nie sądziłam że kiedykolwiek zaliczę serial wojenny do swoich ulubionych seriali ever. A BoB od paru lat wciąż zajmuje miejsce w Top3 i nieprędko raczej z tej pozycji spadnie. Weź to pod rozwagę – kto wie, może pokochasz serial tak samo mocno jak Apocalypse Now? :)

    Przyznam szczerze, że książki Pullmana do mnie nie trafiły – być może czytałam je w zbyt późnym wieku. Natomiast film porwał moją wyobraźnię i po dziś dzień jestem zafascynowana ideą daemonów :)
    Ha, przypomniałeś mi, że miałam zrobić powtórkę z Atlasu. Byliśmy na pokazie przedpremierowym z Lubym i bardzo nam się film spodobał, ale zapomniałam do niego wrócić. Hm, może to idealny pretekst by wreszcie przeczytać książkę…
    „LOST” to nieco nie moja bajka (widziałam s1 i nigdy nie czułam potrzeby powrotu), ale muszę sięgnąć po Dreamfall. Krzysiek z Myszmasza tyle o tej grze pieje, że aż chcę się sama przekonać, czy i mnie gra przypadnie do gustu :)

    Hm, gdybym miała wybrać komiks to albo byłby to Asteriks albo Blacksad, ze względu na dopatrywanie się w szczegółach rysunków różnych zabawnych smaczków – to zawsze była moja ulubiona rozrywka podczas czytania tych komiksów. A poza tym mają świetne historie :)
    A co do muzyki… chyba nie umiem wybrać. Ale gdyby chodziło o dyskografię jednego wokalisty… oj, chyba padłoby na Johna Mayer. Z dokładnie tych samych powodów dla których ty wybrałeś Edytę :D