Po-konwentowy blues. Relacja z Coperniconu. Day 1.

Mysz, wziąwszy pod pachę Lubego, po raz pierwszy wybrała się na toruński festiwal fantastyki, o czym niniejszym donosi.

Niby od Coperniconu minął ponad tydzień, a Mysz wciąż odczuwa skutki po-konwentowego bluesa. Oczywiście, spory wpływ ma na to wstrętne choróbsko, które przypałętało się tuż po powrocie do Warszawy, skutecznie uniemożliwiając Myszy pojechanie na łódzki Kapitularz. Niemniej w dużej mierze winę za mentalny dół ponosi fakt, że po prostu zbyt dobrze się na Coperniconie bawiłam :)

Jednym weekend 18-20 września minął jak z bicza strzelił, ale Myszy te trzy dni spędzone w pogodnym, przyjemnie zatłoczonym Toruniu dłużyły się niczym najlepsze wakacje. Zresztą nie tylko słońce i ciepło przywoływały letni klimat (za wyjątkiem szarawej niedzieli, która żegnała nasz wyjazd mżawką) – to przede wszystkim towarzystwo przesympatycznych ludzi przyczyniło się do tego, że Mysz wciąż,  mimo powrotu do domu, nie może otrząsnąć się z wrażenia, że coś ją gdzieś omija; że zamiast siedzieć przed komputerem powinna kręcić się po szkolnych korytarzach, zaglądając na kolejne prelekcje i panele, a wieczorami spacerować po toruńskiej starówce, gotowa uszczknąć kawałek prężnego życia towarzyskiego, które toczy się tam do późnych godzin nocnych.

Myszy toruńska przygoda wcale nie zaczęła się tak różowo. Choć było mi niezmiernie miło, gdy Aneta Jadowska – znana z pewnością miłośnikom poczytnej literatury z gatunku urban fantasy, a pełniąca na Coperniconie funkcję prowadzącej blok popkulturowy – wystosowała do mnie zaproszenie na konwent, mimo wszystko czułam się nieco overwhelmed. Do tej pory brałam udział w tego typu imprezach raczej jako uczestnik, nawet jeśli akurat prowadziłam jakiś konkurs czy prelekcję. A tu, proszę, „Gość” przez wielkie G, zaproszony oficjalnie, with pomp and circumstance, i panicznym dogadywaniem wszelkich szczegółów związanych z wiktem i opierunkiem.

Możecie sobie wyobrazić jak bardzo nie na miejscu czuła się Mysz – było nie było gryzoń niewielkiej postury i renomy – widząc swoje nazwisko obok znanych w fandomie pisarzy czy popularnych blogerów.

rynek

Toruń to miasto wielkiej urody, ale jego urok tkwi w ludziach i niepowtarzalnej atmosferze.

Na szczęście w wojażach Myszy i Lubemu towarzyszyła Aeth z bloga Wiedźma na Orbicie, miałam więc sounding board dla wszelkich swych wątpliwości.. Jak zwykle Myszy neurotyczne obawy okazały się niesłuszne – nie tylko dojechaliśmy w jednym kawałku do Torunia (zrządzeniem losu podróżując w tym samym wagonie co Kiciputek i Kobieta Ślimak, autorka web-komiksu Chaty Wuja Freda), ale zostaliśmy, niczym prawdziwe VIP, odebrani z dworca przez niezawodną koordynatorkę gości, o mylnie złowieszczej ksywie Szatan. Mimo problemów z niewspółpracującą technologią, Szatan dzielnie zaganiała prelegentów niczym zgraję niesfornych kotów (co wygląda mniej więcej tak), wykazując iście niebiańską cierpliwość – i szatańskie zdolności multitaskingu – w czym dzielnie sekundował jej kierowca samochodu transportowego, którego ochrzciliśmy mianem Batmobila (stąd kierowca otrzymał ksywkę Bruce, na cześć panicza Wayne’a).

Zameldowawszy się w hotelu – w którym zawieszki „Do not disturb” przedstawiały śpiącego mopsa, o czym Mysz natychmiast poinformowała Zwierza popkulturalnego via Instagram – ruszyliśmy na podbój konwentu. Niemal od razu zostaliśmy przydybani przez kogoś, kto nas kojarzył, co było o tyle awkward, że my nie kojarzyliśmy kim jest osoba, która nas tak entuzjastycznie przytula. To niestety stały problem blogosfery, czy też szeroko rozumianego online social life: czasem trudno skojarzyć rzeczywistą osobę z jej internetowym avatarem. Szybko jedno wyszło na jaw, że imć przytulacz, który wyskoczył na nas niczym Filip z konopi to nie żaden Filip, a znajomy bloger, Salantor. Spotkanie to było o tyle istotne, że w jego wyniku Mysz została obdarowana kostką sera cheddar. Jak widać każdy bloger ma swoje dary wotywne, które można mu wręczyć; jedni mają żelki, inni – ser ;)

Wkrótce potem (jeśli pamięć nie myli, co w Myszy wypadku niestety może się często zdarzać) wpadliśmy na Catus Geekus, która stała się w kuluarach konwentowych swoistą urban legend, bo jadąc z Bielska Białej do Torunia przez przypadek zaspała w pociągu i wylądowała… w Bydgoszczy. Stąd przez następne dwa następne dni na hasło „Bydgoszcz” niektórzy uczestnicy Coperniconu przyoblekali swe twarze w uśmiech godny kota z Chesire.

Z kolei Mysz na tym etapie zaczęła bawić się sama ze sobą w grę pt. „Blogerzy są jak Pokemony” i co poniektórych ‚ludzi internetu’ udokumentowała na zdjęciach z hashtagiem #złapjewszystkie, po raz kolejny pokazując, że fotograf z niej jak z koziej rzyci waltornia, bo na większości zdjęć złapane osoby miały cokolwiek zdegustowany wyraz paszczy.

Copernicon 20

Czasem nic nie jest bardziej wymowne niż śpiący mops.

W zeszłym roku, gdy Mysz brała udział w pierwszej edycji Serialkonu, myślała że osiągnęła rekord jakiś panelowy rekord – 3 panele z rzędu (plus wcześniejsza, godzinna prelekcja) wydawały się sensownym limitem. Copernicon także i pod tym względem okazał się nowym, przerażającym, ale ultimately fantastycznym doświadczeniem, bo w trakcie piątku i soboty Mysz wzięła udział w 4 prelekcjach (w tym jednej dwugodzinnej), oraz prowadziła dwa dwugodzinne konkursy. Dobrze przynajmniej, że niedzielę miałam wolną, bo inaczej z pewnością straciłabym głos; a i tak niektórzy uczestnicy paneli już w sobotę mogli się zorientować, że Mysz już nie tyle popiskuje, co pochrypuje.

Zanim przyszła pora na pierwszy dla Myszy punkt programu, postanowiliśmy się posilić. Ponieważ blogosfera jest często świetnym źródłem informacji, Mysz wyczaiła, że ludzie polecają skonsumować obiad w restauracji Manekin. Tu pewnie zaraz podniosą się głosy: „Ale jak to, Myszu, nie znałaś Manekina?”… no, nie znałam. Mysz niestety w kwestiach kulinarnych bywa bardzo zachowawcza, co oznacza że lubię to co wiem, że już lubię; nową knajpę zdarza mi się z własnej woli wypróbować raz na pół roku. Manekin okazał się jednak jednym z tych przypadków, które potwierdzają, że warto zaufać opiniom sprawdzonych osób – spożyte tam naleśnikowe spaghetti (carbonara oraz z kurczakiem, sosem z sera pleśniowego i rukolą) było tak nieludzko dobre, że przez następne 2 dni stołowaliśmy się tam właściwie przy każdego okazji. Co jest o tyle imponujące, że niezależnie od pory dnia, w weekend trudno w Manekinie uświadczyć wolne miejsce i to mimo tego, że lokal ten ma w Toruniu dwie miejscówki. Jak poinformowała nas przemiła obsługa (która drugiego dnia zaczęła nas witać śmiechem i pytanie „To znowu Państwo?”, bo Myszę po uszkach nietrudno rozpoznać) w warszawskim Manekinie kolejki potrafią się ciągnąć aż za róg ulicy; podobno ta popularność lokalu ma wkrótce doprowadzić do otwarcia kolejnej miejscówki w stolicy. Mysz trzyma kciuki by rzeczywiście do tego doszło :)

Copernicon 1

Żaden Instagramowy feed nie jest kompletny bez zdjęcia jedzenia ;)

[ Side note: Jeśli poczuliście się zachęceni Myszy peanami na cześć Manekinowej kuchni (rosół z naleśnikowym makaronem też mają pyszny!) i chcielibyście na własną rękęząb spróbować, czy rzeczywiście tak dobrze karmią, możecie odwiedzić ich lokale w Toruniu, Gdańsku, Łodzi, Bydgoszczy, Poznaniu, Opolu i, oczywiście, Warszawie.]

Przejdźmy jednak do Mysiego clu konwentu, czyli do paneli, w których zadeklarowałam swój udział. Niestety, wadą pisania relacji tak późno jest to, że luki w Mysiej pamięci pochłonęły wiele szczegółów z tego co zaszło. Na szczęście dzielny Luby przez cały konwent bawił się w „Z kamerą wśród fandomu”, więc w Internecie stopniowo będą się pojawiać kolejne zarejestrowane na taśmie panele. However, nie będzie to takie hop-siup, bo jakość dźwięku, ze względu na partyzancki charakter nagrań, bywa mocno średnia, a i każdy panel musi zostać przez Lubego obrobiony i zmontowany. Niemniej, dwa z nich już wiszą na stronię Myszmasz Podcast – w tej chwili możecie obejrzeć obie części dwugodzinnego panelu o remake’ach, retellingach, sequelach i prequelach, który odbył się w piątek (part 1, part 2). Z kolei Mysz postara się wziąć neurony w karb i przywołać dla Was, drogie Robaczki, jak najwięcej z tego, co z paneli zapamiętała. W razie gdyby któryś z Czytelników, również będący na Coperniconie, wyłapał w Mysich wspomnieniach jakieś przekłamania, proszę o sygnał w komentarzach :)

Na pierwszy ogień ruszył temat nieco kontrowersyjny, bo dyskusja toczyła się wokół fanficów. Podczas panelu „Out of character? Jak bardzo można kochać bohaterów i jak bardzo można ich skrzywdzić?”, Mysz i pisarka Ewa Białołęcka (znana nie tylko jako autorka książek, ale także mnóstwa znanych w fandomie ficów) odpowiadały na pytania Simona Zacka (również pisarza) dotyczące tego, co wolno w fanficach.

Odpowiedź, jak pewnie wiele z Was się domyśla, brzmiała: w fanficach wolno WSZYSTKO. Oczywiście, nie obyło się bez próby rozpatrzenia, skąd w nas potrzeba ingerowania w już zastany świat i opowiadania własnych historii z już znanymi, lubianymi postaciami. Choć trudno w tym temacie dojść do jednoznacznych wniosków – teksty fanowskie powstają zależnie od indywidualnych potrzeb i pobudek każdego autora – szybko ustaliliśmy, że choć Internet przyczynił się do rozpowszechnienia zjawisko fan-twórczości, ludzie od zawsze mieli tendencję do „dopowiadania” lub remiksowania znanych historii – wystarczy spojrzeć na biblijne apokryfy czy trawestacje mitu o królu Arturze.

Copernicon 18

Mądre głowy siedzą i mówią. Photo © Informator Konwentowy

Z Myszy punktu widzenia interesująco wypadły poruszone w trakcie dyskusji kwestie fanficów erotycznych – nie sądziłam, że będziemy musiały wraz z Ewą wytłumaczyć prowadzącemu panel Simonowi, czym jest slash. Robienie tego przed publicznością, która w dużej mierze dokładnie wiedziała o czym mowa (włącznie z nieco bardziej pikantnymi szczegółami co poniektórych powszechnie znanych fanficów) przysporzyło Myszy ogromnej radości. Fajnie było również odnieść się do znanego zjawiska szeroko pojętego angstu czyli torturowania występujących w ficach postaci, czy to fizycznie czy emocjonalnie. W gruncie rzeczy pisanie/czytanie takich tekstów sprowadza się do chęci przeżywania pewnych trudnych sytuacji „w zastępstwie” – dzięki cierpieniom fikcyjnych postaci w fanficach możemy doświadczyć emocji, do których w normalnych warunkach moglibyśmy nie mieć dostępu (i bardzo dobrze, bo jednak trudno komukolwiek życzyć przeżywania śmierci bliskiej osoby czy utraty ukochanego). Poza tym, cytując frazę znaną od lat w fandomie serialu Supernatural, nie oszukumy się: „they’re just so pretty when they cry. A jak zauważyła Ewa Białołęcka, wielo-rozdziałowe angstowe fici są satysfakcjonujące często właśnie dlatego, że happy end nie przychodzi bohaterom ani lekko ani szybko ;)

Tu warto wspomnieć, że w dyskusji – oprócz ww. panelistek i obeznanych w fan-kulturze głosów z publiczności – brał także udział Paweł Opydo (Zombie Samurai), który uczynił z Coperniconu swoisty eksperyment społeczny. Paweł przychodził mianowicie na kolejne punkty programu (w których nie był panelistą), dostawiał sobie krzesło do zgromadzonych na scenie gości i brał udział w dyskusji. Co ciekawe, nikt go z żadnego panelu nie wyprosił, a sam Paweł, mimo przyznania otwarcie, że na wielu tematach kompletnie się nie zna, był interesującym, nieco outsiderowym punktem widzenia w rozmowie. Mysz w każdym razie jest pod niemałym wrażeniem, że Paweł, mimo nieobeznania z poruszanymi na panelach tematami, był w stanie w wielu wypadkach poczynić sporo cennych,  niegłupich, często dowcipnych uwag. Oczywiście, znaleźli się na Coperniconie ludzie, którym specyficzny sposób mówienia Pawła – oraz jego nieco oschłe, obcesowe poczucie humoru – nie podpasowały, ale tym osobom Mysz może jedynie współczuć. Po trzech dniach spędzonych w towarzystwie Pawła, Mysz może z ręką na sercu stwierdzić, że to naprawdę sympatyczny, sensowny facet… nawet jeśli czasem w kuluarach ironicznie powie, że Mysz „pie*doli” ;)

Copernicon 2

Suddenly, a wild bloger appears! – czyli Paweł Opydo złapany w obiektywie.

Jak wspominałam, nie wszyscy uczestnicy imprezy (czy też konkretniej: inni goście) zapałali do Pawła równie wielką sympatią, co Mysz. Pierwsze tego sygnały miały się pojawić już podczas dwugodzinnej prelekcji o remake’ach, pt. „Remake, retelling, sequel i prequel, czyli: “zagraj to jeszcze raz Sam”! Skąd w nas potrzeba do opowiadania wciąż tych samych historii?”.

Przez pierwszą godzinę panel w składzie Simon Zack, Mysz, Niespodziewany Paweł Opydo (który zastąpił nieobecną Basię Karlik) oraz Kobieta Ślimak prowadził Hassan (znany z Czytelnikom krakowskim z tamtejszych Imladrisów czy klubu fantastyki Krakowskie Smoki), skupiając się na kwestiach bardziej ogólnych: Czy wciąź warto opowiadać na nowo znane już historie? Czemu te „powtórki z rozrywki” wciąż odnoszą tak duże sukcesy? Co konstytuuje dobry remake a co zły? Na ile koniecznym elementem rebootu, remake’u czy x-quelu jest potrzeba zaprezentowania nowego punktu widzenia?

Bardzo wiele rzeczy omawialiśmy na konkretnych przykładach (Mysz jak rzep uczepiła się Carrie, który to film, mimo popełnienia swego czasu dłuuugiej notki na blogu, wciąż lubi rozkładać na czynniki pierwsze), ale wiele ciekawych uwag poczynił Niezaproszony Paweł – to z jego ust padły mądre słowa, że w gruncie rzeczy nie jest istotne, czy coś jest rebootem/retellingiem/wstaw dowolny inny format, tylko czy jest dobrym filmem. Paweł zauważył również, że gdy mija odpowiednio dużo czasu, często zapomina się o oryginalnym filmie i to remake staje się punktem odniesienie. Przykładowo, ile osób wie, że The Fly Cronenberga nie jest oryginalnym dziełem?… Mysz z kolei przez lata nie wiedziała, że jej ukochane The Thomas Crown Affair z Brosnanem też jest remake’iem.

Równie ważna jest kwestia, do której Mysz – swego czasu bardzo przeciwna remake’om – dochodziła latami: czyli fakt, że zły remake/sequel nie przekreśla z marszu oryginału, ani tym bardziej nie obniża jego wartości czy jakości.

Copernicon 3

Są rzeczy, które zawsze będą dobre. Jedną z nich jest ser.

Potem jednak dyskusja zeszła na dość kontrowersyjne tematy, które zresztą w takiej czy innej formie przewijały się później przez cały konwent (a przynajmniej tę jego część, w której brała udział Mysz). Pomijając momenty wesołości, w trakcie których rozważaliśmy jakoby każdy film można było ulepszyć gdyby dodać do niego Predatora, pojawiły się też poważne tematy jak np. kwestia reprezentacji. Padło m.in. dość kuriozalne stwierdzenie, jakoby z marketingowego punktu widzenia współczesna popkultura równała w dół (kino popcornowe, nieambitne) ponieważ skierowana jest do mało wymagającego widza – konkretnie, do trzynastoletniego czarnoskórego analfabety.

Dość prędko padło veto wobec tej teorii, zarówno ze sceny jak i spośród zgromadzonej publiczności. Gdyby rzeczywiście tworzono popkulturę dla (domyślnie) afroamerykańskiej widowni, nie bylibyśmy obecnie w sytuacji gdzie (średnio) 90% popkultury to biali, heteroseksualni, cis-genderowi mężczyźni. Hollywoodzka analiza rynku i tego co jest „opłacalne” jest zaburzona przez fakt, że od dziesięcioleci kręci się filmy o białych mężczyznach – nic więc dziwnego, że statystycznie to właśnie te filmy są najlepiej opłacane. To błędne koło, because we’ve never tried to do it any other way.

By wprowadzić zmiany w tym jak tworzy się popkulturę należy, przynajmniej zdaniem Myszy, pochylić się przede wszystkim nad zmianami społecznymi, które wokół nas zachodzą. Wystarczy spojrzeć chociażby na powolny wzrost tematyki LGBTQ+ w mainstreamowych mediach – wynika on przede wszystkim właśnie ze zmian społecznych. Prężnie działający ruch feministyczny i coraz głośniejsza dyskusja na temat seksizmu w Hollywood ma szansę ostatecznie doprowadzić do pewnych zmian na lepsze, ale wciąż jeszcze nie osiągnęliśmy tego momentu. Tak jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak jeden planowany remake Dirty Harry z Willem Smithem, czy sukces Mad Max: Fury Road i otoczonej kultem postaci Furiosy nie oznacza, że w popkulturze skończyły się problemy reprezentacji postaci nie-białych czy kobiecych. Jak słusznie zauważył Paweł (serio, niegłupi facet) biali mężczyźni to wciąż popkulturowy default – to najmniejsze ryzyko, a jak wiemy, studia Hollywoodzkie operują właśnie na zasadzie jak najmniejszego ryzyka. Bo to im się, zwyczajnie, opłaca. Podobnie jak remake’i, rebooty i wszelkie inne formaty, które żerują na nostalgii i na tym, że ludzie po prostu lubią to co już znają (trochę tak jak Mysz z jedzeniem ;) ).

Copernicon 6

Mysz byłaby fatalny fotografem – nawet piękny cosplay Furiosy uchwyciła jedynie w biegu między jednym a drugim panelem.

Myślę że pod koniec można było z dyskusji wysnuć jeden w miarę zgodny wniosek: nie ważne czy film jest remake’iem czy rebootem i nie ważne czy chce opowiedzieć tę samą historię, czy przedstawić ją z innej, być może potrzebnej perspektywy (jak nadchodzący remake Ghostbusters). Ważne, aby film był dobry. Bo ostatecznie to właśnie jakość danego dzieła jest ważniejsza niż nawet najsilniejsze poczucie nostalgii do oryginału. A przynajmniej tak, zdaniem Myszy, powinno być ;)

Na tym jednak nie koniec drażliwych tematów – druga godzina tego samego panelu, która w przeciwieństwie do pierwszej miała się skupić konkretnie na popkulturze, w pewnym momencie znów zboczyła na tematykę nie dość, że kontrowersyjną, to na dodatek bliską Mysiemu sercu.

Ale po kolei. Ponieważ po drodze zmieniła się nieco grupa panelistów (Kobietę Ślimaka zastąpili dziennikarze Kamil Śmiałowski, redaktor naczelny portalu NaEkranie.pl oraz Robert Ziębiński, redaktor naczelny portalu Dzika Banda), Mysz, Paweł i Simon odzywali się na początku drugiej części nieco rzadziej, nie chcąc odpowiadać dwa razy na te same pytania – wszak jak słusznie zauważył prowadzący tę część Radek Polański, na niektóre z nich zdążyliśmy już odpowiedzieć. Rozważając, czy „plaga remake’ów” to rzeczywiście takie Zło za jakie przyszło się je uważać, Śmiałkowski słusznie zauważył, że współcześnie duży wpływ na naszą niechęć do wszelkich retellingów ma fakt, że mamy dostęp do o wiele większej ilości (pop)kultury niż niegdyś. W skrócie, w dzisiejszych czasach o wiele łatwiej i szybciej zafundować sobie przesyt, swoiste „zmęczenie materiału” – widzieliśmy już tyle popkultury, z tylu różnych źródeł, epok i krajów, że prędzej czy później wszystko wydaje się powtarzalne i nieoryginalne.

miś

Toruńdostarcza niezbędnej dawki absurdu.

Ze sceny padło też ciekawe porównanie remake’u z muzycznym coverem – można oczywiście nagrać piosenkę nuta w nutę, próbując naśladować oryginał, ale można też spróbować zaśpiewać ją po swojemu (tu Kamil przywołał świetny przykład Cruel Intentions, które jest przecież teen 90’s version Dangerous Liaisons, które z kolei jest ekranizacją angielskiej sztuki Les Liaisons Dangereuses, które jest adaptacją XVIII wiecznej francuskiej noweli; talk about inception :D). Pojawił się też temat serializacji filmów i „filmizacji” seriali – w pierwszym przypadku przykładem były np. ekranizacje komiksów ze stajni Marvela które układają się w spójne fabularnie „fazy”; drugim były seriale na podstawie filmów (Hannibal, 12 Monkeys czy Scream: the TV series, o którym Mysz wkrótce szerzej napisze). Panowie omówili też kwestię ekranizacji gier komputerowych – przy czym Paweł długo rozwodził się na temat Warcrafta, swojego growego konika.

Potem jednak pojawił się zgrzyt i to bynajmniej nie ten, o którym mogli czytać ci z Was, którzy śledzą profil Pawła (linki do wspomnianej mini-afery znajdziecie na Myszmaszu). Zgrzyt dotyczy, mam wrażenie, tylko i wyłącznie moich odczuć, ale ponieważ przeplata sięz dość istotnym tematem, pozwolę sobie o nim wspomnieć.

W pewnym momencie zapytałam współ-panelistów, czy mają film, którzy ich zdaniem jest un-remake-able – innymi słowy, nie da się powtórzyć jego sukcesu. Za przykład podałam Goonies (zainspirowana wywiadem z Seanem Astinem, który ostatnio czytałam), zaznaczając, że trudno byłoby ten film opowiedzieć na nowo, bo oryginał jest otoczony właściwie nieuzasadnionym kultem. Piszę „nieuzasadnionym” ponieważ na papierze jest to film, który nie ma prawa działać – scenariusz nie trzyma się kupy; z filmu w montażu wyleciały niektóre sceny (np. scena walki z ośmiornicą, która mimo to pojawia się w dialogach pod koniec filmu)jeden z bohaterów zwraca się do kolegi imieniem aktora a nie granej przez niego postaci; dziecięcych aktorów na planie nie dało się kontrolować; itp.

A jednak, mimo iż film w gruncie rzeczy rozsypuje się w rękach, zadziałała tu specyficzna magia Spielberga, Columbusa i Donnera i po dziś dzień film uznawany jest za kultowy, a dla wielu stanowi kwintesencją ich dzieciństwa.

Steve

Czasem największą radochę sprawią rzeczy małe – jak Kapitan A-mysz-eryka (rękodzieło autorstwa Ewy Białołęckiej)

Jednak zdaniem Roberta Ziębińskiego, sukcesu Goonies nie można byłoby powtórzyć z bardzo prostego powodu: obecnie mamy zbyt wiele „political correctness„. Zdaniem Roberta, w latach 80. świat był bardziej czarno-biały, a co za tym idzie nie bano się żartować np. z kwestii rasowych, mniejszości seksualnych czy przedmiotowego traktowania kobiet. Obecnie brakuje nam „chamskiej odwagi w żartowaniu” i to właśnie brak tego elementu, zdaniem Ziębińskiego, przesądza o tym, że remake’i kina lat 80. się obecnie nie sprawdzają.

Myszy na te słowa nóż się w kieszeni otworzył. Żałuję, że nie próbowałam się bardziej wykłócać o to, co miałam na myśli, bo kategorycznie nie zgadzam się z tym, że „magia” kina lat 80. (czy jakichkolwiek innych) opiera się na tym, że kiedyś można było sobie żartować ze wszystkiego. Rozumiem, że starszym ode mnie panelistom może się łezka w oku kręcić za czasami, gdy w filmach pokazywano np. nagie chinki w fabrykach heroiny (cytat dosłowny), ale magia Goonies nie polega na tym, że występuje tam stereotypowa postać azjatyckiego dziecka albo śmiesznego grubaska. To tak jakby twierdzić, że sukces serii Mad Max polega na postaci silnego, milczącego faceta rządnego zemsty – a jak widać po Mad Max: Fury Road, wcale nie to było w filmie najważniejsze.

Myślę, że działa tu nieco wypaczone poczucie nostalgii za czasami gdy na wiele (czy też: na więcej) można sobie było pozwolić. Jednak Mysz, jako osobę (stosunkowo) młodą i – I’d like to think – świadomą społecznie martwi myśl, że dążenie ku poszerzeniu popkultury o dobrze opowiedziane wątki kobiece/people of color/LGBTQ+/wstaw inne, odbierane jest jako „ograniczanie” i narzucanie swojego punktu widzenia. Mam wrażenie, że mym rozmówcom nie przychodzi do głowy, iż to ich „nostalgiczne”, chamskie poczucie humoru równie było swoistym narzuceniem (ich) punktu widzenia; co więcej – krzywdzącego punktu widzenia. Święcie wierzę w to, że i bez żartowania z czarnych, kobiet czy gejów jesteśmy w stanie wciąż opowiadać fantastyczne, śmieszne, zjadliwe, trafne historie; więcej: jesteśmy w stanie opowiadać na nowo historie z lat 80. i robić to dobrze.

Copernicon 19

The ignorance of certain people makes Mysza sad :(

Dziwi mnie też argument, który padł ze sceny (choć tu przyznaję, mogłam go opacznie zrozumieć), jakoby fala popularności seriali typu Mad Men – lub innych, dziejących się w latach, w których „można sobie było pozwolić” – brała się właśnie z potrzeby żartowania sobie z pewnych tematów, które obecnie są raczej tabu. A tu Mysz naiwnie myślała, że chodzi o to by opowiedzieć ciekawe, interesujące historie i być może, właśnie poprzez kontrast wcześniejszych epok ze współczesnymi zmianami społecznymi, pokazać jak daleką drogę przeszliśmy i jak wiele wokół nas zmienia się na lepsze.

Bardzo chciałabym wierzyć w to, że przez moich starszych współ-panelistów przemawiała źle pojęta nostalgia, a nie małostkowość i ksenofobia. Przeglądając jednak zarejestrowany przez Lubego panel i patrząc na panów redaktorów – którzy wielokrotnie w trakcie wypowiedzi Pawła coś tam sobie wesolutko szepczą i podśmiechują – jakoś w tę swoją optymistyczną naiwność śmiem wątpić. A szkoda. Bo pierwsza połowa panelu była, Myszy zdaniem, naprawdę fajną dyskusją.

Na koniec dnia (godzina 20:00) przypadł akcent nieco bardziej optymistyczny, choć nieco mroczny – mowa o o Myszy multimedialnym konkursie wampirycznym. Tu należą się ogromne podziękowania i wyrazy uznania dla nadzorującego blok konkursowy Bartka, który nie dość, że telefonami i smsami przypominał mi o tym, że mam konkurs – znam prelegentów którym takie przypomnienie na pewno się przydało – ale także pomógł mi z niewspółpracującym sprzętem komputerowym.

Nie obyło się też bez nieco smutniejszego akcentu: mimo odniesienia zwycięstwa nad sprawiającym trudności sprzętem, już drugi raz konkurs ten odbył się przy bardzo niewielkiej frekwencji – w sumie wzięło w nim udział 6 osób (trzy drużyny po dwie osoby). But all’s well that ends well, bo dzięki temu udało nam się obskoczyć większość pytań (kategorie za 2 i 3 punkty w całości), podobnie jak na tegorocznej Avangardzie. Co więcej, mimo niewielkiego składu osobowego, uczestnicy konkursu bawili się dobrze – znów kilka przygotowanych przez Myszę klipów wywołało salwy śmiechu, a i zauważyłam że niektóre padające w konkursie tytuły zostały zanotowane do późniejszego „obczajenia”. Honestly, I couldn’t have asked for more, tym bardziej że pierwsze miejsce zajęły dwie bardzo entuzjastyczne dziewoje, dobrze obeznane w tematyce wampirzej, które niniejszym serdecznie pozdrawiam.

Niemniej przyznaję bez bicia, że troszkę mi smutno, iż tak fajny konkurs nie miał jeszcze szansy rozwinąć skrzydeł; tym bardziej, że istniała nadzieja, iż na Kapitularzu (gdzie miałam go znów prowadzić) odniesienie nieco większy sukces. Alas, Mysz się rozchorowała i z wampirów w Łodzi nici. Ale kto wie – może w przyszłym roku, na kolejnych konwentach, uda nam się przyciągnąć więcej chętnych. Here’s hoping :)

Copernicon 21

Photo-cepcja, czyli zdjęcie w zdjęciu. Albo „jedna mina mówi więcej niż tysiąc słów”.

W dzisiejszej notce to tyle. Jak widać pierwszy dzień Coperniconu obfitował zarówno w pozytywy jak i negatywy, ale ogólna atmosfera konwentu oraz towarzystwo przesympatycznych ludzi sprawiło, że Mysz kładła się wieczorem wielce usatysfakcjonowana… hm, niby napisałam „wieczorem”, ale przecież wszyscy wiemy, jak to naprawdę wygląda na konwentach -Mysz w rzeczywistości poszła spać grubo po pierwszej w nocy, powróciwszy z nocnych hulanek po mieście wraz z fellow blogerami.

Ale żeby przeczytać o tym, co było dalej musicie poczekać do jutra ;)

[EDIT: Relację z dwóch ostatnich dni konwentu możecie przeczytać TUTAJ]

  • Zanim doczytam do końca, kiedyś były trzy miejscówki, dwie na Starówce, jedna trochę dalej, w takim pawilonie z lat osiemdziesiątych :). Oraz; carbonara jest obłędna!

  • Sprawdziłam na ich stronie – obie nie mamy racji: miejscówek jest 4! :D

  • Tak sobie notowałam na gorąco w trakcie czytania, ale wydaje mi się, że komentarz ma ręce i nogi ;).

    Tylko czy jakość nie wiąże się jednak często z odbiorem? To znaczy: czy nie może być tak, że remake sobie cenimy właśnie dlatego, że jest remakem (ramek’iem? remakiem?) czegoś, co znamy i lubimy? Bo mnie się wydaje, że jasne, w stwierdzeniu, że najważniejsze, by film był dobry, jest racja, ale nie wiem, na ile da się to oddzielić od emocji — w przypadku remaków właśnie, gdzie już coś wiemy/znamy (abstrahując od sytuacji, kiedy nie wiemy i nie znamy właśnie).

    Wiesz, wydaje mi się, że ta fala poglądów o „ograniczaniu” przez wprowadzanie większej reprezentatywności, minie wreszcie. (Albo jestem przesadnie optymistyczna) A argument, że lata 80. są takie urokliwe, bo były „niepoprawne politycznie” jest bez sensu na kilku poziomach. Bo nie sądzę że — nawet streszczając „Goonies” — przywołujemy to na poziomie „to taka fajna historia samych chłopców, pokazanych bardzo stereotypowo, więc można się pośmiać, przeżywających przygody”. Powiedzielibyśmy pewnie coś w rodzaju „to o bandzie przyjaciół i nie do końca przyjaciół przeżywających dzikie przygody, czasami zabawne” (przy czym w polszczyźnie słowo „przyjaciel” od razu narzuca się z rodzajem męskim, ale jednak i tak różnica wydaje mi się w miarę czytelna). Pamiętamy bowiem przede wszystkim historie i klimat, a nie to, że byli tam sami faceci. Tak w każdym razie mi się wydaje.

    A tak z innej beczki: w Toruniu jest też knajpka nawiązująca do „Przyjaciół” — jeszcze tam nie byłam, ale obiecuję sobie przy wizycie w Toruniu koniecznie zajść! ;)

  • magnolia

    Sorry, ale jednak Anna ma rację. Owszem, podane na stronie są cztery miejsca, tylko że dwa są w jednym budynku, tylko po prostu podzielone na dwa segmenty o różnym charakterze. A tak to są trzy lokale, dwie na starówce, trzecia obok uczelnianego kampusu. Kłania się kolejna miłośniczka Manekina (do tego stopnia, że była też w Manekinie w Gdańsku, Bydgoszczy i Poznaniu ;)).

  • Mea culpa :D Zobaczyłam cztery miejscówki na stronie i mózg mi zlasowała perspektywa posiadania tyle Manekina w jednym mieście ;)
    Pozostaje mi trzymać kciuki, żeby w Warszawie otworzyli kolejny lokal ^^

  • Nawet jak nie ma, jakoś sobie z nim poradzimy. Nie wiem czy wiesz, ale tutaj specjalizujemy się w super-długich tekstach ;) *

    Owszem, to o czym mówisz często ma miejsce, ale z moich obserwacji wynika, że o wiele częściej nostalgia do oryginału sprawia, że raczej jesteśmy negatywnie nastawieni do remake’u, a nie pozytywnie. Czyli jeśli wpływa na odbiór to, dyskusyjnie, nostalgia jest w stanie z obiektywnie dobrego remake’u uczynić film kiepski. Mam wrażenie, że rzadko spotyka się odwrotny scenariusz. Choć ja ostatnio obejrzałam filmowe wersje Limitless i Minority Report przed sięgnięciem po serialowe piloty i mam wrażenie, że dzięki temu byłam o wiele przychylniej nastawiona do seriali, niż inni, którzy piloty obejrzeli.

    Sama kiedyś nie potrafiłam oddzielić emocji podczas oglądania remake’ów czy kontynuacji, zwłaszcza jeśli dotyczyły dzieł, które lubiłam. Ale im więcej popkultury pochłaniam, tym bardziej uczę się tego rozdziału – nie oznacza to, że w ogóle wyłączam emocje, ale staram się rozpatrzyć dzieło z dwóch stron: od strony rozumu, i od strony serca. Nie zawsze są one w zgodzie, but that makes for an interesting read, moim zdaniem :D

    Bądźmy razem przesadnymi optymistkami ^_^
    W pełni się z tobą zgadzam. Przecież po latach nie wspominamy „Goonies” dlatego, że był tam taki śmieszny żart o, bo ja wiem, Azjatach; pamiętamy film, bo oglądając go czuliśmy się tak, jakbyśmy sami brali udział w ukazanej tam niesamowitej przygodzie. I szczere? Strasznie mnie rozeźla takie sprowadzanie kina (dowolnego okresu) do „a bo wtedy można było sobie pozwolić”. Jeszcze nie spotkałam rozmówcy, które używając tego argumentu przekonałby mnie do swoich racji :P

    Co do kwestii uniwersalności „Goonies” zauważ że tam grupa jest jednak mieszana – są i dziewczyny i chłopaki. Podobnym przykładem jest „Super 8” J.J. Abramsa (które Mysz zresztą nazywa „Współczesnymi Goonies”).
    Ta uniwersalność jest o tyle ciekawa, że lata 90. miałe swoje odpowiedniki „Goonies”- „Stand By Me” (dla chłopaków) i „Now and Then” (dla dziewczyn). Tu już mamy wyraźny podział na doświadczenia, w zamyśle twórców, dotyczące konkretnych płci. Jasne, można by spróbować analogicznie nakręcić „Stand By Me” w wersji żeńskiej, ale już nie jestem pewna, czy dałoby się zrobić „Now and Then” w wersji męskiej. Ewentualnie, nie wiem jak wówczas film mógłby wyglądać.

    Hehe, great minds think alike – w notce z day 2 & 3 znajdziesz zdjęcia z tej właśnie knajpki. Bardzo sympatyczna ^_^

    *i odpisywaniu na komentarze miesiące po czasie, ale o tym cicho-sza!

  • Zauważyłam, ale to dobrze, bo chyba pasuję do takiego modelu pisania ;).

    Okej, rozumiem: przywiązanie do wersji numer 1 sprawia, że negatywnie patrzymy na wersję numer 2. Ale czy nie ma tu czynników różnicujących? Czy inaczej: nie trzeba by tu brać pod uwagę różnych zmiennych (także upływu czasu? Za lat 20 może jednak uznamy, że ten remake nie jest taki zły, o czym w tym stylu mówię, ale też o obsadzie, o towarzystwie do oglądania, o pewnej zmienności gustów i tak dalej).

    Moim zdaniem również ten argument w rodzaju „kiedyś to można było…” ma nikłą siłę przekonywania. Bo właściwie co to miałoby oznaczać? Chyba najbardziej jakąś próbę idealizacji sztuki dawnej na niekorzyść dzisiejszej, a taka idealizacja sprawia głównie to, że zacierają się nam faktyczne kiepskie w niej rzeczy (rola kobiet to przykład pierwszy z brzegu — i nie tylko w filmie, w literaturze też, zwłaszcza jeśli chodzi o twórczynie, ale nie jedyny). I często takie, o których osobnik idealizujący nie wie, bo taka jest siła idealizacji: zaciera rzeczy, o których osoba idealizująca z jakiegoś powodu nie chce wiedzieć/pamiętać/myśleć.

    Moja przygoda z „Goonies” jest w ogóle późna, bo widziałam ten film może ze dwa lata temu dopiero. Mój Domownik zakrzyknął gromko podczas pobytu w moim domu rodzinnym, że dzisiaj leci w TV „Goonies” i muszę nadrobić ten haniebny brak w edukacji filmowej ;). Także dla mnie ten film ma mały bagaż sentymentalny, ale rozumiem jakby całą otoczkę.

    Czytałam, czytałam, zazdroszę, że już byliście :). Ale wybiorę się kiedyś na pewno! Musowo :).

  • Z jednej strony tak, z drugiej nie. Again: to zależy od indywidualnej osoby. Sama z biegiem lat nabrałam większego dystansu do idea remake’ów – kiedyś byłam im z góry przeciwna, teraz jestem zaciekawiona i daję im tzw. „benefit of the doubt”. Ale znam też np. facet, który mimo bycia sensownym, otwartym na nowości odbiorcą popkultury tak się zacietrzewił w swojej niemal chorobliwej, nostalgicznej miłości do oryginalnego „Red Dawn”, że nie jest w stanie zrozumieć jak z mojego punktu widzenia remake może być lepszy niż oryginał (a widziałam oba, mind you). Wiadomo, on ma z oryginałem związane wspomnienia z młodości – ten film dla niego i jemu równych wiekiem chłopców bardzo ważny. Dla mnie nie jest, więc patrzę na niego z obiektywnym dystansem ;)
    Sądzę więc, że ostatecznie to zależy nie tylko od konkretnej osoby, ale także konkretnego omawianego filmu (czy też innego dzieła), że o upływie czasu czy zmienności gustów nie wspomnę :D

    Och, z pewnością. Zresztą argument pt. „W dawnych czasach można było opowiadać rasistowskie dowcipy” jest tego najlepszym (idiotycznym) przykładem. Bo niby dlaczego brak rasistowskiego humor miałby ŹLE świadczyć o współczesnym kinie? Powinniśmy się chyba raczej cieszyć, że jest coraz mniej takich treści!… szczerze mówiąc trochę mnie to przerasta; w sensie to jak można z TAKICH względów idealizować starszą popkulturę. To już nawet nie jest kwestia tego, że idealizująca osoba nie chce o tym wiedzieć/pamiętać/myśleć – ona, mam wrażenie, ma totalnie w nosie jak bardzo te kwestie są błędne/złe. Ale może przemawia przeze mnie zgorzknienie po tym niefortunnym panelu :/

    Ostatnio spotkałam się z teorią, że czasem może być za późno na pierwszy seans „Goonies” – w sensie, że jeśli się go obejrzy w zbyt ‚starym’ wieku to nie ma już takiego samego efektu. Coś w tym być może jest, bo sama obejrzałam go dopiero mają lat -naście (więc nie zadziałał na mnie tak silnie jak na, powiedzmy, dziecko kilkuletnie), ale wciąż -czuję- urok i kultowość tego filmu. Może to raczej kwestia pewnej specyficznej, nieco dziecięcej wrażliwości, a nie konkretnego wieku? Jak myślisz?

  • Zdecydowanie zależy od charakteru, z tym się zgodzę: w tym sensie też pisałam, że jest bardzo dużo zmiennych, gdzie trudno jest czasem powiedzieć, czy remake czy oryginał jest wyżej ceniony (bo słowo „lepszy” tu w tym wypadku nie pasuje). Co prawda wiem, że przy takich zapatrywaniach trudno jest udzielać przyciągających tłumy odpowiedzi (nikt nie szuka odpowiedzi „to zależy”, a wszyscy „to jest lepsze” lub „nie, bo to!” ;)).

    Nie wiem, wiesz, myślę, że to może być tak, że nie, że ma w nosie, ale sobie nie uświadamia, jakie to ważne. Tak stereotypowo, to jak się jest WASP, to się nie widzi niektórych problemów. I tak samo jak się jest ogólnie białym mężczyzną hetero, to nie widać zza tego pewnych rzeczy. Bo takie kwestie sobie człowiek uświadamia z czasem — albo nie. I w „albo nie” leży problem, nie sądzisz?

    To całkiem możliwe, bo sama oglądałam „Goonies” bawiąc się nieźle, ale dostrzegając wszystkie wady, błędy i niedociągnięcia filmu. I znowu: czy to kwestia wieku czy wrażliwości? Powiedziałabym, że może wypadkowa obu? Albo inaczej: ja z kolei nie czuję, ale rozumiem kultowość tego filmu. I co z tym zrobić? Bo to chyba jest też kwestia wrażliwości — ale jakoś tam zracjonalizowanej, więc może wcale nie chodzi o dziecięcą wrażliwość (czy wiek), ale o sposób patrzenia na dzieła kultury i na tego typu wrażliwość?

  • A to w sumie ciekawe, bo ja mam wrażenie jestem z obozu „to zależy”. Jasne, jeśli coś mi się spodobało, lubię usłyszeć że inni się z moją opinią zgadzają, ale zwłaszcza w kwestii remake’ów i sequeli uważam, że rozpatrzenie wszystkich kwestii – także tych zmiennych – jest bardzo istotne i wiele wnosi do dyskusji. Konfrontowanie naszych przekonań/wspomnień po latach jest, z mojego punktu widzenia, szalenie fascynujące. Owszem, czasem bolesne, np. gdy po latach się okazuje, że ukochany film naszego dzieciństwa wcale nie jest taki fajny jak myśleliśmy (albo że porusza kłopotliwe tematy w niezręczny sposób), ale niemniej istotne dla rozwoju naszych gustów i przekonań.

    Jasne, staram się to brać pod uwagę. Ale jako że jestem osobą empatyczną (a przynajmniej wydaje mi się, że mam w sobie duże pokłady empatii i wyrozumiałości wobec drugiego człowieka, jakiejś takiej potrzeby spojrzenia na sprawę z jego punktu widzenia) czasem trudno mi pojąć, jak bardzo niektórzy ludzie zdają się kompletnie nie mieć w sobie zdolności empatii. Ba, czasem mam wrażenie, że wręcz nie wiedzą, że istnieje coś takiego jak „próba wczucia się w inną osobę”. Nie wiem czy leży za tym egoizm i narcyzm, czy tzw. small-mindedness… dość, że mnie to boli. Jako człowieka.
    (teraz czytam książkę o autyzmie – ludzie na spektrum bardzo często mają problem nie tylko ze zrozumieniem CO czuję inna osoba, ale że inna osoba może W OGÓLE coś czuć!)

    Też widzę wady „Goonies” ale jakby mimo to rozumiem też, dlaczego film jest kultowy; ale nie mentalnie (bo IMHO fenomenu „Goonies” nie da się do końca wytłumaczyć), tylko tak… w sercu. Po prostu „czuję” magię tego filmu, nawet jeśli obejrzałam go nieco zbyt późno, by mógł mnie totalnie oczarować i porwać.
    Podejście do popkultury jako takiej z pewnością ma tu coś do rzeczy – zakładam, że przeciętny zjadacz chleba posadzony przez „Goonies” w wieku last 20+ kompletnie by tego filmu nie zrozumiał (czy też nie zrozumiał jego fenomenu). Nazywam to „dziecięcą wrażliwością” bo dla mnie to skrót myślowy, który oznacza umiejętność podejścia do dzieła popkultury z otwartymi ramionami – starając się go z góry nie oceniać, dać się porwać, zachwycić, itd. To podejście nie wyklucza późniejszej logicznej analizy dzieła, ale w trakcie oglądania pozwala silniej przenieść się niejako „W świat” dzieła. (nie wiem czy to co piszę ma sens)

  • Dokładnie — przy czym właśnie co jakiś czas może się okazać, że ten nasz ukochany film ma na przykład słabe momenty albo bardzo sztywne aktorstwo. Ale to nieźle pokazuje drogę, jaką idą osobiste fascynacje i jak im robi to, że poznaje się coraz więcej. Przy czym pewne rzeczy nadal lubię, choć widzę w nich więcej wad realizacyjnych niż gdzie indziej (w filmie razi mnie to często po latach mniej niż w książce, przyznaję). „To zależy” jest w tym sensie ciekawe, natomiast jeśli trzeba wygłosić taką prostą odpowiedź — to już wcale nie jest prosta i zazwyczaj poszukiwacza może zniechęcić ;).

    No, wiem o co Ci chodzi. Zresztą mam wrażenie, dokonując autorefleksji ;), że jakoś momentami tracę cierpliwość i myślę sobie po prostu „ale jak tak można?!”. Nie wiem, czy to dobrze, może to ta pora roku, ale jakoś tak… Czasami po prostu nie chcę się nawet zastanawiać. Ale generalnie dzielimy w tej sprawie poglądy :).

    Rozumiem — to tak, zdecydowanie byłby to rodzaj dziecięcej wrażliwości, coś jak otwartość na nowe smaki w kuchni i nie skreślanie czegoś, w czym jest na przykład, bo ja wiem, szczaw, którego nie znosiliśmy kiedyś, bo rósł nad rzeką/dziwnie pachniał/karmiło nas nim podejrzane wujostwo/kolega z ławki ciągle jadł z nim kanapki.

  • Ale proste odpowiedzi są nudne! :D to z rozpatrywania niuansów i różnic wynikają najciekawsze dyskusje. To właśnie z takich dyskusji można potem wyciągnąć najciekawsze wnioski :)

    I tak jak zgadzam się, że pochłanianie coraz więcej popkultury zmienia mój odbiór do dzieł z mojego dzieciństwa czy młodości, w równej mierze pozwala mi dostrzec ich (wcześniej niezauważone) wady, jak i zalety, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi. Dlatego, moim zdaniem, nie należy zawsze zakładać że powtórny seans/czytanie przyniesienie tylko negatywy – może odkryjemy w danym dziele rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia, że tam są? :)

    O, to to. Tylko akurat Mysz w kuchni wciąż bywa konserwatywna (choć z roku na rok coraz mniej), tam gdzie w popkulturze już jej się to prawie nie zdarza ;)