Jymn Magon – tata Gumisiów, niania całego pokolenia.

Skąd w nas tak silna nostalgia, dlaczego niektóre kaczki są zbyt brutalne i skąd pomysł na kazirodcze, post-apokaliptyczne niedźwiadki – o to (i więcej) Mysz zapytała Jymna Magona, scenarzystę i producenta Disneya, współtwórcę kultowych Gumisiów.

Życie czasem śmiesznie się toczy. Gdyby Mysz nie wybrała się podczas Avangardy 8 na prelekcję Aeth o easter eggach w filmach sci-fi i fantasy (w tym animacjach Disneya), prawdopodobnie nigdy nie trafiłaby na Zwierza popkulturalnego, i tym samym nigdy nie założyłaby własnego bloga. Tak więc gdyby ktoś te kilka lat temu powiedział Myszy, że dzięki przyjaźni ze Zwierzem będzie miała możliwość przeprowadzenia wywiadu z weteranem studia Disneya… cóż, powiedzmy że wizja, w której wybucham takiej osobie śmiechem w twarz jest jedną z tych mniej drastycznych ;)

I z jednej strony nieładnie cieszyć się, gdy plany przyjaciół nie wypalają, a z drugiej, gdyby nie uprzednie zobowiązania Zwierza, Mysz spędziłaby niedzielny wieczór bezczynnie wgapiając się w ekran laptopa, a nie przeprowadzając wywiad z dowcipnym, wygadanym, przesympatycznym Jymnem Magonem – wielokrotnie nominowanym do Emmy i Grammy scenarzystą, którego wkład w historię seriali animowanych jest niemal nieoceniony.

Choć wiele z Was może nie kojarzyć nazwiska Magona, Mysz pragnie uświadomić Wam, jak ogromną rolę odegrał w naszym kolektywnym dzieciństwie. Istnieje co prawda szansa, że jesteście, drogie Robaczki, w wielu wypadkach nieco starsi niż Mysz, ale mimo to sądzę, że wymienione w tym tekście animacje zdołały umościć sobie w Waszych serduchach całkiem wygodne miejsce. Gumisie (Adventures of the Gummi Bears), Kacze opowieści (DuckTales), Chip i Dale Brygada RR (Chip’n Dale Rescue Rangers), Nowe przygody Kubusia Puchatka (The New Adventures of Winnie the Pooh), Dzielny agent kaczor (Darkwing Duck), Super Baloo (TaleSpin), Goofy i inni (Goof Troop), film „Goofy na wakacjach” (A Goofy Movie)… to w odczuciu Myszy kwintesencja lat 90-tych i wspólny mianownik dla całego pokolenia osób urodzonych w Polsce w latach 80-tych. A to właśnie przy tych serialach przez lata pracował Jymn.

O tym, że produkcje te wciąż wzbudzają silne emocje niech świadczy fakt, że gdy przez ostatnie kilka dni Mysz wrzucała na fanpage bloga pytania, przemyślenia i klipy nawiązujące do ww. animacji, odzew z Waszej strony był wręcz niespotykany. Co i rusz rozpętywały się dyskusje na temat ulubionych animacji, tego czy należy na nowo tłumaczyć i dubbingować nasze ukochane bajki*, tego z którym Gumisiem się identyfikujemy, albo czy kibicowaliśmy parze Gadżet/Chip czy Gadżet/Dale.

*określenia „bajka” jest niepoprawne, ale let’s be honest – wszyscy tak mówimy na animacje

Intros

Myszy to, wbrew pozorom, wcale nie zdziwiło – nie od dziś obserwuję, że kultura lat 80. i 90. przeżywa swoisty renesans. Nie tylko co chwilę dostajemy informację o kolejnym remake’u czy reboocie, ale także sami coraz częściej na własną rękę szukamy filmów i seriali, które zachwycały nas w dzieciństwie. Z jednej strony, chcemy porównać wspomnienia ze stanem faktycznym – skonfrontować wyidealizowane, dziecięce wyobrażenia z nieco chłodniejszym, już dorosłym odbiorem. Z drugiej strony, często chcemy przywołać z powrotem magię i podekscytowanie, które odczuwaliśmy, zasiadając przed telewizorem mając te kilka/kilkanaście lat. Wówczas ponownemu zetknięciu się z obiektem naszej nostalgii często towarzyszy lęk: a co jeśli dany film lub serial nie zrobi już na mnie wrażenia? Co jeśli stwierdzę, że ta otaczana wieloletnim kultem produkcja nie wytrzymałą próby czasu? Co jeśli nie potrafię na powrót obudzić w sobie tej dziecięcej radości?

Cóż… Mysz spieszy donieść, że jeśli Jymn Magon, mimo spędzenia kilkudziesięciu lat w biznesie i renomy weterana animacji, wciąż jest w stanie reagować entuzjazmem na sam dźwięk intra Gumisiów, to myślę, że i dla nas jest nadzieja :)

Jak się okazuje, nie tylko życiowo-blogowe perypetie Myszy są dziełem szczęśliwego przypadku. Początki kariery Magona w studiu Disneya również podpadają pod fortunny zbieg okoliczności. Gdy w latach 80. studio Disneya napotkało poważne kłopoty finansowe, ratunkiem miało być zatrudnienie Michaela Eisnera jako dyrektora naczelnego. Eisner, mający doświadczenie w studiu Paramount i stacji telewizyjnej ABC, był wielkim fanem seriali animowanych, postanowił więc stworzyć u Disneya nowy dział – Walt Disney TV Animation.

Magon, który od dziecka interesował się tworzeniem zabawnych audycji radiowych, pracował wówczas w studiu jako odnoszący sukcesy producent muzyczny. To szef Magona zaciągnął go na „burzę mózgów”, którą Eisner zarządził po utworzeniu nowego działu. Jymn nigdy wcześniej nie próbował swoich sił jako scenarzysta, ale miał świetnie kontakty z aktorami, którzy wówczas użyczali Disneyowi swoich głosów. Wyobraźcie sobie więc zdziwienie Magona, gdy Eisner nagle zwrócił się do niego ze słowami: „Moje dzieciaki właśnie wróciły z obozu i w kółko gadają o czymś, co się nazywa Gummi Bears. Zróbcie mi o tym serial”. The rest, as they say, is history.

ŻelkiMagon sam przyznaje, że od dziecka kochał animacje, ale nigdy nie planował związać się z tym biznesem jako scenarzysta.

 (…) the love (for animation) was always there, but a desire to work in the animation industry wasn’t. I mean who says as a kid, „I want to be an animation writer!”? No one. Everyone wants to be a cartoon artist – not a writer.

Jymn Magon w wywiadzie dla Kickin’ It Old School

Choć historia Gumisiów nie była ani łatwa, ani prosta – Mysz kiedyś szerzej o tym napisze, bo researchując serial, a także rozmawiając z Jymnem, nazbierała na jego temat mnóstwo ciekawostek – produkcja ta stała się pierwszym telewizyjnym animowanym serialem Disneya. A Jymn, mimo skromnych początków, przez niemal dekadę pracował w studiu Disneya jako Senior Creative Manager, nadzorując powstawanie kolejnych produkcji, które w krótkim czasie (4 lata!) wywindowały dział Disney TV Animation na nieosiągalny pułap w kwestii sprawnie realizowanych, odnoszących sukcesy, uwielbianych przez publiczność seriali animowanych. Choć początkowo miał niewiele wspólnego z animacją, w swej długoletniej karierze zdążył spełniać funkcję producenta muzycznego, scenarzysty, story editora, twórcy, developera lub producenta niezliczonych seriali, a jego dzieła kilkukrotnie nominowano do nagród Grammy i Emmy. To dzięki Magonowi seriale animowane osiągnęły taki a nie inny status w popkulturze i utkwiły tak głęboko we wspomnieniach całego pokolenia ludzi, którzy jako dzieci w latach 80. i 90. zasiadali przed telewizorami z wypiekami na twarzy. Mysz, for one, była niezmiernie szczęśliwa, że mogła mu za tenże wkład w nasze kolektywne dzieciństwo podziękować.

Naturalnie, wywiad nie mógł się rozpocząć inaczej, niż od dwóch pytań, które w Myszy kontaktach z ludźmi z zza granicy są już niemal obowiązkowe: „Why Mouse?” i „Where are you from?”. Po krótkim wspólnym geek-outcie na tle Ladyhawke* i po szybkim podsumowaniu Myszy amerykańskiego background’u**, płynnie przeszliśmy do pokaźnej listy pytań, które przygotowałam na tę okazję.

*przeczytaj, skąd wzięła się „Mysza”     **przeczytaj o Mysim backgroundzie

Zdjęcie © Galapagos PR

Jymn i jego „potomstwo”, wydane w Polsce na DVD | Zdjęcie © Galapagos PR

Wychowałam się w Stanach, więc znam Disney Afternoon*, ale polscy widzowie pamiętają Disneyowskie animacje głównie z niedzielnych wieczorów. Mieliśmy coś o nazwie „wieczorynka”, taką bajkę na dobranoc dla dzieci – codziennie włączało się telewizor o 19:00 i oglądało animacje, a w niedzielne wieczory leciał segment „Walt Disney przedstawia”. To właśnie wtedy większość z nas zapoznawała się z Twoimi pracami. Dla mnie niedziela była zawsze najfajniejsza.

Ale następnego dnia trzeba było wstać do szkoły, prawda?

Tak, ale wieczorynka trwała tylko 20-30 minut, a od razu potem szło się spać. No, chyba że ktoś był niegrzeczny *śmiech* Animacje Disneya zawsze były w Polsce popularne – być może ze względu na to, że były czymś innym, zagranicznym, a przez to egzotycznym… Czy popularność Twoich prac różni się między poszczególnymi krajami?

Ciekawe, że o tym wspominasz. Poprzedni dziennikarz, z którym rozmawiałem wspomniał, że po upadku komunizmu, animacje Disneya zalały Polskę gwałtowną falą. Stąd pojawiła się pewna mentalna korelacja między Disneyem a wolnością. Nie sądzę, by jakikolwiek inny kraj miał z moimi animacjami taką specyficzną więź. To interesujące. Myślę, że można założyć, iż każdy kraj oglądał te animacje po swojemu.

*Disney Afternoon – dwugodzinny popołudniowy blok z programami dla dzieci, zazwyczaj animacjami.

Mogę Cię zapewnić, że dla ludzi w moim wieku – a nawet tych nieco starszych czy młodszych – Disney jest, poniekąd, kwintesencją lat 90. – to ich dzieciństwo. W wywiadach wspominasz, że pracując nad tymi serialami nie miałeś pojęcia, że odniosą taki sukces. Jak myślisz, co przyczyniło się do tego sukcesu? Dlaczego to właśnie te produkcje po latach wciąż wywołują tak silne reakcje?

Nie, że próbuję nasze prace porównywać, ale dlaczego ludzie wciąż oglądają „Czarnoksiężnika z krainy Oz” albo „Królewnę Śnieżkę”? Myślę, że chodzi o pewną jakość, o snucie opowieści, z którą każdy może odczuć więź. Jutro lecę do Helsinek, by poprowadzić kurs scenopisarstwa i jedną z rzeczy, którą chciałbym przekazać słuchaczom jest to, jak istotne jest byśmy identyfikowali się z bohaterami danego dzieła; byśmy chcieli spędzić z nimi więcej czasu; byśmy czuli się zaangażowani w ich losy. I nie ważne czy mówimy o Sknerusie McKwaczu, Baloo, czy Gumisiach.

Wciąż słyszę od ludzi: „Ta rzecz wypełniła wówczas wielką lukę w moim życiu”. Bawi mnie, że pytasz o popularność tych serii w kontekście kulturowym. W Stanach, w połowie lat 80., zaczęliśmy zdawać sprawę sobie sprawę, że Amerykański Sen chyli się ku upadkowi. Utrzymanie domu i rodziny było możliwe tylko jeśli oboje rodzice zarabiali. A gdy rodzice byli w pracy, dzieciaki wracały do pustego domu. Nazywało się to the latchkey children („dzieci z kluczem na szyi”). Disney Afternoon stało się niańką dla pokolenia latchkey.

Przypomina mi się coś, co powiedziała kiedyś Lucille Ball. Była już wówczas w podeszłym wieku i występowała na scenie z okazji jakiejś prezentacji. Tłum oszalał na jej widok, krzycząc: „Lucy! Lucy!”, a jeden z dzieciaków krzyknął: „I love you, Lucy!”. Na co ona odparła: „To dlatego, że cię wychowałam!” *śmiech* Miała rację, bo w tamtych czasach wszyscy oglądaliśmy I Love Lucy.

Pod wieloma względami, sam stałem się niańką dla całego pokolenia. Myślę, że to w dużym stopniu wpłynęło na popularność tych seriali – zamiast odrabiać po szkole prace domowe, dzieciaki przez dwie godziny oglądały kreskówki *śmiech*

Była to jednak telewizja z przesłaniem. Te animacje zawsze miały coś do powiedzenia.

Chciałbym tak myśleć. Przyznam się do czegoś, co wiele osób pewnie by przemilczało: gdy wymyśliliśmy wraz z Artem Vitello Gumisie, stworzyliśmy bezkonkurencyjny program. Wszedł w ramówkę NBC jak w masło. Potem przyszedł drugi sezon, wszyscy byliśmy wniebowzięci… aż tu nagle okazuje się, że NBC co i rusz odrzuca każdy nasz pomysł. Byli okropnie pedantyczni. Nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego mam takie problemy. Mieliśmy pierwszorzędny serial, którego kolejne odcinki były z miejsca odrzucane. Art zasugerował, że problemem są historie, które próbujemy opowiedzieć. Podrzucił mi wówczas książkę Syda Fielda: „Screenplay: The Art of Scriptwriting”.

Dopiero po jej przeczytaniu zrozumiałem, co robiłem źle. Tak wiele z tego co robimy… jako ludzie, jako twórcy… jest instynktowne – pochodzi z trzewi, jak takie typowe gut feeling. Po przeczytaniu tej książki zrozumiałem, że najlepsze historie biorą się właśnie z takich nieświadomych, scenopisarskich instynktów. Potem poszło jak z płatka. A w efekcie dzisiaj uczę pisania *śmiech*

To co powiedziałeś łączy się z moim kolejnym pytaniem: wspomniałeś kiedyś, że Gumisie były jedynym programem, przy którym musiałeś się użerać ze Standards & Practices, czyli telewizyjną cenzurą. Pozostałe Twoje prace, jako seriale syndykowane*, nie miały takich problemów. Odnośnie tego, mam dla Ciebie ciekawostkę: serial Darkwing Duck został w Polsce zdjęty z anteny po zaledwie 7 odcinkach, bo Krajowa Radia Radiofonii i Telewizji uznała serial za zbyt brutalny.

Nie miałem o tym pojęcia!

Wszystkie inne seriale zostały wyświetlone w całości, mniej lub bardziej po kolei. Natomiast wiem, że są ludzie, którzy Darkwing Duck oglądali na kanale RTL7 i to po niemiecku – tylko po to, by móc zobaczyć ulubioną animację.

Gdy spotykam fanów, każdorazowo dzielą się oni na oddzielne grupy: jedni są fanami Kaczych opowieści – i nie dziwota, serial ten odniósł ogromny sukces – inni to fani Super Baloo, jeszcze inni wolą Gumisie… jest też wreszcie duża grupa fanów Darkwing Duck. Podejrzewam, że to dlatego, iż serial ten był nieco bardziej dorosły i wyrafinowany, przeznaczony dla nieco starszych widzów. Poszczęściło nam się, że każdy tworzony przez nas serial znalazł sobie własną niszę.

Nie miałem pojęcia, że w Polsce zdjęto go z anteny. Będę musiał o tym powiedzieć Tadowi Stonesowi – to on stworzył ten serial.

*serial syndykowany – serial, którego prawo do emisji może wykupić dowolna stacja; nie jest ograniczony do wyświetlana wyłącznie na jednym kanale.

Fanart "Darkwing Duck" autorstwa Zuryn | Deviantart

Mroczny fanart „Darkwing Duck” autorstwa Zuryn | Deviantart

Wspomniałeś, że Darkwing odbił się echem wśród nieco starszej widowni. Sądzę, że powodem tego był jego format – Darkwing, bardziej niż pozostałe seriale, był parodią. Zawarte w nim odniesienia filmowe, przewrotne wykorzystanie pewnych schematów i tropów, ukłony w stronę klasyki gatunku… Zasiadłam w tym tygodniu do powtórki niektórych z Twoich prac i… [tu następuje dygresja]… zdałam sobie sprawę, że nigdy nie widziałam pierwszego odcinka Gumisiów. Jako dzieciak po prostu siadałam co tydzień przed telewizorem i nie zastanawiałam się nad tym, który odcinek oglądam – każdy z nich był dla mnie oddzielną historią i jakoś nie zwracałam uwagę na ciągłość opowieści… W efekcie, wczoraj obejrzałam pierwsze kilka odcinków.

I jak?

Byłam oczarowana. I nieco zaskoczona.

Czemu?

Oglądam wiele nie-animowanych seriali i byłam zdziwiona, jak bardzo pilot Gumisiów pod względem struktury przypomina pilot klasycznego serialu. Moja świadomość Gumisiów była bardzo organiczna: Gumisie po prostu SĄ – nie mają ani początku, ani końca; każdy odcinek jest odrębną historią.

Gdy zaczynaliśmy serial, chcieliśmy by miał bardzo konkretny początek, a z biegiem czasu planowaliśmy coraz bardziej uchylać przed widzami rąbka tajemnicy. Odszedłem od serialu po drugim sezonie, więc nie wiem jak dalej potoczyły się losy Gumisiów, ale od początku był to serial o odkrywcach – Gumisie pochodzą z ogromnej, starodawnej cywilizacji, która zaginęła w pomroce dziejów.

Dokładnie! Gdy się nad tym zastanowić, Gumisie są niemal post-apokaliptyczne.

Rzeczywiście, można uznać serial za nieco depresyjny.

No właśnie – odkrywają porzuconą cywilizację, o której istnieniu nie miały pojęcia… To smutne. Co więcej, Gumisie są ostatnimi przedstawicielami swojego gatunku. Gdyby wiec chcieli kontynuować ród Gumisiów… cóż, majaczy mi w głowie słowo „kazirodztwo”.

Och, z pewnością odchodziły tam relacje kazirodcze! Chociaż jest szczegół, który pozwala to obejść: wszyscy widzowie zawsze zakładali, że Gumisie są spokrewnione, a to nieprawda. Ale to z kolei nastręcza pytaniem skąd w takim razie wziął się Kabi?

…znaleźli go na grządce kapusty? *śmiech*

Prawdopodobnie *śmiech* Ale jeśli dobrze pamiętam, drugi sezon kończy się tym, że Gumisie odnajdują tajemniczą machinę, którą mogą wysłać sygnał za ocean. Wówczas zdajemy sobie sprawę, że to tam emigrowały pozostałe Gumisie – możliwe, że istnieje tam cała ich populacja. To nigdy nie miało być tylko sześć małych, smutnych misiów.

maxresdefault

Biorąc pod uwagę średniowieczne klimaty Gumisiów, to motyw niemal jak z Arturiańskieg mitu – wystarczy odnaleźć drogę do Avalonu by dołączyć do swoich towarzyszy.

*śmiech* Nie interpretowałbym tego jako inwazji Starego Świata na Nowy, choć były w tym takie tony. Prędzej należy się tu doszukiwać wpływu Tolkiena – wszak to z Szarej Przystani odpływało się, że tak powiem, „na emeryturę”.

No właśnie… nie tylko Darkwing Duck miał mnóstwo odniesień do popkultury – w innych serialach też się one pojawiały. Czy w momencie gdy tworzyliście te produkcje, była to świadoma decyzja? Czy po prostu wygłupialiście się za kulisami: „Chodź, wrzucimy tu taki żart, nikt go pewnie nie zauważy, ale my się pośmiejemy”?

Z pewnością wiele z naszych inspiracji czerpaliśmy z filmów, które były wówczas popularne. Wszyscy robili coś z Indianą Jonesem…

… jak Chip z Brygady RR.

Dokładnie. A czasem to artyści wprowadzali różne smaczki. Przykładem niech będzie odcinek Gumisiów ze złowrogim rzeźbiarzem*. Wykorzystywał on magiczny proszek, który zamieniał obsypaną nim rzecz w kamienny posąg. I jeśli przyjrzysz się scenie gdy widać zaplecze jego wozu, zobaczysz, że na półce stoją figurki Myszki Miki i Donalda. To zasługa artysty które zajmował się scenorysem (storyboard artist) – myśmy tego nie napisali! W gruncie rzeczy, po prostu próbowaliśmy się nawzajem rozśmieszyć.

*odcinek 1×02

gummibears

Rozmawialiśmy o niegdysiejszej popularności tych seriali. Ale czy nie sądzisz, że pod wieloma względami obecnie są one o wiele bardziej popularne, pośrednio dzięki Internetowi i nostalgii za latami 80. i 90., tak popularnej wśród geeków i nerdów? Są całe konwenty organizowane wokół dzieł, które kochaliśmy, będąc dziećmi.

Znów muszę się do czegoś przyznać…

Obiecuję, że nikomu nie powiem *mina pokerzysty*

*śmiech* Urodziłem się w 1949 roku. Mam 65 lat i szóstkę wnucząt, ale niedawno ożeniłem się z młodszą o 23 lata kobietą. Moja żona jest dzieckiem lat 80. i teraz co chwila słyszę: „Och, musimy obejrzeć Ferrisa Buellera, musimy obejrzeć Sixteen Candles!”. Wszystkie te rzeczy przeżywają obecnie renesans. Jestem ciekaw, kiedy to się skończy – podejrzewam, że następne będą lata 90. Ale myślę, że masz rację – ludzie darzą animacje i zabawki z tamtego okresu ogromną nostalgią. Niedawno wróciłem z D23 Expo* w Anaheim i jestem pod ogromnym wrażeniem – to wydarzenie z roku na rok staje się coraz większe. Jeszcze trochę a osiągnie rozmiary ComicConu!

Były tłumy ludzi, przepychanki, niesamowicie długie kolejki… Nasz panel** zebrał ponad 900 osób! Gdy Tevin Campbell wyszedł na scenę i zaczął śpiewać, tłum oszalał. Znali wszystkie piosenki i śpiewali wraz z Tevinem…

Na litość, ja sam nie pamiętam wszystkich tekstów swoich piosenek! *śmiech*

*D23 – oficjalny fanklub firmy Walt Disney Company, co dwa lata organizujący zjazd fanów w Anaheim, tzw. D23 Expo. W trakcie zjazdu odbywa się wiele paneli, dyskusji i wystaw, a także prezentacje nadchodzących projektów studia Disneya
**w tym roku odbył się jubileuszowy panel z okazji dwudziestolecia filmu A Goofy Movie, którego Magon jest scenarzystą
***Tevin Campbell w wieku 19 lat użyczył w A Goofy Movie głosu postaci Powerline’a, popularnego piosenkarza, którego utwory wykonują filmowi bohaterowie

Zdjęcie © DisneyExaminer

Bill Farmer (Goofy), Jymn Magon, Tevin Campbell (Powerline) i Jason Marsden (Max) podczas jubileuszowego zjazdu ekipy „A Goofy Movie” | Zdjęcie © DisneyExaminer

Jest taka cudowna historia, gdy John Cleese występując z Monty Pythonami zapomniał linijki tekstu w słynnym skeczu z papugą…

Och, znam tę historię! Zwrócił się do widowni z pytaniem: „Jaka jest następna linijka?”, a widownia powiedział tekst za niego *śmiech*

Dokładnie! Tak więc dzięki Bogu za naszych fanów *uśmiech* Być może i ten entuzjazm kiedyś przeminie. Nie wiadomo, co się stanie, jeśli firma Disneya nie spienięży wkrótce tej popularności, wydając A Goofy Movie na DVD i BluRay’u…

Rzeczywiście, fani Disneya od lat domagają się wydania tych starszych animacji na DVD.

Jeśli tego nie zrobią, wkrótce wszyscy będą na to za starzy – wymrze jedno pokolenie i nie będzie następnego, by je zastąpić, bo dzieci obecnych fanów dorosną i zaczną oglądać coś innego. Zabrniemy w ślepą uliczkę.

Możliwe. Ale mam wrażenie, że to pokolenie – do którego i ja należę – wychodzi z założenia, że jeśli mimo najlepszych chęci nie jest w stanie zdobyć czegoś legalnie, będzie się posiłkować… powiedzmy, mniej oficjalnymi metodami. Np. oglądając te animacje na YouTube.

Też racja. W gruncie rzeczy moja pierwsza kolekcja Gumisiów też była nielegalna, bo Disney nie miał ich w swojej ofercie. Ktoś skopiował odcinki z Disney Channel i nagrał je na DVD. *śmiech*

Jeśli Cię to pocieszy, to mogę zagwarantować, że sporo dzieciaków w moim wieku ma pochowane po szafach kasety VHS z starymi odcinkami wieczorynki, nagranymi z telewizji. Ja na pewno gdzieś mam swoje – i to  jeszcze z reklamami, które leciały przed programem. To bardzo wspólny mianownik dla tego konkretnego pokolenia – potrafimy z pamięci cytować całe fragmenty tych reklam.

Och, mieliśmy coś podobnego w Stanach. Na kanale NBC, przed każdym programem, wyświetlano krótką PSA* „One to grown on”. Po dziś dzień, na garage sale’ach można znaleźć kasety VHS, na których ludzie ponagrywali stare programy, w tym oryginalne reklamy i właśnie te ogłoszenia.

*PSA (Public Service Announcement) – reklama społeczna

Częściej podchodzą do Ciebie fani ze starszego pokolenia, czy Twoje animacje wciąż przyciągają nowych widzów?… Pytam, bo obejrzałam niedawno odcinek z serii „Kids React” na kanale Fine Bros. na YouTube, w którym grupce młodych dzieciaków puszczono fragmenty Kaczych opowieści. Potem zadano im serię pytań: Jak im się podobało? Jak wypada serial w porównaniu do współczesnych animacji? Czy byłyby skłonne oglądać ten serial? itd. Większość przyznała, że sięgnęłaby po serial, ale jeden z dzieciaków powiedział coś ciekawego: że gdyby to rodzice, jako fani serialu, posadzili go przed telewizorem i kazali oglądać Kacze opowieści, prawdopodobnie by się zbuntował i ich -nie- oglądał. Myślisz, że zdarzają się takie przypadki?

Możliwe, choć równie często spotykam u dzieciaków wręcz przeciwne podejście: to właśnie rodzice posadzili je przed telewizorem, a teraz dzieciaki same są zagorzałymi fanami. Myślę jednak, że coś w tym jest. Sam mam trzynastoletniego syna i czego bym nie powiedział, jest źle.

Och, wierz mi – to minie.

Mam nadzieję, bo chwilowo jestem gotów go zamordować *śmiech* Ale między innymi dlatego tak cieszy mnie polska inicjatywa Galapagos by wydać te seriale na DVD. Nie zliczę, ile razy słyszałem od fanów: „Czemu Disney tego nie wydaje?”.

Mogliby wystawić je przy kasie w dowolnym supermarkecie czy centrum handlowym. Gwarantuję, że sporo ludzi reagowałoby entuzjazmem i nostalgią, na zasadzie: „Wow, pamiętam te bajki, wezmę je dla swoich dzieciaków!”.

No właśnie, ładowali by je do koszyka hurtem.

Pytanie tylko, czy rzeczywiście uda im się namówić dzieciaki do oglądania. Kto wie?

Tak po prawdzie, gdybym był moim synem, oglądałbym to samo co on: Fineasz i Ferb, Pora na przygodę…

Skoro przy tym jesteśmy, sama oglądałam sporo z tych seriali i… być może przemawia przeze mnie nostalgia, ale mam wrażenie, że animacje z lat 90. miały… bo ja wiem, więcej ciepła, więcej serca i bardziej konkretne, prostoduszne przesłanie. I nie chodzi o to, że współczesne seriale nie mają dobrego przesłania – wiele z nich nie bez powodu chwali się za sposób, w jaki poruszają trudne tematy. Ale jestem ciekawa, jak to wygląda z Twojej perspektywy: jaka jest największa różnica między animacjami z lat 80. i 90. a tym co obecnie widzimy w telewizji?

Dobre pytanie. W Stanach na kanale Cartoon Network w dzień puszczane są animacje dla dzieci, a wieczorem leci tzw. „adult swim”, czyli blok kreskówek dla dorosłych. Patrzę często na te programy i zastanawiam się: Kto to kupił? Kto stwierdził, że to będzie dobry pomysł?

W takim razie jest nas dwoje, bo też często zadaję sobie to pytanie.

Żeby nie było – nawet niektóre animacje Disneya są tutaj współwinne. Można niemal odnieść wrażenie, że seriale te próbują być inne i dziwne, tylko po to, by być inne i dziwne. Myślę, że ma to miejsce przede wszystkim w przypadku produkcji, które zyskują dużą popularność.

Pamiętam, gdy wyszedł serial Ren i Stimpy. Był obrzydliwy: wielkie włosy wystające z nosa, zbliżenia na ropne krosty, itp. Wszyscy pomyśleli wówczas: „Oto, co się dzieciakom podoba” i zaczęto produkować seriale idące w stronę obrzydliwości. Ale to nie na to reagowały dzieciaki – reagowały na postacie Rena i Stimpy’ego!

Ren&Stimpy

Podam inny przykład: Matt Groening, twórca Simpsonów, został poproszony o stworzenie kolejnej animacji, z zastrzeżeniem, że miała być „taka sama jak Simpsonowie”. Groening wymyślił wówczas Futuramę. Podobno zarząd stacji był mocno rozeźlony. Matt odparł: „Dałem wam dokładnie to, czego chcieliście”.

„Jak to?” Zapytało studio.

A Matt na to: „Dałem wam coś innego. Tym właśnie byli Simpsonowie – czymś innym”. Ale zarząd studia nie załapał tej subtelnej różnicy – chcieli dostać kolejny sitcom o podmiejskim miasteczku.

Wspomniałeś w naszej rozmowie, że ludzie wciąż potrafią mieć bardzo żywiołowe reakcje na te postaci, że wciąż czują z nimi silną więź emocjonalną. Wiem z kolei po sobie i swoich znajomych, że wystarczy puścić pierwsze takty czołówki Gumisiów, a już nam się pyski cieszą.

*śmiech* Tak, to się często zdarza.

Czy w Tobie te seriale wciąż wywołują tak silną reakcję?

Bez wątpienia. Sądzę, że kluczowe jest to, że Gumisie były dla mnie czymś nowym – nigdy wcześniej nie pracowałem w telewizji, więc byłem ogromnie podekscytowany wszystkim, co się wokół mnie działo. Emisja nowego odcinka wypadała w sobotę, ale zwykle dostawaliśmy serial z powrotem* w czwartek – już zmontowany, z nagranymi głosami i dźwiękami. A trzeba pamiętać, że wówczas, na początku, była nas naprawdę niewielka grupka – czterech facetów od scenorysów i trzech scenarzystów, wszyscy ściśnięci w malutkim pokoju…

Wystarczyło jednak puścić tę melodię *tu Jymn zaczyna nucić pierwsze takty intra Gumisiów*… i wszyscy mieliśmy ciarki. Wiem, że może to zabrzmieć głupio, ale gdy słyszę tę muzykę, wciąż czuję to samo podekscytowanie. Wciąż odczuwam, że to co wówczas robiliśmy było w jakiś sposób ważne. Nawet jeśli widzowie niekoniecznie się ze mną zgadzają *śmiech*

*od podwykonawcy, który zajmował się montażem

WDTVA

Niestety, musimy kończyć, więc to moje ostatnie pytanie.

Nie ma sprawy, możesz do mnie zadzwonić, albo wysłać mi maila – z przyjemnością odpowiem na resztę pytań.

Żebyś się nie zdziwił, że tak zrobię *śmiech* Oto moje ostatnie pytanie: pracowałeś przy niezliczonych projektach na różnych stanowiskach – jako scenarzysta, twórca, story editor, producent… chciałabym wiedzieć co, biorąc pod uwagę Twoją obszerną karierę, jest największą zaletą Twojej pracy? Co w niej najbardziej lubisz?

Niestety, pisanie scenariuszy jest bardzo samotną profesją. Pewnie tak jak blogowanie *śmiech*

To czego mi brakuje z czasów pracy w korporacji Disneya, z tego specyficznego, biurowego środowiska, to coś, co nazywam efektem kolaboracji – mam na myśli możliwość porozmawiania z innymi ludźmi. Nie chodzi nawet o to, że bezpośrednio pomagają ci napisać scenariusz, a raczej, że dzięki rozmowie z nimi łatwiej uporządkować własne myśli. Mam niewielką grupę przyjaciół, z których pomocy korzystam, jeśli na czymś się zatnę – choć na szczęście rzadko cierpię na pisarską blokadę. Istotne jest by mieć kilku powierników, z którymi można konsultować swoje pomysły.

To zawsze było dla mnie największą zaletą: wspólne rozgryzienie zagadki. Niczym Sherlock Holmes. Lub Brygada RR *śmiech* Tego brakuje mi najbardziej.

Słowo się rzekło – popkultura lata 80. przeżywa obecnie drugą, czy nawet trzecią młodość. Kolejne remake’i i rebooty, czy to w postaci nadchodzących Ghostbusters czy najnowszego Terminatora, co i rusz próbują spieniężyć naszą tendencją do idealizowania przeszłości. Jymn ma rację –  wkrótce także lata 90. dostaną swoją szansę. Już widać pierwsze kroki w tym kierunku – Mysz z niepokojem obserwuje przygotowania do remake’u Jumanji (notka o filmie). Od strony animacji pojawiły się z kolei informacje o planowanym remake’u Goof Troop, a kanał Disney XD zapowiedział reboot Kaczych opowieści na rok 2017. Mysz wie, że Jymn chętnie wziąłby udział w tym projekcie, więc pozostaje nam trzymać kciuki, że tata Gumisiów zawita ponownie do Kaczogrodu :)

A jeśli po przeczytaniu tej notki poczuliście wszechogarniającą falę nostalgii (I know I did) i nabraliście ochoty na seans Gumisiów, Kaczych opowieści lub Brygady RR, mam dla Was dobrą wiadomość: ten jeden raz Polska ma przewagę nad Stanami. W USA fani Disneya wciąż nie mogą doprosić się wydania starszych seriali na DVD, ale my nie mamy tego problemu – w ofercie Galapagos znajdziecie 2 pierwsze sezony Gumisiów (na 6 płytach), 5 płyt z Kaczymi opowieściami i 5 płyt z Brygadą RR.

So I’ll give you three guesses, co w najbliższym czasie będzie oglądać Mysz ;)

P1010807_2

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu z Jymnem Magonem dziękuję dystrybutorowi Galapagos. 

  • aHa

    Jejku, przeniósł mnie ten wywiad w czasy dzieciństwa i nagle ocknęłam się przed komputerem w pracy ;) Ale za tę chwilę beztroski i wspomnieć serdecznie Myszy dziękuję :)

  • Cała przyjemność po mojej stronie :)

  • Konrad Włodarczyk

    Quote: „So I’ll give you three guesses, co w najbliższym czasie będzie oglądać Mysz ;)”
    Power Rangers from 1st series to last? Oh, no! Super Sentai! All 39 seasons (roughly 2000 episodes)?! Hmm… A po trzecie, bo ja wiem. Odważnych i Pięknych z nieśmiertelnym Tomaszem Knapikiem? XD

  • Jak to mówią, „close, but no banana” ;)

  • Konrad Włodarczyk

    Shimata! Nie udało mi się! XD Co nie zmienia faktu, że od wczoraj niezmiennie Gumisie, Kaczki i RR będą mi się kojarzyły z Super Sentai. Tak jakoś się składa, że wszystkie drogi prowadzą to Super Sentai. XD

    To jest nasze dzieciństwo. No i Smerfy Peyo. O tak. Ducktales Theme od jakiegoś czasu mam na playliście nawet. Po angielsku. Ale Brygada RR to było coś… Miałem gdzieś kasetę… już pewnia przemielona na wysypisku. Eh..

  • Kalutka

    Ja też! Moje ulubione!!!! A Mysz zadawała super pytania i w ogóle pozdrawiam, bo robisz kawał świetnej roboty!

  • *płoni się rumieńcem* Dziękuję za przemiłe słowa. Cieszę się, że wywiad się podobał :)