To nie jest historia o duchach. Crimson Peak jako współczesny romans gotycki.

Mysz zachwyca się Crimson Peak, czyli najnowszym, klimatycznym dziełem Guillermo del Toro.

Najnowszy film wizjonerskiego reżysera Guillermo del Torro, Crimson Peak – wbrew temu co pokazują trailery, wyraźnie nastawione na podekscytowanie i zaintrygowanie przyzwyczajonego do silnych wrażeń widza – nie jest dziełem przesadnie strasznym ani rozwiązłym. W gruncie rzeczy to niemal podręcznikowy gotycki romans, mimo zmian wprowadzonych przez del Toro idealnie wpasowujący się w wytyczne ram gatunku, ukazując strach i niepokój z żeńskiej perspektywy.

Największa różnica – zgodnie z zamierzeniem reżysera – polega na tym, że w przeciwieństwie do tej pory zekranizowanych gothic romance stories, Crimson Peak nie jest żeńską perspektywą spłyconą przez “tego wstrętnego mężczyznę”, siedzącego na fotelu reżysera. Kobieta jest czymś więcej niż omdlewającą damsel in distress, którą trzeba ratować z opresji – jest niezależną bohaterką i panią swojego losu. Del Toro zrobił wszystko, by wymyślona i wyreżyserowana przez niego historia aż tchnęła kobiecą energią. I Mysz po seansie filmu może z czystym sercem powiedzieć, że odniósł sukces.

Pod względem konstrukcji fabuły – tego jakie wątki i motywy znajdziemy w filmie, tego jak toczą się losy postaci, jakie podpowiedzi i zaskoczenia widz otrzymuje z każdą kolejną minutą – Crimson Peak jest niemal do znużenia klasyczny. Słowo “niemal” jest tu jednak istotne, bo choć wyjadaczom horrorów film del Toro może się wydać nudny, wynika to, być może, z niezrozumienia czym jest ta piękna, klimatyczna produkcja.

CrimsonPeak (15)

W obecnych postmodernistycznych czasach rzadko zdarza się, by w danym gatunku powstał film, który za punkt honoru stawia sobie trzymanie się wytyczonych przez ten gatunek ram. Zazwyczaj współcześni twórcy dążą do tego, by za wszelką cenę nas zaskoczyć, lub popisać się przed nami swoją inteligencją. Kolejne pastisze, parodie, remiksy, remake’i, prequele i spin-offy… trudno nie odnieść wrażenia, że każdy kolejny twórca próbuję jedyne prześcignąć swojego poprzednika. “Popatrz, widzu, ja to zrobię lepiej, ja to zrobię inaczej”. W tym wyścigu, aby pokazać widzowi coś, czego jeszcze nie widział, ginie jednak czasem… nie oryginalność, a dusza. Tej jednak u del Toro nie braknie – prawdopodobnie dlatego, że twórca nie stara się za wszelką cenę zrobić czegoś inaczej; on po prostu stara się to zrobić dobrze.

W Crimson Peak nie chodzi o to, by zaskoczyć widza twistem czy zmianą konwencji, której nikt się nie spodziewał – chodzi o umiejętne balansowanie na granicy gatunku, którego urok i czar został zapomniany w epoce, gdzie wszystko musi być nowe, musi być bardziej. Zmiany, które del Toro wprowadził w swój gotycki romans – mieszając wpływy wszelkich podgatunków gothic fiction (z victorian gothic, romantic gothic i Female Gothic na czele) – zdaniem Myszy nie mają na celu wywrócić gatunku na jego stronę. Wręcz przeciwnie: wszystkie wprowadzone przez reżysera zmiany zdają się jedynie umiejętnie “doprawiać” tradycyjny gotycki romans i w atrakcyjny, easily-identifiable way prezentować go współczesnej publiczności.

CrimsonPeak (6)

Przy czym to nie jest bezduszne wyrobnictwo albo powtarzanie wyświechtanych motywów bo “tak wypada” (choć jeśli spojrzeć na listę tropów z gotyckiej literatury, del Toro zanotował niemal 100% zgodności) – na każdym kroku widać, że Crimson Peak powstało z autentycznej miłości do gotyckiego romansu i kina, które przede wszystkim operuje klimatem i emocjami. Jest w tym filmie miłość i szacunek, ale także nuta nieskrępowanej radości, którą – jeśli się przyjrzeć – można wyczuć w większości dzieł del Toro, a która objawia się, przede wszystkim, w attention to detail. Trudno nie zauważyć, że większość projektów tego wyjątkowego reżysera powstaje z czystej i nieskalanej pasji. I podobnie jest w wypadku Crimson Peakit’s a labour of love. And boy, is it glorious.

Cytując bodaj najistotniejsze zdanie, jaka pada w filmie: “it’s not a ghost story, it’s a story with ghosts in it. Innymi słowy: nie strach jest tu najważniejszy… choć del Toro słusznie zauważa, że Crimson Peak nie jest horrorem – wraz za gotycką tradycją, powinno się go raczej ochrzcić “pleasing terror”, za to, jak umiejętnie (i z dreszczykiem niepokoju) rozpatruje wątki typowe dla tego gatunku: miłość, szaleństwo, upadek arystokracji, terror śmierci, elementy ponadnaturalne, itd. Przy czym del Toro, pozornie tylko trzymając się ram gotyckiego romansu, umiejętnie splata wyświechtane elementy w nieco bardziej nowoczesną historię.

CrimsonPeak (4)

Rolą naszej bohaterki – aspirującej pisarki, Edith Cushing – nie jest paść w ramiona mrocznego, tajemniczego Thomasa Sharpe’a, by następnie przez cały film omdlewać i spazmować, na końcu dając się uratować dzielnemu bohaterowi. Tak mogłaby się potoczyć klasyczna historia. U del Toro są jednak pewne zmiany. Na pierwszy rzut oka wydają się wpływać na fabułę jedynie w niewielkim stopniu – która Myszy zdaniem jest przepyszna w tym, jak jest przewidywalna* – ale to tylko świadczy o tym, jak umiejętnie del Toro bawi się gotyckimi wątkami. Zdaje się, że Crimson Peak teoretycznie najbliżej jest do podgatunku female gothic – to tam kobiety odgrywają znaczniejsze role i to ich punkt widzenia jest najistotniejszy; z drugiej strony, nie mamy tak charakterystycznej dla tych tekstów próby wytłumaczenia zjawiska paranormalnych zupełnie normalnymi zbiegami okoliczności. Co to, to nie – u del Toro duchy naprawdę istnieją.

*Jest coś niezmiernie odświeżającego w tym jak unapologetic jest del Toro w podążaniu pewnymi utartymi schematemi fabularnymi. Jak to pięknie ujął Luby po wyjściu z kina: “In a way, it’s like the last 100 years of storytelling never happened. I Myszy zdaniem jest to zaleta, a nie wada.

CrimsonPeak (12)

However, fear not. Jeśli po trailerach lub opisie spodziewaliście się filmu, który Wami wstrząśnie lub wystraszy Was do szpiku kości, trafiliście jak kulą w płot. Owszem, w produkcji pojawi się kilka precyzyjnie przemyślanych jump scares, ale Myszy zdaniem warto podczas seansu Crimson Peak pamiętać o jednym – to historia z duchami, a nie o duchach. W związku z tym zjawy pojawiające się na ekranie zawsze spełniają istotną rolę. I wbrew pozorom rzadko kiedy ich rolą jest jedynie wystraszyć bohaterów (czy widza). Duchy te to odciśnięte w czasie i miejscu emocje – czasem złe, czasem dobre, czasem straszne, ale zawsze istotne, także (czy może przede wszystkim) dla tych, którzy wciąż jeszcze żyją. Sounds poetic, I know, ale właśnie na taki poetycki, nieco metaforyczny, ociekający symboliką klimat musicie się przygotować. Crimson Peak to nie plastikowy trup wypadający z szafy, który ma na celu wywołać tani dreszczyk – to elegancki, ale zniszczony obraz, który wzbudza uczucie niepokoju skrywaną za odłażącą farbą tajemnicą.

Aczkolwiek, jeśli wciąż obawiacie się o swą delikatną wrażliwość i strachliwe serduszko, i nie chcecie wprawiać obsługi kina w zakłopotanie ewentualnymi omdleniami albo spazmami przerażenia, Mysz śpieszy donieść, że poziom strachu ocenia na umiarkowany. By użyć nieco bardzie prozaicznego i obrazowego porównania, “straszność” Crimson Peak oceniam na mieszankę odcinka “Bloody Mary” Supernatural i “Buffet Froid” Hannibala, ze szczyptą krwawych momentów, których nie powstydziłby się Ryan Murphy w American Horror Story.

CrimsonPeak (7)

W przeciwieństwie jednak do Murphy’ego, del Toro nie używa tej garści brutalnych momentów by zaszokować widza (choć jest to dyskusyjne, bo literatura gotycka miała też poniekąd szokować; think penny dreadfuls) – to raczej fizyczny kontrapunkt dla trudnych, bolesnych emocji przeżywanych przez bohaterów. Poza tym, nawet gdy u del Toro leje się krew, robi to wyjątkowo malowniczo – stąd pod względem estetyki i poziomu strachu, Crimson Peak najbliżej chyba do Hannibala.

Naturalnie, wciąż będą widzowie, których dzieło del Toro wynudzi. W gruncie rzeczy nie ma w tej historii nic oryginalnego: rezolutna Amerykanka, która chce zostać pisarką i zakochany w niej lekarz, przyjaciel rodziny;  zjawiający się niespodziewanie tajemniczy brytyjski panicz i jego niepokojąca, oziębła siostra... haven’t we see this before? Jest też w Crimson Peak klasyczny motyw Sinobrodego (lub przynajmniej jego elementów) jak również wątek a’la Beauty and the Beast wszak jaki romans mógłby się obejść bez miłości, która jest w stanie odmienić potwora?… Największym odstępstwem del Toro od klasycznych ram gotyckiego romansu jest to, że Edith bardziej niż z okowami patriarchatu walczy z… inną kobietą. Wbrew pozorom to nie grany przez Hiddlestona baronet, Thomas Sharpe, jest w Crimson Peak antagonistą; Sharpe jest raczej postacią niejednoznaczną (zresztą bodaj najbardziej w całym filmie). W istocie to Lucille Sharpe, w którą brawurowo wciela się Jessica Chastain, jest uosobieniem drzemiącego w Allerdale Hall niepokoju i zła. A może raczej na odwrót: to dom Sharpe’ów jest uosobieniem duszy Lucille i ciężaru, który spoczywa na barkach Thomasa.

CrimsonPeak (18)

Film del Toro jest zresztą pełen symboliki, z czego najsilniejsze zdają się decyzje podjęte odnośnie designu pojawiających się w historii duchów (nad tą symboliką nadal się z Lubym spieramy), metaforyki czerwonej gliny, wydobywanej przez rodzinę Sharpe’ów (szlachecka rodzina wydzierająca Ziemi jej krwawicę, so to speak?) oraz motyw motyli i ciem, który przewija się w całej produkcji. Zresztą nie chodzi wyłącznie o owady, które pojawiają się na ekranie – czy to podczas pełnej aluzji rozmowy Edith i Lucille w parku, czy w zapuszczonym domostwie Sharpe’ów, gdzie strych pełen jest trzepotu małych skrzydełek.

Same bohaterki są uosobieniem tych owadów: Edith, w swych kolorowych sukniach z dużymi, bufiastymi ramionami to barwny, delikatny motyl, schwytany w pułapkę, jakim jest tytułowe domostwo. Zresztą tu ciekawą analogią zdaje się fakt, że z biegiem filmu coraz częściej widzimy Edith w białej koszuli nocnej, z rozwianymi jasnymi włosami, przez co wciąż przypomina zwiewnego, lotnego motyla, ale już wypranego z koloru – stojącego na progu śmierci.

CrimsonPeak (17)

Z kolei Lucille, ze swoją mroczną paletą barw – a przede wszystkim szalenie zwiewną, wydymającą się niczym żagiel szatą z finału – jest ćmą; tą która w domyślę ma pożreć biednego, uwięzionego motylka. Podział symboliki jest w tym wypadku bardzo prosty: Edith to życie, słońce i światło, Lucille to śmierć, księżyc i mrok. Przy czym także dla Thomasa – the main man in both their lives – kobiety te stanowią przeciwieństwa, a każda, czy to z rozmysłem, czy to niechcący, ciągnie go w swoją stronę. W efekcie Thomas, bardziej niż jakakolwiek inna postać w filmie, jest rozdarty.

Myszy akurat motyw konfliktu dwóch kobiet wydaje się żywcem wyjęty z tradycji gotyckiego romansu, ale być może wynika to stąd, że to zawsze relacje między kobietami – a nie romans między kobietą a mężczyzną – wydawały mi się w tym gatunku najciekawsze. Można zresztą odnieść wrażenie, że podobnie jest dla del Toro, bo choć trudny i skomplikowany związek Thomasa i Lucille jako rodzeństwa jest istotnym punktem w filmie, podobnie jak miłość Thomasa i Edith, to w scenach między Chastain a Mią Wasikowską rozgrywa się najwięcej ciekawych emocji. Co to dużo mówić: u del Toro kobiety to złożone postaci. Nie ładne manekiny z obowiązkowymi cechami do odhaczenia, “żeby feministkom zamknąć usta”; to po prostu ludzie.

CrimsonPeak (2)

Przy czym Mysz musi napomknąć, że tak jak myślałam, iż to Hiddleston okażę się najjaśniejszym punktem Crimson Peak pod względem aktorstwa, tak Chastain kompletnie ukradła mu film. Jej perfekcyjnie kontrolowany występ w roli Lucille – osiągający przerażającą i poruszającą kulminację w finale – zrobił na Myszy ogromne wrażenie i chociażby dla tego występu warto się do kina wybrać. I mówię to mimo tego, iż w gruncie rzeczy uważam wątek Lucille i jej mrocznego sekretu za… cóż, banalny. You ain’t as tragic, monstrous and special as you’d like to think you are – get over yourself.

Należy jednak pamiętać, że nie jest istotne to jak Mysz, ze swego współczesnego, zblazowanego, obytego z horrorami punktu widzenia patrzy na mroczną przeszłość i rozterki postaci – istotne jest to, jak Lucille przeżywa swój wielki, mroczny sekret. A w wykonaniu Chastain, Lucille przeżywa go bezbłędnie. Jest w niej zarówno delikatność, jak i niepokojąca niezłomność, dźwięcząca niczym stal. Jest lojalność – drapieżna, przytłaczająca i napastliwa – a także morze miłości, zrodzonej z bólu… Poezja. Mysz w każdym razie przez cały film wprost nie mogła od Chastain oderwać wzroku. I to bynajmniej nie dlatego, że to piękna kobieta.

CrimsonPeak (5)

Równie sprawnie radzi sobie Hiddleston. W jego wykonaniu Thomas Sharpe to nie tylko elegancki bohater romantyczny, na którego z przyjemnością się patrzy – nie ważne, czy akurat tańczy walca, majstruje przy maszynie wydobywającej glinę, czy tarza się w pościeli. Pod kontrolowaną zewnętrzną powłoką, Sharpe skrywa wiele sprzecznych emocji i Hiddleston bardzo umiejętnie te emocje rozgrywa, stosując oszczędne, ale skuteczne środki. Mogą się zdarzyć widzowie, którym postać Thomasa wyda się nieco… bo ja wiem, niemrawa? Niezdecydowana? (zwłaszcza w kontraście do Lucille)… i rzeczywiście coś w tym może być.

Jednak gdy spojrzeć na to, jak istotny dla filmu jest wątek scierania się dwóch silnych kobiecych charakterów, zepchnięcie mężczyzn na dalszy plan wydaje się logicznym działaniem. Tym bardziej, że pojawiający się w roli dzielnego wybawiciela Charlie Hunnam też w sumie spełnia w Crimson Peak raczej niewielką, bardzo symboliczną funkcję; podobnie jak grający ojca bohaterki Jim Beaver (znany fanom Supernatural).

CrimsonPeak (9)

Przy czym nawet to niezdecydowanie Sharpe’a Hiddleston gra świetnie, odnajdując zaskakującą równowagę w odgrywaniu przeróżnych oblicz miłości (która wszak niejedno ma imię). Thomas Sharpe to bohater pod wieloma względami iście byroniczny – nie jest takim potworem, na jakiego film chciałby go kreować, ale ważniejsze w kontekście historii jest to, iż to sam Sharpe uważa się za potwora; nawet jeśli jego potworność wynika przede wszystkim z jego niemożności działania*. W każdym razie, jeśli chodzi o aktorskie popisy Hiddlestona, Mysz poleca Waszej uwadze przede wszystkim finałową konfrontację, oraz ostatnie jego ujęcie, jakie widzimy w filmie; jest ono cudownie przejmujące.

*przy czym Mysz tu wyczuwa echa aluzji do impotencji – zarówno w kontekście repressed sexuality, jak i niemożności zrealizowania marzeń odnośnie rozkręcenia rodzinnego biznesu.

CrimsonPeak (24)

W sumie najsłabiej z głównego trio wypada Mia Wasikowska. Przy czym Mysz nie jest pewna, czy wynika to z charakteru jej postaci, specyficznej gry aktorskiej, czy po prostu tego, że mimo upływu lat, wciąż nie jestem w stanie przekonać się do tej konkretnej aktorki. Jest w niej coś zwiewnego i eterycznego – co świetnie pasuje do klimatu Crimson Peak – ale jednocześnie…. bo ja wiem, niepokojącego? I jest to wrażenie na tyle przejmujące, że nie ważne w jakiej roli bym Wasikowskiej nie oglądała, nigdy nie jestem w stanie do końca zaufać jej postaci, ani nawiązać z nią emocjonalnej więzi. Co akurat w przypadku dzieła del Toro może być pewnym problemem, bo historia wymaga abyśmy przejmowali się losem Edith i kibicowali bohaterce w jej zmaganiach, nie ważne czy z duchami, czy z oziębłą szwagierką. Gotycki romans skupia się wszak na kobiecym strachu, a trudno współodczuwać strach wraz z bohaterką, w momencie gdy widzowi jest wszystko jedno, czy Edith zginie, czy przeżyje.

Then again, takie podejście dało Myszy ciekawą perspektywę – finał Crimson Peak odebrałam jako chyba jeszcze bardziej słodko-gorzki niż przeciętny widz; głównie dlatego, że sama nie wiem, czy jestem z takiego a nie innego zakończenia ostatecznie zadowolona ;)

CrimsonPeak (20)

Dyskusyjnie, elementem zabawy formą – i niejako odstępstwem od kurczowego trzymania się kanwy gotyckiego romansu – może być na-poły szkatułkowa konstrukcja Crimson Peak. Jest to jednak manewr tak subtelny i wykonany z takim smakiem i gracją, że trudno go nie docenić; nawet jeśli nieco trąci postmodernizmem. No ale co robić, gdy reżyser tak umiejętnie bawi się z widzem, wrzucając zarówno na początku jak i na końcu filmu subtelne aluzje, co do konstrukcji historii?… można tylko z uśmiechem kiwać głową. Zwłaszcza, że del Toro również wplata w historię kilka mniej subtelnych, ale jakże sympatycznych aluzji do popkultury, w tym np. powieści detektywistycznych, co przynajmniej u Myszy (i Lubego) wywołało szeroki uśmiech.

Ponieważ jednak wplata się to zręcznie w wątek narastającego niepokoju – i pytania, czy ratunek dotrze do Edith na czas? – jestem w stanie ten element del Toro wybaczyć. Zresztą, takich ukłonów jest więcej: wystarczy zwrócić uwagę na imię bohaterki, Edith Cushing (nazwanej na cześć Edith Wharton, nagrodzonej Pulitzerem pisarki i Petera Cushinga, aktora znanego z horrorów studia Hammer).

CrimsonPeak (10)

Interesującym elementem Crimson Peak jest warstwa erotyczna, przy czym wydaje się jej być przejmująco mało. W istocie, w filmie są tylko dwie sceny, które mogłyby wywołać rumieniec na co poniektórych twarzach, a i to jest raczej wątpliwe, bo są one bardzo elegancko nakręcone. Oczywiście Internet aż zawrzał, gdy twórcy przyznali, że w scenie seksu to Hiddleston pozbędzie się części garderoby, tym samym stając się narzędziem równouprawnienia w kontekście przedstawiania męskiej i żeńskiej nagości na ekranie. Jest to jednak moment krótki – so calm your collective horses, girls! – i w sumie raczej nieistotny w zakresie fabuły samego filmu*.

O wiele ważniejsza jest tu postać Edith i fakt, że w kontraście do gotyckiej tradycji, utrata przez nią dziewictwa nie jest przedstawiana jako coś złego. Bohaterka nie jest piętnowana za czerpanie przyjemności ze swojej seksualności (z którym to motywem interesująco pogrywa sobie serial Penny Dreadful, również operujący w ramach tematyki gotyckiej). Wręcz przeciwnie: dla Edith zdaje się to być punkt zwrotny – moment w którym przełamuje czar jaki Lucille roztoczyła nad swoim bratem. Naturalnie, sytuacja wcale nie jest tak prosta, jak się pozornie wydaje. Ale tu już Mysz zaczęłaby dreptać po terytorium spoilerów, czego mimo wszystko wolałabym uniknąć.

*bo pod względem wprowadzania powolnych zmian w to, jak w Hollywood postrzega się female sexuality może się jeszcze okazać znaczący.

CrimsonPeak (27)

Jest wreszcie warstwa bodaj najważniejsza, czyli wszystko wokół toczącej się w filmie historii i rozgrywanych między bohaterami relacji. Jak wspomniałam, dom Sharpe’ów, czyli tytułowe Crimson Peak zdaje się przede wszystkim uosobieniem postaci Lucille – choć jest tam też symbolika domu, jako rodzinnego sekretu i dziedzictwa, która przytłacza Thomasa – ale, co ważniejsze, jest też jednym z kluczowych bohaterów filmu. Ba, być może jest bohaterem najważniejszym. It’s a living, breathing thing, i to bynajmniej nie tylko ze względu na nawiedzające go duchy. Jest w tym domu krew, pot i łzy, i ogromna pasja rzemieślników i artystów, którzy wybudowali całą tę imponującą scenografię na potrzeby filmu.

To, jak dom Sharpe’ów wygląda, jak jest oświetlony, wykadrowany i nakręcony, to jak skrzypi, trzeszczy i oddycha – razem wszystko to sprawia, że Crimson Peak jest jednocześnie najpiękniejszym i najstraszniejszym elementem całej produkcji. Nietrudno uwierzyć w to, że w takim domu – nie ważne czy prawdziwym, czy stworzonym na planie filmu – rzeczywiście może straszyć. Jest w nim historia i tajemnica, jest miłość i nienawiść, jest lęk i poczucie winy… wszystkie te emocje, które rozgrywają się między bohaterami zdają się żyć w wymyślonym przez del Toro i Spółkę domu. Duża w tym zasługa genialnego Thomasa E. Sandersa, który opowiadał za art/set decoration także na planie m.in. Bram Stoker’s Dracula.

Do tego dochodzą inne, ale niemniej ważne szczegóły: wspomniane już wcześniej kostiumy, cudownie dopełniające przewijającą się przez cały film symbolikę; pięknie nakręcone, opustoszałe połacie Kanady udające mroźną Anglię; nienachalna, ale umiejętnie podkręcająca napięcie muzyka; i wreszcie fenomenalny design zjaw i ich piękne wykonanie w CGI (choć tu, if I’m totally honest, Mysz miałaby kilka uwag, bo podczas gdy niektóre duchy – zwłaszcza dwa w finale – są wykonane bezbłędnie, kilka pozostałych sprawia wrażenie nieco… hm, plastikowych?; ale być może wynika to z przemyślanej wizji artystycznej twórców).

CrimsonPeak (21)

Crimson Peak nie grzeszy oryginalnością, ale też nie na tym jego urok polega – ten leży w dobrym scenariuszu, świetnym aktorstwie, wizualnym wysmakowaniu, przemyślanej symbolice i spójnej wizji fantastycznego reżysera, który postawił sobie za punkt honoru opowiedzieć gotycki romans tak, by zachwycić współczesnych widzów. Crimson Peak to po prostu kawał porządnego, piękne nakręconego i umiejętnie zrealizowanego kina, który bardziej niż wystraszyć, ma widza poruszyć i zmusić do zastanowienia. Nad ludzką naturą; nad istnieniem emocji i zdarzeń tak silnych, że odciskają na ludziach – i miejscach – swoje nieodwracalne piętno; nad uczuciem, które nas zmienia – zarówno na lepsze, jak i na gorsze – i które, niczym wąż, potrafi czasem zjadać własny ogon; nad istotą przebaczenia, odkupienia i szaleństwa. I miłości, we wszystkich jej skomplikowanych, skorumpowanych, wadliwych i pięknych odmianach.

PS. Wiem, że dla niektórych z Was, drogie Robaczki, los filmowych czworonogów jest istotny. Tak więc przed seansem radzę sprawdzić Crimson Peak na Does The Dog Die. Żeby potem nie było, że nie ostrzegałam.

CrimsonPeak (23)