To nie jest historia o duchach. Crimson Peak jako współczesny romans gotycki.

Mysz zachwyca się Crimson Peak, czyli najnowszym, klimatycznym dziełem Guillermo del Toro.

Najnowszy film wizjonerskiego reżysera Guillermo del Torro, Crimson Peak – wbrew temu co pokazują trailery, wyraźnie nastawione na podekscytowanie i zaintrygowanie przyzwyczajonego do silnych wrażeń widza – nie jest dziełem przesadnie strasznym ani rozwiązłym. W gruncie rzeczy to niemal podręcznikowy gotycki romans, mimo zmian wprowadzonych przez del Toro idealnie wpasowujący się w wytyczne ram gatunku, ukazując strach i niepokój z żeńskiej perspektywy.

Największa różnica – zgodnie z zamierzeniem reżysera – polega na tym, że w przeciwieństwie do tej pory zekranizowanych gothic romance stories, Crimson Peak nie jest żeńską perspektywą spłyconą przez „tego wstrętnego mężczyznę”, siedzącego na fotelu reżysera. Kobieta jest czymś więcej niż omdlewającą damsel in distress, którą trzeba ratować z opresji – jest niezależną bohaterką i panią swojego losu. Del Toro zrobił wszystko, by wymyślona i wyreżyserowana przez niego historia aż tchnęła kobiecą energią. I Mysz po seansie filmu może z czystym sercem powiedzieć, że odniósł sukces.

Pod względem konstrukcji fabuły – tego jakie wątki i motywy znajdziemy w filmie, tego jak toczą się losy postaci, jakie podpowiedzi i zaskoczenia widz otrzymuje z każdą kolejną minutą – Crimson Peak jest niemal do znużenia klasyczny. Słowo „niemal” jest tu jednak istotne, bo choć wyjadaczom horrorów film del Toro może się wydać nudny, wynika to, być może, z niezrozumienia czym jest ta piękna, klimatyczna produkcja.

CrimsonPeak (15)

W obecnych postmodernistycznych czasach rzadko zdarza się, by w danym gatunku powstał film, który za punkt honoru stawia sobie trzymanie się wytyczonych przez ten gatunek ram. Zazwyczaj współcześni twórcy dążą do tego, by za wszelką cenę nas zaskoczyć, lub popisać się przed nami swoją inteligencją. Kolejne pastisze, parodie, remiksy, remake’i, prequele i spin-offy… trudno nie odnieść wrażenia, że każdy kolejny twórca próbuję jedyne prześcignąć swojego poprzednika. „Popatrz, widzu, ja to zrobię lepiej, ja to zrobię inaczej”. W tym wyścigu, aby pokazać widzowi coś, czego jeszcze nie widział, ginie jednak czasem… nie oryginalność, a dusza. Tej jednak u del Toro nie braknie – prawdopodobnie dlatego, że twórca nie stara się za wszelką cenę zrobić czegoś inaczej; on po prostu stara się to zrobić dobrze.

W Crimson Peak nie chodzi o to, by zaskoczyć widza twistem czy zmianą konwencji, której nikt się nie spodziewał – chodzi o umiejętne balansowanie na granicy gatunku, którego urok i czar został zapomniany w epoce, gdzie wszystko musi być nowe, musi być bardziej. Zmiany, które del Toro wprowadził w swój gotycki romans – mieszając wpływy wszelkich podgatunków gothic fiction (z victorian gothic, romantic gothic i Female Gothic na czele) – zdaniem Myszy nie mają na celu wywrócić gatunku na jego stronę. Wręcz przeciwnie: wszystkie wprowadzone przez reżysera zmiany zdają się jedynie umiejętnie „doprawiać” tradycyjny gotycki romans i w atrakcyjny, easily-identifiable way prezentować go współczesnej publiczności.

CrimsonPeak (6)

Przy czym to nie jest bezduszne wyrobnictwo albo powtarzanie wyświechtanych motywów bo „tak wypada” (choć jeśli spojrzeć na listę tropów z gotyckiej literatury, del Toro zanotował niemal 100% zgodności) – na każdym kroku widać, że Crimson Peak powstało z autentycznej miłości do gotyckiego romansu i kina, które przede wszystkim operuje klimatem i emocjami. Jest w tym filmie miłość i szacunek, ale także nuta nieskrępowanej radości, którą – jeśli się przyjrzeć – można wyczuć w większości dzieł del Toro, a która objawia się, przede wszystkim, w attention to detail. Trudno nie zauważyć, że większość projektów tego wyjątkowego reżysera powstaje z czystej i nieskalanej pasji. I podobnie jest w wypadku Crimson Peakit’s a labour of love. And boy, is it glorious.

Cytując bodaj najistotniejsze zdanie, jaka pada w filmie: „it’s not a ghost story, it’s a story with ghosts in it. Innymi słowy: nie strach jest tu najważniejszy… choć del Toro słusznie zauważa, że Crimson Peak nie jest horrorem – wraz za gotycką tradycją, powinno się go raczej ochrzcić „pleasing terror”, za to, jak umiejętnie (i z dreszczykiem niepokoju) rozpatruje wątki typowe dla tego gatunku: miłość, szaleństwo, upadek arystokracji, terror śmierci, elementy ponadnaturalne, itd. Przy czym del Toro, pozornie tylko trzymając się ram gotyckiego romansu, umiejętnie splata wyświechtane elementy w nieco bardziej nowoczesną historię.

CrimsonPeak (4)

Rolą naszej bohaterki – aspirującej pisarki, Edith Cushing – nie jest paść w ramiona mrocznego, tajemniczego Thomasa Sharpe’a, by następnie przez cały film omdlewać i spazmować, na końcu dając się uratować dzielnemu bohaterowi. Tak mogłaby się potoczyć klasyczna historia. U del Toro są jednak pewne zmiany. Na pierwszy rzut oka wydają się wpływać na fabułę jedynie w niewielkim stopniu – która Myszy zdaniem jest przepyszna w tym, jak jest przewidywalna* – ale to tylko świadczy o tym, jak umiejętnie del Toro bawi się gotyckimi wątkami. Zdaje się, że Crimson Peak teoretycznie najbliżej jest do podgatunku female gothic – to tam kobiety odgrywają znaczniejsze role i to ich punkt widzenia jest najistotniejszy; z drugiej strony, nie mamy tak charakterystycznej dla tych tekstów próby wytłumaczenia zjawiska paranormalnych zupełnie normalnymi zbiegami okoliczności. Co to, to nie – u del Toro duchy naprawdę istnieją.

*Jest coś niezmiernie odświeżającego w tym jak unapologetic jest del Toro w podążaniu pewnymi utartymi schematemi fabularnymi. Jak to pięknie ujął Luby po wyjściu z kina: „In a way, it’s like the last 100 years of storytelling never happened. I Myszy zdaniem jest to zaleta, a nie wada.

CrimsonPeak (12)

However, fear not. Jeśli po trailerach lub opisie spodziewaliście się filmu, który Wami wstrząśnie lub wystraszy Was do szpiku kości, trafiliście jak kulą w płot. Owszem, w produkcji pojawi się kilka precyzyjnie przemyślanych jump scares, ale Myszy zdaniem warto podczas seansu Crimson Peak pamiętać o jednym – to historia z duchami, a nie o duchach. W związku z tym zjawy pojawiające się na ekranie zawsze spełniają istotną rolę. I wbrew pozorom rzadko kiedy ich rolą jest jedynie wystraszyć bohaterów (czy widza). Duchy te to odciśnięte w czasie i miejscu emocje – czasem złe, czasem dobre, czasem straszne, ale zawsze istotne, także (czy może przede wszystkim) dla tych, którzy wciąż jeszcze żyją. Sounds poetic, I know, ale właśnie na taki poetycki, nieco metaforyczny, ociekający symboliką klimat musicie się przygotować. Crimson Peak to nie plastikowy trup wypadający z szafy, który ma na celu wywołać tani dreszczyk – to elegancki, ale zniszczony obraz, który wzbudza uczucie niepokoju skrywaną za odłażącą farbą tajemnicą.

Aczkolwiek, jeśli wciąż obawiacie się o swą delikatną wrażliwość i strachliwe serduszko, i nie chcecie wprawiać obsługi kina w zakłopotanie ewentualnymi omdleniami albo spazmami przerażenia, Mysz śpieszy donieść, że poziom strachu ocenia na umiarkowany. By użyć nieco bardzie prozaicznego i obrazowego porównania, „straszność” Crimson Peak oceniam na mieszankę odcinka „Bloody Mary” Supernatural i „Buffet Froid” Hannibala, ze szczyptą krwawych momentów, których nie powstydziłby się Ryan Murphy w American Horror Story.

CrimsonPeak (7)

W przeciwieństwie jednak do Murphy’ego, del Toro nie używa tej garści brutalnych momentów by zaszokować widza (choć jest to dyskusyjne, bo literatura gotycka miała też poniekąd szokować; think penny dreadfuls) – to raczej fizyczny kontrapunkt dla trudnych, bolesnych emocji przeżywanych przez bohaterów. Poza tym, nawet gdy u del Toro leje się krew, robi to wyjątkowo malowniczo – stąd pod względem estetyki i poziomu strachu, Crimson Peak najbliżej chyba do Hannibala.

Naturalnie, wciąż będą widzowie, których dzieło del Toro wynudzi. W gruncie rzeczy nie ma w tej historii nic oryginalnego: rezolutna Amerykanka, która chce zostać pisarką i zakochany w niej lekarz, przyjaciel rodziny;  zjawiający się niespodziewanie tajemniczy brytyjski panicz i jego niepokojąca, oziębła siostra... haven’t we see this before? Jest też w Crimson Peak klasyczny motyw Sinobrodego (lub przynajmniej jego elementów) jak również wątek a’la Beauty and the Beast wszak jaki romans mógłby się obejść bez miłości, która jest w stanie odmienić potwora?… Największym odstępstwem del Toro od klasycznych ram gotyckiego romansu jest to, że Edith bardziej niż z okowami patriarchatu walczy z… inną kobietą. Wbrew pozorom to nie grany przez Hiddlestona baronet, Thomas Sharpe, jest w Crimson Peak antagonistą; Sharpe jest raczej postacią niejednoznaczną (zresztą bodaj najbardziej w całym filmie). W istocie to Lucille Sharpe, w którą brawurowo wciela się Jessica Chastain, jest uosobieniem drzemiącego w Allerdale Hall niepokoju i zła. A może raczej na odwrót: to dom Sharpe’ów jest uosobieniem duszy Lucille i ciężaru, który spoczywa na barkach Thomasa.

CrimsonPeak (18)

Film del Toro jest zresztą pełen symboliki, z czego najsilniejsze zdają się decyzje podjęte odnośnie designu pojawiających się w historii duchów (nad tą symboliką nadal się z Lubym spieramy), metaforyki czerwonej gliny, wydobywanej przez rodzinę Sharpe’ów (szlachecka rodzina wydzierająca Ziemi jej krwawicę, so to speak?) oraz motyw motyli i ciem, który przewija się w całej produkcji. Zresztą nie chodzi wyłącznie o owady, które pojawiają się na ekranie – czy to podczas pełnej aluzji rozmowy Edith i Lucille w parku, czy w zapuszczonym domostwie Sharpe’ów, gdzie strych pełen jest trzepotu małych skrzydełek.

Same bohaterki są uosobieniem tych owadów: Edith, w swych kolorowych sukniach z dużymi, bufiastymi ramionami to barwny, delikatny motyl, schwytany w pułapkę, jakim jest tytułowe domostwo. Zresztą tu ciekawą analogią zdaje się fakt, że z biegiem filmu coraz częściej widzimy Edith w białej koszuli nocnej, z rozwianymi jasnymi włosami, przez co wciąż przypomina zwiewnego, lotnego motyla, ale już wypranego z koloru – stojącego na progu śmierci.

CrimsonPeak (17)

Z kolei Lucille, ze swoją mroczną paletą barw – a przede wszystkim szalenie zwiewną, wydymającą się niczym żagiel szatą z finału – jest ćmą; tą która w domyślę ma pożreć biednego, uwięzionego motylka. Podział symboliki jest w tym wypadku bardzo prosty: Edith to życie, słońce i światło, Lucille to śmierć, księżyc i mrok. Przy czym także dla Thomasa – the main man in both their lives – kobiety te stanowią przeciwieństwa, a każda, czy to z rozmysłem, czy to niechcący, ciągnie go w swoją stronę. W efekcie Thomas, bardziej niż jakakolwiek inna postać w filmie, jest rozdarty.

Myszy akurat motyw konfliktu dwóch kobiet wydaje się żywcem wyjęty z tradycji gotyckiego romansu, ale być może wynika to stąd, że to zawsze relacje między kobietami – a nie romans między kobietą a mężczyzną – wydawały mi się w tym gatunku najciekawsze. Można zresztą odnieść wrażenie, że podobnie jest dla del Toro, bo choć trudny i skomplikowany związek Thomasa i Lucille jako rodzeństwa jest istotnym punktem w filmie, podobnie jak miłość Thomasa i Edith, to w scenach między Chastain a Mią Wasikowską rozgrywa się najwięcej ciekawych emocji. Co to dużo mówić: u del Toro kobiety to złożone postaci. Nie ładne manekiny z obowiązkowymi cechami do odhaczenia, „żeby feministkom zamknąć usta”; to po prostu ludzie.

CrimsonPeak (2)

Przy czym Mysz musi napomknąć, że tak jak myślałam, iż to Hiddleston okażę się najjaśniejszym punktem Crimson Peak pod względem aktorstwa, tak Chastain kompletnie ukradła mu film. Jej perfekcyjnie kontrolowany występ w roli Lucille – osiągający przerażającą i poruszającą kulminację w finale – zrobił na Myszy ogromne wrażenie i chociażby dla tego występu warto się do kina wybrać. I mówię to mimo tego, iż w gruncie rzeczy uważam wątek Lucille i jej mrocznego sekretu za… cóż, banalny. You ain’t as tragic, monstrous and special as you’d like to think you are – get over yourself.

Należy jednak pamiętać, że nie jest istotne to jak Mysz, ze swego współczesnego, zblazowanego, obytego z horrorami punktu widzenia patrzy na mroczną przeszłość i rozterki postaci – istotne jest to, jak Lucille przeżywa swój wielki, mroczny sekret. A w wykonaniu Chastain, Lucille przeżywa go bezbłędnie. Jest w niej zarówno delikatność, jak i niepokojąca niezłomność, dźwięcząca niczym stal. Jest lojalność – drapieżna, przytłaczająca i napastliwa – a także morze miłości, zrodzonej z bólu… Poezja. Mysz w każdym razie przez cały film wprost nie mogła od Chastain oderwać wzroku. I to bynajmniej nie dlatego, że to piękna kobieta.

CrimsonPeak (5)

Równie sprawnie radzi sobie Hiddleston. W jego wykonaniu Thomas Sharpe to nie tylko elegancki bohater romantyczny, na którego z przyjemnością się patrzy – nie ważne, czy akurat tańczy walca, majstruje przy maszynie wydobywającej glinę, czy tarza się w pościeli. Pod kontrolowaną zewnętrzną powłoką, Sharpe skrywa wiele sprzecznych emocji i Hiddleston bardzo umiejętnie te emocje rozgrywa, stosując oszczędne, ale skuteczne środki. Mogą się zdarzyć widzowie, którym postać Thomasa wyda się nieco… bo ja wiem, niemrawa? Niezdecydowana? (zwłaszcza w kontraście do Lucille)… i rzeczywiście coś w tym może być.

Jednak gdy spojrzeć na to, jak istotny dla filmu jest wątek scierania się dwóch silnych kobiecych charakterów, zepchnięcie mężczyzn na dalszy plan wydaje się logicznym działaniem. Tym bardziej, że pojawiający się w roli dzielnego wybawiciela Charlie Hunnam też w sumie spełnia w Crimson Peak raczej niewielką, bardzo symboliczną funkcję; podobnie jak grający ojca bohaterki Jim Beaver (znany fanom Supernatural).

CrimsonPeak (9)

Przy czym nawet to niezdecydowanie Sharpe’a Hiddleston gra świetnie, odnajdując zaskakującą równowagę w odgrywaniu przeróżnych oblicz miłości (która wszak niejedno ma imię). Thomas Sharpe to bohater pod wieloma względami iście byroniczny – nie jest takim potworem, na jakiego film chciałby go kreować, ale ważniejsze w kontekście historii jest to, iż to sam Sharpe uważa się za potwora; nawet jeśli jego potworność wynika przede wszystkim z jego niemożności działania*. W każdym razie, jeśli chodzi o aktorskie popisy Hiddlestona, Mysz poleca Waszej uwadze przede wszystkim finałową konfrontację, oraz ostatnie jego ujęcie, jakie widzimy w filmie; jest ono cudownie przejmujące.

*przy czym Mysz tu wyczuwa echa aluzji do impotencji – zarówno w kontekście repressed sexuality, jak i niemożności zrealizowania marzeń odnośnie rozkręcenia rodzinnego biznesu.

CrimsonPeak (24)

W sumie najsłabiej z głównego trio wypada Mia Wasikowska. Przy czym Mysz nie jest pewna, czy wynika to z charakteru jej postaci, specyficznej gry aktorskiej, czy po prostu tego, że mimo upływu lat, wciąż nie jestem w stanie przekonać się do tej konkretnej aktorki. Jest w niej coś zwiewnego i eterycznego – co świetnie pasuje do klimatu Crimson Peak – ale jednocześnie…. bo ja wiem, niepokojącego? I jest to wrażenie na tyle przejmujące, że nie ważne w jakiej roli bym Wasikowskiej nie oglądała, nigdy nie jestem w stanie do końca zaufać jej postaci, ani nawiązać z nią emocjonalnej więzi. Co akurat w przypadku dzieła del Toro może być pewnym problemem, bo historia wymaga abyśmy przejmowali się losem Edith i kibicowali bohaterce w jej zmaganiach, nie ważne czy z duchami, czy z oziębłą szwagierką. Gotycki romans skupia się wszak na kobiecym strachu, a trudno współodczuwać strach wraz z bohaterką, w momencie gdy widzowi jest wszystko jedno, czy Edith zginie, czy przeżyje.

Then again, takie podejście dało Myszy ciekawą perspektywę – finał Crimson Peak odebrałam jako chyba jeszcze bardziej słodko-gorzki niż przeciętny widz; głównie dlatego, że sama nie wiem, czy jestem z takiego a nie innego zakończenia ostatecznie zadowolona ;)

CrimsonPeak (20)

Dyskusyjnie, elementem zabawy formą – i niejako odstępstwem od kurczowego trzymania się kanwy gotyckiego romansu – może być na-poły szkatułkowa konstrukcja Crimson Peak. Jest to jednak manewr tak subtelny i wykonany z takim smakiem i gracją, że trudno go nie docenić; nawet jeśli nieco trąci postmodernizmem. No ale co robić, gdy reżyser tak umiejętnie bawi się z widzem, wrzucając zarówno na początku jak i na końcu filmu subtelne aluzje, co do konstrukcji historii?… można tylko z uśmiechem kiwać głową. Zwłaszcza, że del Toro również wplata w historię kilka mniej subtelnych, ale jakże sympatycznych aluzji do popkultury, w tym np. powieści detektywistycznych, co przynajmniej u Myszy (i Lubego) wywołało szeroki uśmiech.

Ponieważ jednak wplata się to zręcznie w wątek narastającego niepokoju – i pytania, czy ratunek dotrze do Edith na czas? – jestem w stanie ten element del Toro wybaczyć. Zresztą, takich ukłonów jest więcej: wystarczy zwrócić uwagę na imię bohaterki, Edith Cushing (nazwanej na cześć Edith Wharton, nagrodzonej Pulitzerem pisarki i Petera Cushinga, aktora znanego z horrorów studia Hammer).

CrimsonPeak (10)

Interesującym elementem Crimson Peak jest warstwa erotyczna, przy czym wydaje się jej być przejmująco mało. W istocie, w filmie są tylko dwie sceny, które mogłyby wywołać rumieniec na co poniektórych twarzach, a i to jest raczej wątpliwe, bo są one bardzo elegancko nakręcone. Oczywiście Internet aż zawrzał, gdy twórcy przyznali, że w scenie seksu to Hiddleston pozbędzie się części garderoby, tym samym stając się narzędziem równouprawnienia w kontekście przedstawiania męskiej i żeńskiej nagości na ekranie. Jest to jednak moment krótki – so calm your collective horses, girls! – i w sumie raczej nieistotny w zakresie fabuły samego filmu*.

O wiele ważniejsza jest tu postać Edith i fakt, że w kontraście do gotyckiej tradycji, utrata przez nią dziewictwa nie jest przedstawiana jako coś złego. Bohaterka nie jest piętnowana za czerpanie przyjemności ze swojej seksualności (z którym to motywem interesująco pogrywa sobie serial Penny Dreadful, również operujący w ramach tematyki gotyckiej). Wręcz przeciwnie: dla Edith zdaje się to być punkt zwrotny – moment w którym przełamuje czar jaki Lucille roztoczyła nad swoim bratem. Naturalnie, sytuacja wcale nie jest tak prosta, jak się pozornie wydaje. Ale tu już Mysz zaczęłaby dreptać po terytorium spoilerów, czego mimo wszystko wolałabym uniknąć.

*bo pod względem wprowadzania powolnych zmian w to, jak w Hollywood postrzega się female sexuality może się jeszcze okazać znaczący.

CrimsonPeak (27)

Jest wreszcie warstwa bodaj najważniejsza, czyli wszystko wokół toczącej się w filmie historii i rozgrywanych między bohaterami relacji. Jak wspomniałam, dom Sharpe’ów, czyli tytułowe Crimson Peak zdaje się przede wszystkim uosobieniem postaci Lucille – choć jest tam też symbolika domu, jako rodzinnego sekretu i dziedzictwa, która przytłacza Thomasa – ale, co ważniejsze, jest też jednym z kluczowych bohaterów filmu. Ba, być może jest bohaterem najważniejszym. It’s a living, breathing thing, i to bynajmniej nie tylko ze względu na nawiedzające go duchy. Jest w tym domu krew, pot i łzy, i ogromna pasja rzemieślników i artystów, którzy wybudowali całą tę imponującą scenografię na potrzeby filmu.

To, jak dom Sharpe’ów wygląda, jak jest oświetlony, wykadrowany i nakręcony, to jak skrzypi, trzeszczy i oddycha – razem wszystko to sprawia, że Crimson Peak jest jednocześnie najpiękniejszym i najstraszniejszym elementem całej produkcji. Nietrudno uwierzyć w to, że w takim domu – nie ważne czy prawdziwym, czy stworzonym na planie filmu – rzeczywiście może straszyć. Jest w nim historia i tajemnica, jest miłość i nienawiść, jest lęk i poczucie winy… wszystkie te emocje, które rozgrywają się między bohaterami zdają się żyć w wymyślonym przez del Toro i Spółkę domu. Duża w tym zasługa genialnego Thomasa E. Sandersa, który opowiadał za art/set decoration także na planie m.in. Bram Stoker’s Dracula.

Do tego dochodzą inne, ale niemniej ważne szczegóły: wspomniane już wcześniej kostiumy, cudownie dopełniające przewijającą się przez cały film symbolikę; pięknie nakręcone, opustoszałe połacie Kanady udające mroźną Anglię; nienachalna, ale umiejętnie podkręcająca napięcie muzyka; i wreszcie fenomenalny design zjaw i ich piękne wykonanie w CGI (choć tu, if I’m totally honest, Mysz miałaby kilka uwag, bo podczas gdy niektóre duchy – zwłaszcza dwa w finale – są wykonane bezbłędnie, kilka pozostałych sprawia wrażenie nieco… hm, plastikowych?; ale być może wynika to z przemyślanej wizji artystycznej twórców).

CrimsonPeak (21)

Crimson Peak nie grzeszy oryginalnością, ale też nie na tym jego urok polega – ten leży w dobrym scenariuszu, świetnym aktorstwie, wizualnym wysmakowaniu, przemyślanej symbolice i spójnej wizji fantastycznego reżysera, który postawił sobie za punkt honoru opowiedzieć gotycki romans tak, by zachwycić współczesnych widzów. Crimson Peak to po prostu kawał porządnego, piękne nakręconego i umiejętnie zrealizowanego kina, który bardziej niż wystraszyć, ma widza poruszyć i zmusić do zastanowienia. Nad ludzką naturą; nad istnieniem emocji i zdarzeń tak silnych, że odciskają na ludziach – i miejscach – swoje nieodwracalne piętno; nad uczuciem, które nas zmienia – zarówno na lepsze, jak i na gorsze – i które, niczym wąż, potrafi czasem zjadać własny ogon; nad istotą przebaczenia, odkupienia i szaleństwa. I miłości, we wszystkich jej skomplikowanych, skorumpowanych, wadliwych i pięknych odmianach.

PS. Wiem, że dla niektórych z Was, drogie Robaczki, los filmowych czworonogów jest istotny. Tak więc przed seansem radzę sprawdzić Crimson Peak na Does The Dog Die. Żeby potem nie było, że nie ostrzegałam.

CrimsonPeak (23)

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Tak bardzo się z tobą zgadzam i tak bardzo oddałaś to co i ja miałam w głowie po seansie. I nawet nie bardzo mam co dodać, bo świetnie to wszystko ujęłaś :)

  • Elka17

    Mnie się ten film nie podobał. Może inaczej – zawiódł mnie. Symbolika była miejscami tak łopatologiczna (pun intended), że aż bolało. Z kolei nie wyjaśniono dwóch ważnych dla mnie kwestii – w skrócie, żeby nie spoilerować – kadzi i motyli. IMHO to, co mogło być w tym filmie najciekawsze, skrócono, a inne rzeczy (jak mi się nie podobały sceny z duchami) – rozwleczono. Może to nie jest mój reżyser. Bo nad Labiryntem Fauna też nie piałam, choć podobał mi się o wiele bardziej.
    Wizualnie film piękny, ale fabułę miał na epizod Poe według Cormana – pół godziny, nie więcej. I nie, nie chodzi mi o to, że był konwencjonalny.

  • Przeczytałam recenzję Zwierza, później Twoją i decyzja została podjeta – idę jutro do kina ;)
    Nasze gusta są często zbieżne, więc spodziewam się również zachwytu z mojej strony, albo chociaż mile spędzonego czasu. Zresztą kurczę, ten film wydaje się tak zapierająco dech w piersiach ładny, że musze to po prostu zobaczyć na dużym ekranie.

  • Śledź

    ciekawa to sytuacja, gdy Mysza i Zwierz mają tak skrajnie różne opinie. Nie ma bata – trza samemu sprawdzić (choć i tak było w planach). Tak czy siak, moja ciekawość rośnie.

  • Idę w środę, ale po Twojej recenzji widzę, że mi się spodoba :) I bardzo się cieszę, że Chastain dobrze wypada – uwielbiam ją <3

  • Pozostaje cieszyć się, że jednak niektórym widzom film też się spodobał :)

  • Wiesz, nie będę się kłócić z tym, że dałoby się Crimson Peak nakręcić lepiej (wiele filmów dałoby się poprawić „po fakcie” ;) )… ale podczas seansu bawiliśmy się dobrze i wyszliśmy z kina zadowoleni. Być może, jako widzowie, po prostu oczekiwaliśmy od filmu nieco innych wrażeń :)

    PS. Nas bardziej niż kadzie i motyle interesowała symbolika duchów, która (zależnie od interpretacji) wydaje się momentami mocno niespójna.

  • Jestem bardzo ciekawa, czy film Ci się spodoba, bo akurat ze Zwierzem zdarza nam się zadziwiająco często nie zgadzać (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dzielimy mózg ^^). Myślę, że jeśli wybierzesz się na film bez wielkich oczekiwań – keeping in mind, że nie jest to horror tylko gotycki romans, nieco nieprzystający do współczesnej widowni – to nie wyjdziesz z kina jakoś straszliwie zawiedziona ;)

  • Wbrew pozorom Mysza i Zwierz zaskakująco często się nie zgadzają (biorąc pod uwagę, że istnieje teoria, według której są tą samą osobą). Po prostu mamy z Kasią nieco inną wrażliwość i różne spojrzenia na pewne kwestie. Mysz w każdym razie ma nadzieję, że i Tobie film się spodobał…bo głupio by było polecić coś, co po fakcie okaże się marnotrawstwem pieniędzy i czasu ;)

  • Wiadomo – opinie bywają różne. Niektórych film zawiódł. Liczę jednak na to, że wycieczka do kina nie okaże się dla Ciebie zmarnowanym wieczorem :)

  • Uwielbiam powieści gotyckie, kocham Guillermo Del Toro, ubóstwiam Jessicę Chastain i Toma Hiddlestona – myślę, że szansa jest duża, że mi się spodoba ;)

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Ja ogólnie jestem bardzo zdziwiona negatywnymi opiniami w stosunku do tego filmu. Może po drugim czy trzecim obejrzeniu jednak zaczną doceniać całość (ja miałam tak z Pacific Rim – pierwszy raz jak go obejrzałam byłam bardzo na nie, ale po kolejnych seansach zapałałam do tej produkcji jakąś taka miłością).
    Mam również pewną teorię, dlaczego ten film został tak negatywnie odebrany, ale o tym chyba napiszę u siebie na blogu :)

  • Mam wrażenie, że Ci którym się film nie spodobał przy kolejny seansach raczej zauważą jedynie więcej wad ;)
    W takim razie czekam na notkę – jestem ciekawa Twojej teorii,

  • Wygląda na to, że to wymarzony film dla Ciebie ;)

  • A ja bym chyba chciała trochę ponarzekać i w ogóle pogadać spojlerowo trochę… Mogę :)?

  • Nie wiem jak będzie z narzekaniem (bo Myszy się jednak film podobał), ale możemy podyskutować. Napisz dużymi literami SPOILER i jedziesz ;)

  • Dlatego zapytałam :D. W sumie nie mam zamiaru tak bezproduktywnie narzekać, ale będę się odnosiła do tego, co piszesz, bo takie narzekanie dla narzekania tu nie ma sensu ;). Także uwaga — SPOJLERY.

    W ogóle to wcale nie byłam pewna do samiutkiego końca, czy dam radę obejrzeć (bo jednak jestem, jak wiesz, boidudkiem), nawet jak już zgasili światła w kinie ;). Ale obejrzałam (swoją drogą: ja tam nie poszłam się bać, a puścili tyle trailerów horrorów, że bałam się na nich bardziej niż na samym filmie ;)). I powiem na początku: w ogóle niczego się nie spodziewałam, a jednak wyszłam z kina zmęczona. Bo bardzo chciałam, żeby mi się podobało, ale nie mogło: głównie przez, w mojej opinii, złe prowadzenie — jakby reżyser nie miał do końca jasności, co robi, bo trochę robi to (romans gotycki), trochę tamto (reinterpretację), trochę jeszcze coś innego (?), dubluje efekty (krew-glina), a kadry bywają puste (z taką scenografią!!! Jasne, nie wszystkie, ale duża część, na czym złapałam się przy tych scenach, gdzie Edith krąży po korytarzach).

    Zgadzam się, że Edith to jest ta bohaterka, która wreszcie nie czeka, aż ją ktoś uratuje (chociaż w sumie w tej windzie czeka na wynik rozmów brata z siostrą i w sumie do teraz się zastanawiam: po co?) i że to jest świetne (chociaż jak już akcja się dzieje pod koniec XIX wieku, a heroina widzi duchy, to można by spróbować pozwolić jej odkryć historię inaczej niż na nagraniach!). I tu się zgadzam: pomysł był super — a jednak i Edith tu i ówdzie omdlewa, ba, nawet w pewnym momencie wpada w histerię. Więc w pewnym sensie się z Tobą zgadzam, a w pewnym — nie zgadzam :).

    Bo właściwie mam problem z tym, czy ten film to jest gotycki romans z duszą: raczej stoi w takim szpagacie, bo za dużo tu umowności z jednej strony (dom z dziurą w dachu? suknie z odsłoniętymi ramionami? bieganie ze złamaną nogą?), a z drugiej — dosłowności (scena śmierci ojca Edith na przykład). I tak się del Toro trzyma decorum i puszcza na przemian, i mi się wydaje, że to kwestia majstrowania przy scenariuszu i z montażem.

    Choćby scena walca: teoretycznie świetna rzecz, oni tańczą blisko, twarzą w twarz, napięcie seksualne powinno być widoczne, ale… Ale przecież Edith i Thomas już stali tak blisko siebie w scenie spotkania, toż on w tym biurze staje z nią twarzą w twarz, bardzo blisko. I tak mam z większością węzłów dramatycznych w tych filmie — że niby są, niby grają, ale okazuje się, że są jakby za bardzo rozciągnięte i trochę się rozsupłują. No i właśnie: erotyzm. To, że go jest mało i jest podany właściwie bardzo estetycznie, to jakoś sprzyja tej interpretacji całości, o której piszesz — ale pewne niespójności mi tu przeszkadzają (jak z tym staniem za blisko).

    „To elegancki, ale zniszczony obraz, który wzbudza uczucie niepokoju skrywaną za odłażącą farbą tajemnicą” — piękne zdanie :). Ale mam wrażenie, że to jest taki obraz, który widzieliśmy we wszystkich podręcznikach i zobaczony w prywatnej kolekcji nie robi już takiego wrażenia ;). Bo mnie tego niepokoju zabrakło, liczyłam cały czas na taki twist, na takie „och!”, na które było chyba obliczone (jednak!) wyznanie tożsamości Lucille, ale to było tak zrobione, że to żadnego „och!” nie wywołało (i nawet nie chodzi mi o to, co napisała Zwierz, o tę emocjonalną separację od bohaterów — mnie raczej zdziwiło to, jak bardzo ta umowność kłuje mnie po oczach, przez co trudno mi śledzić historię, no, w ogóle ;) — bo mam wrażenie, że żeby grać na symbolach, to trzeba dopracować tę granicę, choćby się ją zacierało, choćby miała być niewyraźna: tę granicę rzeczywistość-kreacja-fantazja).

    W tym sensie bardzo mi się podoba to, co piszesz o symbolice: gdyby całość potraktować symbolicznie (może nawet jako pewien „sen” Edith, marzenie o niebezpieczeństwie (ta interpretacja mi się nie podoba, ale jakoś leży w przywoływanym klimacie, przynajmniej częściowo), która — Edith — jednak z wyzwolenia jako córka przemysłowca wpada w niewolę małżeństwa na odludziu i dziwnej szwagierki/teściowej (ta Lucille jest tutaj mocno podwójna: zabijając matkę, przejmuje częściowo jej funkcję jak dla Thomasa, tak dla Edith) — ta ścieżka interpretacji jest jednak dość kanoniczna jednak) to częściowo by się broniło, ale znowu: z czystym sumieniem mogę tylko powiedzieć, że częściowo.

    Super jest ta myśl z „Piękną i bestią”, na to nie wpadłam (o ile mamy tu faktycznie tego bestię). W tym sensie Twoja interpretacja jest bardzo mocna i ciekawa: że to jest pojedynek kobiet (wtedy ta ostatnia scena nie jest tak kuriozalna, jak myślałam — choć to pomykanie jak duch…), z biernym mężczyzną w środku (strasznie mi się podoba ten fragment o impotencji, bo on zresztą współgra i z tym, jak wygląda in flagranti T. i L.). I tak, to w ogóle można rozciągnąć dalej: przecież Lucille też walczy początkowo z jeszcze jedną kobietą — z matką.

    A tak swoją drogą, to mnie podobało się najbardziej chyba z warstwy symbolicznej to, że Edith to taka Mary Shelley (sama o tym napomyka, że to jej ideał), ale Sharpe to nie jest Percy Shelley, ale raczej Byron (zresztą jest coś podobnego w stylizacji Hiddlestona i Byrne’a z „Gotyku”). A zamiast Shelleya dostajemy epigona, Conan Doyle’a ;) (to nawiązanie do okulistyki jest miodne!).

  • Elka17

    A skoro już można SPOILERY, to mnie właśnie bardzo zaintrygował fakt, że oni sobie sami tę glinę na czerwono zabarwiają krwią zabitych kobiet. I brakowało mi bardzo domknięcia tego wątku. I tego, CZEMU te motyle w Crimson Peak nie mogły żyć. Ja lubię filmy domknięte, które zostawiają najwyżej jedną furtkę – inaczej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ktoś miał pomysł, ale nie do końca…
    I szkoda mi było takich dobrych aktorów w takim filmie…

  • Ale Ela, oni nie farbowali sobie tej gliny na czerwono krwią kobiet – po prostu wykorzystali kadzie z czerwoną, półpłynną gliną jako wygodne „dumping ground” dla ciał (przy okazji niechcący wzbogacając glinę np. o żelazo z krwi :D).
    A motyle nie mogły żyć w Allerdale Hall, bo zgodnie ze słowami samych Sharpe’ów, „nothing grows here”. Motyle nie miałyby czym się żywić. A ćmy które latały na strychu, żywiły się, podejrzewam, muchami i innymi małymi owadami, ewentualnie grzybem i pleśnią. Albo, jeszcze lepiej, sobą nawzajem ;)

  • Elka17

    Jesteś pewna? Że nie farbowali? To po co im maszyna do wydobywania, jeśli glina wypływała im w piwnicy? I po co te ciała tam ZAMYKAĆ? Moja wizja była taka, że wrzucali je tam jeszcze żywe i krwawiące? Ja chyba za dużo myślę na takie filmy ;)

  • Ja to rozumiem tak, że w kadziach „leżakuje” im półpłynna glina (która np. w finale cieknie po ścianach domostwa, czyli niejako zbiera się sama, poprzez wodę która wypłukuję glinę spod domu), a maszyna służyła do wydobywania a) większych ilości, b) twardej gliny do np. wypalania cegieł. I być może Sharpe’owie użyźniali tę płynną glinę zwłokami (bogatymi w mikroelementy), ale nie osobiście nie zakładałam, że robili tak z rozmysłem, a raczej z wygody – łatwiej wrzucić ciało do kadzi, gdzie się rozłoży, niż kopać w ziemi (pełnej uciążliwej, zapadającej się albo zbyt twardej gliny) i ryzykować, że ktoś się na taką mogiłę natknie na mokradłach. Zauważ, że Sharpe zabronił Edith schodzić do piwnicy, możemy więc założyć, że nikt nie miał do tamtych pomieszczeń dostępu. Idealne miejsce na „topienie” ciał.
    Ale to tylko moja teoria. Myślę, że konkretów dowiemy się z ew. wywiadów albo dodatków na DVD.

  • *głeboki wdech* Dobra, po kolei. Może nie poplączę wątków :)

    To ciekawe, bo dla mnie prowadzenia narracji (i kamery) było… może nie bez zarzutu, ale mi odpowiadało. Kwestia pustych kadrów – i tego jak ujęcia nas prowadzą przez Allerdale Hall – bardzo mi się kojarzyło z ujęciami domostwa z Tajemniczego ogrodu. Zresztą w ogóle klimatem – i np. kwestią „tajemnicy domostwa” – Crimson Peak mi się przedziwnie z Secret Garden kojarzyło :D Sądzę też że puste kadry nie były w zamyśle reżysera puste – przedstawiały dom, czyli niejako, czwartego (piątego?) bohatera filmu.
    Wiem natomiast jak męczące jest gdy chcesz by film się spodobał, ale dzieje się wręcz przeciwnie. Ostatnio tak miałam z „Pan” i nadal cierpię :/

    Czekanie Edith rzeczywiście było dziwne (na jej miejscu już dawno bym zwiała), ale interpretuję to jako: chciała wiedzieć jaką decyzję ostatecznie podejmie Thomas. Czy powie siostrze żeby spadała na drzewo i ucieknie z Edith, czy jednak wybierze siostrę. To była tak, IMHO, ostateczna próba – zarówno charakteru Thomasa jak i siły jego miłości do Edith. W kwestii nagrań zgadzam się poniekąd ze Zwierzem – nieco denerwujący dla widza jest cały ten fragment, bo Edith dostaje potwierdzenie czegoś, czego my, jako widzowie, domyślamy się od początku. Faktem jednak pozostaje to, że bohaterka -potrzebuje- tego dowodu, tego potwierdzenia, że jej niejasne – podkręcane ponad-naturalnymi zjawami – przeczucia są prawdziwe. Mnie osobiście omdlenia i histeria Edith nie zaburzają jej charakteru. Nie ważne jak jest odważna, w pewnym momencie psychika ma prawo jej wysiąść – wszak znalazła się na odludziu, nowe miejsce, nieprzychylni ludzie (i okoliczności przyrody)… istotne dla mnie jest to, że Edith w tym marazmie nie pozostaje – podnosi się z niego i przed dalej, mimo lęku i słabości. To jest w niej, dla mnie, fajne :)

    Co do pewnej rozbieżności brutalnych scen z resztą filmu to tu się trochę z Tobą zgodzę. W sensie: mnie też się te brutalne momenty (śmierć ojca, wyraźne pokazanie ran w finale) wydały dziwnym kontrastem, ale założyłam, że to był świadomy kontrapunkt del Toro dla reszty filmu, która operuje nastrojem grozy, a nie rzeczywistym zagrożeniem (nawet duchy, zauważ, nie są tu zagrożeniem). Przyznaję, że może to nie być udane zagranie, ale z mojego punktu widzenia poniekąd rozumiem skąd się wzięło. Chyba. Natomiast nie rozumiem czemu, na tej samej zasadzie, sceny erotyczne w Crimson Peak nie były również bardziej… wyuzdane. Na logikę, brutalność i rozbuchany erotyzm to równie kontrowersyjne tematy, zwłaszcza biorąc pod uwagę ówczesną pruderię. Czemu więc nie podkręcić erotyzmu w filmie (o którym tak głośno mówił i reżyser i aktorzy, przez co, honestly, myślałam, że w Crimson Peak dzieją się nie wiadomo jakie orgie) nie dodać kontrapunktu dla tłamszonych emocji wszystkich(!) bohaterów?… może gdyby relacje erotyczne między Thomasem i Edith, oraz Thomasem i Lucille nie były takie subtelne, film miałby więcej… nie wiem, mocy? Równowagi?
    … z drugiej strony, u Serenity (http://tinyurl.com/oemmq3q) rozpisałam się na temat tego, dlaczego, IMHO, mało „naładowana erotycznie” relacja między Thomasem a Edith mi pasuje. Więc jak sama widzisz, Mysz również trwa w pewnym rozkroku. Tak jak Crimson Peak ;)

    Używając metafory obrazu (btw, dzięki za komplement ^^), owszem: to obraz, który widzieliśmy w podręcznikach – lub widzieliśmy jego różne wariacja – ale właśnie nigdy na żywo. Dla mnie Crimson Peak to tak jakbym poszła do galerii albo muzeum i wśród nowoczesnych obrazów nagle natknęła się na obraz znacznie starszy, bardziej mroczny i klasyczny; taki który do tej pory widziałam tylko w książkach, gdzie nie robił wrażenia. A na żywo odnajduję w nim rzeczy, których na ilustracji nie zauważyłam. (nie wiem, czy wiesz o jakie uczucie mi chodzi)
    Przy czym dla mnie reveal „tożsamości” Lucille był oczywisty od pierwszych minut filmu. Ba, domyśliłam się ich z trailerów, no bo jakżeby inaczej miałaby się ta historia potoczyć?… dla mnie film rozegrał się w emocjach bohaterów – tłamszonych, tłumionych, wydzierających się z ich ust z bólem i niechęcią (poza Lucille, która jest ze swej potworności wręcz dumna, i Chastina to fantastycznie gra). Sądzę, że to zależy od bardzo indywidualnych, osobniczych kwestii odbioru. Wątpię byśmy w tym zakresie doszły do jakiegoś konsensusu ;)

    Przyznam, że nie myślałam o fabule Crimson Peak jako śnie Edith – raczej jako wymyślonej przez nią fabule jej książki (która jest właśnie szkatułkową klamrą narracyjną filmu). Mam wrażenie, że gdy przyjmiemy całość Crimson Peak jako kreację umysłu Edith – która na swój, nieco bardziej niezależny, feministyczny umysł przekład tradycyjny, klasyczny romans gotycki – film się bardziej „składa”; w tej interpretacji nawet jego wady (umownie) znajdują wyjaśnienie – po prostu wynikają z braków warsztatowych samej Edith ;)
    Ale IMHO to już jest dorabianie teorii. Dla mnie niejasność Crimson Peak – tego czy mamy to interpretować jako rzeczywiste wydarzenia, które Edith spisała jako książkę, czy jako dzieło jej wyobraźni – jest częścią jego uroku :)

    [Off topic: pomykanie Lucille dla mnie było zarówno nawiązaniem do zjawy – ostatecznej zjawy Allerdale Hall, jedynej, która tak naprawdę jest niebezpieczna (bo zauważ że inne służą tylko za ostrzeżenie dla Edith, nie są same w sobie zagrożeniem, nie chcą jej skrzywdzić) – jak i do ćmy, którą Lucille symbolicznie była. To pojedynek wypranego ze szczęścia i życia motylka – Edith; i bladej-szarej, krwawiącej i pozbawionej miłości Thomasa Lucille – czyli ćmy. W tym kontekście ciekawe jest, że te dwie tak delikatne, symboliczne istotki biją się na ostrza – kuriozalnie coraz większe, których kulminacją jest łopata, będąca jednocześnie symbolem siły – i mam wrażenie niejako męskości – jaki i ziemi, tej ziemi na której stoi Crimson Peak. Śmierć Lucille od łopaty wydaje się niemal symbolicznym odebraniem jej niepodzielnej władzy nad Allerdale Hall. A przynajmniej tak ja to interpretuję]

    Piękna i Bestia wzięła mi się z wywiadu z Hiddlestonem, gdzie wspomniał, że Crimson Peak to historia „about the transformative power of love”. Przy czym w tym samym wywiadzie wspomina o też, że „true love is about accepting the person in its entirety”. I dla mnie ten rozdźwięk – między miłością która może kogoś zmienić, a tym że miłość powinna akceptować człowieka z całym dobrodziejstwem inwentarza – jest najlepszym podsumowaniem konfliktu między Edith i Lucille. Jedna chce by Thomas się zmienił, druga kocha go takim jaki jest. Cały film zasadza się niemal na pytaniu: która, ostatecznie, ma rację? Ta która chce go zmienić – w kogoś kim nie jest, ale być może kogoś lepszego? – czy ta która go kocha – z całą jego biernością i byciem podnóżkiem – ale trzyma go w stanie zawieszenia?

    …kwestia impotencji jest IMHO bardzo istotna, przede wszystkim w kontekście Thomasa. Jego niemożność spełniania swoich ambicji (związanych z maszyną do wydobywania gliny i przywrócenia Allerdale Hall i rodowemu nazwisku świetności) wynika z bycia tłamszonym przez Lucille, także seksualnie. Myślę, że możemy założyć, że Thomas nie przespał się z żadną ze swych poprzednich żon – Lucille o to zadbała (m.in. herbatką :P), a i Thomas chyba nie miał na to ochoty. Dlatego Edith jest punktem zwrotnym w ich życiu – bo Thomas po raz pierwszy naprawdę kocha kogoś innego niż siostra; bo Edith rozbudza w nim uczucia (erotyczne) które do tej pory były zarezerwowane dla bardzo skomplikowanej relacji, jaką Thomas miał z Lucille. W której to właśnie Lucille trzymała władzę i była siłą sprawczą, partnerem wiodącym (scena in flagranti zdaje się to potwierdzać). W Edith Thomas odnajduje nie tylko równorzędnego partnera intelektualnego, ale także seksualnego – Edith go nie tłamsi (mimo iż to ona jest na górze w scenie na poczcie – znaczenia takiej konfiguracji nie należy, IMHO, ignorować, zwłaszcza w kontekście feministycznych zapędów Edith i tego, że Thomas całe życie był „pod kobietami”, ale tylko z Edith w takiej konfiguracji nie czuje się kimś gorszym).
    Przy czym relacja Lucille z matką naturalnie się w ten konflikt „dwóch kobiet” – o mężczyznę – wpasowuje.

    (w ogóle wprowadzenie nawiązania do Conan Doyle’a i późniejsze detektywistyczne dochodzenie pana doktora mnie strasznie rozbawiło)

    PS. Sorry jeśli moje odpowiedzi są chaotyczne – okazuje się, że mam na temat Crimson Peak więcej przemyśleń niż przypuszczałam. Nie sądziłam, że taka w gruncie rzeczy prosta historia – mind you, nie uważam Crimson Film za dzieło wybitne, ot po prostu film mi się podobał – da mi takie pole do interpretacji. Może powinnam czytać/oglądać więcej gotyckich romansów? :D

  • A ja właśnie wróciłam z kina i chciałam sobie jeszcze sprawdzić, co tam Mysz napisała zanim siądę do swojej recenzji i jak Boga kocham, czuję się jakbym czytała swój gotowy tekst! Słowo w słowo!
    Myszo, proszę wyjść z mojej głowy!

  • *Mysz mości sobie wygodne posłanie w Catusowej głowie*… nigdy!
    Ale serio: cieszę się, że film się podobał :)

  • Ależ plącz, mam wrażenie, że mi się też plączą (i kto mówi, że rozmawianie przez pisanie pozwala bardziej uporządkować myśli — chociaż mam wtedy bardziej wrażenie, że się powie mniej więcej to, co się chciało, podczas gdy na żywo wykrzykuję ciągle „tak!”, „ależ nie!”, „no jasne!” oraz „co to ja chciałam…” ;)).

    Jasne, tu się zgadzam, przy czym może doprecyzuję: tam było trochę takich kadrów pustych w tym sensie, że na przykład Edith idzie za duchem, jest scena, w której znajduje te cylindry woskowe i w kadrach nie ma tego domu, one pełnią służebną rolę wobec tego punktu fabuły, jest kawałek ciemnego korytarza. Nie wiem, czy umiem dobrze powiedzieć, o co mi chodzi: mam wrażenie, że po prostu niekiedy ta scenografia jakoś im „znika” w fabule, a szkoda straszna (mimo że nadal uważam, że jeśli zejść z płaszczyzny symbolicznej to ta dziura w dachu jest, hm, specyficzna).

    No tak, ale tu znowu: a jakby wybrał ją, to co miałaby zrobić? „Hej, a co z panią Rochester? Zostawisz ją tam?”, a jeśli jednak wybrałby Lucille, to w ogóle przerąbane ;). Trochę tutaj się posypał pomysł na budowanie napięcia, takie odniosłam wrażenie (więc zastosowano prosty, czyli ona czeka-on ginie-paniczna ucieczka). Właśnie: ona potrzebuje dowodu, ale czemu ten dowód nie może jednak być bardziej, bo ja wiem, dziewiętnastowieczny? Czemu to muszą być akurat nagrania? To mi trochę zgrzytało po prostu ;). Okej, z tą histerią się zgadzam w tym sensie, tak jak napisałaś, Edith faktycznie się podnosi.

    Dobre pytanie z tymi scenami erotycznymi — myślę, że najprostsza odpowiedź to ta, że łatwiej pokazać brutalny mord niż scenę seksu, ale najprostsze odpowiedzi mogą być zbyt zwodnicze ;). Może to kwestia tego szpagatu: del Toro nie do końca zreinterpretował gotycki romans tutaj? Może chodziło o zachowanie pewnej równowagi? Szkoda, że tego się nie wykorzystało (sprawdzę oczywiście, co u Serenity jest na ten temat).

    No ładnie się ta metafora rozwinęła :). Jasne — to, kim jest Lucille jest oczywiste od początku, ale miałam wrażenie, że ta scena, w której mówi, kim jest była jednak obliczona na takie „och!” ze strony widowni. A tego „och!” nie sposób wykrzyknąć. Zastanawiam się teraz — przechodząc do gry aktorskiej — czy w takim razie Chastain nie gra jednak w nieco innym filmie niż MW i TH? W tym sensie, że ta rola jednak jest zbudowana inaczej, na innych środkach — jakby reżyser jej powiedział co innego, niż pozostałym aktorom?

    Tak, nie powiem, mnie ta teoria przekonuje, ale też zgadzam się, że jednak to jest przekombinowanie: braki wynikają bardziej jednak z braków twórców filmu (chociaż kurczę, ile ten film by zyskał, gdyby go konsekwentnie poprowadzić jako powieść Edith!).

    Interpretacja Lucille, łopaty i ciem — super. Wciąż mi nie gra to, jak to zostało nakręcone, ale interpretacja jest spójna i przekonująca. Bo masz rację, to nie duchy rzeczywiste są tu groźne, ale ten jeden, który duchem jeszcze przez czas jakiś nie będzie.

    Wiemy nawet, że się nie przespał, tak mówi Lucille, komentując, czyje było dziecko. Więc w tym sensie na pewno ten wątek impotencji jest istotny: i to, że coś się w Thomasie zmienia po nocy spędzonej z Edith. Chociaż z drugiej strony: on od początku naciskał na Lucille, żeby wybrać Edith, a nie siostrę MacMichaela. Więc tam już od początku coś było (taki pokrętnie realizowany popęd śmierci powiązany z Erosem, oczywiście? — W sensie: Thomas wiedział, że to się może skończyć źle dla nich?).

    Pisałabym się na jakąś akcję czytania gotyckich romansów :D!

  • magnolia

    Oh, widzę, że ten film wywołuje mieszane uczucia i wrażenia, ale nie pozostawia obojętnym – to w sumie dobre dla filmu. Przychylam się raczej do zdania Pyzy Wędrowniczki i Zwierza popkulturalnego – nie zgadzam się z nimi w 100%, tzn. mnie bardziej się podobał, ale mimo wszystko zabrakło mi czegoś, jakby del Toro chciał złapać zbyt dużo srok za ogon i umknęło mu coś. Odniosłam wrażenie, że sumie każdy aktor gra na swoją melodię, zaś reżyser dał im zupełnie wolną rękę, przez co ta w sumie kameralna historia nieco się rozłazi, zwłaszcza, że te właśnie typowe schematy postaci w pewnym momencie bardzo mocno się odzywają i odrywają się od tych początkowych przesunięć w amerykańskiej sekwencji i bynajmniej to nie jest ciekawy rozwój bohaterów. Właśnie, jakoś to nie idzie płynnie, raczej skokowo, z kolejnymi odkrywanymi tajemnicami. Poza tym w pewnym momencie finału wkurzyłam się na rodzeństwo Sharpe’ów – a to znaczy, że cała ich historia i plot twist jak dla mnie nie były dla mnie wystarczająco mocne, „z pasją” (zwłaszcza gdy odejmie się od tego całą tę otoczkę z duchami), by im wierzyć (i w jakiś sposób kibicować).

    Nie wiem, chciałabym, żeby ten film mi się podobał. Cieszę się, że nie był taki straszny, jak zapowiadały trailery (które chyba też ponoszą część winy co do zawiedzionych oczekiwań), tym bardziej że byłam sama (dosłownie SAMA) na sali kinowej, z drugiej strony nie mam nic przeciwko temu, żeby zręcznie nakręcona i dobrze zagrana historia nie tyle o duchach, co o lęku, niezałatwionych sprawach, wyobrażonej własnej potworności wzbudziła we mnie niepokój, lekkie zdenerwowanie, napięcie, ale i ciekawość, pragnienie rozwikłania tajemnicy i kibicowanie postaci przechodzącej przez to (i zmieniającej się); tego zabrakło mi przy „Crimson Peak”, a szkoda, bo film (z tym reżyserem, z tą obsadą, z tą historią) jak najbardziej na to zasługuje.

    Podsumowując, choć może będę trochę okrutna: więcej emocji (i pomysłów na postaci) zobaczyłam i poczułam oglądając filmik z Joshem Horowitzem (After Hours).

    ps. Wiadomo, że Hiddleston zastąpił Cumberbatcha i można gdybać o postaci Sharpe’a w wydaniu BC, mnie z kolei zaintrygował pomysł, by to Charlie Hunnam zagrał tego tajemniczego Brytyjczyka. czy może u del Toro ma grać tylko tych sympatycznych? ;) Chyba po prostu mi szkoda, że ten aktor nie ma za wiele ciekawego do zagrania.