Hamlet i szaleństwo Benedicta Cumberbatcha, czyli there be method… innit?

Mysz nie dała się porwać fali zachwytów nad Cumberbatchem i dość ostro ocenia najnowszą inscenizację „Hamleta”.

Wiadomym jest, że odbiór popkultury to rzecz szalenie subiektywna. Jednak Myszy zdaniem najciekawsze różnice rodzą się w momencie gdy mamy do czynienia z dziełem powszechnie znanym; co więcej – takim, które niejednokrotnie już interpretowano. Stąd teatr, a zwłaszcza sztuki Szekspira, wydają się idealnym gruntem do roztrząsania różnic w odbiorze rzeczy jedynie z pozoru oczywistych.

Mysz ma wrażenie, że zazwyczaj w interpretacji popkultury ląduje po tej optymistycznej stronie – tej która wybacza błędy i niedociągnięcia, daje się nabrać na wszelkie reżyserskie i scenariuszowe tricki, dopatruje się nawet w płytkich dziełach ukrytej głębi, itd. Jestem już niemal przyzwyczajona do tego, że zdarza mi się bronić powszechnie krytykowane dzieła. Ot, taka rola naiwnej Myszy, która łatwo daje się porwać Wielkim Emocjom (i pięknym aktorom). Jednak tym ciekawsze są dla mnie te nieliczne przypadki, w których okazuje się, że jestem po drugie stronie barykady – to ja narzekam i krytykuję, rozkładając dzieło na czynniki pierwsze, podczas gdy większość głosów wokół pieje zgodnym zachwytem.

W wypadku „Hamleta” w wystawieniu NTLive z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej, nakreślenie uczuć widowni w tak czarno-biały sposób jest pewną hiperbolą. Jeśli wierzyć recenzjom z brytyjskiego podwórka, konsensus opinii jest raczej zbieżny z Myszy odbiorem sztuki. Niemniej interesujące wydaje mi się, że zarówno Luby, jak i Oceansoul (która przypadkiem, podczas czwartkowej transmisji na żywo w warszawskim Kino Praha siedziała tuż obok nas) zareagowali na tę inscenizację bardzo entuzjastycznie, wyrażając się o spektaklu w wielu superlatywach. I to właśnie ta różnica zdań – dogłębnie omówiona podczas nocnego powrotu do domu z Lubym – stoi za narodzinami tej notki.

NTLive_HamletBC6

You see, Mysz nie zawsze lubi się zagłębiać w omawianie kolejnych inscenizacji dzieł Barda. Powody są dwa: z jednej strony uważam, że istnieje skończona liczba sposobów na które można wystawić konkretną sztukę. Jest to dość pokaźna liczba, niemniej podobnie jak w innych dziedzinach popkultury, tak w teatrze prędzej czy później wpadamy w pewien recycling. Przy czym należy przyznać rację Cumberbatchowi, który w wywiadzie wyświetlanym przed spektaklem wspomina, że popularność „Hamleta” – jako tej roli z którą każdy szanujący się aktor kiedyś zechce się zmierzyć – prowadzi do tego, że każde pokolenie ma poniekąd „swojego” Hamleta. Tak więc tak jak w popkulturze pewne wątki powracają ponieważ (metaforycznie) wymarło pokolenie które mogło je pamiętać, podobnież w teatrze pewne pomysły inscenizacyjne powracają, by znów wybrzmieć na scenie.

Drugi powód związany jest z subiektywnością odbioru. Mysz daje sobie sprawę, że cała (pop)kultura jest subiektywna, jednak z jakiegoś powodu mam wrażenie, że sztuka teatralna, ze względu na swoją bezpośredniość, jest tą dziedziną kultury, w której ta subiektywność się kondensuje. Oczywiście, trudno mówić o „przeżyciu” sztuki – jej teatralności, umowności, braku bariery między widzem a aktorami, samym doświadczeniem „wyjścia do teatru” jako czegoś odświętnego – w momencie gdy mamy do czynienia z transmisją (czy retransmisją). Niemniej Mysz wciąż jest zdania, że w oglądaniu sztuki – nie ważne czy na żywo, czy w sali kinowej – jest coś szalenie osobistego, niemal intymnego. A jako właśnie taka intymna gałąź kultury, sztuka teatralna ma prawo na każdego zadziałać inaczej.

Stąd, choć nie do końca rozumiem czemu „Hamlet” NTLive wywarł tak silne pozytywne wrażenie na Lubym, a tak ambiwalentne na Myszy, szanuję że różnimy się odbiorem sztuki. However, mimo tego szacunku – i uznania, że wielu innym osobom inscenizacja ta miała pełne prawo się podobać – chciałabym wypunktować, co mi osobiście w wersji Cumberbatcha nie odpowiadało.

NTLive_HamletBC3

No właśnie – „wersji Cumberbatcha”. Już sam fakt, że sztukę tę promuje się głównie nazwiskiem aktora mogę uznać… może nie za wadę, ale za pewną rysę. Po angielsku istnieje ciekawy zwrot „to be a vehicle for someone/something„, który oznacza, że coś może być dla kogoś narzędziem. Na przykład: „acting in soap operas was a vehicle to having a movie screen career„, czyli „granie w operach mydlanych było dla niego narzędziem/wehikułem do zrobienia kariery filmowej”. I niestety, Mysz ma usilne wrażenie, że – zuepłnie niechcący – „Hamlet” stał się wehikułem dla Cumberbatcha. Nie wehikułem zmierzającym w konkretnym kierunku, ale po prostu narzędziem – kolejnym, w bogatym repertuarze aktora.

Odczucie to nie opuszcza mnie z kilku powodów. Po pierwsze, sama inscenizacja. Jak słusznie zauważył Luby, jest ona wręcz łopatologicznie prosta. Dla niego jest to zaleta – do tej pory inne, bardziej wymyśle inscenizacje nie były w stanie do niego przemówić. Prostota wyreżyserowanego przez Lyndsey Turner spektaklu sprawiła, że tragiczna historia duńskiego księcia stała się dla niektórych widzów bardziej przystępna. Dla Myszy jednak stała się ona przez to pozbawiona wielu kluczowych elementów, ze spłyceniem relacji między postaciami na czele. Ale o tym za moment.

Spektakl NTLive jest wehikułem dla Cumberbatcha także w tym względzie, że aktor ten – zazwyczaj umiejętnie operujący swym aktorskim warsztatem – zdaje się być momentami puszczony kompletnie samopas. Być może moje zarzuty wynikają z tego, że nie lubię gdy Benedict gra Dużymi Emocjami. Mysz po prostu jest zdania, i to nie od dziś, że Cumberbatch o wiele lepiej operuje niuansem i subtelnościami, niż gdy gra np. atak ślepej furii czy rozdzierającej rozpaczy. Nie chodzi nawet o to, że w takich krzykliwych momentach ten przystojny aktor zaskakująco brzydnie (swoją drogą to ciekawe, jak bardzo Cumberbatch jako Hamlet potrafi być brzydki), a raczej o to, że w tych Dużych Emocjach aktora gubią się często emocje postaci.

NTLive_HamletBC10

Jest w „Hamlecie” kilka scen, gdy książę jest niezmiernie poruszony – chociażby „pojedynkowanie się na rozpacz” z Laertsem nad grobem Ofelii, które Myszy wyjątkowo utkwiło w pamięci. W chwilach poruszenia Hamleta, Cumberbatch był dla Myszy wręcz nieznośnie nachalny w swej grze; „Watch out, peasants, now I shall be ACTING”. A mimo wszystko szanuję zdolności aktorskie Cumberbatcha na tyle, by nie podejrzewać go o rozmyślne (czy nieumiejętne) szarżowanie. Trudno mi wątpić w jego umiejętności tym bardziej, gdy w spektaklu pojawiają się tak fantastyczne momenty, jak rozmowa Hamleta z Rosencrantzem, gdy książę prosi kompana, by ten „nie grał na nim jak na instrumencie”. Ta spokojna, niemniej dobitna wymiana zdań pokazuje zdolności aktorskie Benedicta w pigułce. Hamlet jest w tej krótkiej scence jednocześnie opryskliwy, błagalny, zrozpaczony i zgorzkniały, a Cumberbatch sprawnie operuje wachlarzem aktorskich zdolności by bezbłędnie przekazać to wszystkie emocje. Widać więc, że winy za zgrzyty nie ponosi, necessarily, sam Cumberbatch.

Co ciekawe, Mysz ma wrażenie, że scena ta tym mocniej zapadła mi w pamięć właśnie dlatego, iż wybija się z poza tym dość emocjonalnego dialogu na zasadzie kontrastu – w pełnej Wielkich Emocji kłótni Hamleta z jego przyjaciółmi, ten jeden spokojny moment lśni czystym, nieskalanym blaskiem. I takich momentów jest w spektaklu kilka – Mysz złego słowa nie da powiedzieć o słynnym „to be or not to be”, bo monolog ten (z tak ukochanym przeze mnie „what dreams may come”) niezmiernie mnie poruszył. Szkoda tylko, że występ Cumberbatcha nie jest bardziej spójny pod względem jakości. Stąd Myszy podejrzenie, że aktor został puszczony niejako samopas – mam wrażenie, że gdyby zdolny reżyser wziął aktora nieco mocniej w karb i pomógł mu scalić w jedno wszystkie emocje targające młodym księciem, dostalibyśmy o wiele spójniejszego Hamleta.

NTLive_HamletBC2

Oczywiście, tu mogą pojawić się głosy, że emocjonalne rozchwianie Duńczyka jest niejako usprawiedliwione. Wszak to młody student, cierpiący katusze nie tylko z powodu śmierci ojca i szybkiego zamążpójścia matki, ale także z powodu własnej niemożności działania. To poeta, który potrafi wtłaczać piękne słówka w uszy chętnej Ofelii, ale nie jest w stanie dokonać wielkich czynów – może jedynie zazdrościć ich innym. Są aktorzy, którzy ten dylemat, tę niemożność działania (by nie powiedzieć: tchórzostwo) odgrywają iście tragicznie – Hamlet chce coś zrobić, ale autentycznie nie wie jak (Myszy zdaniem Rory Kinnear to właśnie przykład takiego Hamleta). Są też interpretacje bardziej, rzekłabym, młodzieżowe, niemal emo-weltzschmerztowskie – tu przykładem może być filmowy Hamlet Ethana Hawke’a, który w Myszy swoim jojczeniem wzbudzał głównie frustrację, a nie współczucie czy nić sympatii.

W wykonaniu Cumberbatcha – a także w ogólnej interpretacji tej konkretnej inscenizacji – Hamlet wydaje się właśnie tym typowym, młodym studentem; niezdecydowanym, niemal po dziecięcemu strzelającym fochy, drącym włosy z głowy, rozpaczliwie szukającym aprobaty u ojcowskiej zjawy i niemal ślepo buntującym się przeciwko wujowi i matce. Zdaje się to podkreślać nie tylko pomysł na rozegranie szaleństwa Hamleta – postać Cumberbatcha w pewnym momencie przebiera się w strój bębniarza i bawi się w zamku z ogromnym, cynowymi żołnierzykami, a i plakat samej sztuki wyraźnie sugeruje „dziecięcy” kierunek – ale także właśnie gra Benedicta: nieco chaotyczna, rozedrgana, niemal histerycznie targana nastoletnimi hormonami. Niestety, Mysz odniosła wrażenie, że pomysł ten – by interpretować Hamleta jako dziecko – zatracił się w 1/3 pierwszego aktu, a im dalej w sztukę, tym coraz bardziej się rozmywał.

NTLive_HamletBC9

To w sumie smutne, bo Cumberbatch ze swą fizjonomią brytyjskiego studenta idealnie nadaje się właśnie do grania takiego młodzieńczego Hamleta „z koledżu”. Gra aktorska Leo Billa, który wciela się w Horatio, a także jego wygląd – ubiór wypisz-wymaluj brytyjskiego studenta-hipstera podróżującego stopem – również zdają się potwierdzać tę studencką interpretację. Przy czym należy zwrócić uwagę, że dość często w duńskiego księcia wcielają się aktorzy starsi, których wygląd narzuca wręcz poważniejszą interpretację tej postaci (Kinnear). Mysz żałuje, że poza fenomenalnie odegranymi momentami komediowymi – Mysz ochrzciła tę fasetkę charakteru Hamleta per „sassy Cumberbatch” i zamierza od teraz domagać się Benedicta w porządnej komedii, because his comedic timing is a force to be reckoned with – szaleństwo studenckiego Hamleta wypada tak dramatycznie nierówno.

Brak wewnętrznej spójności jest zresztą głównym problemem, jaki Mysz ma z tym spektaklem. Jak to słusznie ujął Luby, można odnieść wrażenie, że każdy aktor miał własny pomysł na swoją postać (i nie były to, necessarily, pomysły złe same w sobie), ale reżyser zapomniał, że wszystkie te postaci muszą potem zagrać wspólnie na jednej scenie. W związku z tym mamy Ofelię, która w pierwszym akcie nie pokazuje prawie w ogóle jakiegokolwiek charakteru – na myśl przychodzi mi niepochlebny zwrot „zwiędła mimoza” – a w drugiej daje tak egzaltowany popis szaleństwa, że zarówno Mysz jak i Luby musieli siłą powstrzymywać się od facepalmów.

NTLive_HamletBC4

Mamy Gertrudę, równie niemrawą i nieobecną, przemykającą w tle większości scen w których się pojawia. Nawet w scenie kluczowej i poruszającej kłótni z Hamletem, Mysz nie była w stanie nawiązać z tą postacią żadnej emocjonalnej więzi – było coś dziwnie nienaturalnego w tym, jak Anastasia Hille odegrała tę scenę. Ostatecznie, jedyny intrygujący moment jej występu przypadł na akt drugi, gdy Gertruda donosi Laertesowi o tragicznej śmierci Ofelii. Mam wrażenie, że w innych inscenizacjach scena ta bywa pomijana, lub odgrywana nieco bardziej energicznie – jako coś, co właśnie się wydarzyło, a Gertruda czym prędzej przybiegła o tym donieść, roztrzęsiona i zdruzgotana. W wersji NTLive spokojny, niemal melancholijny opis śmierci Ofelii w wykonaniu Gertrudy jest wręcz… niepokojący. Można odnieść wrażenie, że to sama Gertruda popchnęła młodą kobietę w ramiona śmierci – czy to mając jej za złe miłosne szaleństwo syna, czy też pragnąc jej ulżyć w cierpieniu.

Jest też Polonius, Myszy zdaniem grany niepokojąco na jedno kopyto, przez co inherentny tragi-komizm postaci ginie w potoku jednostajnego bełkotu, jaki wydobywa się z ust Jima Nortona. Jest to tym smutniejsze, że domniemana ignorancja Poloniusa na otaczający go świat, a jednocześnie zadziwiająca bystrość w pewnych sprawach, zwykle stanowią jeden z najciekawszych elementów całego „Hamleta”. Wszak nie bez powodu Polonius – spełniający niejako funkcję błazna – ginie w sztuce jako pierwszy.

NTLive_HamletBC13

Mysz była też nieco rozczarowana występem Ciaran Hindsa. Zanim zostanę obrzucona błotem przez jego fanki (wiem, że wśród Czytelników może się ich znaleźć kilka), nie chodzi mi bynajmniej o grę samego aktora – jest on weteranem sceny i ekranu i nie mam nic do zarzucenia jego warsztatowi. Natomiast zastanawia mnie taka a nie inna interpretacja tej postaci. Ponownie, nie wiem czy wynika to z decyzji puszczonego samotrzeć aktora, czy z braku spójności wizji reżysera, niemniej dziwnie oglądało mi się postać Claudiusa w spektaku NTLive. Nie jestem fanką grania króla jako postaci z gruntu złej, czy wręcz karykaturalnie wyrachowanej, niemniej lubię myśleć, że Claudius dobrze wie, czemu Hamlet jest na niego taki cięty. Natomiast w wykonaniu Hindsa można odnieść wrażenie, że przez niemal cały pierwszy akt Claudius jest kompletnie oblivious na nie tylko podejrzenia Hamleta, ale nawet powód jego do Claudiusa niechęci. Hinds wydaje się wręcz jowialnym, dobrotliwym wujkiem, który z wyrozumiałością traktuje zwichrowanego bratanka. Niestety, tym bardziej gwałtowne wydają się jego późniejsze knowania – przejście od misiowatego władcy, mówiącego głosem i intonacją Kubusia Puchatka (I swear to God, czasem jak Ciaran mówił słyszałam w jego słowach Jima Cummingsa) do bezwzględnie knującego władcy jest tak nagłe, że aż rażące. Trudno uwierzyć, że w jednym człowieku drzemią tak dwa skrajnie różne charaktery. Nie jest to jednak zaskoczenie, jakie mogłaby towarzyszyć olśnieniu, jakąż to skomplikowaną naturę może mieć człowiek; to raczej to zaskoczenie, które kompletnie wybija nas z uwierzenia w realność i wiarygodność prezentowanej nam postaci.

Pomijając postacie drugoplanowe, które… cóż, były (dawno nie widziałam Rosencrantza i Guildensterna, którzy byliby tak bardzo do-zapomnienia), jedynymi występami, co o których Mysz nie miała zarzutu był(a) Voltemand w wykonaniu Morag Siller (która ugrała ile mogła z tej niewielkiej rólki), oraz występ Karla Johsona w roli zarówno ducha starego króla, jak i grabarza, którego Horatio i Hamleta spotykają w drugim akcie. Mysz musi przyznać, że dawno nie była tak zaintrygowana postacią ducha Hamleta. Do tej pory widziałam go raczej, w różnych inscenizacjach, jako tego Wielkiego, Dostojnego, Nieskazitelnego Władcę, którego opisywał młody Hamlet. Jednak w wykonaniu Johnsona – który sam jest niemłody, a i fizjonomię ma nieco upiorną – stary Hamlet sprawia wrażenie nie ducha słusznej, sprawiedliwej zemsty, ale zjawę wręcz złowieszczą, by nie powiedzieć demoniczną. Tak jak w innych interpretacjach można odnieść wrażenie, że Hamlet jest usprawiedliwiony w swej chęci zemsty na wuju za śmierć ojca, tak w wersji NTLive ma się aż ochotę potrząsnąć młodym księciem, zapytać go „Czy nie widzisz, że to jest zły duch, że chce cię sprowadzić na złą drogę by przekląć twoją duszę?”. Myszy taka mniej szlachetna, a bardziej złowieszcza interpretacja starego Hamleta bardzo, ale to bardzo się podobała. Tym bardziej, że tym silniej poddaje w wątpliwość, czy Hamlet jest tak dobrym, prawym człowiekiem za jakiego chciałby uchodzić. Zwłaszcza gdy przyjmiemy wersję, w której duch – czy też jego żądanie pomsty – jest wyłącznie emanacją wyobraźni Hamleta, uosobieniem jego nieuzasadnionej niechęci do wuja, a nie rzeczywistą zjawą żądającą sprawiedliwej zemsty.

NTLive_HamletBC11

All in all, Mysz odniosła wrażenie, że nie tylko aktorzy zostali puszczeni na scenę bez żadnej spójnej wizji tego, co reżyser chciałby poprzez swoją interpretację „Hamleta” przekazać, ale także, że wersja NTLive została poniekąd zagrana „po łebkach”. Abstrahując już od zarzutów względem indywidualnych występów, zdaniem Myszy inscenizacja ta jest nie tylko prosta, ale także zbyt szybka, wręcz nonszalancka – poszczególne sceny czy dialogi nie mają czasu wybrzmieć; istotne dla danego momentu emocje gubią się w natłoku zbyt szybko recytowanego tekstu; postaci mówią obok siebie, zamiast do siebie. Czołowym przykładem jest tutaj relacja Hamleta i Ofelii potraktowana tak bardzo po macoszemu, że aż Myszę zatchnęło. Dawno nie zetknęłam się ze spektaklem, który niczym nie był w stanie mnie przekonać do uwierzenia w jakiekolwiek uczucie łączące dwójkę „zakochanych”, ani ze strony Hamleta, ani Ofelii. Ich rozmowy są krótkie i zdawkowe, wymuszone w sposób który nie świadczy o konflikcie między nimi, a o ledwo skrywanej niechęci. Mysz momentami była wręcz przekonana, że Cumberbatch i grająca Ofelię Sian Brooke odgrywają relację między tymi postaciami jako związek zaaranżowany wbrew ich woli. A przecież powinno być wręcz odwrotnie – to ich zakazana, trudna, burzliwa miłość była wbrew woli ich rodziców. Niestety, spłycenie wątku romansu Ofelii i Hamleta ostatecznie bardzo sztuce szkodzi – przez to ani miłosne szaleństwo Hamleta, ani jego późniejsza rozpacz po śmierci Ofelii nie są wiarygodne.

Podobnie „po łebkach” jest rozegrana scena, w której Hamlet wpada na pomysł wystawienia sztuki by „wstrząsnąć” Claudiusem, śmierć Poloniusa, czy dialog między Laertsem a Hamletem, gdy ci wzajem proszą się o wybaczenie. A już Fortinbrasa to w tej wersji w ogóle nie ma!… To co jednak Myszę dziwi w tym wszystkim najbardziej to to, że mimo swego zbyt szybkiego tempa, sztuka momentami używa bardzo przemyślanego manewru by „spowolnić” akcję sztuki. I to dosłownie: są sceny, w których Hamlet na pierwszym planie prowadzi wewnętrzny monolog, a w jego tle, w spowolnionym tempie, inne postaci dalej działają (np. odbywa się bankiet lub jest odgrywana sztuka). Sam zabieg jest bardzo ciekawy… i imponujący. Zgranie spowolnionego akcji w tle z tempem monologu bohatera wymaga nie lada wstrzemięźliwości i koordynacji. Jeśli jednak momenty te narodziły się dzięki temu, że w innych miejscach akcję sztuki przyspieszono, lepiej by już chyba było, gdyby tych „spowolnień” w ogóle się wyzbyć. Może przynajmniej równe tempo zdołałoby ten spektakl nieco odratować.

NTLive_HamletBC8

Żeby nie było, iż tylko narzekam – są w tym „Hamlecie” elementy, które należy pochwalić. Największym jest scenografia Es Devlin. Luby śmieje się ze mnie, że podoba mi się ona tylko dlatego, że kolory ścian pomieszczenia, w którym rozgrywana jest sztuka przypominają ściany mojego pokoju, ale Mysz jednak twierdzi, że jest w tym coś więcej. Devlin w interesujący sposób operuje otwartą przestrzenią ogromnego pokoju, który służy – zależnie od oświetlenia i dodatkowych dekoracji – zarówno jako bankietowa jadalnia, bawialnia Hamleta, widownia przedstawienia teatralnego, war room, cmentarz, obóz wojskowy czy arena szermiercza. Genialnie wypada też finał pierwszego aktu, gdy z otwartych drzwi scenę wręcz zasypuje fontanna prochu i popiołu, który przez cały akt drugi będzie służył za dowód metaforycznego staczania się Danii w coraz większy mrok i brud. Mysz wciąż nie jest do końca pewna, czy miał to być popiół, czy węgiel – i jestem bardzo ciekawa jak długo to cholerstwo się potem sprząta – niemniej jako rozwiązanie scenograficzne było to szalenie interesujące i obrazowe. Tym bardziej, że dzięki temu rozpaczliwa reakcja Laertesa w drugim akcie na wieść o śmierci ojca przypomina rzeczywistą partyzancką rebelię.

Mysz co prawda ma pewne zarzuty do kostiumów – zwłaszcza dziwnie anachronicznych strojów Hamleta (w porównaniu do dość oficjalnych mundurów duńskiego dworu), czy samej idei, by w czasie swego szaleństwa Hamleta paradował w stroju the little drummer boy – ale i tu udało się uzyskać kilka ciekawych efektów. Choć kontrast między ubranym na biało Benedictem a ubranym na czarno Laertesem (granym przez czarnoskórego Kobnę Hooldbrook-Smitha) wydaje się przypadkowy, tak już kontrast między kostiumami w scenie otwierającej i zamykającej sztukę już przypadkowy nie jest: akt pierwszy otwiera scena weselnego bankietu, podczas którego cały duński dwór ubrany jest na biało, poza Hamletem, który ubrany jest na czarno. W finale sztuki, mamy odwróconą sytuację – to dwór ubrany jest w żałobną czerń, a Hamlet w biały kaftan szermierczy.

NTLive_HamletBC5

Na koniec tej dość zrzędliwej recenzji zostawiłam sobie kwestię, która mimo mej ogólnej niechęci do spektaklu, wciąż mnie zastanawia i intryguje. Tak jak z rozgryzieniem większości zamysłów reżyserki nie mam (mam wrażenie) problemu, jest jedno, czego rozgryźć nie mogę. Otóż spektakl rozpoczyna się utworem „Nature Boy” w wykonaniu Nat King Cole’a. Jednak, co być może ważniejsze, także się tym utworem kończy: w scenie pojedynku Laertesa i Hamleta, następuje ostatnie w spektaklu „spowolnienie” akcji, a wśród migających świateł i biegających postaci (mających zdaje się reprezentować chaos w głowie Hamleta) rozlega się ponownie głos Nat King Cole’a. Zastosowanie tego konkretnego utworu na początku oraz na końcu sztuki jest więc nader wyraźną klamrę narracyjną.

Jest to o tyle zastanawiające, że choć tekst piosenki można w większości w dość intrygujący sposób  odnieść do postaci Hamleta, jego puenta jest dość jednoznaczna i niespójna z tą konkretną inscenizacją (zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę wspomniane już spłycenie wątku miłosnego Ofelii i Hamleta):

There was a boy
A very strange enchanted boy
They say he wandered very far
Very far, over land and sea.

A little shy and sad of eye
But very wise was he.

And then one day, a magic day
He passed my way, and while we spoke
Of many things, fools and kings
This he said to me:

„The greatest thing you’ll ever learn
Is just to love and be loved in return”

O czyją miłość chodziło? Czyjej miłości Hamlet nie otrzymał (lub nie dał) w zamian? Co reżyser próbowała przez wykorzystanie tego konkretnego utworu powiedzieć?… I might never know. But I remain intrigued :)

NTLive_HamletBC12

A jakie wyniosłam z tego spektaklu wnioski? Że wehikuł Cumberbatcha pojechał niezręcznym slalomem – jednym ta szybka, prosta przejażdżka po duńskich krajobrazach się spodoba, innym – nie.

A Mysz niniejszym utwierdziła się w dwóch rzeczach: muszę koniecznie obejrzeć Hamleta w wykonaniu Tennanta (tak, tak – dyshonor na świerszcza i dyshonor na krowę za to, że jeszcze go nie widziałam), i jak niczego innego pragnę teraz zobaczyć Benedicta w dobrej komedii. Rzekłam. Howgh :)

  • migi

    Tak, ja chcę Benedicta w komedii. Ale nie byle jakiej, takiej dobrej, dopiętej na ostatni guzik.
    No i ten zupełny brak pomysłu na Horacego.
    I tez jestem ciekawa, jak oni to potem sprzątają

  • Pozostaje trzymać kciuki, że jego rola w Doctor Strange będzie miała sporo elementów komediowych :)

  • Alumfelga

    Cały tekst czytałam z myślą, że zapytam w komentarzu, czy może Mysz porównać tego Hamleta z Hamletem z Tennantem, a tu nagle ostatnie zdanie. No nic, potwornie się boję, że mi się Benedict nie spodoba, bo go ciągle będę porównywać z Tennantem, ale przekonam się za miesiąc.

  • Jeśli wierzyć opinii innych, którzy widzieli zarówno Tennantowego jak i Cumberbatchowego Hamleta (a nawet preview z Cumberbatchem, które znacznie się od ostatecznej, pokazywanej w kinach wersji różniło) to Ben się do Davida nijak nie umywa ;)

  • Alumfelga

    Po seansie potwierdzam opinię ;) Jak cała sztuka mi się bardzo podobała i pewne elementy bardziej do mnie przemówiły tu niż w wersji z 2009, tak Benedictowego Hamleta w pewnych miejscach nie „czułam” (choć fragmenty z szaleństwem mnie zachwyciły). Nie wiem, może coś przeniosłam z innych ról Benedicta, może coś mi się nie zgrało na łączach, ale przez większość czasu zastanawiałam się, dlaczego ten Hamlet nic nie robi, skoro tak płomiennie i żarliwie się oburza, i na szalonego wcale nie wygląda, tylko jak najbardziej na zdolnego do działania. Tennant mi Hamleta z tą całą jego tragedią i melancholią sprzedał.
    Muszę sobie obejrzeć jeszcze inne wersje dla porównania.

    „Mysz po prostu jest zdania, i to nie od dziś, że Cumberbatch o wiele lepiej operuje niuansem i subtelnościami, niż gdy gra np. atak ślepej furii czy rozdzierającej rozpaczy.”
    TAK. Przyszło mi to do głowy po obu Frankensteinach, gdy z wielkim zdziwieniem stwierdziłam, że Creature mi się lepiej podobał w wykonaniu Jonny’ego Lee Millera, bo był po prostu naturalniejszy. Hamlet mi to tylko potwierdził.