Konwent niczym kolonie. Relacja z Coperniconu. Day 2 & 3.

Mysz, wziąwszy pod pachę Lubego, po raz pierwszy wybrała się na toruński festiwal fantastyki. W tej notce melduje, co się działo podczas ostatnich dwóch dni imprezy.

Aby przeczytać relację z pierwszego dnia konwentu, kliknij TUTAJ.

Wyspawszy się i posiliwszy – nothing beats a hotel breakfast, zwłaszcza gdy połowę składu jadalni stanowią inni goście konwentu – ruszyliśmy ponownie na podbój Torunia. Choć wszyscy byli nieco “wczorajsi” (jeśli istnieją uczestnicy konwentów, którzy w trakcie imprezy kładą się do łóżka w normalnych godzinach, Mysz składa im ukłon pełen podziwu i lekkiego niedowierzania) na pierwszy ogień poszedł panel o, być może, najbardziej kontrowersyjnej tematyce. Co jest o tyle ciekawe, że all things considering, był to chyba najspokojniejszy i najbardziej udany panel konwentu.

Myszy zdaniem godne podziwu jest, że panel “Tani chwyt odmienności czy potrzeba rzeczywistej reprezentacji? Jako to jest z postaciami queer i mniejszościami w popularnych produkcjach serialowych?” obył się bez żadnych większych starć. Duża w tym zasługa prowadzącego dyskusję Zwierza popkulturalny, która nie tylko przygotowała listę istotnych pytań i zagadnień do omówienia, ale też temperowała niektóre co bardziej emocjonalne wypowiedzi. Myślę, że mimo wcześniej pory, paneliści również dopisali – i nie piszę tego wyłącznie dlatego, iż yours truly zasiadała na scenie; w rozmowie brali udział także Basia “Maskotka” Karlik, znana w fandomie harfiarka, oraz Mirosław Gołuński, który wprowadzał do dyskusji rys akademicki – ich wkład w panel był nieoceniony i, przynajmniej z mojego punktu widzenia, bardzo interesujący.

Copernicon 15

W panelu o reprezentacji panowała niedoreprezentacja mężczyzn. PRZYPADEG? | Photo © Tomasz Lisaj

Choć temat  miał dotyczyć szeroko pojętej reprezentacji – kwesti od seksualności, poprzez rasę czy niepełnosprawność – paneliści (czy też: panelistki) w dużej mierze skupiły się na tematyce queer w popkulturze. Jak się okazało, nie do końca było to po myśli jedynego w panelu męskiego rodzynka, ale mimo prób przeciągnięcia dyskusji na tory ogólnego omówienia zagadnień reprezentacji, także w literaturze, ostatecznie w rozmowie udało znaleźć się równowagę między kulturą wysoką ą popkulturą. Tu Mysz chciałaby Wam streścić co dokładnie było na panelu omawianie, ale niestety uaktywniła się u mnie niepamięć wsteczna. Na szczęście, as you’re reading this, Luby montuje kolejny filmik z Coperniconu, właśnie z tego panelu, tak więc wkrótce na własne oczy i uszy będziecie się mogli przekonać, o czym była mowa. Mysz w każdym razie na pewno nawiązała do serialu Spartacus jako przykładu na bardzo dobre, wyważone, niesztampowe przedstawienie wątków queerowych w nietypowym (bo domyślnie macho-męskim) serialu. Mogę też ku potomności dodać, że Zwierz – jak można się było spodziewać – prowadziła panela mądrze, z werwą i humorem.

[EDIT: Pod TYM LINKIEM znajdziecie filmik z panelu o reprezentacji :) ]

Kolejnym punktem programu, na który z pewnością czekali fani podcastu prowadzonego przez Zwierza i Pawła, czyli słynnego Zombie vs Zwierz. było nagranie odcinka podcastu live, na Coperniconie. Efekt możecie odsłuchać u Zwierza na blogu, a także przeczytać jej króciutką relację z tego nietypowego wydarzenia. Nagranie odcinka wraz z publicznością samo w sobie jest ciekawym pomysłem, ale nieobcy fanom zagranicznych podcastów – jeśli pamięć nie myli, jeden z ulubionych podcastów Lubego, “Harmontown” nie tylko nagrywa odcinki na żywo, przy udziale publiczności, ale nawet rozgrywa “na antenie” kolejne sesje gry w Dungeons&Dragons (co jest o tyle ciekawe, że prowadzi je człowiek wciągnięty na scenę z publiczności – któregoś dnia nagrywający zapragnęli spontanicznie zagrać w D&D i zapytali, czy ktoś z widowni umie prowadzić RPGa). Zresztą format ten zainspirował Myszmaszowe “Sesje na podsłuchu”, więc jeśli ciekawi Was, jak mogłoby to brzmieć po polsku, head on down to Myszmasz.

Mysz w każdym razie była na sali podczas nagrania  Zombie vs Zwierz i może potwierdzić, że na żywo prowadzący są jeszcze bardziej sympatyczni i dowcipni niż gdy brzmią w naszych słuchawkach :)

Copernicon 13

Zombie vs Zwierz ma format audio, bo w formacie wideo byłoby widać jakie zdegustowane miny mają prowadzący gdy patrzą sobie w twarz ;)

Po kolejnym nieprzyzwoicie dobrym posiłku w Manekinie, Mysz zasiadła na widowni panelu “Powab zła – o czarnych charakterach kradnących show”. Yes, you read that right – na widowni, a nie wśród panelistów. To jednak nie powstrzymało mnie od dorzucenia kilku komentarzy do dyskusji (trudno mnie winić, bo rozmowa zeszła na Draculę jako uromantycznionego Złego, a wampiry to mój konik). Choć tu otwarcie przyznaję, że i bez mojej pomocy goście zgromadzeni na scenie świetnie sobie radzili, przerzucając się przeróżnymi przykładami Złych, których trudno nie kochać. Oczywiście na czele peletonu uplasował się Loki (ulubieniec Ewy Białołęckiej, zasiadającej wśród panelistów) i Hannibal (faworyt m.in. Zwierza), ale sama dyskusja, choć w dużej mierze skupiała się na konkretnych przypadkach, próbowała przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie skąd w nas taka ogromna fascynacja Złymi. Zdaniem panelistów – oprócz Ewy i Zwierza w dyskusji brali udział także pisarze Rafał W. Orkan, Robert Wegner i Martyna Raduchowska* – tkwi za tym specyficzna mieszanka podziwu i zazdrości: dla ich inteligencji i często eklektycznego stylu, ich oczytania i wiedzy, zaradności, bezwzględności, itd. Tu czołowym przykładem był Hannibal czy Sherlockowy Moriarty, ale Myszy zdaniem pod tę samą kategorią można by podciągnąć większość Złych z filmów o Jamesie Bondzie, czy nawet Dartha Vadera. Umówmy się: nobody wears a cape better than Vader ;)

Pojawił się też znany nie od dziś argument, że bohaterowie pozytywni nie mieliby prawa bytu gdyby nie Źli, którzy krzyżują im szyki i zapewniają herosom jakiś cel w życiu. Także nie bez znaczenia jest fakt, iż w (pop)kulturze postaci tych Złych są często ciekawiej skonstruowane niż ci Dobrzy – mają lepsze backstory, mniej przejrzyste pobudki, itd. Let’s be honest: biorąc pod uwagę charakter, a także rolę jaką spełniają w historii, bohaterowie pozytywni mają często tylko jedną drogę działania – bohater musi być prawy, dobry, honorowy. A Zły?… Zły może sobie pozwolić na wszystko. Co za tym idzie, piszący go autor czy scenarzysta ma szersze pole do popisu – może poprowadzić postać w dowolnym kierunku i niemal każdy z nich będzie ciekawy, tak długo jak zostanie dobrze rozegrany. Innymi słowy, we love Bad Guys because they’re so good at being bad ;)

*zabijcie, nie pamiętam czy do tego panelu Opydo też się dosiadł; prawdopodobnie tak :P

panel

Sobota, jako drugi dzień konwentu, zanotowała chyba największą frekwencję. W związku z tym panel o “Złolach” był jednym z najbardziej obleganych – ludzie siedzieli nie tylko w ławach, ale nawet na podłodze, ZA PLECAMI panelistów :D

Wysłuchawszy mądrych słów o popkulturowych villainach, postanowiłam pozostać w nieco mrocznych klimatach i wybrać się na prelekcję Zwierza “Proszę nie jeść nad ciałem. Czyli dwa słowa o patologach w popkulturze”.

Tu powinien pojawić się pean pochwalny na jej cześć, ale A) nie będę Kasi kadzić, B) wiem że Zwierz zamierza tę prelekcję przerobić na blogową notkę. Powiem tylko, że słuchanie Zwierza było, jak zwykle, przyjemnym, rozwijającym doświadczeniem – Kasia ma niesamowity talent do wydobywania z popkultury interesujących, nieoczywistych wątków i prezentowania ich w taki sposób, że pozostaje tylko bić brawo. Ale o tym przekonacie sięif and when Zwierz wrzuci notkę o patologach na bloga.

Zamiast chwalić swe ulubione alter-ego (she knows how much I adore her), Mysz woli te parę akapitów poświęcić na inną ważną kwestię, która się w międzyczasie rozegrała: otóż jednocześnie z prelekcją Zwierza, odbywał się panel “Czy block bustery i kino akcji boi się dziś silnych kobiet bardziej, niż dwadzieścia lat temu? O ratujących dzień białych samcach alfa i utraconej spuściźnie Lary Croft.”

Tu Mysz musi Wam uświadomić jedną istotną rzecz – gdy dostałam zaproszenie na Copernicon, przesłano mi listę proponowanych tematów paneli. Moim zadaniem było zadeklarować, w których chciałabym wziąć udział; przy czym zaznaczałam je w przedziale: 1= chcę wziąć udział bardzo-bardzo, 2 = chcę wziąć udział ale nie jest to priorytet, 3 = mogę wziąć udział, 4= nie mój temat, pas. Taki system sobie wymyśliłam, uznając go za najwygodniejszy i po wybraniu trzech paneli na których mi zależało (np. o reprezentacji), jako “drugi wybór” zadeklarowałam chęć wzięcia udziału m.in. w powyższym panelu o silnych kobietach. Otrzymawszy jakiś czas później listę “moich” paneli nie zauważyłam, że nie ma wśród nich panelu o kobietach – lord knows i tak miałam dużo na swoim konwentowym talerzu. Dopiero Aeth, którą wybrano jako uczestniczkę panelu, uświadomiła mi, że poza nią na scenie nie zasiądzie ANI JEDNA KOBIETA.

toruń2

Choć Toruń zachwycał pięknymi widokami i dobrą pogodą, w kuluarach temperatura czasem aż nadto wzrastała.

Wiem już, że o tej kwestii pisała m.in. Catus Geekus, która siedziała na widowni panelu. Ale Mysz pragnie to podkreślić raz jeszcze – tym bardziej, że wiem, iż akurat w tym wypadku niska reprezentacja kobiet (ironic, no?) nie wynikała z niechęci pań do wzięcia udziału w tym konkretnym panelu. Rozumiem, że osoby ustalające składy panelistów musiały brać pod uwagę wiele czynników – grafiki poszczególnych gości, zbieżne punkty programu, itd. – ale, przykładowo, Mysz nic innego w trakcie tego panelu nie miała do roboty. Owszem, byłby to już któryś z kolei panel w którym brałabym udział, ale zawsze można było mnie wykreślić z innego, mniej ważnego dla mnie panelu (a był taki). Nie chcę wyjść na zołzę, ale naprawdę uważam, że należało zrobić WSZYSTKO aby nie doprowadzić do sytuacji, w której wśród trzech panelistów (plus prowadzący) jest tylko JEDNA kobieta.

Mysz, dowiedziawszy się jak wygląda sytuacja, początkowo planowała metodą Pawła wprosić się na ten panel i wziąć udział w dyskusji, by nieco wyrównać stosunek płci. Jednak po dyskusji na piątkowym panelu wiedziałam, że jeśli znów usłyszę jakąś seksistowską bzdurę (nie ważne czy ze sceny czy z widowni) – a szanse na to były wcale niemałe – trafi mnie szlag. In other words, nie ręczyłam za siebie. Biorąc jednak pod uwagę, jak głośnym adwokatem feminizmu jest Paweł Opydo – i jak głośno wypowiadał się na ten temat podczas niemal wszystkich piątkowych paneli – zapytałam go, czy nie poszedłby na panel o kobietach, by wesprzeć Aeth. Not that she couldn’t do it without his help, ale akurat zdaniem Myszy każdy racjonalny, sensowny głos w dyskusji o kobietach w popkulturze jest na wagę złota. Nawet jeśli pochodzi od faceta ;)

Jak się okazuje, z mojego niecnego podpuszczania Pawła wynikła mini-afera, która na tyle zaszła blogerowi za skórę, że popełnił film na Youtube o kobietach w popkulturze. Mysz co prawda nieco żałuje, że jednak się na panel nie wybrała, ale słuchając relacji Pawła, Aeth i Catus Geekus doszłam do wniosku, że dobrze zrobiłam. Mój komfort psychiczny pozostał niezaburzony – podobnie jak moja kartoteka, bo słowo daję, chyba bym kogoś pogryzła, gdybym musiała ze spokojną miną słuchać takich bzdur, jakie podczas tego panelu (podobno) padały ze sceny.

Screenshot

Takiego smsa otrzymała Mysz w trakcie trwania panelu o kobietach. Nie powiem – jestem z siebie dumna :P

Na szczęście potem przyszła pora na nieco weselszy temat, a mianowicie panel o miłości romantycznej. Zwierz, Mysz i Ewa Białołęcka – w towarzystwie wpraszającego się ponownie Pawła – zostały odpytane przez Elin Kamińską z zagadnienia “Fantazja z miłością w tle – komedie romantyczne, paranormale i wątki romansowe… właściwie wszędzie.” Oczywiście nie obyło się bez kilku nawiązań do fanficów – wszak umysł fandomu zawsze zbacza na wytarte tory – ale w dużej mierze paneliści skupili się na tym co im, osobiście, najbardziej w szeroko pojętych romansach pasuje. A ponieważ prezentowaliśmy sobą różne podejścia – Mysz jest łatwa i rusza ją wszystko, Ewa i Zwierz lubią angst, a Paweł jest skrytym romantykiem i lubi jak wszystko dobrze się kończy – narodziła się z tego całkiem ciekawa dyskusja, którą doprawiały liczne głosy słuchaczy z sali.

Oczywiście pojawiły się pytania o ulubione wątki romansowe (przy czym odpowiedzi padały z różnych stron spektrum – od Geralta i Yen z sagi Sapkowskiego, przez “Pride and Prejudice”, aż po kanoniczne Johnlocka, czyli relację Johna Watsona i Sherlocka Holmesa). Co ciekawe, nie skupialiśmy się wyłącznie na wątkach stricte romansowych, czy Young Adult novels, które bardzo się w romantycznej tematyce lubują – poruszyliśmy też przy okazji kwestię wątków erotycznych, zarówno tych umiejętnie poruszanych w literaturze (ekhm, Sapkowski i scena w bibliotece), jak i zachowawczych hollywoodzkich najazdów na powiewające na wietrze firanki w najbardziej kluczowym momencie. Nie martwcie się – jeśli jesteście ciekaw dalszych szczegółów, z tego panelu również pojawi się filmik :)

Kolejnym punktem Mysiego programu był drugi prowadzony przeze mnie konkurs. Tym razem był to znany Wam już ze słyszenia (czytania?) konkurs “Disney: Jaka to melodia?”. Na Coperniconie zanotowaliśmy chyba największą do tej pory frekwencję (drużyn biorących udział w konkursie było chyba z 15) –  ludzie siedzili pokotem na podłodze, byle móc dostać się do sali. Mimo drobnych trudności technicznych – wbrew tradycji tego konkursu, tym razem problemem nie były głośniki! – konkurs odbył się szybko i sprawnie; choć Mysz bez bicia przyznaje, że początkowo zwróciłam się do sali nieco zbyt oschłym, kategorycznym tonem (na co później zwrócił mi uwagę Luby).

Copernicon 7

Tacy o to przemili ludzie zjawili się na Mysim konkursie Disneyowskim. You guys ROCK! ^_^

Then again, Wy spróbujcie nie spanikować, gdy przed Wami roztacza się rój szemrzących zawzięcie zawodników. A przecież każdy z nich powinien usłyszeć nie tylko istotne dla konkursu zasady, ale i same piosenki do odganięcia ;)

Na szczęście po pierwszym poślizgu poszło już sprawnie. Zgodnie z konkursową tradycją, z sali często rozlegały się chóralne śpiewy (mnie lub bardziej skryte, by nie przeszkadzać tym, którzy akurat zgadują); równie często pojawiały się też jęki rozbawienia/frustracji, gdy z głośników akurat rozlegały się dźwięki “Let It Go” z Frozen czy jakiejś innej nazbyt oczywistej piosenkiUltimately, Mysz była pod dużym wrażeniem wiedzy niektórych uczestników, ale jak zwykle trafiły się utwory, których nikt na sali nie kojarzył. Seriously, you guys, obejrzyjcie The Rescuers Down Under, Bambi i The Sword in the Stone – to naprawdę fajne filmy!

Tuż po zakończeniu konkursu Myszę spotkał jeszcze jeden szalenie miły moment. Otóż podszedł do mnie pewien młodzian (którego imienia niestety nie zarejestrowałam) i nie owijając w bawełnę zaprosił Mysz na przyszłoroczny Pyrkon, twierdząc że nigdy nie widział tak profesjonalnie przygotowanego konkursu Disneyowskiego. Aż się z tego komplementu zarumieniłam po czubki Mysich uszek! I choć muszę przyznać, że nie planowałam jechać na Pyrkon (przeraża mnie jego rozmiar i rozmach), po tak wielkich słowach trudno nie poczuć się mile połechtanym. Może jeśli mój przemiły rozmówca się znów ujawni, rozważę jego propozycję ponownie.

Copernicon 9

Na Coperniconie można spotkać przeróżne kombinacje strojów – widok Stitcha w duecie z Castielem nie jest tu niczym dziwnym ;)

Po konkursie ruszyliśmy całą zgrają na prelekcję Pawła pt. “Jak stworzyć blog czytany przez 300 tysięcy ludzi”. Ci z Was, którym zdarzało się już wysłuchiwać Pawła pogadanek o blogowaniu – lub czytać co poniektóre jego teksty na ten temat – może kojarzyć większość jego rad. A te potrafią być bardzo to the point. Parafrazując Pawła, jeśli traktujecie blogowanie serio i po, powiedzmy roku, nie macie satysfakcjonującej liczby użytkowników (która różni się, zależnie od obranej przez Was niszy)…. to znaczy, że robicie coś źle. Simple.

W gruncie rzeczy Pawłowy przepis na sukces jest prosty, ale tylko pozornie. Potrzebna jest przede wszystkim wytrwałość w pisaniu – codziennie, choćby i do szuflady, byle szlifować warsztat pisarski. Trzeba też pisać dobre, potencjalnie wiralowe teksty; weźcie pod uwagę, że jeśli w przeciągu miesiąca przypadkowy czytelnik trafi na Waszego bloga np. 3 razy, istnieje większa szansa, że z Wami zostanie, lub poleci bloga swoim znajomym. Nie bez znaczenia jest też przejrzysty design (jak to często można usłyszeć od Pawła: “Twój blog jest brzydki”), ale także rzetelność, zarówno w kontaktach z Czytelnikami, jak i klientami, z którymi nawiążemy ewentualną współpracę. Paweł wspominał też o nierozmienianiu się na drobne (czyli piszemy zawsze dla siebie, a nie np. dla 3 różnych portali), nie-hejtowaniu (nienawiść to bardzo brzydka emocja i wypłynięcie na niej ma raczej krótkie nogi), czy nienaśladowaniu innych (przy czym Paweł wyraźnie patrzył się na Myszę, która siedząc obok swego Zwierzowego alter-ego udawała, że totalnie nie rozumie o co mu chodzi).

Paweł

Pawłowi w prowadzeniu prelekcji pomagał miniaturowy Deadpool :3

Reasumując, jeśli naprawdę planujecie kiedyś mieć poczytnego bloga, musicie całe przedsięwzięcie traktować serio. Bez bimbania się i bez wymówek. Ale, jeśli pisanie po prostu sprawia Wam frajdę i dobrze Wam tam gdzie jesteście, Paweł otwarcie przyznaje, że należy jego rady olać i dalej robić swoje. But don’t take my word for it – Paweł obiecał, że niedługo wrzuci swoją prezentację z Coperniconu na YouTube, tak więc w razie czego to jego nagabujcie o więcej szczegółów ;)

Oszczędzę Wam relacji z naszego sobotniego wypadu na miastu – nie pamiętam czasów, gdy ostatni raz obskoczyłabym jednego wieczoru dwie różne knajpy i przydrożny kebab – ale dość powiedzieć,że blogerzy to dość nietypowa zgraja: our idea of a good evening jest picie herbaty/grzańca/hipsterskiego piwa i rozmawianie o Internetowych aferach (Paweł czytał nam komentarze ze słynnego Gesslergate), lub dopiero-co przyznanych Ig Noblach. Jak sami widzicie, prawdziwie intelektualna rozrywka ;)

Copernicon 24

Tak wieczorami bawią się konwentowi blogerzy. Siedzą i gadają. Myślałby kto, że po całym dniu mieliby już dosyć ;)

Niedziela, jak przystało na dzień święty, była dla Myszy jedynym dniem Coperniconu podczas którego nie miałam żadnych konwentowych obowiązków. Oczywiście, jedynie pozornie – wypadałoby wszak przejść się na kilka prelekcji (ileż można siedzieć na własnych punktach programu); Mysz chciał też wreszcie odwiedzić Centrum Sztuki Współczesnej, w którym odbywały się Targi Popkultury, na które do tej pory nie miałam jeszcze okazji zajrzeć. Ale najpierw, kupiwszy uprzednio przepyszną kawę od Rubiconu, poczołgałam się na spotkanie autorskie ze Zwierzem. I zanim ktoś zapyta: w Myszy wykonaniu to wcale nie jest stalking. Nie da się śledzić własnego alter-ego – można mu jedynie ochoczo towarzyszyć ;)

Zwierz sam otwarcie przyznał, że czuje się nieco dziwnie, biorąc udział w spotkaniu autorskim – blogerka napisała wszak książkę, ale chwilowo jeszcze musimy poczekać na jej ewentualne wydanie. True, Zwierzowe notki mogłyby wypełnić niejedną książkę, al co innego pisanie tekstów zaciszu własnego mieszkania, a co innego próba zabawienia przez godzinę sali pełnej ludzi. Zwierzowi jednak i to niestraszne, bo kontakt z konwentowymi słuchaczami ma zawsze dobry, a i materiału do omówienia jej nie zabrakło – oprócz odpowiadania na pytania publiczność, Zwierz zabawiała nas także przedziwnymi historiami o bloku, w którym przyszło jej mieszkać. Jak się okazuje, blok Zwierza jest jedyny w swoim rodzaju i stanowi idealne źródło anegdotek i dowcipów. Tak więc jeśli ktoś był na Coperniconie, Myszy zdaniem, może bezpiecznie stwierdzić, że widział pierwszy Zwierzowy stand up ;)

Copernicon 10

Kobieta mówiąca o tym, czy seriale dla kobiet są kobiece? Toż to istna incepcja!

Zaintrygowana tytułem kolejnej Zwierzowej prelekcji powędrowałam na “Dla kobie czy kobiecy? Kilka uwag o serialach dla “płci pięknej” wiedząc, że czas spędzony na słuchaniu z Zwierza z pewnością nie będzie zmarnowany. Nie zawiodłam się – Zwierz, niejako wpasowując się w nieoficjalny motif tegorocznego Coperniconu (przynajmniej z perspektywy Myszy) słusznie wypunktowała jak idiotycznie, biorąc pod uwagę domysły producentów vs. stan rzeczywisty, są klasyfikowane tzw. “seriale kobiece”. Choć zdaniem szych telewizyjnego biznesu, kobiety powinny przebierać nogami na myśl o obejrzeniu kolejnego odcinka Call the Midwife, według statystyk serial ten ogląda równie wiele mężczyzn co kobiet. Z kolei takie seriale jak Game of Thrones, The Walking Dead czy Mad Men – steretypowo klasyfikowane jako męskie, ze względu na tematykę, czy brutalność pewnych wątków – wcale nie odstraszają kobiet; wręcz przeciwnie – kobiety z ogromną przyjemnością oglądają ciężkie, złożone psychologicznie dramaty. Wbrew temu co chcieliby myśleć producenci, kobiety nie lubią wyłącznie żywych kolorków, wyciskających łzy melodramatów i tematyki okołorodzinnej. Tak jak są kobiety, które lubią kwieciste sukienki i krwawe kryminały, tak są twarde bizneswoman, dla których najlepszym relaksem jest wieczór z Harlqequinem. Oczywiście, Mysz operuje tu hiperbolą, but you get the jist – każda kobieta jest inna i niekoniecznie będzie się jej podobało to, co akurat jakiś scenarzysta, reżyser czy marketingowiec (those guys are the worst!) uzna za “kobiece”.

Wystarczy za przykład podać serial Spartacus (Myszy ulubiony pozytywny przykład w niemal każdej dyskusji). Ta ociekająca testosteronem produkcja, skupiająca się na walkach gladiatorów, politycznych machinacjach i morzu przelanej na arenie krwi, początkowo zdawała się skierowana do mężczyzn – tych, którzy po obejrzeniu 300 wyszli z kina z adrenaliną buzującą w żyłach. Jakież było zdziwienie niektórych ludzi gdy w serial ten – oprócz walk i intryg, oferujący także fantastycznie napisane postacie, w tym wiele silnych postaci kobiecych, a także  poruszające wątki dramatyczne – okazał się popularny nie tylko wśród mężczyzn, ale także kobiet. Nie chcę sprowadzać sukcesu Spartacusa do parteru, ale myślałby kto, że włodarze STARZ szybciej się zorientują, że skoro mają serial gdzie gania banda półnagich, umięśnionych, przystojnych aktorów, istnieje szansa, że do oglądania zasiądą nie tylko panowie, ale i panie.

Copernicon 22

Zwierz bez możliwości merdania łapkami podczas mówienia prawdopodobnie zamilkłby na wieki ;)

Myślicie, że przesadzam, sprowadzając wszystko do nagości?… nie jestem jedyna; przy czym zauważcie, że akurat Mysz robi to sarkastycznie. Jeśli wierzyć słowom Zwierza, przypisywanie wyników oglądalności pewnych seriali do kwestii nagości to dla producentów chleb powszedni. Czy wpadlibyście np. na to, że istnieje przekonanie, iż kobiety lubią nagość w serialach typu Game of Thrones lub Spartacus, bo czują potrzebę porównywania się z innymi, pokazywanymi tam nagimi kobietami?… I mean, what sort of idiotic pseudo-sexism is that?!

Tego typu smaczków było podczas prelekcji Zwierza mnóstwo. Mysz z chęcią by Wam przytoczyła je wszystkie, ale po pierwsze, mam (jak wiemy) nieprzyzwoicie dziurawą pamięć, a po drugie, nie ma sensu odbierać Zwierzowi tej przyjemności. Tak więc jeśli chcecie dowiedzieć się, co jeszcze Zwierz miał do powiedzenia w temacie “kobiecych” seriali, koniecznie dajcie jej znać – może przerobi swoją prelekcję na blogową notkę; i może nawet zrobi to prędzej niż później ;)

Po wysłuchaniu Zwierza, Mysz czym prędzej pobiegła do Centrum Sztuki Współczesnej. Poniewczasie zdałam sobie sprawę, że jeśli nie udam się tam teraz-zaraz, wszystkie obładowane gadżetami stoiska zwiną się do domu i nie będę w stanie kupić sobie żadnej konwentowej pamiątki. Muszę przyznać, że i tak troszkę zkiepściłam sprawę. Niby mam wymówkę, czemu nie udało mi się tam dotrzeć w piątek i sobotę (między kolejnymi punktami programu ledwo znajdywałam czas na szybki posiłek – co dopiero znaleźć czas na przekopywanie się przez góry geekowskich fantów), niemniej późne popołudnie ostatniego dnia imprezy to niezbyt dobry moment by upolować sobie jakiś fajny gadżet. Then again, zdaniem Lubego sobota była niekorzystna w drugą stronę – był to drugi dzień konwentu, a i w pobliżu odbywał się m.in. konkurs na cosplay Star Warsowy (obok CSW rozłożyło się coroczny zlot polskich fanów Gwiezdnych Wojen “StarForce”), więc halę targową opanował istny tłum zakupowiczów.

Copernicon 11

Czy wiecie, że w Toruniu jest cudowna knajpa inspirowana serialem Friends?… serio! W toalecie jest nawet Joey Tribiani pytający się “How you doin’?” :D

Z dwojga złego, Mysz chyba lepiej wyszła udając się na zakupy w niedzielę – choć towar był już przebrany, a i część stoisk spakowała już swoje produkty, przynajmniej mam świadomość, że nie wydałam w konwentowym szale połowy swojej pensji, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa. Z drugiej strony, Mysz uparła się, że nie wróci do Warszawy z pustymi rękami. Ponieważ  mangowe gadżety to raczej nie moja bajka (a tych, mam wrażenie, było najwięcej), książki ostatnio czytam tylko w anglojęzycznych ebookach, a zakup planszówek zostawiam Lubemu, wydałam pieniążki tylko na wisiorek z herbem Hufflepuffu (badger and proud!)  i bluzę z logo Kapitana Ameryki. Jednak zanim mi pozazdrościcie, śpieszę wyjaśnić, że byłam tak zdesperowana – a bluza taka fajna – że kupiłam ją mimo iż była o przynajmniej 4 rozmiary za duża (męska XXL). Niemniej, siedzę w niej teraz, pisząc tę notkę, i jestem ze swojego Marvelowskiego namiotu bardzo zadowolona. Jest idealny na jesienną pluchę ;)

Podsumowując, Mysz będzie miała z Coperniconu masę miłych wspomnień. Pisałam już, przy okazji relacji z Avangardy, że moje convention experience zmienia się z roku na rok. Kiedyś uważałam, że najwięcej frajdy mają ci, którzy biegają na kolejny punkty programu. Potem doszłam do wniosku, że o wiele przyjemniej jest wykorzystać konwent jako pretekst do spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi (zwłaszcza jeśli program konwentu nie oferuje nam nic ciekawe). A Copernicon okazał się jeszcze kolejnym zbiorem doświadczeń – po powrocie z Torunia Mysz stwierdziła, że podoba jej się taki intesywny weekend, podczas którego człowiek (lub gryzoń) ledwo ma czas się w tyłek podrapać. Owszem, wróciłam do domu isćie wypruta z energii i natychmiast się przez to rozchorowałam, ale za to naładowałam swoje wewnętrzne akumulatorki mnóstwem pozytywnej energii.

Copernicon 29

By uczcić miejscówkę konwentu, blogery wypiły pyszną piernikową kawę.

To be totally honest though, nie jest to do końca prawda. Owszem, Copernicon był – mimo różnych potknięć i scysji – źródłem ogromnej radości, ale przez kontrast codzienne Mysie życie wydaje się… cóż, puste i jałowe. Może to pośrednio wina jesiennej pogody, a może po-konwentowego bluesa, który bardzo przypomina melanchię, jakąś z pewnością przeżywał każdy, kto kiedykolwiek wracał z wyjątkowo udanych kolonii… dość powiedzieć, że Mysz ogromnie żałuje, iż nie mogła w Toruniu spędzić kolejnych kilku dni. Najlepiej w tym samym przesympatycznym,p przebojowym, jedynym w swoim rodzaju towarzystwie.

Ten żal, że już po wszystkim niech świadczy o tym, jak fajną imprezę (zdaniem Myszy) jest Copernicon. Jasne, nie obyło się bez problemów. O niektórych wspominali w swoich relacjach Ichabod (choć Mysz nie do końca się zgadza z Ichabodowym “odbiorem” imprezy) czy Salantor, (który dobrze wypunktował techniczne pozytywy i negatywy imprezy). Mysz może z kolei przytoczyć te niedociągnięcia, które jej najbardziej się naprzykrzały:

  • nieintuicyjny program – znalezienie czegokolwiek w informatorze konwentowym graniczyło z cudem. Zamiast intuicyjnie rozmieścić punkty według dni, a potem bloków tematycznych, każdy blok (gry elektronicze, gry planszowe, blok azjatycki, konkursowy, LARPy, RPGi, blok popkultury, literacko=komiksowy, popularnonaukowy, etc.) miał własną oddzielną rozpiskę. Jeśli kogoś interesowała tylko jedna dziedzina, miał ułatwione zadanie. Ale konwent to raczej tygiel zainteresowań i powinno się uczestnikom ułatwiać uczęszczanie na jak największą liczbę różnorodnych aktywności. Niestety przez taką a nie inną konstrukcję informatora, ustalenie sobie własnego grafiku, z tymi punktami na które sami chcieliśmy pójść, było szalenie utrudnione – co chwila trzeba było przerzucać strony, zaznaczać rzeczy na marginesach, konsultować się ze spisem treści… Mysz już niejeden informator konwentowy widziała i pierwszy raz spotkała się z tak dziwną jego konstrukcją. To be honest, I’m not a fan.
  • niekompletna rozpiska – szukanie interesujących punktów było tym trudniejsze, że w dołączonej do przewodnika tabelce widniały, owszem, tytuły prelekcji i sale (a także pomocne mapki budynków), ale już np. prelekcje nie były podpisane. Zamiast więc na jeden rzut oka wiedzieć, czy dany punkt programy prowadzi ktoś kogo znamy, musieliśmy za każdym razem sięgać do (nieintuicyjnego) informatora by sprawdzać prowadzącego każdej prelekcji.
  • pomyłki w programie – wiadomo, każdemu może się zdarzyć: ktoś coś odwoła w ostatniej chwili, do harmonogramu wkradnie się chochlik drukarski, etc. Niemniej tych pomyłek w tabeli było b. dużo – jedna sala była źle zaznaczona na mapie (z tego co wiem, zmieniła się w ostatniej chwili) i właściwego pomieszczenia trzeba było szukać w lochach Collegium Minus. W sobotni wieczór cały blok paneli był przesunięty o godzinę później, przez co Paweł przez godzinę sterczał wraz ze słuchaczami pod drzwiami sali w której miał prowadzić prelekcję. Z kolei w niedzielę spotkanie autorskie Zwierza było rozpisane na 9:00 rano, mimo iż pozostałe punkty zaczynały się o 10:00 (a i taką właśnie godzinę rozpoczęcia otrzymał Zwierz od organizatorów). A to są tylko te rozbieżności, które Mysz sama zauważyła!
    Don’t get me wrong – Organizatorzy starali się pomóc jak mogli, rozwieszając sprostowania i starając się w miarę szybko wszelkie niejasności rozwiązać. Niemniej wielu potknięć dałoby się zawczasu uniknąć. Może następnym razem ktoś powinien upilnować, żeby żadne gremliny nie dorwały się do programu ;)
  • ww. brak kobiecej reprezentacji w panelu o silnych kobietach w popkulturze. Niby mała rzecz, a razi.
Copernicon 17

Paweł chciał zrobić panoramę i zakazał nam się ruszać. Dlatego Mysz wygląda ultra-sceptycznie, Zwierz chichocze, Ichabod udaje że go nie ma, a Luby bawi się w skamieniałą surykatkę.

Tak naprawdę jednak, są to tylko i wyłącznie upierdliwe drobnostki. Plus, the good far outweighs the bad – Mysz z tego miejsca chciała przede wszystkim pochwalić gżdaczy, którzy dzielnie pilnowali panelistów i prelegentów by ci nie tylko zjawiali się na swoje punkty o czasie, ale także by ci zawsze mieli pod ręką coś do picia. Może się to wydać błahe, ale Mysz dawno nie była na konwencie gdzie tak sprawnie i szybko donoszono by panelistom wodę :D Ogromne słowa podziękowania należą się też Szatanowi, która dzielnie zawiadywała wszystkimi gośćmi, oraz Anecie Jadowskiej, która mimo choroby (i niedawnego wypadku) sprawowała pieczę nad blokiem popkulturowym i osobiście namówiła mnie na przyjazd do Torunia.

All in all, Mysz jest z Coperniconu niezmiernie zadowolona. Do tego stopnia, że zamierzam aktywnie ubiegać się o zaproszenie na przyszły rok. Tym bardziej, że ze względu na obowiązki panelowe (i towarzyskie) wiele mnie podczas tegorocznego konwentu ominęło. Manga i anime to być może nie moja bajka, ale nie oznacza to, że nie wybrałabym się z chęcią na kilka prelekcji w bloku azjatyckim. Żałuję też ogromnie, że nie miałam czasu przejść się po Star Warsowej wystawie zorganizowanej przez StarForce (z której wiele zdjęć znajdziecie w Internecie po wpisaniu “Copernicon zdjęcia” w wyszukiwarkę Google’a), ani oglądać parady stroju po Toruńskiej starówce, czy wieczornego konkursu cosplayowego. Nie zajrzałam też ani razu do Collegium Maius, w którym odbywały się LARPy i RPGi, i gdzie można było pograć w planszówki i gry konsolowe. Tak naprawdę, z punktu widzenia mnóstwa aktywności, które miały miejsce podczas całego konwentu, Mysz uszczknęła z nich zaledwie maciupki wycinek.

Jednak tak bardzo, jak szkoda mi straconych okazji, nie żałuję ani chwili spędzonej w Toruniu. Każdy moment pełen był wrażeń, śmiechu i ciekawych dyskusji. Wróciłam do domu biedniejsza o kilka godzin snu, ale bogatsza o mnóstwo niesamowitych doświadczeń. Tak po prawdzie, trudno mi dokładnie ująć w słowa jak dobrze się na Coperniconie bawiłam. Dość, że koniecznie chcę tam wrócić za rok, a i Was zachęcam byście także się do Torunia , jeśli jeszcze nie mieliście okazji tego zrobić. Mysz obiecuje: you won’t be sorry! ^_^

Copernicon 12

Radosny gryzoń wraz z Lubym pozdrawiają Toruń i całą ekipę Coperniconu. See you next year! ^_^