Pierwsza na lewo, czyli zagubiona droga do Nibylandii.

Mysz dość sceptycznie podchodziła do kolejnej adaptacji prozy J.M. Barriego. Jak się okazuje, nie bez powodu.

Rację miał Benedict Cumberbatch, gdy w wywiadzie przed spektaklem „Hamlet” w ramach NTLive stwierdził, że  każde kolejne pokolenie dostaje „własnego Hamleta”. Przyjmując takie rozumowanie, podobnie jest w przypadku Piotrusia Pana. Nie ważne czy mówimy o kolejnych wersjach scenicznych, musicalu, animacji, serialu czy filmie fabularnym – dość, że motyw Wiecznego Chłopca pojawia się w popkulturze w różnych wcieleniach z zaskakującą regularnością. I trudno się dziwić – historia o chłopcu, który nie chce dorosnąć pełna jest uniwersalnych elementów, a dodatkowo przepełnia ją zarówno szczypta nieokiełznanej, dziecięcej wyobraźni, jak i nieco mroczniejszych, bardziej poważnych motywów.

Wszak nawet w klasycznych, stosunkowo wiernych adaptacjach „Piotrusia Pana” potrafią pojawić się zaskakująco ważkie tematy. Mysz za swój ulubiony przykład podaje zawsze film Peter Pan z 2003 roku, który mimo trzymania się dość wiernie znanej wszystkim opowieści, zaskakująco poważnie – jak na film dla dzieci – podchodzi do tematu relacji Piotrusia i Wendy. Mamy też w popkulturze przykłady większego odstępstwa od źródła, chociażby w postaci kultowego i ukochanego przez wielu widzów filmu Hook ze ś.p. Robinem Williamsem w roli głównej. Mimo zmiany najważniejszego bodaj motywu powieści Barriego – czyli tego, że Piotruś nie chce dorosnąć – film Spielberga zdołał zachować ducha oryginału i oczarować kilka pokoleń widzów, tym samym wysoko stawiając poprzeczkę kolejnym adaptacjom, które mogłyby chcieć na nowo, lub z innego punktu widzenia opowiedzieć historię Piotrusia. Zresztą od narodzin tej postaci w 1904 roku, zdążyliśmy zobaczyć wiele jego wcieleń, w przeróżnych formach i w różnych stopniu udatności.

PeterPan

Fragment plakatu jedynej, zdaniem Myszy, słusznej (klasycznej) ekranizacji Piotrusia Pana czyli filmu „Peter Pan” z 2003 roku.

Mówi się, że aby remake mógł odnieść sukces musi minąć odpowiednio dużo czasu – na tyle dużo, by pokolenie, które nie zdążyło poznać oryginału osiągnęło odpowiedni wiek, jak i by (ewentualnie) wymarło to pokolenie, które oryginał znało i darzyło sympatią. Tu teoretycznie pojawia się pierwszy problem w wypadku historii o Piotrusiu. Choć od 2003 roku minęło 12 lat – czyli mogło narodzić się pokolenie dzieci, które nie widziało filmu Peter Pan – klasyczna forma tej adaptacji sprawia, że jest ona stosunkowo ponadczasowa. Jak więc opowiedzieć znaną wszystkim historię tak, by nie powtarzać w kółko tych samych wątków i interpretacji? Można, naturalnie, pójść drogą postmodernistyczną i spróbować zmienić oryginał tworząc remake lub retelling; ale można też cofnąć się do źródła i zrobić prequel. Stąd w ostatnich latach m.in. całkiem skuteczna próba wplecenia wątków Nibylandii w trzeci sezon serialu Once Upon a Time, czy dość ozięble przyjęta mini-seria SyFy, Neverland, która miała posłużyć za prequel do znanej nam historii.

Podobną drogą poszedł Jason Fuchs pisząc scenariusz do filmu Pan, najnowszej produkcji Warner Bros. Zatrudnienie tego względnego debiutanta może nieco dziwić, ale trudno zignorować fakt, że pierwszy film z Fuchsem w roli scenarzysty – czwarty film z serii „Epoka Lodowcowa”, Ice Age: Continental Drift – stał się niespodziewanie ogromnym sukcesem (6 najbardziej kasowy film animowany w historii).

TA RECENZJA NIE ZAWIERA SPOILERÓW

U Fuchsa, osierocony Piotruś – mieszkający w Londynie w czasach II Wojny Światowej – wciąż liczy na to, że matka która go porzuciła, powróci by zabrać go do domu. Gdy niespodziewanie trafia do Nibylandii, wykorzystuje przyjaźń z młodym Jamsem Hakiem by odszukać matkę. Wkrótce okazuje się, że Piotruś może być z dawna przepowiadanym wybawicielem wróżek, które ukryły się  przed zakusami okrutnego (i łasego na ich pyłek) pirata Czarnobrodego. Piotruś musi nauczyć się wierzyć w siebie by wzlecieć w przestworza i dopełnić przepowiedni.

Tak w skrócie prezentuje się fabuła Pana i już na tym etapie pojawiają się pierwsze problemy związane ze scenariuszem. Zrobienie z Piotrusia pozytywnego bohatera nie jest błędne samo w sobie – wszak są adaptacje prozy Barriego, gdzie Piotruś jest „tym dobrym” – ale już opowiedzenie jego historii jako typowej Campbellowskiej „hero’s journey” wywołuje u Myszy silny sprzeciw. Choć reżyser, Joe Wright, uparcie twierdzi, że to właśnie moralna złożoność Piotrusia przyciągnęła go do tego projektu, bohater jego filmu nie ma w sobie właściwie żadnej wieloznaczności. Piotruś pozbawiony jest (negatywnych) cech, które zwykliśmy widywać w jego dotychczasowych wcieleniach: nie ma w nim pragnienia przygody za wszelką cenę i niefrasobliwości; nie ma buty i pychy; nie ma bezrefleksyjnego okrucieństwa, nie ma wreszcie dziecięcej bezmyślności i uporu. Owszem, wciąż nie jest to postać o kryształowo czystym charakterze – przykładowo, Piotruś w Panie z premedytacją kłamie, by osiągnąć swój cel – ale w gruncie rzeczy to wciąż porządny, dobroduszny dzieciak; jest odważny i rezolutny i nieważne jak bardzo pobłądzi, ostatecznie i tak zawsze postąpi właściwie.

PAN (14)

W filmie w niewielkiej roli matki Piotrusia występuje Amanda Seyfried.

Mysz ma wrażenie, że zarówno scenarzysta jak i reżyser w swym początkowym zamyśle rozminęli się z tym, czym historia o Piotrusiu Panie była, jest i powinna być. Choć twórcom chwali się skupienie na warstwie nieokiełznanej dziecięcej wyobraźni i nacisk położony na wątki przygodowe, w Panie nie ma tak naprawdę żadnych mroczniejszych aspektów legendy o Wiecznym Chłopcu. Film w ogóle nie porusza niechęci do dorastania (a motyw nieśmiertelności i niestarzenia się jest w filmie napomknięty w tak denerwująco niewyjaśniony sposób, że trudno nie odnieść wrażenia, iż z filmu wycięto kilka bardzo istotnych scen), a zmiany wprowadzone w origin story Piotrusia dramatycznie zmieniają wydźwięk całej opowieści. Wszak nie wystarczy, niczym Oliviera Twista, wrzucić Piotrusia w realia sierocińca by nadać mu ten nieco tragiczny, nieco okrutny rys, który znamy z oryginału, a który wynika z bycia dzieckiem porzuconym. Myszy zdaniem fakt, iż Piotruś nie jest dzieckiem niechcianym drastycznie zmienia cały charakter postaci. A gdy dodamy do tego nachalny i ograny motyw „hero’s journey” tak naprawdę otrzymujemy historię, która bardzo niewiele wspólnego ma z oryginałem J.M. Barriego.

Jakby na to nie patrzeć, Pana to prequel, którego postaci i wątki mogą zostać rozwinięte w ewentualnych kontynuacjach, tak aby ostatecznie „spotkać się” z motywami znanymi z prozy Barriego (choć jeśli wierzyć fatalnym wynikom w box office szanse na kontynuacje są raczej niewielkie). Jednak już samo założenie, że Pan to tylko pierwszy etap historii jest denerwujące. Dzieło Wrighta wyraźnie próbuje być początkiem nowej franczyzy – wszak zostawia widza z otwartym zakończeniem, nie udzielając odpowiedzi na wiele nurtujących nas pytań. Manewr ten, oprócz bycia oczywistym skokiem na kasę – czemu teraz wszystko musi być franczyzą? Czy nie można już nakręcić jednego, skończonego dzieła? – prowadzi do tego, iż historia opowiedziana w Panie  prowadzi donikąd.

PAN (15)

Czyżby okręt w butelce był zapowiedzą czekających Piotrusia przygód?

Co gorsze, ze zmian wprowadzonych względem prozy Barriego nie wynika nic na tyle istotnego, by te odstępstwa przed widzem usprawiedliwić. Jedyne do czego te zmiany prowadzą to to, że trudno z czystym sercem uznać film Wrighta za historię o losach „prawdziwego” Piotrusia Pana. To nie prequel a raczej reimagining czy wręcz spin-off, którego (ewentualna) dalsza fabuła zdaje się podążać zupełnie „na lewo” od oryginału. Skoro więc mamy scenariusz, który opowiada origin story bohatera, który nie ma właściwie żadnych cech wspólnych ze swym pierwowzorem… czemu nie odejść całkowicie od legendy Piotrusia Pana? Czemu nie opowiedzieć nowej, oryginalnej historii?

Wydaje się, że twórcy Pana byli albo leniwi w swych dążeniach (bo woleli bezmyślnie przeinaczyć gotowe wzorce, zamiast stworzyć nowe od podstaw), albo kompletnie nie zrozumieli jak z szacunkiem podejść do materiału źródłowego. Jeśli wierzyć twórcom, pragnęli oni w swym filmie opowiedzieć o „narodzinach legendy Piotrusia Pana”. Jednak Mysz ma z takim podejściem ogromny problem, bowiem zakłada ono, że to Pan opowiada tę właściwą wersję historii, a sztuka i książka Barriego to w rzeczywistości trawestacja oryginalnej opowieści. Myślcie sobie co chcecie, ale na takie dictum nawet w tolerancyjnej na remiksowanie popkultury Myszy pojawia się chęć tupania nóżką i głośnego protestowania.

PAN (37)

Mysz nie ma nic przeciwko pokazaniu w filmie młodego Jamesa Haka. Szkoda tylko, że postać ta nie umywa się do starszego oryginału.

Gdyby rzeczywiście – zgodnie z zamysłem Jasona Fuchsa – jego scenariusz odpowiadał na pytania, co do których J.M. Barrie w swojej powieści czynił jedynie aluzje, mielibyśmy inną sytuację. Gdyby  ta „wyobrażono na nowo” historia rzeczywiście wnosiła coś nowego i interesującego do kanonu Piotrusia, można by przymknąć oko na to, jak swobodnie obchodzi się ze swym pierwowzorem. Prawda jednak wygląda tak, że po seansie Pana zostajemy wyłącznie z kolejną transzą pytań bez odpowiedzi, oraz silnym poczuciem zawodu, by nie powiedzieć – wrażeniem, że zostaliśmy oszukani.

W rzeczywistości Pan to  śliczna i wizualnie imponująca wydmuszka, a przedstawiony tam świat należy traktować jako kompletnie odrębną, alternatywną rzeczywistość. Co bywa o tyle trudne, że film poprzez liczne nawiązania do kanonu – najczęściej w postaci powszechnie rozpoznawalnych cytatów – próbuje dość nachalnie przypodobać się fanom Piotrusia Pana. Sami twórcy chwalą się, że Pan to film zarówno dla tych, którzy jeszcze się z Piotrusiem nie zapoznali, jak i dla tych, którzy kochają tę postać od lat. Cóż, Mysz, jako wielbicielka all things Peter Pan, musi na to stwierdzenie podnieść gromkie veto. I sądząc po fali krytyki pod adresem filmu, nie jestem w swych odczuciach osamotniona.

PAN (34)

Hasło „Piotruś Pan” nie wystarczy by natchnąć film magią Nibylandii i Wiecznego Chłopca.

Zostawmy jednak na moment Myszy dywagacje na temat odstępstw od kanonu i skupmy się na samym filmie. Niestety, nawet jako autonomiczne dzieło, Pan – oprócz pięknych widoków Nibylandii – nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Zgodnie z klasyfikacją, to przygodowy film fantasy, i rzeczywiście zarówno elementów fantastycznych jak i tych przygodowych trudno mu odmówić. Akcja toczy się wartko i płynnie (przy pięknym akompaniamencie muzyki Johna Powella; How to Train Your Dragon), i choć czasem można by się przyczepić do ciągu przyczynowo-skutkowego wydarzeń czy braku oryginalności, w filmie dzieje się na tyle dużo, że Pan nie nuży. Jest też jednak strona negatywna – w filmie brakuje dłuższych chwil spokoju, w trakcie których widzowie mogliby otrzymać nieco głębszy wgląd w charaktery bohaterów. Nie chodzi już nawet o to, że te kilka istotnych scen, które się w filmie pojawia, nie ma czasu dostatecznie wybrzmieć; problemem jest wręcz to, że bohaterowie ledwo ze sobą rozmawiają, bo każdą nieco dłuższa wymianę zdań przerywa kolejna sekwencja akcji.

Zresztą dialogi zdają się być najsłabszym ogniwem całego scenariusza. Być może Mysz byłaby w stanie wybaczyć twórcom tę prozaiczną i prostolinijną opowieść o wyjątkowym chłopcu, który musi uwierzyć w siebie by dokonało się przeznaczenie, gdyby mogła zrozumieć, co kierowało scenarzystą podczas pisania filmowych dialogów. Oprócz tych tekstów, które pchają do przodu już i tak galopującą fabułę albo służą za kolejną wariację na temat wytartego frazesu „jeśli sam w siebie nie uwierzysz, nie uwierzy w ciebie nikt inny”, reszta to bezcelowe, nic nie wnoszące ozdobniki, przy czym połowa z nich wydaje się wyrwana z kontekstu. Mysz wciąż zadaje sobie pytanie, czy liczne anachronizmy i niespójne elementy pojawiające się w filmie – zwłaszcza w warstwie językowej (np. Czarnobrody mówi stylizowanym, poetyckim językiem, a Hak wyraża się niczym bezpardonowy kowboj z amerykańskich stepów) – wynikają ze scenariusza czy z ingerencji reżysera. Dość, że kompletnie rozwalają one wiarygodność filmowego świata.

PAN (21)

Mysz, zamiast kręcenia nieudolnej adaptacji Piotrusia Pana porponuję Wrightowi spin-off „Indiana Jones i syn” ;)

Jeśli wierzyć wywiadom z twórcami, zamysł na Nibylandię od początku skupiał się na tym, że jest to świat dziecięcej wyobraźni i fantazji, gdzie wszystko jest możliwe. W związku z tym w filmie możemy zaobserwować wiele oryginalnych pomysłów i interesujących rozwiązań fabularnych. Mamy piratów poprzebieranych w stroje z najróżniejszych epok, co Wright tłumaczy tym, że byli oni porywani lub werbowani z przeróżnych krajów (i w domyśle także różnych okresów historii). Mamy na poły teatralnego, na poły steampunkowego Czarnobrodego a’la Ludwik XIV, z dramatycznym flare w obyciu, którego nie powstydziłby się Freddie Mercury. Mamy młodego Jamesa Haka, tchórza-awanturnika, wyrwanego z wczesnych filmów Johna Forda. Mamy multikulturowe plemię tubylców, mieszkające w wiosce, która jest skrzyżowaniem brazylijskiej faveli z estetyką boho-chic. Mamy okręty, które niewytłumaczalnie umieją latać (i ścigają się z myśliwcami podczas nalotów na Londyn w trakcie II WŚ, because of reasons). Mamy Niby-ptaki, wyglądające jak kukiełki ze sztuki „War Horse”, zamieszkujące lasy Nibylandii. Mamy  pięknie syreny z elektrycznymi ogonami i łzami, które zachowują wspomnienia. Mamy ogromne, krwiożercze krokodyle-albinosy.

Wszystkie te elementy tworzą zaiste fascynującą, przepiękną i wizualnie imponującą mieszankę. Problem jednak w tym, że świat ten nie składa się w spójną estetycznie całość. Nie wymagam od twórców trzymania się żelaznej logiki – wszak chłopiec który zgubił swój cień i próbował go przyszyć kostką mydła wymaga nielichego suspension of disbelief, a to dopiero początek jego przygód – wypadałoby jednak, by świat przedstawiony przez Wrighta miał ręce i nogi. Używanie argumentu, że „w dziecięcej wyobraźni wszystko jest możliwe” wydaje się w tym wypadku wygodną wymówką, by wcisnąć do filmu tyle zwariowanych elementów, ile tylko ekipie produkcyjnej przyszło do głowy. Kłopot w tym, że nikt nie zastanowił się, czy elementy te będą dobrze razem funkcjonowały. A przecież nawet ta tak ochoczo przywoływana przez twórców „dziecięca wyobraźnia” – która dorosłym zdaje się często bezgraniczna i niepokiełznana – rządzi się w istocie bardzo konkretnymi prawami.

PAN (44)

Świat wykreowany przez Wright i spółkę robi wrażenie, ale nawet dziecięca fantazja nie tłumaczy jego niespójności i patchworkowego charakteru.

Swoją drogą, Mysz jest zdania, że gdyby rozwiązania zaproponowane przez Wrighta zastosować np. na deskach teatru, widownia łyknęłaby je niczym głodne pelikany. Świat Pana jest kolorowy i zachwycający, ale bardzo umowny pod względem reguł, które nim rządzą, a taka umowność idealnie sprawdza się w teatrze, z którego Wright się zresztą wywodzi jako twórca. W filmie, dążącym do uwiarygodnienia nieprawdopodobnych scen które się przed nami rozgrywają, niespójność świata przedstawionego jedynie ten skrzętnie budowany realizm zaburza.

Przy czym warto zauważyć, że problemem nie jest technologia 3D, ilość efektów komputerowych czy sposób ich wykorzystania. Trójwymiarowość filmu nie drażni, a jedynie dodaje niektórym wizualnie wysmakowanym scenom uroku – żegluga statku przez podniebne przestworza wypada wyjątkowo ładnie. Wright dołożył również starań, by jak najwięcej z wizualnych zachwytów w Panie osiągnąć metodą tradycyjnych efektów. W związku z tym np. Wioska Drzew w które mieszka plemię Tygrysiej Lilii – w całości wybudowana w największym studiu dźwiękowym w Wielkiej Brytanii – robi fantastyczne wrażenie; podobnie ma się rzecz z pirackimi statkami. Realizm tych scenografii i klimat jaki stwarzają wymiernie przekłada się na grę aktorów i wiarygodność granych przez nich postaci; zwłaszcza w przypadku Levi Millera, debiutującego w roli Piotrusia.

Pod względem ilości pracy i researchu włożonego w wykreowanie Nibylandii, trudno ekipie Pana cokolwiek zarzucić. Nie jest to produkt odbębniony według sztancy – wręcz przeciwnie, wprost ocieka interesującymi pomysłami, pięknymi i przemyślanymi kostiumami, pracowicie zbudowaną scenografią i drobiazgowo wykreowanymi efektami CGI, które bardzo płynnie wpasowują się w resztę filmu. Nawet te teatralne, kukiełkowe Niby-ptaki zaprojektowane przez lalkarkę Sarę Wright (prywatnie siostrę reżysera) robią wrażenie swoim designem, podobnie jak kłębiące się w lesie obłoczki mgły (które wyglądają jak gwiezdne mgławice) czy  wykreowane przez Andrew Huanga pomysłowe i przepięknie animowane sekwencje wspomnień, które z pewnością zachwycą fanów Legendy o Trzech Braciach z Harry’ego Pottera.

Kłopot tkwi w tym, że choć oddzielnie wszystkie te elementy robią wrażenie, razem tworzą świat chaotyczny, przytłaczający i denerwująco bezsensowny.

PAN (33)

Od strony wizualnej, Mysz niewiele może filmowi zarzucić. Niestety pod tą piękną fasadą nie kryją się żadne głębsze treści.

Dziwi to tym bardziej, że Wright, w przeciwieństwie do Fuchsa, nie jest debiutantem, trudno więc zrzucić winę na karb braku doświadczenia. Wszak Joe Wright to twórca szanowany, wielokrotnie nominowany za swą pracę do chociażby do nagrody BAFTA. Co prawda reżyser sam przyznaje, że Pan to jego pierwsze zetkniecie z wysokobudżetowym filmem przygodowym, który w tak dużej mierze polegałby na warstwie CGI, ale według Myszy akurat pod względem wizualnym Wright sprawił się dobrze. Mogę krytykować ideologiczny zamysł Nibylandii za brak konkretnej, spójnej wizji, ale jako pierwsza będę bronić warstwy technicznej filmu i profesjonalizmu jego realizacji. Natomiast to co mnie w kontekście Wrighta zastanawia to to, jak bardzo zawiódł w warstwie skupiania się na charakterach i przeżyciach postaci.

Za pretekstowość i prostotę fabuły odpowiada, przynajmniej umownie, Fuchs. Przy czym jeśli przyjrzyjmy się trailerom do Pana widać, że pojawia się tam wiele scen, których w filmie nie uświadczymy – należy więc podejrzewać, że Wright w dość znacznym stopniu ingerował w film. Abstrahując od tego, na ile wycięte sceny mogłyby się okazać istotne dla polepszenia logiki fabuły i overall jakości filmu (tego dowiemy się dopiero jeśli gdy wersja reżyserska pojawi się na nośnikach DVD/Bluray), z materiałów promocyjnych Pana dość łatwo wywnioskować, że ingerencje Wrighta miały także inny wymierny efekt. To decyzją reżysera – znanego z tego, że na planie pomiędzy ujęciami puszcza przeróżną muzykę, by wprawić filmową ekipę w odpowiedni nastrój – w Panie pojawiają się dwie sceny quasi-musicalowe z anachroniczną, rockową muzyką. Mysz nie będzie zdradzała o jakie utwory chodzi (bo rozpoznanie ich po pierwszych taktach dało mi tyle samo frajdy co niepowstrzymanego facepalmu), dość że scen tych nie powstydziłby się Baz Luhrman.

PAN (11)

Niektórym rockowe hity rozbrzmiewające w Nibylandii mogą się spodobać. U Myszy wywołały głównie frustrację.

Myk w tym, że u Luhrmana całe Moulin Rouge! utrzymane jest w bardzo konkretnej konwencji, która zderza kabaretowy kicz ze współczesną muzyką pop. U Wrighta natomiast są to dwie krótkie sceny, które pojawiają się bez żadnego kontekstu i nic do filmu nie wnoszą, oprócz uporczywego pytania o zasady rządzące Nibylandią. Skąd w tej krainie współczesna muzyka rockowa? Czy latające okręty Czarnobrodego potrafią podróżować w czasie? Czy Nibylandia znajduje się poza czasem i można z niej „skakać” w różne okresy historyczne? Czy w Nibylandii czas płynie inaczej?… a może w ogóle stoi w miejscu? A jeśli stoi w miejscu, to czemu Czarnobrodemu zależy na wydobywaniu wróżkowego pyłku (ang. pixum/pol. aeternum)? Czemu jego magiczne właściwości nigdy nie zostają w filmie głębiej rozpatrzone?… I tak dalej, i tak dalej. Przykład tych dwóch pseudo-musicalowych scen tylko obrazuje, jak (pozornie) ciekawy pomysł Wrighta w istocie wyrządza Panowi niedźwiedzią przysługę, zmuszając widza do zadawania sobie mnóstwa niewygodnych pytań, na które film na zamierza udzielić odpowiedzi. Wbrew pozorom nie to jest największym Myszy zarzutem wobec Wrighta.

Wszelkie przesłanki wskazują na to, że reżyser miał ogromny wpływ na ostateczny kształt produkcji; trudno więc nie zadać sobie pytania, gdzie w Panie wielokrotnie wychwalana zdolność Wrighta do skupiania się na charakterach postaci. Jego poprzednie dzieła – Pride & Prejudice, Atonement, Anna Karenina (wszystkie będące ekranizacjami lub adaptacjami) – chwalone są za swą warstwę emocjonalną; za to jak Wright umiejętnie przedstawił uczucia i rozterki swych bohaterów. Co ciekawe, także w przypadku Pana ekipa filmu, włącznie z aktorami, zgodnie twierdzi, że nikt tak jak Wright nie umie skupić się na postaciach.

Myszy pytanie brzmi więc: gdzie jest ta atencja w przypadku Pana?… proszę mi ją pokazać palcem, bo Mysz jej kompletnie nie widzi. Z pewnością nie ma jej w warstwie scenariusza, który jest łopatologiczny i poza garścią scen – które można policzyć na palcach jednej ręki – dąży przede wszystkim do popychania naprzód akcji. Gdzie jest więc ta ingerencja Wrighta, jego magic touch, który tak wychwalają współpracujący z nim ludzie? Gdzie głębia charakterów postaci, gdzie ich złożoność, gdzie logika i sensowność ich postępowania?

Czyżby Joe Wright dał się otumanić ślicznymi obrazkami? Czyżby zapomniał, że film tworzą przede wszystkim (wewnętrzne) przeżycia postaci, a nie to, ile imponujących lokacji zdążymy w trakcie filmu obskoczyć?

PAN (35)

„Patrzcie, bezbarwna postać. Zadźgajmy ją!”

Mysz czytając wywiady z ekipą filmu i oglądając kolejne behind the scenes footage coraz bardziej dochodzi do wnioski, że wadą Pana mogła być zbytnia samowolka na planie. Być może techniczna złożoność wysokobudżetowego, przygodowego film fantasy przerosła Wrighta; być może jego specyficzne, bardzo koleżeńskie metody pracy, zachęcające do improwizacji i „wkładu własnego” lepiej się nadają do bardziej kameralnych projektów. Dość, że im więcej się o Panie dowiaduję, tym silniej jestem przekonana, że mamy do czynienia z przysłowiowymi „sześcioma kucharkami”.

Przykładowo wiemy, iż wybór strojów dla piratów wyglądał tak, że grupa aktorów dostała kartony pełne różnych strojów i wybierała to, co uznała za interesujące. Oczywiście, jakiś kostiumolog z pewnością sprawował nad tym procesem pieczę (z wywiadów wynika, że twórcy za wszelką cenę chcieli uniknąć powtarzania estetyki typowego, XVIII-wiecznego pirata), ale widać że Wright na planie filmu zachęcał aktorów by dodawali „coś od siebie” do granych postaci. Wiemy też, że pod względem technicznej strony, Wright w dużej mierze polegał na ekipie z którą (z większą lub mniejszą regularnością) współpracuje od lat. Być może problem tkwi w tym, że polegał na niej w zbyt dużym stopniu, pozostawiając im zbyt wielką swobodę?… Myszy zdaniem, Panowi przydałby się reżyser o spójnej wizji, który silną ręką poprowadziłby wszystkich w konkretnym, z góry ustalonym kierunku. Zdaje się, że pod tym względem Wright, niestety, zawiódł.

PAN (16)

Jackman swobodnie korzysta ze swego pokaźnego arsenału aktora teatralnego. Szkoda, że jego postać, mimo całej swojej ekstrawagancji, wypada tak nijako.

Chaos panujący w Nibylandii wydaje się jednak niczym, w porównaniu do miotających się po tej krainie postaci. Mysz niezmiernie boleje nad tym, że Wright zdołał zebrać tak utalentowaną obsadę, po czym zostawił ich – niczym llamy zagubione we mgle – na pastwę wadliwego scenariusza. Przy czym warto napomknąć, że w wywiadach aktorzy bardzo pozytywnie wypowiadali się o reżyserze i byli bardzo zadowoleni z kierunku, w jakim Wright pomógł poprowadzić ich postaci. Myszę to dziwi, bo oglądając film momentami ledwo powstrzymywała się od głośnego przewracania oczami.

Fakt, że Fuchs stworzył Czarnobrodego na podstawie jednej wzmianki z oryginalnej książki Barriego to za mało, by uznać tę postać za ciekawą. Tym bardziej, że scenarzysta czyni z Czarnobrodego głównego antagonistę filmu, tym samym wtłaczając młodego Jamesa Haka w rolę reluctant hero i przyjaciela Piotrusia. Nie byłoby w tym nic złego – wszak historie o tym, jak to przyjaciele stali się wrogami potrafią być bardzo interesujące – gdyby nie fakt, że Czarnobrody, wykreowany od zera przez twórców, jest postacią kompletnie bez wyrazu. Which is saying a lot, biorąc pod uwagę, że bez problemu odnalazłby się np. na pokazie The Rocky Horror Picture Show.

Grany przez Hugh Jackmana Czarnobrody nie jest ani straszny, ani śmieszny, choć w zamierzeniu twórców miał prezentować obie te cechy. Ze swoją teatralnością, pychą i zmiennym charakterem Czarnobrody jest przede wszystkim żałosny, niczym starzejący się paw, który nawet nie zauważył, że właśnie wypadło mu ostatnie piórko. Dziwna wydaje się też interpretacja twórców, jakoby Czarnobrody miał być kwintesencją „złego rodzica” – nieodpowiedzialnego, zmiennego, raz okrutnego, raz łagodnego. Mysz nie wie, skąd pomysł, by uczynić z Czarnobrodego taką postać – być może próbowano w ten sposób nawiązać do tradycji scenicznego Piotrusia Pana, w której ten sam aktor wciela się zazwyczaj zarówno w Kapitana Haka, jak i Pana Darlinga.

W wykonaniu Jackmana Czarnobrody nie sprawia jednak wrażenia rodzica; trudno nie tylko dokładnie określić jaką postacią ma być, ale wręcz jakie są jego cele czy stosunek do Piotrusia. W trailerze widzimy chociażby ujęcie, gdy Czarnobrody zadaje pytanie: „Have you come to kill me, Peter?”. Jest to poruszający moment i kwestia o tyle istotna, że pada na koniec właściwie jedynej poważniejszej sceny w całym filmie. Tym większy szlag może widza trafić, gdy zda sobie sprawę, że ta ledwie zarysowana aluzja, nawiązująca do przedziwnego, skomplikowanego stosunku jaki Czarnobrody ma do własnej śmiertelności, magii Nibylandii i przepowiedni, że Piotruś okaże się jego zgubą, nigdy nie dostaje swojej konkluzji. Ba, można wręcz odnieść wrażenie, że cały wątek zawiłych koligacji między Czarnobrodym a Piotrusiem został do filmu wtłoczony wyłącznie dla tanich emocji, by dać piratowi nieco większą motywację dla ścigania Piotrusia.

PAN (20)

Mysz ogromnie żałuje, że relacja między Czarnobrodym a Piotrusiem nie została w filmie szerzej rozpatrzona. Nie umywa się do skomplikowanej relacji między oryginalnym Piotrusiem a kapitanem Hakiem.

Co dziwniejsze, jeszcze bardziej karykaturalnie wypada Garret Hedlund, wcielający się w Jamesa Haka, przyszłego kapitana i nemezis Piotrusia. Ten stosunkowo młody aktor zdołał w swojej karierze popisać się zarówno talentem dramatycznym (On the Road), jak i urokiem nieco zbuntowanego awanturnika w chłodno przyjętym TRON: Legacy. Dodatkowo, Hedlund pochodzi z Minnesoty, idealnie więc nadaje się do wizji Wrighta, w której Hak jest czarującym, nieco staroświeckim zawadiaką. Nie wiem więc, co i na jakim etapie poszło nie tak, ale Mysz dawno nie widziała aktora, który aż w takim stopniu żuł by scenerię (chewing the scenery = acting with EMPHASIS). Z ręką na sercu nie jestem w stanie powiedzieć, czy ta egzaltacja i niepotrzebna emfaza wynikała z wykoncypowanej przez Wright teatralności całego filmu, ze stylizacji Haka na postać ze starych westernów, czy kuriozalnego akcentu na który uparł się Hedlund. Dość że trudno się tę postać oglądało w akcji – zabrakło w niej jakiejkolwiek głębi, a jego domniemany urok zawadiaki sprowadzał się do sztubackich zachowań i denerwujących tekstów. Myszy zazwyczaj miło się na Hedlunda patrzy, ale w tym wypadku nawet moja sympatia do aktora nie była w stanie przeważyć nad wadami granej przez niego postaci.

PAN (40)

Wniosek po obejrzeniu „Pana” jest jeden – w ramach odtrutki, Mysz musi nadgonić filmografię Hedlunda.

Z kolei wcielająca się w Tygrysią Lilię Rooney Mara wypada w Panie absolutnie bezbarwnie. Przy czym Mysz może nie być w tym wypadku obiektywna, bo uważa, że obie siostry Mara mają tyle talentu aktorskiego co przywiędła paprotka. Niemniej, wojowniczka strzegącego Nibylandii plemienia, oprócz rzeczywiście imponujących scen walki, nie prezentuje sobą żadnej wymiernej wartości. Jej rola sprowadza się do tego, by skutecznie wmuszać Piotrusiowi w brzuch „wiarę w siebie”, robić za chodzącą ekspozycję, i uśmiechać się pod wąsem na marne próby flirtu ze strony Haka. Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, trudno zrozumieć dlaczego twórcy zdecydowali się zatrudnić do roli było-niebyło indiańskiej księżniczki aktorkę nie należącą do mniejszości. Jeśli udało się znaleźć debiutanta do roli Piotrusia, Mysz jest się w stanie założyć, że istnieje całkiem niemała grupa rdzennych Amerykanek, które chciałyby rozpocząć karierę w Hollywood, a które można by do tej roli zatrudnić. Ewentualnie zostaje rozwiązanie, którego skutecznie użyto w The New World Terrence’a Malicka, czy miniserii SyFy Neverland, czyli zatrudnienie Q’orianki Kilcher (pochodzenia peruwiańskiego).

PAN (30)

Gdyby Mara zachwycała w roli Tygrysiej Lilii, Mysz byłaby w stanie przymknąć oko na kontrowersje związane z jej castingiem.

Przy okazji zatrudnienia Rooney Mary do roli Tygrysiej Lilii pojawiło się wiele kontrowersji, w tym nawoływania do bojkotu filmu (ostatnio pisała o tym Zwierz popkulturalny na Onecie). Podejrzewa się, że za taką a nie inną decyzją castingową stała obawa twórców, iż zostaną skrytykowani za ewentualne zbyt tradycyjne przedstawienie postaci Indian. Jakby na to nie patrzeć, bohaterowie których kojarzymy chociażby z Disneyowskiego Peter Pan to chodzące, krzywdzące stereotypy. A gdy dodamy do tego ostatnie kontrowersje związane z filmem Lone Ranger i wcielającym się tam w rolę Indianina Johnny Deppem, łatwo zrozumieć czemu twórcy Pana starali się odejść jak najdalej od oryginalnej wizji Barriego. Przy czym Joe Wright tłumaczył się wcale niegłupio, że w jego wizji tubylcy nie byli plemieniem rdzennych Indian jako takich, a rdzennych Nibylandczyków – czyli ludzi pochodzących z przeróżnych miejsc i kultur. I rzeczywiście, w Wiosce Drzew widzimy wśród plemienia osoby o przeróżnych kolorach i odcieniach skóry – obok Rooney Mary w roli Tygrysiej Lilii pojawia się chociażby Jack Charles, aktor australijskiego pochodzenia o aborygeńskich korzeniach w roli wodza wioski, czy południowokoreański aktor Taejoo Na jako Nibylandzki wojownik. Także stroje, makijaże i śpiewy plemienia zdają się czerpać z wielu kultur i źródeł, zręcznie splatając je w jedną pulsującą życiem i kolorem wioskę.

Jednak co z tego, skoro Tygrysia Lilia to jedna z niewielu bohaterek w popkulturze, która kanonicznie jest rdzenną Amerykanką? Mimo obaw twórców, nierozsądne jest wybielanie postaci, która dla wielu osób odgrywa tak znaczącą, pozytywną rolę. Gdy dodamy do tego fakt, że w kinematografii światowej aktorzy o indiańskich korzeniach wciąż stanowią margines, dochodzimy do sytuacji w której o wiele mądrzejszą decyzją byłoby jednak zatrudnienie nie-białej aktorki do roli Tygrysiej Lilii. A fakt, że Mara wypada w filmie blado (pardon the pun) sprawia, że decyzja castingowa wydaje się tym bardziej nieuzasadniona.

Mysz aż się krzywi, gdy przypomni sobie słowa producentki filmu, Sary Schechter, że „mając do dyspozycji Piotrusia, Haka i Tygrysią Lilię, chłopcy i dziewczynki mają spośród kogo wybierać swoich bohaterów”. Acha, szkoda tylko, że większość z tych bohaterów, nie ważne czy mówimy o postaciach pozytywnych, negatywnych, pierwszoplanowych czy pobocznych, jest tak kompletnie bez wyrazu.

PAN (29)

W drugoplanowych rolach pojawia się kilka nie-białych postaci, m.in. arcy-denerwujący Myszę Smee, grany przez Adeela Akhtara, czy Nonso Anozie, wcielający się w Bishopa, prawą rękę Czarnobrodego.

Wyjątkiem jest debiutujący w roli Piotrusia Levi Miller. Tu trzeba przyznać, twórcom – niczym ślepej kurze ziarno – trafił się właściwy aktor na właściwym miejscu. Można by napisać, że chłopak dzielnie partneruje na planie bardziej doświadczonym aktorom, ale prawda jest taka, że w Panie to Miller pokazuje największy talent. Chłopak jest w swej roli ujmująco naturalny i bezpretensjonalny. Choć nawet jego nieprzystające do młodego wieku umiejętności i rozwarte w dziecięcym zachwycie oczyska nie są w stanie wynagrodzić zatrważających braków scenariusza.

Jak pisałam wcześniej, w Panie postać Piotrusia jest nieznośnie spłycona i pozbawiona wszystkich tych dwuznaczności, za które zazwyczaj przyszło się tę postać cenić. Stąd Piotruś Millera to nieco sztampowy dziecięcy bohater – ot, sympatyczny, odważny urwis, którego dobre serce i chęć odnalezienie matki pchają do przodu w objęcia kolejnych przygód. Jest w nim szczypta wyrachowania i samolubności – a w finale Myszy zdaje się, że dojrzała chochliczy błysk w oku aktora, który mógł sygnalizować ewentualny rozwój nieco mroczniejszej strony charakteru Piotrusia – ale Miller przede wszystkim nadaje swej postaci otwartość i entuzjazm.

Piotrusiowy brak wiary w siebie – nieco denerwujący uu postaci, która wszak słynęła z uważania się za pępek świata („Och, the cleverness of me”) – zostaje ostatecznie nagrodzony piękną sceną w finale, w której nasz bohater skacze z belki latającego okrętu. Scena ta, w połączeniu z wcześniejszą wymianą spojrzeń między Hakiem a Piotrusiem, to Myszy zdaniem najlepszy moment z całego filmu. Szkoda tylko, że dzieciak tak utalentowany jak Miller nie mógł się zmierzyć z bardziej wymagającym materiałem. Mysz podejrzewa, że bez problemu by sobie z nim poradził. Sądzę, że warto mieć na tego chłopaka oka. Być może w przyszłości naprawdę pokaże na co go stać.

PAN (12)

Zachwyt Millera na widok magicznej krainy do której trafia potrafi się udzielić widzowi. Niestety, jedynie na krótko.

Mimo tych wszystkich narzekań, Mysz musi jednak przyznać, że z seansu Pana wniknęła jedna… no, jeśli nie dobra, to przynajmniej interesująca rzecz. Pierwszy raz jestem w stanie stwierdzić, że cieszę się, że widziałam film z polskim dubbingiem. Wiele z niedociągnięć, które można znaleźć w oryginale – jak chociażby egzaltowana gra Jackmana, czy fatalny akcent Hedlunda – w polskiej wersji językowej niemal kompletnie zanika. Duża w tym zasługa utalentowanej obsady polskiej wersji językowej, w tym Macieja Kowalika jako Haka, Anny Cieślak jako Tygrysiej Lilii i świetnego Olafa Marchwickiego jako Piotrusia. Wisienką na torcie był jednak fenomenalny Krzysztof Banaszyk w roli Czarnobrodego. Swoją drogą wiecie jakie to surrealistyczne wrażenie: patrzeć na Hugh Jackmana i słyszeć Geralta z Rivii?* :D

Warto przy tym zauważyć, że choć Mysz – zazwyczaj bardzo krytycznie podchodząca do polskiego dubbingu – niewiele była w stanie zarzucić grze aktorów, chciałaby wytarmosić za ucho tłumacza i ekipę odpowiedzialną za realizację dźwięku. Nie godzi się, by tak sympatyczne występy aktorów były ledwo słyszalne, lub by ginęły pod źle wyregulowanymi dźwiękami z tła. Wiem też na 100%, że jedna linijka oryginalnego, anglojęzycznego dialogu w ogóle nie została w polskiej wersji nagrana – usta postaci na ekranie się otwierają, a z głośników wybrzmiewa… cisza.

Nie godzi się również wykonywać takiej fuszerki w tłumaczeniu. Jeśli Mysz się nie myli, Hak w pewnym momencie krzyczy „Tygrysia Twarz” zamiast „Tygrysia Lilia”, a Czarnobrody mówi: „Musimy uprzedzić Piotrusia” (zamiast bardziej poprawnego w tym kontekście „wyprzedzić”). Jednak szczytem wszystkiego było przetłumaczenie „second star to the right and straight on till morning” na polski w taki sposób, że rzeczywistego brzmienia oryginalnego tekstu domyśliłam się jedynie z kontekstu sceny. Sknocić jeden z najbardziej rozpoznawalnych cytatów z „Piotrusia Pana” i to na sam koniec filmu?… Nieładnie, panie tłumaczu, nieładnie.

*Krzysztof Banaszyk wciela się w Geralta w wiedźmińskim słuchowisku firmy Fonopolis, którym Mysz się od pewnego czasu zachwyca i zasłuchuje. Na pewno będzie o tym kiedyś notka.

PAN (13)

Morał z tej historii jest taki, że jeśli przypadkiem traficie na Pana z dubbingiem, nie będzie to najgorsza rzecz jaka mogła się Wam przytrafić. Mysz jest wręcz zdania, że polskojęzyczna wersja jest marginalnie lepsza niż angielska.

Na pierwszy rzut oka widać, że Joe Wright chciał zrobić kolorowy, olśniewający wizualnie film dla dzieci. Wraz ze scenarzystą popełnił jednak zasadniczy błąd – zdaniem Myszy, kompletnie nie zrozumiał materiału źródłowego. Zamiast zmierzyć się z legendą Piotrusia, odważnie i na nowo adaptując znaną historię, Wright i Fuchs poszli drogą na skróty, bezczelnie wykorzystując pierwowzór Barriego by stworzyć dzieło nie tylko kompletnie odrębne od oryginalnej historii, ale także nieudane w swej autonomii. Tym samym, każde kolejne nawiązanie do kanonu Piotrusia Pana – zupełnie niechcący, ale jakże ironicznie podsumowane w ostatnim ujęciu filmu, gdy Hak radośnie krzyczy „second to the right and straight on, till morning„, a jego okręt radośnie sunie ku pierwszej gwieździe po lewej! – to przysłowiowy strzał w stopę twórców, i gwóźdź do trumny szanującego się fana Piotrusia Pana. Zamiast poruszającej opowieści o niechcianym wyrzutku, który musi odnaleźć w sobie magię, dostajemy napisaną od sztancy historię o Wybrańcu, który musi uwierzyć w siebie. Nie wiem, jak Wasze wewnętrzne dziecko, drogie Robaczki, ale Myszy czuje się taką opowieścią stanowczo zawiedzione.

Wright w wywiadach mówił, że adaptując dzieło Barriego zależało mu na tym by, wzorem pisarza, nie obrazić dziecięcej inteligencji. Jednakże dokładnie do tego sprowadza się Pan: obraża nie tylko inteligencję dorosłego widza, który oczekiwał zręcznej zabawy konwencją i intrygującego prequela do znanych wydarzeń – obraża też inteligencję dzieci które, nie zapominajmy, często potrafią zadawać o wiele bardziej wnikliwe pytania niż „ci wstrętni dorośli.”

PAN (1)

Ostatecznie, Pan ma szansę chwycić naszą wyobraźnię, ale serca raczej pozostawi obojętnymi.

Być może, jeśli uprzemy się by spojrzeć na filmowy świat świeżymi, ufnymi, pozbawionymi cynizmu oczami dziecka, udzieli nam się nieco więcej z magii Nibylandii. Próżno tam jednak szukać Wiecznego Chłopca. W przeciwieństwie do twórców Pana, nie zabłądził on w drodze do znanej nam krainy – wie, że trzeba lecieć do gwiazdy drugiej na prawo i prosto, aż do poranka.

Wam, drodzy Czytelnicy, mogę jedynie życzyć byście też tam, ostatecznie, trafili.

PS. Serio, niech Wright i Spółka wytłumaczą się z tak kuriozalnych decyzji jak np. dlaczego rdzenni mieszkańcy Nibylandii (choć pochodzą z różnych krain) umierają w wybuchu kolorowego pyłu, ale piraci (też pochodzący z różnych krain) już nie?… Jeśli Wright chciał uniknąć pokazywania krwi na ekranie i krzywdzenia delikatnej, dziecięcej wrażliwości, to czemu nie dał piratom innej, równie ciekawej „metody” śmierci? Byłoby wszak bardziej kolorowo… niechby Wright spróbował wytłumaczyć: dlaczego statki Czarnobrodego latają? I czemu latają też krokodyle? Po co mu jest potrzebne pixum/aeternum i co pirat z nim robi w zaciszu swego prywatnego gabinetu? Czy w Nibylandii czas stoi w miejscu? Skąd wzięli się w nim wszyscy mieszkańcy? Jak Piotruś zdołał trafić do Londynu? Czemu miał służyć wątek okrutnej zakonnicy, siostry Barnabasz i jej niecnych planów zarobkowych? Po co w filmie pojawia się motyw dysleksji Piotrusia, zdawałoby się żywcem zerżnięty z innej młodzieżowej serii, czyli Percy Jackson and the Lightning Thief? Co Tygrysia Lilia widzi w opryskliwym bubku, jakim jest Hak? Jaką rolę odgrywa, zdawałoby się kompletnie nieistotny przyjaciel Piotrusia, Nibs (Stalówka)? Skąd pochodzi Hak i jak znalazł się w Nibylandii?… tych i innych pytań będziecie mieć po seansie mnóstwo. No, chyba że zaśniecie lub wyjdziecie w trakcie. Taką możliwość też należy wziąć pod uwagę. /end rant

  • Megapodius

    Mam taką uwagę luźno związaną z filmem, którego jeszcze nie widzialem Z udanycvh prequeli do piotrusia pana polecam komik Regisa Loisela. Nie do końca wszystko taj m jest udane la kilka pomyslów warto poznać.

  • Komiks Loisela znam, choć nigdy nie przeczytałam w całości (w czasach gdy komiksy można było czytać tylko na papierze, zawsze miałam problem z dostaniem w łapki wszystkich numerów). Ale mam to w planach :)