Kocyk, herbata i serial = przepis na jesień. Sezon na pilota #9

Nie wiecie która z nowych telewizyjnych produkcji warta jest Waszej uwagi? Mysz wyciąga pomocną dłoń i podsumowuje/ocenia najnowsze seriale.

Jesień ponownie puka do drzwi i okien chłodem i zapachem uschniętych liści. Nie wiem jak Wy, Robaczki, ale Mysz w takich chwilach z lubością mości sobie gniazdo wśród poduch i kocyków, zwija się w kłębek wokół wiadra herbaty z cytryną, i hurtem pochłania nowe seriale, szukając dla siebie czegoś wartościowego.

Wiem od Was, że często nie macie ani czasu, ani ochoty przedzierać się przez zalew pilotów, który spada na nas w tym ostatnim kwartale rok kalendarzowego. Stąd Mysz – która, apparently, zarówno czasu jak i ochoty ma w nadmiarze – postanowiła jak co roku wyciągnąć do Was pomocną dłoń.

Poniżej macie mniej lub bardziej skrótowe recenzje 11 nowych seriali, od najgorszych do, zdaniem Myszy, najlepszych. Wszystkie poniższe seriale miały już swoje oficjalne premiery i większość zdążyła wyświetlić przynajmniej 3 odcinki, ale w niektórych wypadkach Mysz obejrzała tylko pilota (if the show was really bad). Osobiście, z poniższej listy zamierzam kontynuować oglądanie pięciu produkcji. Wiele osób narzekało na tegoroczne serialowe nowości, ale Mysz musi przyznać, że 5 na 11 to wcale nie taki zły wynik. Pamiętajcie jednak, że wszystkie zawarte tu przemyślenia są szalenie subiektywne i odnoszą się przede wszystkim do Mysich wrażeń. Kto wie, może coś co nie spodobało się Myszy przypadnie do gustu akurat Wam? :)

Enjoy i miłego oglądania!


the player

The Player
(trailer)

Twórcy: John Rogers (Leverage, The Librarians), John Fox (The Blacklist)
Kto gra: Philip Winchester (Camlot, Strike Back), Charity Wakefield (Wolf Hall), Wesley Snipes (Blade), Daisy Betts (Last Resort), Nick Wechsler (Revenge)

O co chodzi: Główny bohater, ekspert od ochrony i zabezpieczeń, zostaje wplątany machinacje tajnej organizacji, która umożliwia bogaczom obstawianie wyników różnych zbrodniczych działań.

Werdykt:
Jeśli Mysz, która za punkt honoru stawia sobie obejrzenie przynajmniej 3 odcinków nowego serialu, rezygnuje po jednym… wiedz, że coś się dzieje.

Problemów The Player ma kilka. Pierwszy to, niestety, postaci. Główny bohater, Alex, wzbudza nawet nieco sympatii, ale mimo szczerych chęci grającego go Winchestera nie jest jakoś szczególnie interesujący – ot, kolejny wyszkolony agent-zabijaka; z kolei Wesley Snipes swój powrót na ekran odbębnia tak kartonową grą, że to aż przykre. Jedynie tajemnicza Cassandra (Wakefield), która z jednej strony funkcjonuje jako prawa ręka Snipesa, a z drugiej wyraźnie próbuje pomóc głównemu bohaterowi, była w stanie wzbudzić w Myszy zarówno ułamek sympatii jak i ciekawości.

Drugi problem to podstawowe założenie fabuły. W świecie serialu mamy super-tajną organizację, która ma dostęp do -wszystkich- możliwości, jakie oferuje współczesna technologia: od bazy danych policji, przez dostęp do kamer miejskich, aż przez włamania do osobistych komputerów. Korzystają z tych możliwości by przewidywać i szacować prawdopodobieństwo zbrodni, których “wynik” następnie obstawiają najbogatsi tego świata. Alex, jako tytułowy “gracz” (cała nomenklatura organizacji opiera się na języku kasyn i hazardu: The House, The Pit Boss, The Dealer, The Player) ma tym zbrodniom zapobiegać, jednocześnie służąc jako pionek w akurat toczącym się zakładzie. Naturalnie, jego współpraca z organizacją – ba, samo jej istnienie! – musi pozostać tajemnicą, pod groźbą śmierci.

Z jednej strony, pomysł jest ciekawy. Z drugiej, od początku nasuwa zbyt wiele niewygodnych pytań, a samo założenie jest tak wydumane i nieprawdopodobne, że już na starcie trudno zawiesić naszą suspension of disbelief na kołku. Do tego dochodzi  intryga związana z losem żony Alexa i jego “fortunnym” zaangażowaniem przez postać Snipesa, co dodatkowo komplikuje i tak już naciągany scenariusz. Choć tak po prawdzie, jeśli ktoś tak jak Mysz łyknął The Blacklist, teoretycznie nie powinien mieć problemu z The Player; The Player nie ma jednak asa w rękawie, jakim przy The Blacklist był James Spader :P

Honestly, chciałabym móc określić co dokładnie mi w The Player nie pasowało, ale prawda jest taka, że serial po prostu “nie zaskoczył”. Nie jest zły per say, jest po prostu idealnie nijaki – od sztancy, bez uroku, bez polotu, bez krzty humoru. Nie zachęcam do oglądania, ale i nie odradzam – być może komuś brakuje takiego thrillera kryminalnego z elementami kina akcji. Choć Myszy zdaniem lepiej będzie po prostu przeznaczyć ten czas na The Blacklist. Serio, Robaczki: taki.dobry.serial :)

Ocena: 2/5

Grandfathered

Grandfathered
(trailer)

Twórcy: Daniel Chun (scenarzysta m.in. The Simpsons, The Office)
Kto gra: John Stamos (Full House), Paget Brewster (Criminal Minds), Josh Peck (Drake & Josh), Christina Millian (Bring It On: Fight to the Finish)

O co chodzi: Odnoszący sukcesy właściciel restauracji dowiaduje się, że jest nie tylko ojcem dorosłego syna, ale także dziadkiem małej dziewczynki. Heart-warming hilarity (supposedly) ensues.

Werdykt:
Jeżu. Trudno Myszy opisać, jak bardzo ten serial po niej spłynął, ale najbardziej adekwatnym słowem byłoby chyba “…meh”.

Grandfathered to ni-pies, ni-wydra. Niby gatunkowo podpada pod sitcom, ale nie mamy tu typowego dla wielu takich produkcji śmiechu zza offu. Na chłopski rozum powinna to być zaleta (Mysz ma wrażenie, że współczesna publiczność nieco już wyrosła z tego formatu, choć jeśli wierzyć oglądalności i kolejnym sezonom The Big Bang Theory, pewne rzeczy najwyraźniej nigdy się nie nudzą), ale w przypadku Grandfathered odnoszę silne wrażenie, że dołożony śmiech mógłby w pewnych momentach pomóc; niejako “podkręcić” pewne żarty. Bo te, szczerze mówiąc, w pilocie serialu nawet nie tyle leżą niemrawo – one wiszą smutnym, zwiędłym korniszonem (przez tę obrazową, spożywczą analogię chcę również przekazać, jak bardzo dowcipy te są “skiszone”, czyli nieświeże i pozbawione oryginalności).

Then again, nie można serialowi odmówić pewnego uroku. Obsada aktorska zna się na tym, co robi i dobrze się czuje w komediowym gatunku, a i postacie napisane są w taki sposób, że nawet do nieco bucowatego głównego bohatera (Stamos) czy jego syna-nieudacznika (Peck) da się poczuć nić sympatii. Mysz była z kolei bardzo szczęśliwa, że mogła ponownie zobaczyć na ekranie Paget Brewster (choć, let’s be honest, bardziej tęsknimy za Prentiss w Criminal Minds). Jedyne co momentami wypada słabiej to chemia między postaciami, ale trudno spodziewać się więcej po pierwszym odcinku, gdy bohaterowie dopiero się poznają.

Jednocześnie mam wrażenie, że już w niejednej produkcji widzieliśmy nie tylko te same postaci, ale wręcz te same wątki – włącznie z głównym przesłaniem serialu, czyli “nigdy nie jest zbyt późno by nauczyć się czerpać radość z życia rodzinnego”. Gdyby nie to, że bohaterowie Grandfathered są spokrewnieni, równie dobrze mogłaby to być serialowa wersja About A Boy z Hugh Grantem. A przypominam, że taki serial już powstał.

Reasumując, produkcja tylko dla fanów Johna Stamosa, albo miłośników mdłych, ale ciepłych historii o życiu rodzinnym.

Ocena: 2/5

The Grinder

The Grinder
(trailer)

Twórcy: Andrew Mogel i Jarrad Paul (The D Train)
Kto gra: Rob Lowe (Parks and Recreation), Fred Savage (The Wonder Years), Mary Elizabeth Ellis (It’s Always Sunny in Philadelphia), William Devane (Marathon Man), Natalie Morales (White Collar).

O co chodzi: Aktor, którego odnoszący sukcesy serial prawniczy właśnie się zakończył, powraca do rodzinnego miasta w Idaho, gdzie dołącza do rodzinnego firmy prawniczej.

Werdykt:
Zaczynam odnosić wrażenie, że plagą tegorocznego sezonu pilotowego są nieśmieszne komedie (czy też konkretniej sitcomy). The Grinder to produkcja niepokojąca podobna do Grandfathered: mamy tu nieco starszego, ubóstwianego od lat aktora sparowanego w (w założeniu) humorystyczną odd couple z nieco młodszym, ale równie kultowym aktorem; do tego dostajemy grupkę nieco mniej rozpoznawalnych nazwisk, twórców którzy teoretycznie znają się na komedii, nieoryginalny i trącący myszką premise fabularny, brak chemii oraz żarty tak płaskie, że aż wołające o pomstę do nieba. Ale te podobieństwa nie dziwią aż tak bardzo gdy weźmiemy pod uwagę, że obie produkcje powstały dla stacji FOX.

Mysz naprawdę nie rozumie skąd u amerykańskich widzów taka dobra opinia o serialu (91% na Rotten Tomatoes), ale tak po prawdzie nie jest to ani pierwszy, ani ostatni raz gdy Mysie gusta rozmijają się z moimi faux-rodakami. Ukułam zresztą teorię, że najbardziej o sukcesie serialu przesądził fakt, że grają w nim Lowe i Savage, czyli poniekąd bożyszcza kilku pokoleń Amerykanów. Savage na zawsze pozostanie Kevinem Arnoldem z serialu “Cudowne lata” (i filmu The Princess Bride); z kolei Lowe od lat 80. funkcjonuje w wyobraźni większości widzów jako nietracący uroku heartthrob. Powodem niespodziewanego sukcesu The Grinder może być też, poniekąd, brak stricte komediowych seriali prawniczych – Suits zbacza w stronę nieco większej powagi, a Franklin & Bash zostało z zaskoczenia skasowane w zeszłym roku, podobnie jak krótkotrwałe Benched.

Ostatecznie, werdykt brzmi podobnie jak w przypadku Grandfathered: jeśli ktoś darzy Lowe’a albo Savage’a sympatią, ewentualnie chce przeciętnej komedii do kotleta, The Grinder być może się nada. Mysz w każdym razie mówi pas.

PS. Jeśli komuś bardzo zależy na oglądaniu serialu z Robem, lepiej wypróbować You, Me and the Apocalypse.

Ocena: 2/5

Rosewood (2)

Rosewood
(trailer)

Twórcy: Todd Harthan (Psych)
Kto gra: Morris Chestnut (The Best Man), Jaina Lee Ortiz (program reality Scream Queens), Gabrielle Dennis (The Game), Domenick Lombardozzi (The Wire), Lorraine Toussaint (Orange is the New Black)

O co chodzi: Utalentowany ale stojący jedną nogą nad grobem patolog, przy pomocy swojego technologicznie wypasionego laboratorium, pomaga policji z Miami rozwiązywać zbrodnie

Werdykt:
Oj wej. Zwierz popkulturalny na Coperniconie prowadziła ciekawą prelekcję o patologach w serialach i Rosewood z pewnością można by na tę listę dopisać. Jest to jednak chyba jedyna dobra rzecz, jaką mogę o serialu powiedzieć.

Aktorzy są sprawni, a postaci przez nich grane całkiem sympatyczne – nawet jeśli już nieraz widzieliśmy wszystkie przechadzające się po serialu stereotypy: genialnego patologa; nieprzystępną, zadziorną panią detektyw z tragiczną przeszłością; surowego ale sprawiedliwego szefa policji; radosne i rozszczebiotane asystentki; no-nonsense‘ową ale kochającą matkę. W sumie jedyne co jako-tako wyróżnia Rosewood na tle innych seriali to fakt, że główny bohater jest czarnoskóry, partnerująca mu detektyw to latynoska, a asystentki tytułowego patologa to planująca ślub para lesbijek (jedna jest siostrą bohatera). Tak więc pod względem diversity Rosewood radzi sobie zaskakująco nieźle.

Niestety, nawet ładnie nakręcone plenery Miami – i gorąca kubańska muzyka – nie są w stanie tchnąć w ten sztampowy serial życia. Jeśli ktoś ogląda(ł) Body of Proof, Bones lub Forever, wie mniej-więcej czego się spodziewać; tylko tam gdzie w Bones mieliśmy starcie dwóch skrajnie różnych charakterów, a w Forever intrygującą warstwę fantasy i mnóstwo uroku, tak w Rosewood nie mamy właściwie nic. Chemia między główną dwójką bohaterów jest… poprawna. Kolejne case’y do rozwiązania są… sprawnie napisane. Napięcie związane z przyszłością bohaterów… no, bywa. Powiedzmy. Tylko co z tego, skoro to wszystko nie zlewa się w żadną imponującą całość? Nawet ten jakoby “wypasiony” prywatny(!) gabinet patologa, z tą całą zaawansowaną technologią, wypada w serialu nijako.

Rosewood to po prostu kolejny crime procedural. Tylko dla upartych. Osobiście, Mysz wolałabym sobie po prostu zrobić powtórkę z Forever ;)

Ocena: 2/5

Blindspot (3)

Blindspot
(trailer)

Twórcy: Martin Gero (Stargate: Atlantis; Bored to Death)
Kto gra: Sullivan Stapleton (Strike Back; 300: Rise of an Empire), Jamie Alexander (Thor), Rob Brown (Treme), Ashley Johnson (Growing Pains; What Women Want), Marianne Jean-Baptiste (Broadchurch), Jonny Whitworth (Gamer)

O co chodzi: Znaleziona w torbie na środku Times Square kobieta została pozbawiona wspomnień, ale całe jej ciało pokrywają tajemnicze tatuaże. Z pomocą FBI próbuje rozwikłać kto i dlaczego jej to zrobił.

Werdykt:
Taki potencjał… tak zaprzepaszczony. *le sigh* Ale po kolei.

Nieco jak w przypadku The Player, Mysz oglądając Blindspot miała silne skojarzenia z The Blacklist – najwyraźniej teraz każdy serial o Wielkiej Konspiracji i Tajnych Służbach będzie mi się kojarzył z produkcją NBC. Żeby było śmieszniej, w przypadku Blindspot też jako zarzut mogę podać “brak Jamesa Spadera”, a konkretniej fakt, że żadna z występujących w Blindspot postaci nie jest nawet w minimalnym stopniu wyrazista. Oczywiście, trudno mieć za złe Jane Doe (granej przez Alexander), że jest mało wyrazista – to postać pozbawiona pamięci i osobowości, dopiero szukająca swojego miejsca w świecie. Te elementy są zresztą w serialu dobrze odegrane i Myszy zdaniem Jamie Alexander można bezpiecznie uznać za najjaśniejszy punkt produkcji. Gorzej wypada partnerujący jej Stapleton; okazuje się, że to nie scenariusz sequela 300 był winny jego fatalnej roli (to znaczy: był winny, ale nie wyłącznie) – Stapleton jest po prostu kiepskim aktorem. W jego wykonaniu agent FBI Kurt Weller jest tak idealnie bezbarwny, że momentami aż znika w tle. W sumie jedyne momenty gdy Mysz patrzy na niego przychylniejszym okiem mają miejsce w scenach pomiędzy Wellerem a Jane – między tymi postaciami występuje ciekawa chemia, a i zagmatwana fabuła serialu dodatkowo to napięcie potęguje. Z kolei postacie poboczne nie zdołały się jak na razie (3 odcinki) popisać charakterem. No, może za wyjątkiem sympatycznej pani technik granej przez Johnson; z drugiej strony postać ta jest niemal stereotypem kryminalno-thrillerowych seriali.

Wspomniałam o zagmatwanej fabule, i tu właśnie leży pies pogrzebany. Blindspot kreuje się na realistyczny serial pokroju The Blacklist czy nawet Person of Interest owszem, wymaga pewnego zawieszenia niewiary, ale jednocześnie wyraźnie daje nam do zrozumienia, że rozgrywa się w naszym świecie. Trudno jednak nie fukać z frustracji gdy skonstatujemy, że podstawowe założenie serialu sprawia, iż cała fabuła zapada się w sobie. No bo albo musimy uwierzyć, że ten kto wytatuował Jane we wskazówki pozwalające FBI zabiegać kolejnym zbrodniom był cholernym jasnowidzem, albo musimy kompletnie porzucić próby rozwikłania zagadki wraz z bohaterami, bo jest ona tak nieprawdopodobnie zawiła i poplątana, że NIKT (oprócz scenarzysty) nie ma prawa się domyślić o co chodzi. A Mysz ma taką teorię, że nawet najbardziej wyrozumiały, wytrawny widz nie lubi być ciągle trzymany w ciemnościach – chcemy próbować rozwiązać intrygę wraz z bohaterami; ba, często mamy ogromną satysfakcję gdy uda nam się to zrobić przed bohaterami. Jednak w przypadku Blindspot jest to niemożliwe – intryga serialu jest już z marszu tak zawiła, że nie tylko ociera się o nieprawdopodobieństwo – ona się wręcz w tym nieprawdopodobieństwie nurza!

To trochę tak jak z książkami Dan Browna – fajnie się śledzi kolejne wskazówki, ale jak tylko spróbujemy zastanowić się nad ich sensownością (i prawdopodobieństwem, że bohaterowie rzeczywiście byliby w stanie je rozwiązać na czas), albo zagłębić się w zawiłość intrygi, wszystko rozpada się niczym domek z kart. Owszem, niektórym ten niemal fantastyczny, nieprawdopodobny klimat nie będzie przeszkadzał, ale serial traktujący się tak poważnie jak Blindspot, tak pozbawiony nawet krzty humoru, Mysz czuję się w obowiązku traktować równie poważnie. A niestety mocno idiotyczne założenia już na wstępie wywołują u mnie zgrzyty :P

Do tego dochodzi coś, o co Mysz nigdy nie podejrzewała, że będzie mieć pretensje. Mianowicie, w serialu za dużo się biją. I nie chodzi mi o ilość krwi czy brutalność tych walk; nie – chodzi o to, że jest ich zwyczajnie za dużo. W ciągu trzech odcinków bohaterka zdążyła wziąć udział w przynajmniej pięciu różnych walkach, ale Mysz najbardziej uderzyło to, że mimo różnych stylów walki (na pięści; zakradanie się z użyciem broni; etc.) każda z nich jest zwyczajnie… nudna. Nie ma w tym emocji, nie ma finezji – ot, jest precyzyjne odbębnianie kolejnych pchnięć i parowań. A mimo wszystko w serialu akcji ważna jest nie tylko ilość walk, ale przede wszystkim ich jakość.

Pomijam już fakt, że poza sypiącą się intrygą, Blindspot to po prostu kolejny kryminalno-polityczny procedural. A tych, mimo wszystko, mamy już aż nadto. W każdym razie po trzech odcinkach Mysz porzuca serial bez żalu. Jeśli nie zostanie on skasowany i ktoś z Was będzie kontynuował jego oglądanie, koniecznie dajcie znać pod koniec sezonu czy COKOLWIEK w tym serialu zdołało się w jakikolwiek sensowny sposób wyjaśnić. Cause I’ll be really surprised if it does ;)

PS. Jeśli sam serial wytyka w pewnym momencie jak bezsensowny jest fakt, że ktoś wytatuował Jane we wskazówki do kolejnych zbrodni, to wiedz, że coś się dzieje! :D

Ocena: 3/5

Code Black

Code Black
(trailer)

Twórcy: Michael Seitzman (Intelligence)
Kto gra: Marcia Gay Harden (The Newsroom), Raza Jaffrey (Spooks; Homeland), Bonnie Somerville (Friends), Melanie Chandra (The Brink), William Allen Young (CSI), Ben Hollingsworth (Cult), Luis Guzman (Narcos)

O co chodzi: Przygody lekarzy ostrego dyżuru szpitala Angels Memorial Hospital w LA.

Werdykt:
W gruncie rzeczy Code Black nie różni się niczym od standardowych seriali medycznych – mamy surowego, ale sprawiedliwego weterana, który szkoli grupkę młodych, niedoświadczonych, pełnych dobrych chęci żółtodziobów; mamy kierownika szpitala, mamy drugiego, bardziej “ludzkiego” lekarza… oraz całą masę konfliktów między nimi. Plus mnóstwo case‘ów dotyczących wszelkiego rodzaju problemów zdrowotnych – od komplikacje ciąży, przez postrzał, po wywrotkę na deskorolce.

Różnica, zdaniem Myszy polega na tym, że Code Black nie stara się, jak wiele innych medycznych seriali, sprawiać wrażenia wypucowanego i nieskazitelnie czystego. Pod tym względem bliżej mu do E.R. czy nawet The Night Shift, które Mysz chwaliła w zeszłym roku, niż do House‘a czy Grey’s Anatomy. To nie jest ładny, gładki serial, gdzie pomiędzy kolejnymi przypadkami chorób lekarze przechadzają się po lśniących bielą korytarzach i flirtują ze wszystkim co się rusza. Wynika to, mam wrażenie, z miejsca akcji – jak serial sam tłumaczy, tytułowy “code black” w szpitalnym żargonie oznacza moment gdy napływ pacjentów jest tak ogromny, że nie ma wystarczających środków by się nimi zająć. Cytując za Code Black, podczas gdy normalny szpital ma może 5 takich sytuacji w ciągu roku, Angels Memorial ma ich 300.

W związku z tym akcja i klimat Code Black przypominają niemal pole bitwy – jest brudno i tłoczno, a sam oddział ratunkowy sprawia bure, czy wręcz obskurne wrażenie. Odnalezienie się w tym całym rozgardiaszu jest równie trudne dla widza, co dla bohaterów – przy czym wśród nich z łatwością można dostrzec typowe dla seriali medycznych stereotypy: ta ambitna, ten niepewny, ta przyjazna, ten opryskliwy. Wszyscy zaś muszą wytrzymać pod twardymi, ale pouczającymi rządami dr. Rorish (Harden), która – a jakżeby inaczej – przeżyła jakąś straszną osobistą tragedię, przez co stała się podejmującym ryzyko lekarzem, ale dość nieprzystępnym człowiekiem. Do tego oczywiście dochodzą pielęgniarze(!) – ten o złotym sercu, i ten wygadany, z charakterkiem, w którego zręcznie wciela się Guzman.

All in all, Code Black nie wyróżnia się niczym szczególnym – to sprawnie zrealizowanym serial medyczny, którego nieco sztucznie wywindowany dramatyzm razi tylko momentami (podobnie jak nieco sztampowe dialogi). Jeśli komuś brakuje medycznej dramy, myślę że można dać produkcji szansę. Chociaż Mysz raczej by polecała The Night Shift – finał drugiego sezonu to jeden z najlepiej zagranych wątków dramatycznych jakie ostatnio widziałam. I to nie tylko w serialu medycznym :)

Ocena: 3/5

Minority Report

Minority Report
(trailer)

Twórcy: Max Borenstein (Godzilla 2014)
Kto gra: Stark Sands (Generation: Kill), Meagan Goode (Think Like a Man), Nick Zano (What I Like About You), Daniel London (oryginalny Minority Report), Laura Regan (Mad Men), Wilmer Valderrama (That 70’s Show)

O co chodzi: Serialowa kontynuacja filmu Minority Report, w którym jeden z posiadających zdolność prekognicji bliźniaków pomaga detektyw rozwiązywać zbrodnie, zanim te się wydarzą.

Werdykt:
Z Minority Report Mysz ma poniekąd problem. W ostatnim odcinku podcastu narzekałam na to, że twórcy serialu zbyt usilnie starają się skomplikować fabułę, tym samym niejako dążąc do jej implozji. Po obejrzeniu trzeciego odcinka muszę jednak conieco odszczekać – udało im się dość sprytnie wymyślić, jak sprawić by (wszak nielegalna i niebezpieczna) współpraca Dasha (czyli jednego z bliźniaków) z Vegą (panią detektyw) nie została zbyt szybko wykryta. Nadal mam wrażenie, że supsension of disbelief przy tym serialu musi być niemałe – serio, nikt się nie zorientuje, że korzystają z umiejętności Precoga? – niemniej twórcy zdołali rozwiać kilka Mysich wątpliwości. Przykładowo, bardzo mi się podoba, że już w trzecim odcinku Vega i Dash dzielą się swym sekretem z bliską osobą – dzięki temu nie tylko nie mamy frustrującej sytuacji pt. “Wiem, że robisz coś niedozwolonego, ale nie chcesz mi o tym powiedzieć because of reasons“, ale i bohaterowie zyskują istotnego w swej konspiracji sojusznika.

Mimo to, Minority Report to typowy procedural. Ani jego budżet na efekty specjalne, które mają ukazać futurologiczne technologie, ani nawiązania do oryginalnego filmu (witaj, Spielbergu w roli producenta) nie są w stanie tego przysłonić. Just because you try to stand on someone’s shoudlers does not make you tall :P

Mysz może być oczywiście nieco zgorzkniała. Po pierwsze dlatego, iż przed pilotem powtórzyłam sobie film z Cruisem (nie zestarzał się – w sensie film, a nie Cruise; chociaż w sumie Cruise też nie) i widzę jak bardzo serialowy Minority Report odstaje klimatem i jakością od swych filmowych korzeni. Dzieło Spielberga należy do gatunku neo-noir, a w serialu niestety elementów noir jest tyle, co kot napłakał. Nie ma też tak imponujących scen akcji jak w oryginale, a przyszłościowe technologie ukazane w serialu oscylują od bardzo pomysłowych (np. czytnik ebooków jako giętka, zwijana folia; opaski kompatybilności dla randkujących klubowiczów) po karykaturalnie wydumane (5 różnych metod rozmowy telefonicznej – zwykły szklany aparat a’la komórka, ekran wyświetlacza, słuchawka typu bluetooth, hologram, plastyczna masa która przybiera kształt rozmówcy; po co to wszystko??). Widać więc, że choć sam pomysł na kontynuowanie wątków z filmu miał, niejako, rację bytu, nie do końca był pomysł jak je wykorzystać – tak aby jednocześnie stworzyć w miarę oryginalną produkcję i pozostać w zgodzie z duchem oryginału. Fakt, że w serialu pojawia się jedna z pobocznych postaci z filmu nie wystarczy, by odtworzyć jego specyficzny klimat.

Mysz jest zgorzkniała także dlatego, że już kiedyś mieliśmy serial, który wykorzystywał zarówno klimat neo-noir jak i futurologiczną technologię; co więcej robił to o niebo lepiej. Mowa naturalnie o nieodżałowanym przez Mysz Almost Human. Przy czym sytuacja jest tym bardziej kuriozalna, że zarówno Almost Human jak i Minority Report powstało dla FOX. W Myszy tkwi więc głębokie przeświadczenie, że Minority Report próbuje być nieudaną podróbką AH. A tego nie mogę wybaczyć :P

W serialu pojawiają się również inne niedociągnięcia. Trzeci odcinek udzielił odpowiedzi na kilka Mysich pytań (czy też zarzutów), ale wciąż zbyt wiele z nich pozostaje bez odpowiedzi, przy czym wciąż dochodzą nowe. Minority Report sprawia tym samym wrażenie serialu, któremu grozi zbytnie przekombinowanie. Denerwujące jest także to, że twórcy co chwila widzom o tych pytaniach przypominają – Mysz dawno nie spotkała się z postaciami, które tak uparcie wchodziłyby wciąż w te same konflikty i dyskusje, byle tylko po raz enty wypluwać z siebie tę samą, niepotrzebną dialogową papkę. Serio, ile jeszcze razy serial będzie mi pokazywać, że brat Dasha jest dupkiem? I got it already!…  Choć jeśli mam być szczera fakt, że postacie nie przeszły jeszcze żadnej znaczącej przemiany chwilowo mnie nie martwi – to dopiero początek serialu i istnieje nadzieja, że te nieco jednowymiarowe postaci jakoś się rozwiną. To co mnie boli to fakt, że bohaterowie nie uczą się na błędach i są niekonsekwentnie prowadzeni – czego Artur, brat Dasha, jest najlepszym przykładem: w jednej scenie jest pomocny, w drugiej zgrywa buca stulecia. Że nie wspomnę o upartym uprawianiu stałego, acz denerwującego serialowego motywu pt. “Wiem, ale ci nie powiem” :P

Są też inne zgrzytliwe drobnostki: mniej lub bardziej udane żarty z “the good ol’ days” lat dwutysięcznych (“Czemu nie umawiasz się na randki jak normalna dziewczyna? Ja poznałam Twojego ojca przez Tinder”; Iggy Azalea jako “klasyk” na winylowej płycie); stereotypowe zagrania z dzieł sci-fi (wirtualny system treningowy); motyw szpitala pełnego chorych psychicznie morderców (very Gotham. Much Batman. Wow); fakt że twórcy chyba sami nie umieją się zdecydować jak dokładnie funkcjonują serialowe zdolności prekognicyjne; itd.

Za pozytyw Mysz może uznać zdywersyfikowaną obsadę – w tej chwili to chyba najbardziej różnorodny pod względem postaci serial w nowej ramówce FOXa – w tym świetnego Sandsa. Aktor ma w sobie na tyle dużo uroku i dziecinnej ufności, by nadać postaci Dasha rysu wiarygodności i ujmującego ciepła (i to mimo wszystkich krwawych wizji, które Dash przez lata oglądał). Tego samego niestety nie mogę powiedzieć o grającej Vegę Goode, ale trzymam kciuki, że aktorka się nieco wyrobi.

Rozważając wszystkie za i przeciw, Mysz ostatecznie stwierdza, że da Minority Report jeszcze ze dwa odcinki szansy (przyznaję – skusiła mnie poniekąd zapowiedź czwartego odcinka; I’m a sucker for undercover storylines ^^). Mimo to, nie wróżę serialowi zbyt długiej kariery na antenie. A szkoda. Miał potencjał.

Ocena: 3/5

Quantico(1)

Quantico
(trailer)

Twórcy: Joshua Safran (Gossip Girl; Smash)
Kto gra: Priyanka Chopra (Aitraaz), Josh Hopkins (Cougar Town), Jake McLaughlin (In the Valley of Elah), Aunjanue Ellis (The Mentalist), Yasmine Al Masri (Caramel), Johanna Braddy (The Grudge 3), Tate Ellington (Remember Me), Graham Rogers (Revolution), Annabelle Acosta (Ballers), Rick Cosnett (The Flash)

O co chodzi: FBI podejrzewa, że zamachu na stację Grand Central dokonał jeden z rekrutów ośrodka szkoleniowego w Quantico. Alex musi nie tylko oczyścić swoje imię, ale także odkryć kto z jej niegdysiejszych towarzyszy jest winny zamachu.

Werdykt:
First things first: jeśli chodzi o diversity to w tym roku Quantico bezapelacyjnie wygrywa – mamy postać czarnoskórą, hinduskę, muzułmankę, Mormona i Żyda; w serialu występują także postaci homoseksualne (choć twórca określa seksualność jednej konkretnej postaci jako “fluid“); ba, nawet stosunek płci jest w serialu przyjemnie wyrównany!

To co jednak najbardziej rzuca się Myszy w oczy to dość zgodny konsensus, że Quantico jest wtórne i przekombinowane. A mimo to większość osób, które na serial narzekają i tak zamierza go oglądać. Go figure :)

Myszy zdaniem duża w tym zasługa postaci – nie wszystkie są równie sprawnie zarysowane (a jeszcze niektóre niekoniecznie są dobre grane przez aktorów), ale każda ma jakieś cechy, które ją wyróżniają, czy też wzbudzają sympatię. Przykładowo Mysz natychmiast zapałała sympatią do Nimahy, mimo iż jest to chyba najbardziej skryta z serialowych postaci. Chaotyczna energia Simona też przypadła Myszy do gustu, choć mam niejasne wrażenie, że sekret który skrywa jest o wiele bardziej mroczny sekret niż nam się wydaje. Z kolei najbardziej mnie intryguje postać Caleba – z jednej strony to dość stereotypowo wychuchany przez wpływowych rodziców dupek; z drugiej, widać że ma w sobie potencjał, a i jego interakcje z Shelby każą mi myśleć, że w dalszych odcinkach postać ta może się ciekawie rozwinąć. W ogóle muszę powiedzieć, że jestem bardzo ciekawa jak dalej potoczą się losy wszystkich postaci – oddly enough to jakie przemiany przejdą w trakcie szkolenia w Quantico intryguje mnie nawet bardziej, niż odpowiedź na głównie serialowe pytanie (kto stoi za zamachem na dworcu).

Sądzę jednak, że elementem ważniejszym niż same postaci jest czająca się na każdym kroku tajemnica. Ba, Mysz nawet w swoich notatkach o drugim odcinku ma zdanie “Geezus, in this show even secrets have secrets” :D

Zdaje się, że każda występująca w serialu postać ma jakiś sekret i wbrew pozorom nie są to rzeczy, które prędko wyjdą na jaw. Oczywiście, już pojawiły się głosy, że tych (być może niebezpiecznych) tajemnic jest zbyt wiele i istnieje szansa, że twórcy się w nich pogubią, ale Mysz  ma mimo wszystko wrażenie, że Quantico jest w dobrych rękach. Może się to wydać dziwne biorąc pod uwagę twórcę, który do tej pory maczał palce raczej przy nieco kiczowatych dramatach, ale może właśnie w tym tkwi szkopuł – IMHO, Quantico w dużej mierze opiera się na emocjach postaci i skomplikowanych relacjach między nimi; a te są rozegrane bardzo sprawnie.

Poza tym warto też zauważyć, że w tegorocznym zalewie seriali, które wydają się niepotrzebnie przekombinowane, Quantico ani razu Myszy nie rozdrażniło swoją zawiłością. Wręcz przeciwnie – czuję się odpowiednio zaintrygowana. Zresztą, wnioskując po głosach rozlegających się zewsząd dookoła, nie tylko mnie kupiła ta specyficzna mieszanka grającego na emocjach taniego dramatu i trzymającego w napięciu policyjnego śledztwa.

Fakt, że Quantico jest jednym z niewielu seriali, w których formuła flashforward się sprawdza  (część wydarzeń rozgrywa się po zamachu; część kilka miesięcy wcześniej, w tytułowym Quantico) i jest mądrze wykorzystana również nastraja Myszę pozytywnie. Twórcy bardzo umiejętnie przeplatają obie linie czasowe, dając szansę wybrzmieć poszczególnym scenom i postaciom. Owszem, część wzbudzanych w widzu emocji opiera się na bardzo prostych zagraniach (wątek Elder Erica z pilota), ale trudno im odmówić skuteczności.

Reasumując: Quantico nie jest być może serialem wybitnym, ale ma zadatki na guilty pleasure tego sezonu. W każdym razie Mysz, mimo średniej oceny, z pewnością zamierza oglądać kolejne odcinki. Co w sumie i Wam polecam :)

PS. Pilot tym bardziej się Myszy spodobał, że była tam bardzo dobra muzyka – m.in. “Paradise Circus” Massive Attack i “Raising Hands Raising Hell Raise’em High” The Wind and The Wave

Ocena: 3/5

"Interrupts Date Breast Movin" -- Behind the scenes photo from family scene at John and Joan's house of Life in Pieces for the CBS Television Network. Pictured L-R, Zoe Lister Jones as Jen, Colin Hanks as Greg, James Brolin as John, Giselle Eisenberg as Sophia, Betsy Brandt as Heather, Dan Bakkedahl as Tim, Niall Cunningham as Tyler, Holly Barrett as Samantha, Thomas Sadoski as Matt and Diane Wiest as Joan, shown. Photo: Neil Jacobs/CBS ©2015 CBS Broadcasting, Inc. All Rights Reserved

Life in Pieces
(first look)

Twórcy: Justin Adler (Samantha Who?; Better Off Ted)
Kto gra: Colin Hanks (Dexter), Betsy Brandt (Breaking Bad), Thomas Sadoski (Wild), Zoe Lister-Jones (Friends with Better Lives), Dan Bakkedahl (Veep), Angelique Cabral (Enlisted), James Brolin (Westworld), Dianne Wiest (Practical Magic)

O co chodzi: Pojedyncze scenki z życia kilku-pokoleniowej rodziny.

Werdykt:
Mysz już straciła nadzieję, że w tegorocznej transzy pilotów znajdzie komedię dla siebie. A tu niespodzianka!

Life in Pieces ma nieco nietypową konstrukcję. Zamiast spójnej, ciągłej fabuły, w każdym odcinku pojawiają się cztery “historyjki” z punktu widzenia różnych bohaterów serialu. Czasem dotyczą one tego samego wydarzenia z różnych perspektyw; innym razem historyjki nie są ze sobą fabularnie powiązane, poza tym, że zawsze obracają się wokół losów tej jednej rodziny.

Myszy bardzo się tak “skeczowa” formuła podoba. Dzięki temu nie mamy wątków-zapychaczy, którymi trzeba wypełnić odcinek by trwał przepisową liczbę minut. Zamiast tego dostajemy skondensowane urywki, które w większości bardzo trafnie i sprawnie ujmują dany temat. Przy czym Mysz musi wspomnieć, że natychmiast zapałała sympatią do wszystkich bohaterów Life in Pieces – od zażywnych dziadków, przez ich dorosłe dzieci ze swymi połówkami, aż po potomstwo tychże. Naturalnie serial nie wystrzega się pewnych klisz – mamy świeżo-upieczonych młodych rodziców, życiowego nieudacznika który właśnie zaczął się umawiać z nową dziewczyną, i małżeństwo z trójką dzieci i niemałym stażem; do tego, naturalnie, dziadków. Mimo pewnej sztampy, serial w dużej mierze polega na talencie komediowym i charyzmie aktorów, a ci rzeczywiście dopisali – Mysz dawno nie widziała tak fajnej obsady; co twarz, to ktoś znajomy i przez Myszę lubiany :)

Serialowe poczucie humoru nie zawsze trafia w punkt, ale nawet te nieco bardziej meandrujące historyjki ogląda się z przyjemnością. Wśród tegorocznych “rodzinnych” sitcomów, Life in Pieces jest jedynym, który Mysz może z czystym sercem polecić.

Ocena: 4/5

Limitless (3)

Limitless
(trailer)

Twórcy: Craig Sweeny (The 4400); Marc Webb (500 Days of Summer; Amazing Spider-Man) – reżyser 2 pierwszych odcinków; Alex Kurtzman, Roberto Orci i Bradley Cooper jako executive producers
Kto gra: Jake McDorman (Manhattan Love Story), Jennifer Carpenter (Dexter), Hill Harper (CSI: NY), Mary Elizabeth Mastantonio (Robin Hood: Prince of Thieves; Grimm), Ron Rifkin (Brothers & Sisters)

O co chodzi: Serialowa kontynuacja filmu Limitless. Brian, młody chłopak którego życie nie ułożyło się po jego myśli,  zaczyna zażywać eksperymentalny narkotyk NZT-48, który pozwala wykorzystać cały potencjał ludzkiego mózgu. Dzięki swoim nowo nabytym umiejętnościom, Brian nawiązuje współpracę z FBI.

Werdykt:
Po czym poznać, że serial przypadł Myszy do gustu?… ma o nim najwięcej notatek i większość zdań kończy się uśmiechniętym pyszczkiem albo niekoherentnym zlepkiem literek :3

Don’t get me wrong: Limitless broń Boże nie jest idealne. Ale na tle innych pełnych niedociągnięć seriali (zwłaszcza Blindspot czy Minority Report) z pewnością wypada najlepiej. Beware, bo mam o tym serialu sporo do powiedzenia!

Zacznijmy od tego, że Limitless udatnie robi to, co nie udało się Minority Report – zręcznie czerpie z oryginału (funkcjonując także jako kontynuacja filmowych wątków), a jednocześnie bardzo pewnie stoi na własnych nogach. Tam gdzie filmowy Limitless był historią o dobrodusznym facecie, który dostaje szansę od losu, przy czym aby dalej podążać wymarzoną ścieżką musi czasem nagiąć swoje zasady moralne, tak serialowe Limitless zbacza bardziej w stronę tradycyjnego procedurala. Od początku widać, że serial będzie się skupiał na “sprawie odcinka”, którą Brian będzie musiał rozwiązać, posiłkując się NZT i pomocą bystrej detektyw Harris. Z drugiej strony, już po trzech odcinkach widać, że twórcy zamierzają przeplatać odcinki typu “case of the week” serialowym story-arciem, który skupia się na motywacji Edwarda Morry – postaci Bradleya Coopera z oryginalnego filmu  (Cooper jest też zresztą producentem wykonawczym serialu). Niespodziewana pomoc, której Morra udzielił Brianowi, jednocześnie wymuszając na nim milczenie, zapowiada się na bardzo intrygujący wątek główny. Na chwilę obecną jest on jeszcze co prawda zbyt niejasny by móc stwierdzić, czy nie rozkrzaczy kompletnie fabuły (jak wątki w MR i Blindspot), ale Mysz pozostaje dobrej myśli.

Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka widać, że twórcy serialu podchodzą do pierwowzoru z dużym zrozumieniem i szacunkiem. Serialowe Limitless, mimo niższego budżetu, bardzo fajnie wykorzystuje pewne rozwiązania wizualne związane z braniem NZT, które po raz pierwszy pokazał nam film. Sceny, w który Brian jest pod wpływem narkotyku mają mocniej natężone kolory i cieplejszą paletę barw (sporo żółci); kilkukrotnie występuje też charakterystyczne dla filmowego Limitless ujęcie, tzw. fractal zoom*, To co jednak Myszy zaimponowało to fakt, że twórcy nie starają się jedynie kopiować rozwiązań z filmu. Zamiast tego tworzą własny visual language by zobrazować jak umysł Brian funkcjonuje pod wpływem NZT. Mamy mapy miasta, pojawiające się na ekranie zwroty z obcych języków i śmigające literki, siatki skojarzeń, podświetlone elementy scenografii, dymki tekstowe, drzewa genealogiczne… mamy też prosty, ale skuteczny trick w postaci Briana rozmawiającego z samym sobą (czy też z emanacją swojej podświadomości). W trzech odcinkach ekipa od efektów zdążyła już pokazać kilka naprawdę fajnych rozwiązań i w sumie jedyne o co Mysz się martwi to to, czy zbyt prędko się z tych fajnych tricków nie wyprztykają ;) Więcej o efektach w Limitless możecie poczytać tutaj – to fascynujące, ile pracy grafików komputerowych wymaga jeden taki wizualny trick!

Kolejną zaletą serialu, oprócz warstwy wizualnej i niegłupio rozplanowanej fabuły, są aktorzy, zwłaszcza ci grający dwójkę głównych bohaterów. Jen Carpenter znów wciela się w kobietę ze służb porządkowych, ale tym razem nie jest to przeszarżowana rola, jak jej występ w Dexterze – Rebecca jest spokojniejsza i bardziej wyrozumiała, a i zaufanie, którym niemal natychmiast obdarza Briana wzbudza, zdaniem Myszy, ciepłe uczucia w widzu. Także ekranowa chemia między bohaterami iskrzy, aż miło. Tu jednak muszę przyznać, że moja sympatia do Limitless jest (prawdopodobnie) całkowicie nieobiektywna, gdyż-albowiem podkochuję się nieco w grającym główną rolę Jake’u McDormanie. Ale z drugiej strony, jak nie kochać złoto-rudawego faceta, który ma zawadiacki uśmiech urwisa, gra na gitarze i na Instagramie ma pełno zdjęć swojego kota, Boo (na Vine też jest go pełno :P).

A tak całkowicie na serio: McDorman obiektywnie gra dobrze. Ma odpowiednio dużo ciepła i uroku by udźwignąć bardziej energiczne, chaotyczne momenty zachowania Briana, gdy ten jest pod wpływem NZT; ma też żyłkę dramatyczną potrzebną do poważniejszych scen. Tych zresztą wbrew pozorom nie brakuje, choć serial pod wieloma względami jest raczej lekkim proceduralem, jak Castle albo Chuck, którego zresztą pod względem fabuły i konstrukcji Limitless bardzo przypomina. Dla jednych będzie to wada; dla Myszy, stęsknionej za Chuckiem, jest to zaleta.

Wracając jednak do Limitless, pojawiają się tam także poważne wątki  – oprócz wspomnianej już tajemnicy związanej z motywacją Edwarda Morry, Brian musi się także zmagać z osobistymi problemami, czy to rodzinnymi czy to związanymi z his significant other. Trzymanie wszystkiego w sekrecie odciska na Brianie swoje piętno, tym bardziej, że analogicznie do postaci Coopera w filmowym Limitless, Brian to dobry facet. Nie jest może całkiem bezinteresowny w swoich dążeniach, but ultimately he’s a good guy; his heart is in the right place. Myszę w tym kontekście ciekawi, czy długotrwałe zażywanie NZT wpłynie jakoś na moralność Briana, tak jak (we can assume) wpłynęło na charakter Edwarda Morry. Liczę na to, że serial postara się jakoś odpowiedzieć na to pytanie.

Tu zresztą pojawia się jeden z niewielu zarzutów, które Mysz ma wobec Limitless. Tak jak nie przeszkadza mi motyw policyjnego procedurala, tak na tle zrecenzowanych tu pilotów widać, że jest to obecnie pewna tendencja gatunkowa. Innymi słowy: jest tych procedurali nieco za dużo. W związku z tym, a także biorąc pod uwagę motyw przewodni filmu i serialu – czyli że NZT trafia do człowieka o dobrym sercu, który najchętniej wykorzystałby narkotyk nie dla osobistych zysków, a dla polepszenia świata wokół siebie – Mysz uważa, że Limitless powinno mieć nieco inną formułę. Do głowy przychodzi mi mój ukochany stary serial z lat 90., czyli Early Edition, o facecie, który codziennie znajdował na swoim progu jutrzejszą gazetę i miał zapobiegać pojawiającym się tam nieszczęściom. Z kolei na Myszy FB ktoś wspomniał o innym serialu z lat 90., The Pretender, gdzie wybitnie uzdolniony, zbiegły agent tajnej organizacji wykorzystuje swe niespotykane zdolności mimikry do pomagania przypadkowym ludziom, którym dzieje się krzywda. Być może taki bardziej obyczajowo-melodramatyczny serial nie trafiłby w tak mainstreamowe gusta jak typowy detektywistyczny procedural, ale przynajmniej byłby bardziej oryginalny, niż kolejne robione od stancy seriale o policyjnych śledztwach :P

Żeby jednak nie było, że się czepiam: Limitless nie przeskakuje od razu do bezproblemowej współpracy Briana z FBI. W kilku pierwszych odcinkach wciąż widzimy jak ustalane są granice tego, co Brianowi wolno robić, a co nie. Serial stara się także między główną intrygę, a kolejne case‘y FBI wcisnąć momenty, w których Brian pomaga przypadkowym ludziom spotkanym na ulicy lub w autobusie. Mysz liczy na to, że twórcy nie zapomną o takich momentach w kolejnych odcinkach, bo moralność Briana – jego duże, dobre serduszko – to moim zdaniem dość istotny element tej postaci. Innym istotnym elementem jest fakt, że Brian nie jest głupi – owszem, jest poniekąd życiowym nieudacznikiem (huh, dużo ich ostatnio w serialach; czyżby prztyczek do obecnego młodego pokolenia?), ale ma swoją inteligencję i spore zdolności. Nawet bez NZT Brian jest zdolny wyciągać sensowne wnioski, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że Brian-na-NZT i Brian-bez-NZT to dwie różne postaci, i tylko jedna z nich jest ciekawa; NZT jedynie podkręca do maksimum wrodzony potencjał Briana.

Przy czym myślę, że tu zasadza się kolejna pułapka – już po trzech odcinkach można zauważyć, że momentami scenarzyści korzystają z umiejętności Briana jako swoistego wytrychu. I tak jak są świetne sceny, gdzie dokładnie widzimy jego proces myślowy – zasłony z papieru czy karteczkowe miasteczko w 1×03 – tak są sceny w których Brian wyciąga rozwiązanie ze swojej głowy bez żadnego wyjaśnienia (lub z wyjaśnieniem mocno naciąganym), niczym magik wyciągający królika z kapelusza. Ultimately, jeśli scenarzyści nie będą się pilnować, umiejętności Briana mogą stać się raczej nieznośne, niż zajmujące czy ekscytujące. Na chwilę obecną trudno jednak ocenić, w którym kierunku zostaną one pociągnięte. Warto przy tym zauważyć: mimo iż Brian na NZT jest (teoretycznie) “the smartest person in the room”, agenci FBI którym towarzyszy wcale nie są od niego głupsi; tam gdzie zawodzą umiejętności Briana, wiele potrafi zdziałać regular police work :)

Wspominałam już o Chucku, więc na koniec nadmienię jeszcze, że w przeciwieństwie do Blindspot (i pod pewnymi względami Minority Report), Limitless nie traktuje się kompletnie serio. Nienachalna warstwa humoru – w postaci np. Brianowych marzeń na jawie, w których jest Jamesem Bondem, albo w których głos szefowej FBI brzmi jak trąbiące wypowiedzi dorosłych z serii Peanuts – dodaje serialowi lekkości i uroku. Duża rolę odgrywa w tym sam Brian, który jest trochę wyrośniętym dzieckiem – gdy wymyka się ochronie FBI, zostawia za sobą kartkę z napisem “I did it for the lulz” albo podkłada szpiegowską muzyczkę pod ujęcia z miejskich kamer, “to make it cooler”. Mysz bierze pod uwagę, że niektórych takie numery mogą denerwować; ja uważam je za rozbrajające. Tym bardziej, że dzięki nim Brian wydaje się nam, widzom, bliższy – nie jest niedostępnym, niedościgłym geniuszem (jak Sherlock BBC), ale facetem, który czerpie autentyczną frajdę ze swoich nowych umiejętności i tego, jak może ich użyć by pomóc innym. Myszy zdaniem brakuje nam ostatnio w popkulturze takich pozytywnych, radosnych “geniuszy”. It’s high time we changed that :)

PS1. Limitless ma ŚWIETNĄ czołówkę :3

PS2. Trzymajcie mnie – w trzecim odcinku gościnnie wystąpiła Annaleigh Tipton, z którą McDorman grał wspólnie w nieodżałowanym Manhattan Love Story. They are so cute together (i z tego co wiem są też parą prywatnie, co totalnie tłumaczy ich on-screen chemistry)

* więcej na temat fractal zoom i efektów w Limitless możecie przeczytać w tym ciekawym artykule.

Ocena: 4/5

The Bastard Executioner (1)

The Bastard Executioner
(first look)

Twórcy: Kurt Sutter (Sons of Anarchy); Brain Grazer (A Beautiful Mind) – executive producer
Kto gra: Lee Jones (względnie nowa twarz ^^), Katey Sagal (Sons of Anarchy), Darren Evans (Galavant), Sam Spruell (The Hurt Locker), Danny Sapani (Trance), Timothy V. Murphy (True Detective), Stephen Moyer (True Blood)

O co chodzi: Były angielski żołnierz zostaje wplątany w niebezpieczną i brutalną polityczną intrygę, stając się istotnym elementem walijskiej rebelii.

Werdykt:
W przypadku TBE Mysz być może znowu jest nieco nieobiektywna :)

Początkowo podchodziłam do serialu sceptycznie. Swego czasu oglądałam Sons of Anarchy (zatrzymałam się bodaj na początku s3) i byłam pod dużym wrażeniem serialu, ale jednak XIV-wieczna Anglia/Walia to nieco inne klimaty niż współczesny klub motocyklowy. Ale tylko pozornie, bo w istocie oba seriale mają kilka cech wspólnych. Mamy oczywiście niemało odważnych scen erotycznych oraz dużo brutalności – serial wszak opowiada o dość burzliwym okresie w historii Walii, więc biją się i walczą na potęgę; co więcej, fabuła poniekąd dotyczy losów nadwornego kata, mamy więc ukazane sceny tortur (obdzieranie żywcem ze skóry w 1×01 – nie radzę jeść posiłku podczas oglądania!). Kolejnym elementem wspólnym TBE SoA jest grupa wspierających się mężczyzn – zaprawionych w bojach, nieco szorstkich w obyciu, ale skrywających za twardą fasadą dobre serca i w miarę słuszną moralność. Fani SoA zwrócą też zapewne uwagę na silne postaci kobiece w TBE – Kurt Sutter nie jest może bezbłędny w tym jak pisze swe żeńskie bohaterki, ale trudno odmówić im siły (przede wszystkim psychicznej) i roli równorzędnej z postaciami męskimi.

Mysz nie zna się na historii na tyle, by wiedzieć na ile anachroniczny jest serial Suttera (czy XIV-wieczny zamek barona miał prawo mieć metalowe rynny?), ale pod względem charakteru i zachowań postaci nie odczuwa się jakiś ogromnych zgrzytów. Naturalnie, jak zauważa sam Sutter, o tym okresie nie wiemy zbyt wiele – zwłaszcza w kwestii tego jak ludzie się zachowywali na co dzień, czy tego, jak ze sobą rozmawiali. Stąd m.in. dość nierówne dialogi – z jednej strony Sutter próbuje nadać wypowiedziom postaci nieco starodawnego, stylizowanego rysu; z drugiej, ich dialogi w wielu wypadkach można by z powodzeniem wrzucić we współczesny serial i nikt by się nie zorientował. Ta rozbieżność momentami drażni, niemniej są całe sceny, które Sutterowi świetnie wyszły (i to nie tylko dlatego, że są dobrze zagrane czy interesująco nakręcone, which they are).

Właśnie te dialogi były dla Myszy najsilniejszym skojarzeniem ze Spartacusem, czyli jednym z moich najukochańszych seriali ever. Tam akurat język był znacznie mocniej (i lepiej) stylizowany, ale pod względem klimatu czy fabuły seriale są bardzo zbieżne – mamy (pseudo)historyczne realia, dużo brutalności i nagości, mnóstwo politycznych intryg, wątek narastającej rebelii, oraz głównego bohatera, którego pcha naprzód żądza zemsty za krzywdy bliskich. Mysz podejrzewa zresztą, że właśnie tęsknota za Spartacusem sprawiła, że zapałałam tak silną (i w miarę szybką) sympatią do TBE. Ot, po prostu brakowało mi około-historycznego dramatu, w którym obok fabularnie uzasadnionej brutalności miałabym fantastycznie złożone postacie, interesujące relacje między nimi, oraz skomplikowane, trzymające w napięciu intrygi.

W przypadku intryg najistotniejszą postacią zdaje się szambelan, świetnie zagrany przez Stephena Moyera, czyli pamiętnego Billa z True Blooda. Moyer bardzo dobrze odnajduje się w specyficznym klimacie serialu i zgrabnie balansuje pomiędzy byciem knującą gnidą, a intrygującym, czarującym bohaterem, któremu sekretnie kibicujemy w jego dążeniach do władzy. W Spartacusie analogiczną rolą byłby grany przez Johna Hannah Batiatus :)

Nie jest to jednak jedyna ciekawie skonstruowana postać w serialu. Mamy Lady Love (that’s her name, not even kidding), czyli baronową na zamku, której walijskie serduszko wyrywa się do toczącej się właśnie rebelii i pospolitego ludu, nad którym stara się sprawować sprawiedliwą władzę. Sytuacja jednak nie jest tak prosta, bo na jej pozycję władcy czyha nie tylko szambelan, ale i kilku innych władyków. Mamy też dwie drugoplanowe postaci żeńskie – Isabel, służkę i przyjaciółkę z dzieciństwa Lady Love, oraz Jessamy, żonę głównego bohatera – które mimo mniejszych ról wywierają na widzu strong, lasting impression; jedna swoją dobrocią i humorem, druga – niepokojącym szaleństwem.

Intrygującą postacią jest także Annora, grana przez znaną z SoA Katey Sagal (będąca od 10 lat żoną Suttera). Ta tajemnicza kobieta, będąca skrzyżowaniem znachorki, wieszczki i kapłanki, z biegiem kolejnych odcinków staje się nie tylko coraz ważniejszą postacią, ale także np. okazuje się być zamieszana w religijno-mistyczny (niespodziewany) wątek, którego nie powstydziłby się sam Dan Brown. Zresztą element mistycyzmu, wieszczych wizji i wiary jest w serialu bardzo silny – wszystko wskazuje na to, że główny bohater nie tyle idzie tam, gdzie pcha go los, ale że poprzez swoje działania wykonuje plan jakiejś Siły Wyższej.

No właśnie – główny bohater, czyli clu TBE. Mysz nie chce tu zdradzać twistów fabuły (dwu-odcinkowy pilot to moim zdaniem must watch – jeśli po jego obejrzeniu nie zapragniecie oglądać dalej, feel free to ignore my squee), niemniej trudno omówić postać Wilka (Wilkina) bez pochylania się nad trudną sytuacją, w jakiejś się znalazł. Z jednej strony chce pomścić krzywdę bliskich, z drugiej musi ukrywać swoją prawdziwą tożsamość. Dodajmy do tego wątki mistyczne, bycie zamieszanym w walijską rebelię, niełatwą posadę kata, kłopoty w domu i powoli budzącą się (wzajemną) sympatię do Lady Love, a otrzymamy naprawdę ciekawą postać. Co więcej zdaniem Myszy, (względnie debiutujący) Lee Jones fantastycznie odnajduje się w roli Wilkina. Obserwując jego występ nietrudno uwierzyć, że w Wilku drzemią zarówno mroczne, jak i jasne strony – przy czym Mysz uważa, że lżejsze momenty wychodzą Jonesowi znacznie lepiej. Alee może to dlatego, iż moim zdaniem ma bardzo czarujący uśmiech :) Nie chcę tu znów siać porównaniami do Spartacusa, ale analogie do postaci tytułowej serialu STARZ nasuwają się same. Zresztą podobnie jak w przypadku postaci Spartacusa, mam wrażenie, że wątek Wilka specjalnie kreowany jest na podniośle tragiczny. Jednych takie popychanie bohatera w sytuację bez wyjścia może denerwować. Mysz zazwyczaj nie cierpi wątków a la grecka tragedia, jednak tutaj, o dziwo, nie ma z tym motywem problemu; moim zdaniem pasuje on do mrocznych, brutalnych, (pseudo)historycznych realiów pokazanych w serialu.

Dodajmy do tego dobrą muzykę (theme song nagrał Ed Sheeran, który ma gościnną rolę w serialu!), piękną kinematografię i dopracowaną stronę wizualną (te kostiumy; te brudne, mroczne scenografie!), a otrzymamy serial, którego Mysz na chwilę obecną nie może się nachwalić. Obejrzałam 5 odcinków hurtem i wyglądam kolejnych niczym kania dżdżu.

Tak więc polecam :)

Ocena: 5/5


 

Dobra. To tyle na chwilę obecną.

Napisałabym “Znajcie łaskę Myszy”, ale prawda jest taka, że nawet gdyby nie zależało mi na przybliżeniu Wam seriali, po które warto sięgnąć, to i tak pewnie bym je oglądała. My obsessive personality wouldn’t have it any other way ;)

Każdy nowy serial musi dostać przynajmniej jedną szansę*. Wszak, gdybym nie zmuszała się do oglądania (niemal) wszystkich pilotów, nigdy nie trafiłabym na takie perełki jak The Blacklist czy Spartacus. Stąd wniosek jest jeden, kochane Robaczki – oglądajcie piloty. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się nie trafiać w Wasze gusta :)

Więcej nowych seriali pojawi się na przełomie października i listopada, więc możecie wtedy spodziewać się kolejnego “Sezonu na pilota”. Z kolei w najbliższej przyszłości Mysz będzie recenzować pierwszy sezon serialu Scream, a w zanadrzu jest też kilka notek około-popkulturowych. Zastanawiam się też nad  analityczną notką, dotyczącą mojego ukochanego Halloweenowego filmu (Trick’R’Treat), w ramach świętowania tego wstrętnego cudownego, pogańskiego święta. Macie ochotę na trochę dobrej filmowej makabry? :)

*(minimum – 1 odc.; maximum – 5 odc.)

mouse_halloween

PS. Na koniec w dwóch słowach o Heroes: Reborn i Scream Queen, bo postanowiłam poczekać, aż seriale te się skończą, by o nich napisać. H:R nie jest idealne, ale systematycznie się rozkręca – fakt, że jest to zamknięta 13-odcinkowa miniseria każe mieć nadzieję, że fabuła będzie schludna i skondensowana, jak za czasów Heroes s1 i s2 (które powszechny konsensus uważa za dobre). Z kolei SQ to kompletna porażka – serio, nie wiem jakie LSD brał Ryan Murphy gdy pisał/kręcił ten serial, but he needs to stop. To kawałek obrzydliwie słodkiej gumy balonowej, która w przeciągu 5 minut traci smak, a potem jest zwiędłym, plastikowym kawałkiem bezsmakowego badziewia. Mysz masochistycznie zamierza dooglądać serial do końca tylko po to, by upewnić się, czy na koniec Murphy nie spróbuje zaserwować jakiegoś “natchnionego twistu” a’la finał American Horror Story: Coven. Ale Wam szczerze serial odradzam :P