Panna Nikt, czyli nobody is perfect.

Bardzo niepopkulturowa notka, tłumacząca czemu ostatnio na blogu było tak cicho…

WARNING:
w połowie pisania tej notki uciekł mi sens i zamiast niego jest strumień świadomości i silnych emocji.
Also
: ilustracji jest wybitnie mało. Ale za to są bardzo adekwatne.
Beg your pardon.

Na blogu zapanowała wręcz upiorna cisza. Nic tylko z rezygnacją obserwować, jak przez pole widzenia smętnie przetacza się kłąb tumbleweed, a nad głową majaczą złowieszcze cienie sępów. Jest jednak ku temu powód, a brzmi on szalenie prozaicznie: kłopoty natury mentalnej.

Zanim Mysz wpadła w kolejny ze swoich marazmów (they’re almost boringly predictable by now), planowała napisać relację z tegorocznego Serialkonu, pełną zarówno zachwytów nad samym wydarzeniem – z roku na rok działającym coraz prężniej, a przecież to dopiero jego druga edycja! – jak i rozważań i rozmyślań, których stał się zarzewiem. Bo jeśli jest coś, co Serialkon robi lepiej niż jakikolwiek inny zjazd fanów popkultury wszelakiej, oprócz dostarczania rozrywki i dobrej zabawy, to zmusza do myślenia.

Do tej pory pojawiło się kilka relacji z krakowskiego festiwalu fanów seriali – m.in. u Zwierza, Megu, Cathii, Rusty, a także w Myszmaszowym podcaście – więc Mysz może od siebie dodać jedynie, że bawiła się świetnie, zwłaszcza wieczorami, gdy po skończonych prelekcjach, konkursach i panelach dyskusyjnych, wraz z towarzystwem około-blogerskim szliśmy na kolację, obfitującą tyleż w pyszne potrawy co w angażującą i wesołą dyskusję.

Things, however, aren’t that simple. Bo choć dla Myszy Serialkon jest nieustającym źródłem radości (i mam nadzieję, że takowym pozostanie), jest też źródłem ogromnego stresu. Czytelnicy którym w okresie przed festiwalem zdarzyło się zajrzeć na Myszy fanpage wiedzą, jak silnie przeżywałam prelekcję, którą zobowiązałam się na Serialkonie wygłosić. Przy czym choć na konwenty jeżdżę w miarę regularnie od paru lat, dopiero od niedawna zdecydowałam się stanąć po prelegenckiej stronie pulpitu, a i wówczas staram się ograniczać zakres obowiązków do prowadzenia konkursów. Ich formuła sprzyja niewielkiej presji, a wielkiej frajdzie, zarówno (hopefully) dla biorących udział, jak i dla Myszy, która z lubością dłubie godzinami w researchu, by owe konkursy przygotować.

Z Serialkonem jest jednak inna sytuacja. Jeśli braliście udział w tym wydarzeniu, lub czytaliście o nim w Internecie, pamiętacie pewnie jak często podkreśla się jego wysoki poziom. Choć w założeniu jest to zjazd fanów seriali – począwszy od tych naprawdę casualowych oglądaczy, aż po nieodchodzących od odbiornika fanatyków – i prelekcje prowadzą przede wszystkim szeroko pojęci pasjonaci, często można wśród nich znaleźć osoby mniej lub bardziej profesjonalnie związane z popkulturą, czy to w postaci kariery naukowej, czy np. prowadzenia bloga o takiej tematyce. I choć Serialkon odbywał się dopiero drugi raz, wiecie też zapewne, że w tym roku zorganizowano całą nitkę programową w języku angielskim, wraz z zaproszonymi zza granicy gośćmi. Innymi słowy, Serialkon może być wciąż niewielkim eventem (chociaż z Mysiej perspektywy 1000 osób to taka ładna, w-sam-raz liczba), ale ambicje ma niemałe. I, co najważniejsze, potrafi tym ambicjom sprostać.

Stitch sand castle

Mniej więcej tak wyglądają Myszy przygotowania na Serialkon. Zbieram wszystko na kupkę i liczę, że nikt się nie zorientuje, że skleiłam to na krew, pot, łzy, słowo honoru i dobre chęci.

Nic więc dziwnego, że rozmawiając z jadącymi na Serialkon osobami dało się wyczuć pewien motyw przewodni: prelekcja musi być dobrze przygotowana. Nawet prawdziwe tuzy blogosfery stresowały się nieco przed wystąpieniem w Krakowie. It’s understandable. W sposób zupełnie organiczny narosła wokół wydarzenia swoista warstewka prestiżu i oczekiwań – jeśli tam jedziesz, trafiasz w krąg podobnych sobie miłośników seriali. Nie jest to luźna rozmowa przy służbowej kawie, gdzie możesz bezkarnie udawać, że obejrzałeś ostatni odcinek Game of Thrones, choć masz zaległe pół sezonu. Tu taka akcja nie przejdzie – zostaniesz wykryty.

Oczywiście nie próbuję przez to sugerować, że uczestnicy Serialkonu są skończonymi snobami, którzy wyśmieją każdego kto nie potrafi odróżnić Battlestar Galactica od Babylon 5. Wręcz należy na każdym kroku podkreślać jak sympatyczna i akceptująca panuje tam atmosfera – fellow fanów znajdzie tam zarówno miłośnik Steven Universe, niszowego rosyjskiego dramatu w odcinkach, jak i odnoszącego sukcesy serialu o zombie. Niemniej sami prelegenci i uczestnicy narzucają sobie pewne modus operandi. A to głosi, że jeśli chcesz przemawiać przed grupą w miarę poinformowanych słuchaczy, powinieneś nie tylko zaproponować interesujący, nieoczywisty temat, ale także umieć ciekawie o nim opowiedzieć. No bo na jakim innym konwencie będziecie mogli posłuchać o tym, jak brytyjska popkultura rozlicza się ze swoją niechlubną historią, albo o tym, w jaki sposób wciąż na nowo pokazywać relację Sherlocka Holmesa i Irene Adler? Bądźmy szczerzy: inne konwenty, choć coraz częściej poruszają tematykę serialową, rzadko wchodzą w -aż takie- szczegóły.

Mysz ma nadzieję, że nikt nigdy nie odebrał jej przed-Serialkonowych jęków i żali jako krytyki. Tak po prawdzie, nie wiem czy kiedykolwiek nadziękuję się Katli za to, że  w ogóle zaprosiła mnie na pierwszą edycję festiwalu; ba, wiernie trzymała Mysz za łapkę, gdy ta uginała się pod ciężarem wątpliwości i obsesyjnego researchu, przygotowując się do swojej pierwszej prelekcji, back in 2014. I gwoli informacji, właśnie to Mysz uznaje za swój osobisty barometr, jeśli chodzi o jakość Serialkonu – to jedyny konwent na który jestem w stanie w ogóle rozważyć przygotowanie prelekcji. Dlaczego? Bo efekt końcowy wart jest zarówno włożonego weń wysiłku i pracy, jak i nieprawdopodobnego wręcz stresu, przeżywanego wcześniej. Mysz nawet teraz, pisząc te słowa, na samo wspomnienie tego jak się przed Serialkonem czuła aż łapie się melodramatycznie za pierś, bo słabo jej się robi.

Zapytacie pewnie czemu, skoro tak bardzo to odchorowuję, decyduję się w ogóle cokolwiek na Serialkon przygotowywać, zwłaszcza że tym razem wiedziałam mniej-więcej na co się piszę. Cóż, powodów jest kilka. Jeden wynika z Mysiego poczucia przyzwoitości – skoro już zostałam zaproszona jako gość, na konwent który istnieje wyłącznie z pasji miłośników seriali (have I mentioned, że wstęp na Serialkon jest darmowy?), wypadałoby dołożyć do niego swoją cegiełkę. Przy czym wychodzę z założenia, że wzięcie udziału w panelu dyskusyjnym to raczej niewielki wysiłek – odpowiadamy (najlepiej w miarę ciekawie i ze znawstwem) na pytania prowadzącego, dyskutując ze współ-panelistami i udzielającą się entuzjastycznie publicznością. Ale przygotować prelekcję, poprowadzić ją samemu, zainteresować słuchaczy tym co mamy do powiedzenia… to już inna para kaloszy. Wymaga to pewnego wkładu własnego, zaangażowania i przygotowania. Czas – i stres – poświęcony na przygotowanie prelekcji, która stanie się jednym z punktów wypełniających program Serialkonu, to dla Myszy swoisty rodzaj odpłaty. Za zaproszenie, za pokładane we mnie zaufanie, wreszcie – za metaforyczne uchylenie rąbka kapelusza przed Myszy wiedzą i umiejętnościami. Bo skoro organizatorzy proszą Mysz o przygotowanie punktu programu, they must have a reason for it. A głupio byłoby ich zawieść, prawda?

Tumblr - mistake death

Też tak czasem macie? I get that every.single.time.

Kolejny powód to, nie oszukujmy się, swoisty prestiż. Miło móc dopisać sobie “prelegent” do mentalnego resume, a i tempo w jakim Serialkon się rozwija – zbierając właściwie wyłącznie pozytywne oceny i reakcje – każe Myszy podejrzewać, że ma on szansę urosnąć do rangi naprawdę istotnego wydarzenia na arenie popkulturowego dyskursu (i to nie tylko tego odbywającego się w granicach Polski). Jest coś ciepłego, puchatego i bardzo przyjemnego w myśli, że nie tylko wzięłam udział w pierwszej edycji Serialkonu jako jego uczestnik, ale także zaproszony gość; przy czym ambitnie zakładam, że będę się w Krakowie pojawiać co roku, by móc na własne oczy obserwować, jak Serialkon się rozwija. If I’m still wanted, that is.

Zanim pomyślicie sobie, że Mysz jest istotą płytką, bo czerpie frajdę z niemal dziecinnego uczucia pt. “PIERWSZA!!1!one!”, zastanówcie się sami: czy w każdym z nas nie drzemie taki malutki hipster-egoista? Niekoniecznie musi to być zielony potwór zazdrości i snobizmu – ot, możemy po prostu uśmiechnąć się radośnie, gdy ktoś powie “Wow, ta książka, którą mi poleciłaś–jest taka dobra. A teraz wszyscy o niej mówią”. Sami przyznacie: miło jest zobaczyć, że poznaliśmy się na czymś zanim dane “coś” trafiło do mainstreamu. Miło jest usłyszeć: “To dzięki tobie sięgnęłam po ten serial”, “Gdyby nie ty, nie przesłuchałabym tej płyty”. You can judge me all you want, ale prawda jest taka, że miło jest być docenianym i czuć się częścią jakiegoś ruchu czy zjawiska–nawet jeśli jest to coś tak prozaicznego, jak fala zachwytów nad najnowszym hitem HBO.

Innymi słowy, Serialkon jest dla mnie czymś ważnym; czymś z czym wiążę duże nadzieje na przyszłość. Niektórym może się to wydać dziwne, ale w chwilach spadku nastroju Mysz często ratuje się myślą o kolejnym Serialkonie – o spotkaniu z dawno niewidzianymi znajomymi, pełnym zażartych dyskusji i niszowych żartów, które zrozumie tylko fellow fan. Ba, choć minęły dopiero dwa lata, Serialkon już stał się dla Myszy nową, świecką tradycją. I wcale się nie zdziwię jeśli kiedyś pojadę tam z małym Myszeństwem, coby i jemu zaszczepić miłość do seriali.

Trzeci powód jest bardziej osobisty. Otóż Mysz chce się rozwijać. Z czysto ideologicznego punktu widzenia, stawianie czoła własnym lękom – w tym wypadku np. Myszy zmierzenie się z obawą przed publicznym przemawianiem – wydaje się działaniem słusznym, bo pozwala nam skonfrontować (często wydumane) wątpliwości ze stanem faktycznym. Poza tym przygotowanie prelekcji to nieco wyższy stopień popkulturowego wtajemniczenia niż notka na bloga. Owszem, obie te rzeczy wymagają włożenia w nie wysiłku: przeprowadzenia researchu, wyciągnięcia odpowiednich wniosków, wysnucia interesujących teorii i ułożenia tego wszystkiego w spójną, sensowną całość. Jednak wygłoszenie prelekcji zakłada także, że (optymistyczny scenariusz) nie wynudzimy słuchaczy. Do Mysiej notki możecie zawsze wrócić, jeśli Was znudzi; ba, w ogóle możecie jej nie czytać albo przerwać czytanie w dowolnym momencie. I choć teoretycznie to samo można zrobić z prelekcją na konwencie – ie. wyjść w trakcie jej trwania – stopień zaangażowania jest nieco inny, zarówno ze strony prelegenta, jak i uczestników. Trzeba po pierwsze ruszyć się z domu i przyjechać na konwent; z kolei potem trzeba się zmierzyć ze zmorą każdego konwentowicza, czyli wybrać interesujący punkt programu kosztem lawiny innych ciekawych propozycji. Prelegent z kolei powinien nie tylko mówić ciekawie, ale także przystępnie, czyli w taki sposób, który (w idealnych warunkach) pozwoli osobie niezorientowanej połapać się w serialu na tyle, by zdołała zrozumieć omawiane zagadnie.  Basically, dobrze byłoby, gdyby prelekcja na której wylądujemy miała przysłowiowe ręce i nogi.

Przy czym warto zaznaczyć, że dla Myszy – która jak wiemy nie umie w krótkie notki – przygotowanie prelekcji która spełniałaby te wszystkie warunki, a dodatkowo była także zwięzła i mieściła się w przepisowych 50 minutach to nie lada wyzwanie ;)

Untitled-1

Piszę to wszystko by uświadomić Wam, jak ważne jest dla mnie przygotowanie na Serialkon czegoś, z czego będę dumna; że choć narzekam, jojczę i płaczę (czasem bardzo malowniczo), ultimately uważam, że cały stres i wysiłek jest tego wart. Zwłaszcza że jak słusznie zauważył Luby, nieważne jak duży byłby stres poprzedzający prelekcję, i jak bardzo strach odbierałby oddech w trakcie wygłaszania prezentacji, gdy już jest po wszystkim, człowiek pamięta tylko te dobre emocje – głównie radość, że to już koniec i mamy spokój na kolejny rok; że udało się wszystko powiedzieć w miarę składnie, i że nikt nie rzucił zgniłym pomidorem; że ludziom się chyba nawet podobało, wnioskując po brawach. Luby ochrzcił to “efektem porodu” i Mysz sądzi, że coś w tym jest. Mówi się, że po porodzie u kobiet działa niepamięć wsteczna. Trzymane w ramionach zawiniątko przyćmiewa wszystko, a one zapominają kompletnie o bólu, który odczuwały – dzięki temu zresztą są w stanie zdecydować się na ewentualne posiadanie kolejnych dzieci. Jak się okazuje, Mysz przeżyła coś bardzo podobnego – dopiero przejrzenie archiwum fanpage’a uświadomiło mi, jak bardzo moje tegoroczne lęki związane z przygotowaniem prezentacji pokrywały się z tymi zeszłorocznymi. Ich podobieństwo było wręcz komicznie zbieżne; można wręcz wysnuć teorię, że w sytuacjach stresowych Mysz ma stały zestaw emocjonalnych “faz” przez które przechodzi.

Tu jednak dochodzimy do sedna problemu (yeah, fat chance!) i źródła braku nowych notek: otóż Mysz nijak nie umie uznać Serialkonu 2015 za sukces. I strasznie, ale to strasznie się z tym gryzie.

Nie mówię oczywiście o samym wydarzeniu, które pozostanie przemiłym wspomnieniem. Mówię o swojej prelekcji. Przy czym muszę zaznaczyć, że choć w zeszłym roku stresowałam się równie mocno i równie uparcie poddawałam jakość swej prezentacji o American Horror Story w wątpliwość, robiłam to właściwie jedynie -przed- wystąpieniem. Gdy umilkły końcowe brawa, Mysz ku własnemu zaskoczeniu stwierdziła, że jest z siebie zadowolona. Może i głos mi drżał przez pierwsze 30 minut, może z raz czy dwa straciłam wątek, może zbyt rzadko patrzyłam w oczy słuchaczom, ale jak na pierwszy raz, poszło dobrze. Nawet udało mi się zmieścić w przepisowym czasie, a kilka osób poczuło się zachęcone by sięgnąć po AHS i dać serialowi szansę. Honestly, that’s all I could’ve hoped for.

Niestety, choć tegoroczna prelekcja o Penny Dreadful (co ja mam z tymi horrorami? Plaga jakaś?) była w Myszy odczuciu przynajmniej tak dobra i ciekawa jak to o AHS pod względem researchu, omawianych zagadnień, dorobienia tez pod zamysły twórców, wysnucia ciekawych teorii i podparcia ich przykładami z serialu, itd. (czyli wszystkie te rzeczy, które sprawiają mi, jako osobie tworzącej prezentację największą frajdę i satysfakcję)… nie mogę jej uznać za udaną. Więcej: uważam, że była fatalna. A przynajmniej nie tak dobra, jak mogła być.

Fakt, że prezentacja nie potoczyła się po Mysiej myśli wbrew pozorom nic nie oznacza. Wręcz przeciwnie: jeśli zapytacie osób, które były wówczas na sali, usłyszycie same superlatywy. I nie mówię tego przez fałszywy brak skromności, ani by zatchnąć się własną zajebistością – wiele osób, zarówno mi bliskich jak i zupełnie obcych, podchodziło do Myszy po prelekcji by powiedzieć, jak bardzo im się podobało.

Ⓒ | rubyetc

Ⓒ | rubyetc

But honestly?… that only makes it worse.

Widzicie, Mysz uciekła z bloga na tak długo, bo musiała się zmierzyć z własnymi demonami, które niechcący wypłynęły przy okazji Serialkonu. Wizyty u psychologa pomagają, ale wciąż są zbyt sporadyczne, by w pełni stawić czoła problemowi. A ten brzmi: Mysz ma zatrważająco niskie poczucie własnej wartości. Basically, nikt nie myśli o Myszy gorzej niż Mysz; sama jestem dla siebie najsurowszym krytykiem, sama stawiam sobie najwyższe wymagania.

Znacie tę teorię, że prokrastynacja często bierze się z chorobliwego perfekcjonizmu?… że zwichrowana psychika wmawia człowiekowi, że lepiej jest w ogóle czegoś nie robić, niż ryzykować, że zrobi się to “nie dość dobre”? Mysz jest koronnym przykładem, że ta teoria ma prawo bytu. Zjawisko to – które Mysz na własny użytek ochrzciła Not-Good-Enough Syndrome (bo właśnie ta myśl najczęściej mi towarzyszy) – sprawia, że spędzam godziny na researchu, próbując przeczytać WSZYSTKO w danym temacie, mimo że jest to fizycznie niemożliwe. Pisząc notki, próbuję uwzględnić WSZYSTKIE punkty widzenia, wymienić WSZYSTKIE wady i zalety, pamiętać WSZYSTKIE przemyślenia które miałam podczas filmu, a które warto byłoby spisać. Chcę… nie, muszę być najlepsza. Bo jeśli nie jestem najlepsza to jestem… cóż, żadna. Nie dość dobra.

Ⓒ | Sarah's Scribbles

Ⓒ | Sarah’s Scribbles

Domorosła psychologia pozwala łatwo prześledzić skąd biorą się takie problemy. Bierzemy zdolne, ale leniwe dziecko (któremu uparcie wmawiamy, że jest zdolne, ale leniwe, i że gdyby tylko trochę się przyłożyło to świat stałby przed nim otworem), a następnie uparcie porównujemy je z innymi dziećmi. “Mamo, dostałam czwórkę?”. “A dlaczego nie piątkę?”. “Czwórka to najlepsza ocena w klasie, nikt nie dostał piątki”. “Tak, ale ty nie jesteś wszyscy”.

W takiej sytuacji nie jest istotne czy dziecko rzeczywiście jest wybitnie inteligentne/zdolne/utalentowane i czy naprawdę stać je było na więcej. Twierdząc, że nie było “dość dobre” (nie ważne na jakim poziomie plasujemy to “dość dobre”) sprawiamy, że takie dziecko nie zna swojej własnej wartości; umie ją określić tylko w opozycji do kogoś innego. Jeśli jednak dziecko rzeczywiście się postarało, a mimo to usłyszało, że “mogło lepiej”, doprowadzamy do jeszcze skrajniejszej sytuacji: nie ważne jak wiele wysiłku/czasu/energii dziecko włoży w daną rzecz, zawsze będzie to za mało. Innymi słowy prezentujemy dziecku króliczka, którego nigdy nie dogoni. Niestety, przy okazji odbieramy całą przyjemność z samego gonienia króliczka, czyli tego, co w gruncie rzeczy powinno sprawiać największą frajdę. Bo co to za frajda gonić futrzaka, gdy na koniec usłyszymy: “A dlaczego to nie jest lisek?”. Droga powinna się liczyć bardziej, niż cel na końcu drogi. Niestety, dziecko wychowane w poczuciu, że jest not good enough nie będzie cieszyć się podróżą, wąchając po drodze kwiatki i podziwiając piękno przyrody – będzie zbyt skupione na majaczącym na horyzoncie nieosiągalnym celu.

Naturalnie, najłatwiej byłoby zrzucić wszystko na rodziców i nieumiejętne wychowanie. Prawda jest jednak taka, że Mysz nie ma rodzicom za złe, że jest jaka jest – stało się i już, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Poza tym bardzo możliwe, że już wcześniej miałam ku temu predyspozycje, a i zachorowanie w młodym wieku, a także wszelkie związane z tym problemy (m.in. fakt, że musiałam nieco szybciej “wydorośleć”) z pewnością też się przyczyniły do rozwoju tego zjawiska.

Trudno jednak uciec od rzeczywistości, a ta dobitnie pokazuje, że trudno się z żyje z takim mentalnym kamieniem u szyi. Na co dzień może i nie przeszkadza jakoś wybitnie, ale zdziwilibyście się w jak wielu drobnych sprawach podejście “albo wcale, albo raz a dobrze” utrudnia życie. Przykładowo Mysz potrafi nie sprzątać pokoju przez kilka miesięcy bo “przecież to się nie opłaca, zaraz się znowu ubrudzi”, by potem jednego dnia sprzątać 10 godzin, bez przerwy na jedzenie czy picie (obsessive behavior, anyone?). Nie pójdę do lekarza, bo nie zrobiłam badań krwi, a bez nich nie opłaca się iść. Przełożę wizytę i wtedy zrobię wszystkie badania – jutro. Jutro zrobię perfekcyjnie to czego nie jestem w stanie zrobić poprawnie dzisiaj. Jutro. Reset. Jutro przestanę być rozlazłą, leniwą bułą, która niczego nie umie zrobić dobrze. Ale to dopiero JUTRO. Dzisiaj obejrzę jeszcze odcinek serialu. Albo spędzę 5 godzin klikając w linki na TV Tropes. A jutro – nowe, lepsze życie. Sukces za sukcesem, bo już nie dam się wątpliwościom i lękom. Ja jestem ponad przyziemne, prozaiczne problemy. Jestem od tego lepsza. Bo ja nie jestem wszyscy.

comparison

W związku z tym, nie przyjmuję do wiadomości argumentu, że prelekcja w tym roku była moim pierwszym wystąpieniem po angielsku; że miałam prawo się stresować, powtarzać co chwila “what’s interesting is…” i zapominać języka w gębie. Że każda osoba z którą rozmawiałam była pod wrażeniem researchu, który włożyłam w notkę, by nie powiedzieć, że niektórzy byli wręcz jego ilością przerażeni, bo to nie jest normalne. Że sporo osób poczuło się moją prelekcją zachęconych do dania Penny Dreadful drugiej szansy, czy wręcz do obejrzenia serialu po raz pierwszy. Że była to śliczna, fajnie skonstruowana prezentacja, w niegłupi sposób rozpatrująca ciekawe zagadnienia społeczne w kontekście serialu, który dopiero przy głębszym przyjrzeniu pokazuje swoją głębię i złożoność, i to jak mądrze zmierza się z pewnymi istotnymi zagadnieniami, z którymi wiele innych produkcji miewa problemy. Że Luby po fakcie posadził mnie i wytłumaczył niczym krowie na rowie, dlaczego to była dobra prelekcja, i mówił to nie jako mój partner, ale jako obiektywny słuchacz, który nie ma żadnego interesu w tym, żeby mi kadzić (za co jestem mu bardzo wdzięczna).

Nie jest istotne, co mówią inni. Ich zdanie nie tyle mnie nie obchodzi, ile jest dla mnie nieistotne (co jest ciekawe biorąc pod uwagę, że to właśnie do innych się porównuję). Bo oni nie rozumieją. Oni nie wiedzą. To nie tak miało być. To miało być inaczej, lepiej. Dla nich to mogła być świetna prezentacja, ale dla mnie nie. Bo ja nie jestem wszyscy. Bo stać mnie na więcej.

Bo przecież nie zdążyłam wszystkiego powiedzieć. Zapomniałam o klikaniu, żeby pojawiały się kolejne gify, które pracowicie renderowałam przez tyle godzin. Plątałam się w mówieniu. Nie umiałam na poczekaniu wymyślić synonimu do “what’s interesting is…”. Kilka razy straciłam wątek, bo w panice skracałam ilość informacji do przekazania, a i tak się nie wyrobiłam w przydzielonym czasie…

Not even joking: przyszedł taki moment, że perspektywa pokazania kolejnego slajdu (który nijak nie chciał być tym ostatnim, żebym mogła już stamtąd uciec)… omówienia go w ten kulawy, niepewny sposób – zupełnie inny od tego, który ćwiczyłam, gdy całą noc przed prezentacją nie mogłam spać i 8 razy powiedziałam całą prezentację od początku do końca, dowcipnie, z żarcikami i bez problemu mieszcząc się w czasie, więc z pełną świadomością, że potrafię to zrobić – sprawiła, że prawie rzuciłam mikrofon, wybiegając z sali z płaczem. Jedyne co mnie przed tym powstrzymało to myśl, jak melodramatycznie by to wyglądało i ile bym się przez to wstydu najadła. Nikomu nie polecam tej niewysłowionej rezygnacji i pogodzenia z własną niedostatecznością, którą wówczas poczułam, czując na sobie nieświadome mych rozterek spojrzenia zebranych na sali słuchaczy.

Spaczony umysł, zawzięty w tym by udowodnić mi jak wielkim jestem loserem, podpowiada mi jednak jeszcze gorszą opcję: ci wszyscy ludzie bardzo dobrze wiedzą, jak fatalnie mi poszło, ale nie chcą powiedzieć mi tego w twarz. Zwyczajnie jest im mnie żal; żal im stresu przez który niepotrzebnie przeszłam, żal im idiotki, jaką z siebie zrobiłam. Po co kopać leżącego. “Niech chociaż sierota komplement usłyszy” – usłużnie podszeptuje poczucie wartości wielkości pierwotniaka.

I żeby było jasne: nie narzekam na swoje wady, porażki i niedociągnięcia dlatego, że chcę słuchać jak ludzie mnie chwalą. To nie jest tanie zagranie, by egoistycznie podbudować sobie ego. Umówmy się: jeśli będzie przeciwny do moim przekonań, nie uwierzę w żaden komplement, nie ważne jak bardzo byłby zgodny ze stanem faktycznym. Bo ja wiem lepiej. A ty nie wiesz, że stać mnie na więcej. Bo ja nie jestem wszyscy.

Fantastic Mr Fox gif

Jakież samotne życie ma człowiek, który nikomu nie jest w stanie zaufać na tyle, by szanować jego zdanie. Serio, wiecie jakie to bezbrzeżnie smutne, słyszeć wokół miłe słowa i KAŻDE poddawać w wątpliwość? Nie pozwolić żadnemu przebić się przez ogłuszający wrzask własnej psychiki, powtarzającej w kółko: NOTGOODENOUGH-NOTGOODENOUGH-NOTGOODENOUGH…

… znacie to dowcipne powiedzenie: “Nobody is perfect… my name is Nobody” ?

Cześć. Jestem Panna Nikt.

And hopefully tomorrow I’ll be good enough.