Panna Nikt, czyli nobody is perfect.

Bardzo niepopkulturowa notka, tłumacząca czemu ostatnio na blogu było tak cicho…

WARNING:
w połowie pisania tej notki uciekł mi sens i zamiast niego jest strumień świadomości i silnych emocji.
Also
: ilustracji jest wybitnie mało. Ale za to są bardzo adekwatne.
Beg your pardon.

Na blogu zapanowała wręcz upiorna cisza. Nic tylko z rezygnacją obserwować, jak przez pole widzenia smętnie przetacza się kłąb tumbleweed, a nad głową majaczą złowieszcze cienie sępów. Jest jednak ku temu powód, a brzmi on szalenie prozaicznie: kłopoty natury mentalnej.

Zanim Mysz wpadła w kolejny ze swoich marazmów (they’re almost boringly predictable by now), planowała napisać relację z tegorocznego Serialkonu, pełną zarówno zachwytów nad samym wydarzeniem – z roku na rok działającym coraz prężniej, a przecież to dopiero jego druga edycja! – jak i rozważań i rozmyślań, których stał się zarzewiem. Bo jeśli jest coś, co Serialkon robi lepiej niż jakikolwiek inny zjazd fanów popkultury wszelakiej, oprócz dostarczania rozrywki i dobrej zabawy, to zmusza do myślenia.

Do tej pory pojawiło się kilka relacji z krakowskiego festiwalu fanów seriali – m.in. u Zwierza, Megu, Cathii, Rusty, a także w Myszmaszowym podcaście – więc Mysz może od siebie dodać jedynie, że bawiła się świetnie, zwłaszcza wieczorami, gdy po skończonych prelekcjach, konkursach i panelach dyskusyjnych, wraz z towarzystwem około-blogerskim szliśmy na kolację, obfitującą tyleż w pyszne potrawy co w angażującą i wesołą dyskusję.

Things, however, aren’t that simple. Bo choć dla Myszy Serialkon jest nieustającym źródłem radości (i mam nadzieję, że takowym pozostanie), jest też źródłem ogromnego stresu. Czytelnicy którym w okresie przed festiwalem zdarzyło się zajrzeć na Myszy fanpage wiedzą, jak silnie przeżywałam prelekcję, którą zobowiązałam się na Serialkonie wygłosić. Przy czym choć na konwenty jeżdżę w miarę regularnie od paru lat, dopiero od niedawna zdecydowałam się stanąć po prelegenckiej stronie pulpitu, a i wówczas staram się ograniczać zakres obowiązków do prowadzenia konkursów. Ich formuła sprzyja niewielkiej presji, a wielkiej frajdzie, zarówno (hopefully) dla biorących udział, jak i dla Myszy, która z lubością dłubie godzinami w researchu, by owe konkursy przygotować.

Z Serialkonem jest jednak inna sytuacja. Jeśli braliście udział w tym wydarzeniu, lub czytaliście o nim w Internecie, pamiętacie pewnie jak często podkreśla się jego wysoki poziom. Choć w założeniu jest to zjazd fanów seriali – począwszy od tych naprawdę casualowych oglądaczy, aż po nieodchodzących od odbiornika fanatyków – i prelekcje prowadzą przede wszystkim szeroko pojęci pasjonaci, często można wśród nich znaleźć osoby mniej lub bardziej profesjonalnie związane z popkulturą, czy to w postaci kariery naukowej, czy np. prowadzenia bloga o takiej tematyce. I choć Serialkon odbywał się dopiero drugi raz, wiecie też zapewne, że w tym roku zorganizowano całą nitkę programową w języku angielskim, wraz z zaproszonymi zza granicy gośćmi. Innymi słowy, Serialkon może być wciąż niewielkim eventem (chociaż z Mysiej perspektywy 1000 osób to taka ładna, w-sam-raz liczba), ale ambicje ma niemałe. I, co najważniejsze, potrafi tym ambicjom sprostać.

Stitch sand castle

Mniej więcej tak wyglądają Myszy przygotowania na Serialkon. Zbieram wszystko na kupkę i liczę, że nikt się nie zorientuje, że skleiłam to na krew, pot, łzy, słowo honoru i dobre chęci.

Nic więc dziwnego, że rozmawiając z jadącymi na Serialkon osobami dało się wyczuć pewien motyw przewodni: prelekcja musi być dobrze przygotowana. Nawet prawdziwe tuzy blogosfery stresowały się nieco przed wystąpieniem w Krakowie. It’s understandable. W sposób zupełnie organiczny narosła wokół wydarzenia swoista warstewka prestiżu i oczekiwań – jeśli tam jedziesz, trafiasz w krąg podobnych sobie miłośników seriali. Nie jest to luźna rozmowa przy służbowej kawie, gdzie możesz bezkarnie udawać, że obejrzałeś ostatni odcinek Game of Thrones, choć masz zaległe pół sezonu. Tu taka akcja nie przejdzie – zostaniesz wykryty.

Oczywiście nie próbuję przez to sugerować, że uczestnicy Serialkonu są skończonymi snobami, którzy wyśmieją każdego kto nie potrafi odróżnić Battlestar Galactica od Babylon 5. Wręcz należy na każdym kroku podkreślać jak sympatyczna i akceptująca panuje tam atmosfera – fellow fanów znajdzie tam zarówno miłośnik Steven Universe, niszowego rosyjskiego dramatu w odcinkach, jak i odnoszącego sukcesy serialu o zombie. Niemniej sami prelegenci i uczestnicy narzucają sobie pewne modus operandi. A to głosi, że jeśli chcesz przemawiać przed grupą w miarę poinformowanych słuchaczy, powinieneś nie tylko zaproponować interesujący, nieoczywisty temat, ale także umieć ciekawie o nim opowiedzieć. No bo na jakim innym konwencie będziecie mogli posłuchać o tym, jak brytyjska popkultura rozlicza się ze swoją niechlubną historią, albo o tym, w jaki sposób wciąż na nowo pokazywać relację Sherlocka Holmesa i Irene Adler? Bądźmy szczerzy: inne konwenty, choć coraz częściej poruszają tematykę serialową, rzadko wchodzą w -aż takie- szczegóły.

Mysz ma nadzieję, że nikt nigdy nie odebrał jej przed-Serialkonowych jęków i żali jako krytyki. Tak po prawdzie, nie wiem czy kiedykolwiek nadziękuję się Katli za to, że  w ogóle zaprosiła mnie na pierwszą edycję festiwalu; ba, wiernie trzymała Mysz za łapkę, gdy ta uginała się pod ciężarem wątpliwości i obsesyjnego researchu, przygotowując się do swojej pierwszej prelekcji, back in 2014. I gwoli informacji, właśnie to Mysz uznaje za swój osobisty barometr, jeśli chodzi o jakość Serialkonu – to jedyny konwent na który jestem w stanie w ogóle rozważyć przygotowanie prelekcji. Dlaczego? Bo efekt końcowy wart jest zarówno włożonego weń wysiłku i pracy, jak i nieprawdopodobnego wręcz stresu, przeżywanego wcześniej. Mysz nawet teraz, pisząc te słowa, na samo wspomnienie tego jak się przed Serialkonem czuła aż łapie się melodramatycznie za pierś, bo słabo jej się robi.

Zapytacie pewnie czemu, skoro tak bardzo to odchorowuję, decyduję się w ogóle cokolwiek na Serialkon przygotowywać, zwłaszcza że tym razem wiedziałam mniej-więcej na co się piszę. Cóż, powodów jest kilka. Jeden wynika z Mysiego poczucia przyzwoitości – skoro już zostałam zaproszona jako gość, na konwent który istnieje wyłącznie z pasji miłośników seriali (have I mentioned, że wstęp na Serialkon jest darmowy?), wypadałoby dołożyć do niego swoją cegiełkę. Przy czym wychodzę z założenia, że wzięcie udziału w panelu dyskusyjnym to raczej niewielki wysiłek – odpowiadamy (najlepiej w miarę ciekawie i ze znawstwem) na pytania prowadzącego, dyskutując ze współ-panelistami i udzielającą się entuzjastycznie publicznością. Ale przygotować prelekcję, poprowadzić ją samemu, zainteresować słuchaczy tym co mamy do powiedzenia… to już inna para kaloszy. Wymaga to pewnego wkładu własnego, zaangażowania i przygotowania. Czas – i stres – poświęcony na przygotowanie prelekcji, która stanie się jednym z punktów wypełniających program Serialkonu, to dla Myszy swoisty rodzaj odpłaty. Za zaproszenie, za pokładane we mnie zaufanie, wreszcie – za metaforyczne uchylenie rąbka kapelusza przed Myszy wiedzą i umiejętnościami. Bo skoro organizatorzy proszą Mysz o przygotowanie punktu programu, they must have a reason for it. A głupio byłoby ich zawieść, prawda?

Tumblr - mistake death

Też tak czasem macie? I get that every.single.time.

Kolejny powód to, nie oszukujmy się, swoisty prestiż. Miło móc dopisać sobie „prelegent” do mentalnego resume, a i tempo w jakim Serialkon się rozwija – zbierając właściwie wyłącznie pozytywne oceny i reakcje – każe Myszy podejrzewać, że ma on szansę urosnąć do rangi naprawdę istotnego wydarzenia na arenie popkulturowego dyskursu (i to nie tylko tego odbywającego się w granicach Polski). Jest coś ciepłego, puchatego i bardzo przyjemnego w myśli, że nie tylko wzięłam udział w pierwszej edycji Serialkonu jako jego uczestnik, ale także zaproszony gość; przy czym ambitnie zakładam, że będę się w Krakowie pojawiać co roku, by móc na własne oczy obserwować, jak Serialkon się rozwija. If I’m still wanted, that is.

Zanim pomyślicie sobie, że Mysz jest istotą płytką, bo czerpie frajdę z niemal dziecinnego uczucia pt. „PIERWSZA!!1!one!”, zastanówcie się sami: czy w każdym z nas nie drzemie taki malutki hipster-egoista? Niekoniecznie musi to być zielony potwór zazdrości i snobizmu – ot, możemy po prostu uśmiechnąć się radośnie, gdy ktoś powie „Wow, ta książka, którą mi poleciłaś–jest taka dobra. A teraz wszyscy o niej mówią”. Sami przyznacie: miło jest zobaczyć, że poznaliśmy się na czymś zanim dane „coś” trafiło do mainstreamu. Miło jest usłyszeć: „To dzięki tobie sięgnęłam po ten serial”, „Gdyby nie ty, nie przesłuchałabym tej płyty”. You can judge me all you want, ale prawda jest taka, że miło jest być docenianym i czuć się częścią jakiegoś ruchu czy zjawiska–nawet jeśli jest to coś tak prozaicznego, jak fala zachwytów nad najnowszym hitem HBO.

Innymi słowy, Serialkon jest dla mnie czymś ważnym; czymś z czym wiążę duże nadzieje na przyszłość. Niektórym może się to wydać dziwne, ale w chwilach spadku nastroju Mysz często ratuje się myślą o kolejnym Serialkonie – o spotkaniu z dawno niewidzianymi znajomymi, pełnym zażartych dyskusji i niszowych żartów, które zrozumie tylko fellow fan. Ba, choć minęły dopiero dwa lata, Serialkon już stał się dla Myszy nową, świecką tradycją. I wcale się nie zdziwię jeśli kiedyś pojadę tam z małym Myszeństwem, coby i jemu zaszczepić miłość do seriali.

Trzeci powód jest bardziej osobisty. Otóż Mysz chce się rozwijać. Z czysto ideologicznego punktu widzenia, stawianie czoła własnym lękom – w tym wypadku np. Myszy zmierzenie się z obawą przed publicznym przemawianiem – wydaje się działaniem słusznym, bo pozwala nam skonfrontować (często wydumane) wątpliwości ze stanem faktycznym. Poza tym przygotowanie prelekcji to nieco wyższy stopień popkulturowego wtajemniczenia niż notka na bloga. Owszem, obie te rzeczy wymagają włożenia w nie wysiłku: przeprowadzenia researchu, wyciągnięcia odpowiednich wniosków, wysnucia interesujących teorii i ułożenia tego wszystkiego w spójną, sensowną całość. Jednak wygłoszenie prelekcji zakłada także, że (optymistyczny scenariusz) nie wynudzimy słuchaczy. Do Mysiej notki możecie zawsze wrócić, jeśli Was znudzi; ba, w ogóle możecie jej nie czytać albo przerwać czytanie w dowolnym momencie. I choć teoretycznie to samo można zrobić z prelekcją na konwencie – ie. wyjść w trakcie jej trwania – stopień zaangażowania jest nieco inny, zarówno ze strony prelegenta, jak i uczestników. Trzeba po pierwsze ruszyć się z domu i przyjechać na konwent; z kolei potem trzeba się zmierzyć ze zmorą każdego konwentowicza, czyli wybrać interesujący punkt programu kosztem lawiny innych ciekawych propozycji. Prelegent z kolei powinien nie tylko mówić ciekawie, ale także przystępnie, czyli w taki sposób, który (w idealnych warunkach) pozwoli osobie niezorientowanej połapać się w serialu na tyle, by zdołała zrozumieć omawiane zagadnie.  Basically, dobrze byłoby, gdyby prelekcja na której wylądujemy miała przysłowiowe ręce i nogi.

Przy czym warto zaznaczyć, że dla Myszy – która jak wiemy nie umie w krótkie notki – przygotowanie prelekcji która spełniałaby te wszystkie warunki, a dodatkowo była także zwięzła i mieściła się w przepisowych 50 minutach to nie lada wyzwanie ;)

Untitled-1

Piszę to wszystko by uświadomić Wam, jak ważne jest dla mnie przygotowanie na Serialkon czegoś, z czego będę dumna; że choć narzekam, jojczę i płaczę (czasem bardzo malowniczo), ultimately uważam, że cały stres i wysiłek jest tego wart. Zwłaszcza że jak słusznie zauważył Luby, nieważne jak duży byłby stres poprzedzający prelekcję, i jak bardzo strach odbierałby oddech w trakcie wygłaszania prezentacji, gdy już jest po wszystkim, człowiek pamięta tylko te dobre emocje – głównie radość, że to już koniec i mamy spokój na kolejny rok; że udało się wszystko powiedzieć w miarę składnie, i że nikt nie rzucił zgniłym pomidorem; że ludziom się chyba nawet podobało, wnioskując po brawach. Luby ochrzcił to „efektem porodu” i Mysz sądzi, że coś w tym jest. Mówi się, że po porodzie u kobiet działa niepamięć wsteczna. Trzymane w ramionach zawiniątko przyćmiewa wszystko, a one zapominają kompletnie o bólu, który odczuwały – dzięki temu zresztą są w stanie zdecydować się na ewentualne posiadanie kolejnych dzieci. Jak się okazuje, Mysz przeżyła coś bardzo podobnego – dopiero przejrzenie archiwum fanpage’a uświadomiło mi, jak bardzo moje tegoroczne lęki związane z przygotowaniem prezentacji pokrywały się z tymi zeszłorocznymi. Ich podobieństwo było wręcz komicznie zbieżne; można wręcz wysnuć teorię, że w sytuacjach stresowych Mysz ma stały zestaw emocjonalnych „faz” przez które przechodzi.

Tu jednak dochodzimy do sedna problemu (yeah, fat chance!) i źródła braku nowych notek: otóż Mysz nijak nie umie uznać Serialkonu 2015 za sukces. I strasznie, ale to strasznie się z tym gryzie.

Nie mówię oczywiście o samym wydarzeniu, które pozostanie przemiłym wspomnieniem. Mówię o swojej prelekcji. Przy czym muszę zaznaczyć, że choć w zeszłym roku stresowałam się równie mocno i równie uparcie poddawałam jakość swej prezentacji o American Horror Story w wątpliwość, robiłam to właściwie jedynie -przed- wystąpieniem. Gdy umilkły końcowe brawa, Mysz ku własnemu zaskoczeniu stwierdziła, że jest z siebie zadowolona. Może i głos mi drżał przez pierwsze 30 minut, może z raz czy dwa straciłam wątek, może zbyt rzadko patrzyłam w oczy słuchaczom, ale jak na pierwszy raz, poszło dobrze. Nawet udało mi się zmieścić w przepisowym czasie, a kilka osób poczuło się zachęcone by sięgnąć po AHS i dać serialowi szansę. Honestly, that’s all I could’ve hoped for.

Niestety, choć tegoroczna prelekcja o Penny Dreadful (co ja mam z tymi horrorami? Plaga jakaś?) była w Myszy odczuciu przynajmniej tak dobra i ciekawa jak to o AHS pod względem researchu, omawianych zagadnień, dorobienia tez pod zamysły twórców, wysnucia ciekawych teorii i podparcia ich przykładami z serialu, itd. (czyli wszystkie te rzeczy, które sprawiają mi, jako osobie tworzącej prezentację największą frajdę i satysfakcję)… nie mogę jej uznać za udaną. Więcej: uważam, że była fatalna. A przynajmniej nie tak dobra, jak mogła być.

Fakt, że prezentacja nie potoczyła się po Mysiej myśli wbrew pozorom nic nie oznacza. Wręcz przeciwnie: jeśli zapytacie osób, które były wówczas na sali, usłyszycie same superlatywy. I nie mówię tego przez fałszywy brak skromności, ani by zatchnąć się własną zajebistością – wiele osób, zarówno mi bliskich jak i zupełnie obcych, podchodziło do Myszy po prelekcji by powiedzieć, jak bardzo im się podobało.

Ⓒ | rubyetc

Ⓒ | rubyetc

But honestly?… that only makes it worse.

Widzicie, Mysz uciekła z bloga na tak długo, bo musiała się zmierzyć z własnymi demonami, które niechcący wypłynęły przy okazji Serialkonu. Wizyty u psychologa pomagają, ale wciąż są zbyt sporadyczne, by w pełni stawić czoła problemowi. A ten brzmi: Mysz ma zatrważająco niskie poczucie własnej wartości. Basically, nikt nie myśli o Myszy gorzej niż Mysz; sama jestem dla siebie najsurowszym krytykiem, sama stawiam sobie najwyższe wymagania.

Znacie tę teorię, że prokrastynacja często bierze się z chorobliwego perfekcjonizmu?… że zwichrowana psychika wmawia człowiekowi, że lepiej jest w ogóle czegoś nie robić, niż ryzykować, że zrobi się to „nie dość dobre”? Mysz jest koronnym przykładem, że ta teoria ma prawo bytu. Zjawisko to – które Mysz na własny użytek ochrzciła Not-Good-Enough Syndrome (bo właśnie ta myśl najczęściej mi towarzyszy) – sprawia, że spędzam godziny na researchu, próbując przeczytać WSZYSTKO w danym temacie, mimo że jest to fizycznie niemożliwe. Pisząc notki, próbuję uwzględnić WSZYSTKIE punkty widzenia, wymienić WSZYSTKIE wady i zalety, pamiętać WSZYSTKIE przemyślenia które miałam podczas filmu, a które warto byłoby spisać. Chcę… nie, muszę być najlepsza. Bo jeśli nie jestem najlepsza to jestem… cóż, żadna. Nie dość dobra.

Ⓒ | Sarah's Scribbles

Ⓒ | Sarah’s Scribbles

Domorosła psychologia pozwala łatwo prześledzić skąd biorą się takie problemy. Bierzemy zdolne, ale leniwe dziecko (któremu uparcie wmawiamy, że jest zdolne, ale leniwe, i że gdyby tylko trochę się przyłożyło to świat stałby przed nim otworem), a następnie uparcie porównujemy je z innymi dziećmi. „Mamo, dostałam czwórkę?”. „A dlaczego nie piątkę?”. „Czwórka to najlepsza ocena w klasie, nikt nie dostał piątki”. „Tak, ale ty nie jesteś wszyscy”.

W takiej sytuacji nie jest istotne czy dziecko rzeczywiście jest wybitnie inteligentne/zdolne/utalentowane i czy naprawdę stać je było na więcej. Twierdząc, że nie było „dość dobre” (nie ważne na jakim poziomie plasujemy to „dość dobre”) sprawiamy, że takie dziecko nie zna swojej własnej wartości; umie ją określić tylko w opozycji do kogoś innego. Jeśli jednak dziecko rzeczywiście się postarało, a mimo to usłyszało, że „mogło lepiej”, doprowadzamy do jeszcze skrajniejszej sytuacji: nie ważne jak wiele wysiłku/czasu/energii dziecko włoży w daną rzecz, zawsze będzie to za mało. Innymi słowy prezentujemy dziecku króliczka, którego nigdy nie dogoni. Niestety, przy okazji odbieramy całą przyjemność z samego gonienia króliczka, czyli tego, co w gruncie rzeczy powinno sprawiać największą frajdę. Bo co to za frajda gonić futrzaka, gdy na koniec usłyszymy: „A dlaczego to nie jest lisek?”. Droga powinna się liczyć bardziej, niż cel na końcu drogi. Niestety, dziecko wychowane w poczuciu, że jest not good enough nie będzie cieszyć się podróżą, wąchając po drodze kwiatki i podziwiając piękno przyrody – będzie zbyt skupione na majaczącym na horyzoncie nieosiągalnym celu.

Naturalnie, najłatwiej byłoby zrzucić wszystko na rodziców i nieumiejętne wychowanie. Prawda jest jednak taka, że Mysz nie ma rodzicom za złe, że jest jaka jest – stało się i już, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Poza tym bardzo możliwe, że już wcześniej miałam ku temu predyspozycje, a i zachorowanie w młodym wieku, a także wszelkie związane z tym problemy (m.in. fakt, że musiałam nieco szybciej „wydorośleć”) z pewnością też się przyczyniły do rozwoju tego zjawiska.

Trudno jednak uciec od rzeczywistości, a ta dobitnie pokazuje, że trudno się z żyje z takim mentalnym kamieniem u szyi. Na co dzień może i nie przeszkadza jakoś wybitnie, ale zdziwilibyście się w jak wielu drobnych sprawach podejście „albo wcale, albo raz a dobrze” utrudnia życie. Przykładowo Mysz potrafi nie sprzątać pokoju przez kilka miesięcy bo „przecież to się nie opłaca, zaraz się znowu ubrudzi”, by potem jednego dnia sprzątać 10 godzin, bez przerwy na jedzenie czy picie (obsessive behavior, anyone?). Nie pójdę do lekarza, bo nie zrobiłam badań krwi, a bez nich nie opłaca się iść. Przełożę wizytę i wtedy zrobię wszystkie badania – jutro. Jutro zrobię perfekcyjnie to czego nie jestem w stanie zrobić poprawnie dzisiaj. Jutro. Reset. Jutro przestanę być rozlazłą, leniwą bułą, która niczego nie umie zrobić dobrze. Ale to dopiero JUTRO. Dzisiaj obejrzę jeszcze odcinek serialu. Albo spędzę 5 godzin klikając w linki na TV Tropes. A jutro – nowe, lepsze życie. Sukces za sukcesem, bo już nie dam się wątpliwościom i lękom. Ja jestem ponad przyziemne, prozaiczne problemy. Jestem od tego lepsza. Bo ja nie jestem wszyscy.

comparison

W związku z tym, nie przyjmuję do wiadomości argumentu, że prelekcja w tym roku była moim pierwszym wystąpieniem po angielsku; że miałam prawo się stresować, powtarzać co chwila „what’s interesting is…” i zapominać języka w gębie. Że każda osoba z którą rozmawiałam była pod wrażeniem researchu, który włożyłam w notkę, by nie powiedzieć, że niektórzy byli wręcz jego ilością przerażeni, bo to nie jest normalne. Że sporo osób poczuło się moją prelekcją zachęconych do dania Penny Dreadful drugiej szansy, czy wręcz do obejrzenia serialu po raz pierwszy. Że była to śliczna, fajnie skonstruowana prezentacja, w niegłupi sposób rozpatrująca ciekawe zagadnienia społeczne w kontekście serialu, który dopiero przy głębszym przyjrzeniu pokazuje swoją głębię i złożoność, i to jak mądrze zmierza się z pewnymi istotnymi zagadnieniami, z którymi wiele innych produkcji miewa problemy. Że Luby po fakcie posadził mnie i wytłumaczył niczym krowie na rowie, dlaczego to była dobra prelekcja, i mówił to nie jako mój partner, ale jako obiektywny słuchacz, który nie ma żadnego interesu w tym, żeby mi kadzić (za co jestem mu bardzo wdzięczna).

Nie jest istotne, co mówią inni. Ich zdanie nie tyle mnie nie obchodzi, ile jest dla mnie nieistotne (co jest ciekawe biorąc pod uwagę, że to właśnie do innych się porównuję). Bo oni nie rozumieją. Oni nie wiedzą. To nie tak miało być. To miało być inaczej, lepiej. Dla nich to mogła być świetna prezentacja, ale dla mnie nie. Bo ja nie jestem wszyscy. Bo stać mnie na więcej.

Bo przecież nie zdążyłam wszystkiego powiedzieć. Zapomniałam o klikaniu, żeby pojawiały się kolejne gify, które pracowicie renderowałam przez tyle godzin. Plątałam się w mówieniu. Nie umiałam na poczekaniu wymyślić synonimu do „what’s interesting is…”. Kilka razy straciłam wątek, bo w panice skracałam ilość informacji do przekazania, a i tak się nie wyrobiłam w przydzielonym czasie…

Not even joking: przyszedł taki moment, że perspektywa pokazania kolejnego slajdu (który nijak nie chciał być tym ostatnim, żebym mogła już stamtąd uciec)… omówienia go w ten kulawy, niepewny sposób – zupełnie inny od tego, który ćwiczyłam, gdy całą noc przed prezentacją nie mogłam spać i 8 razy powiedziałam całą prezentację od początku do końca, dowcipnie, z żarcikami i bez problemu mieszcząc się w czasie, więc z pełną świadomością, że potrafię to zrobić – sprawiła, że prawie rzuciłam mikrofon, wybiegając z sali z płaczem. Jedyne co mnie przed tym powstrzymało to myśl, jak melodramatycznie by to wyglądało i ile bym się przez to wstydu najadła. Nikomu nie polecam tej niewysłowionej rezygnacji i pogodzenia z własną niedostatecznością, którą wówczas poczułam, czując na sobie nieświadome mych rozterek spojrzenia zebranych na sali słuchaczy.

Spaczony umysł, zawzięty w tym by udowodnić mi jak wielkim jestem loserem, podpowiada mi jednak jeszcze gorszą opcję: ci wszyscy ludzie bardzo dobrze wiedzą, jak fatalnie mi poszło, ale nie chcą powiedzieć mi tego w twarz. Zwyczajnie jest im mnie żal; żal im stresu przez który niepotrzebnie przeszłam, żal im idiotki, jaką z siebie zrobiłam. Po co kopać leżącego. „Niech chociaż sierota komplement usłyszy” – usłużnie podszeptuje poczucie wartości wielkości pierwotniaka.

I żeby było jasne: nie narzekam na swoje wady, porażki i niedociągnięcia dlatego, że chcę słuchać jak ludzie mnie chwalą. To nie jest tanie zagranie, by egoistycznie podbudować sobie ego. Umówmy się: jeśli będzie przeciwny do moim przekonań, nie uwierzę w żaden komplement, nie ważne jak bardzo byłby zgodny ze stanem faktycznym. Bo ja wiem lepiej. A ty nie wiesz, że stać mnie na więcej. Bo ja nie jestem wszyscy.

Fantastic Mr Fox gif

Jakież samotne życie ma człowiek, który nikomu nie jest w stanie zaufać na tyle, by szanować jego zdanie. Serio, wiecie jakie to bezbrzeżnie smutne, słyszeć wokół miłe słowa i KAŻDE poddawać w wątpliwość? Nie pozwolić żadnemu przebić się przez ogłuszający wrzask własnej psychiki, powtarzającej w kółko: NOTGOODENOUGH-NOTGOODENOUGH-NOTGOODENOUGH…

… znacie to dowcipne powiedzenie: „Nobody is perfect… my name is Nobody” ?

Cześć. Jestem Panna Nikt.

And hopefully tomorrow I’ll be good enough.

  • Tores-

    Co jest z tym sylwestrem, jakieś strasznie smutne coming outy, nagle się okazuje, że wszyscy są nieszczęśliwi? Jakie to przykre :( Myszo, nie umiem pocieszać ani nic, mogę tylko powiedzieć – miałam to samo. Przesżło mi około czterdziestki. Nie, żeby całkiem. I trochę musiałam trenować przekonywanie siebie, że jednak I’m good enough. Nikt inny Cię nie przekona, musisz sama. Trzymam kciuki! (Oraz uważam, tak zupełnie bez związku, że jesteś niesamowita!)

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Myszo, ogromne tulu w związku z własnymi lękami i problemami. Zdaję sobie sprawę, że ten post też musiał kosztować cię sporo wysiłku i ogromny szacunek za odwagę, którą włożyłaś w napisanie tego tekstu.
    I trzymam kciuki, żeby sytuacji, w których Myszy mózg szeptał będzie „notgoodenough”, było jak najmniej!

  • Piotrek

    Wiesz co Mysza, to na prawdę ważna notka. Wydaje mi sie, że wiele osób w naszego „geekowego” czy też „nerdowego” środowiska przechodzi podobne problemy i że możliwość przeczytania od osoby prowadzącej nie tylko bloga, ale często też panele na konwentach itd. że „hej, tez mam z tym problem” jest czyś potrzebnym. Ponadto zdaję sobie sprawę ile wysiłku kosztuje napisanie, a co więcej opublikowanie czegoś takiego i tym bardziej zyskujesz mój szacunek nie tylko jako blogerka, osoba współprowadząca podcast czy inne rzeczy, ale jako człowiek. Do przodu Mysza. A i ps. za dużo się usprawiedliwiasz ;P

  • Konrad Włodarczyk

    Wiesz jak mnie znaleźć, jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała randomowego kogoś, kto po prostu posiedzi obok. Albo obejrzy coś razem. Pogada. Potweetuje. Albo cokolwiek. Po prostu będzie. Takie one at of random kindness at a time, if you get the idea. Jeśli jest jakaś radość z blogowania i bycia geekiem, jaką czerpię, to możliwość spotkania takich ludzi jak Ty. Żywego „Keep calm and keep going”. Hey, jesteś pierwszą osobą, której nie znałem przed założeniem bloga, a która powiedziała mi prosto w twarz „wiem kim jesteś”; „kojarzę twój blog”; „gdzie jest twoja bardziej futrzasta partnerka?”. Jak fajne to jest, wiedzieć, że Mysza czyta twój blog? Bardzo. Jesteś jedną z osób, dla których/ze względu na których dalej chce mi się blogować. I’m always there for you. Me, almost invisible guy. Also, jeśli Ty jesteś Panna Nikt (Miss Nobody), to kim ja jestem? Panem „Nic” (Mr. Nothing)?

  • mgm

    Nic sensownego nie potrafię powiedzieć, ale ślę wirtualne uściski i trzymam kciuki, żeby było lepiej!

  • DorkaEm

    Jestem beznadziejna w pocieszaniu, więc jedyne co mogę powiedzieć to to, że przynajmniej w części Myszę rozumiem, bo też mam spory kłopot z własną samooceną. Trzymaj się Myszo. Trzymam kciuki żeby kolejny rok okazał się lepszy.

  • O w mordę, prawie jakbym czytała o sobie. To jutro, które ma być takie jak trzeba, bo dzisiaj jest takie nie do końca. Nawet z tym sprzątaniem mam podobnie.

    Moja niska samoocena wynika po części z wady słuchu, dorastania w niedostatku oraz ogólnego niezadowolenia z siebie. Wprawdzie wypracowałam pewien dystans do spraw na które nie mam wpływu (na porządek w czterech ścianach niestety mam), to dla siebie jestem niewystarczająco mądra, elokwentna, wygadana i interesująca. O urodzie nawet nie mówię.

    Też mam zastój w blogowaniu, bo mimo dobrych pomysłów, trafiam na ścianę, kiedy nie jestem w stanie się wysłowić. Wiem co chcę napisać, ale jak czytam te akapity to nie jestem w stanie ukryć rozczarowania sobą. Wpis utyka w martwym punkcie, a na blogu pojawia się kolejna… pajęczyna.

    Pewnie o tym nie wiesz, ale Twoje pisanie stawiam sobie za wzór – Twoje wypowiedzi są składne, treściwe, wnikliwe i wyczerpujące temat. Nie chodzi o kopiowanie stylu, ale chciałabym poczuć ten skrawek szacunku jaki mam dla Ciebie po lekturze, do siebie samej tuż przed wciśnięciem „opublikuj”. Może to, że dla siebie jesteś zbyt surowa to nie dostrzegasz, że dla innych osiągnęłaś coś poza ich możliwościami.

    Mam nadzieję, że tym komentarzem nie wkopałam Cię do większego doła, gdzie czekają cerbery z różowymi kokardkami czy wesoły Kylo Ren. Życzę Ci więcej dystansu do samej siebie, zaakceptowania, że Jesteś tylko człowiekiem, a nie żeńską wersją Ewana McGregora.

    Dzięki za ten wpis.

  • migi

    To ja mam podobnie, tylko mojego bloga czyta kilka osób i nie mam szans na prelekcję na Serialkonie. Ale jesteś tylko człowiekiem, nie robotem. I żeby jutro było lepiej :)

  • pani_m

    Myszo. Oj myszo. Oj, jak celnie opisujesz rzeczy znane mi z najbliższego otoczenia… (bliskie bardzo, choć nie moje osobiste, ja inne gatunkowo zaburzenia podkarmiam swoimi neuronami…).
    Anyway. Chciałam powiedzieć, że jakiś czas temu przez Neila Gaimana, którego uwielbiam, trafiłam na Amandę Palmer, którą zaczęłam również uwielbiać. A przez Amandę trafiłam na Brene Brown, która napisała przedmowę do Art of Asking… i Brene też zaczęłam uwielbiać. Jej prezentacja z TEDa ma już >20m wyświetleń, więc jest duża szansa, że wiedziałaś… On the odd chance, że jednak nie – podrzucam linka. Bo warto obejrzeć, więcej niż raz.Bo mówi mądrzej, niż ja kiedykolwiek na ten temat będę.
    https://www.youtube.com/watch?v=iCvmsMzlF7o

  • Mojego też czyta niewielu, a prelekcję miałem. Próbować nie szkodzi. ^_^

  • MarvelMan

    Parę osób już to napisało ale sądzę że wiem co czujesz.Co na pewno się chwali to to że jednak ty Myszu gonisz tego króliczka. Ja na przykład zrezygnowałem z tego dawno temu… Ale nie chce się tu użalać nad sobą bo to nieadekwatne.
    Wracając- zaczekam że ja i reszta komentujących jesteśmy z tobą. I nie widziałem Twojej prelekcji jednak czasami czytam bloga i zawsze słucham podcastu, i widzę że to co robisz, wykonujesz z sercem i entuzjazmem. A to jedne z najważniejszych elementów.

  • pani_m

    A ja myślę, że to dobrze, że ludzie mają w końcu odwagę przyznawać się do różnych problemów i smutków, zamiast zawężać komunikację tylko do dobrych rzeczy (które też się oczywiście dzieją, ale nie składają się na 100% egzystencji). Przecież każdy ma słabsze momenty, punkty, emocje, a staramy się w większości chować je pod dywan i udawać, że wcale nie i wcale nie my. Jak to szło u Halber? „Każdy się wstydzi trzech rzeczy. Że nie jest ładny. Że za mało wie. I że niewystarczająco dobrze radzi sobie w życiu. Każdy.”

  • Łukasz Pilarski

    „Serio, wiecie jakie to bezbrzeżnie smutne, słyszeć wokół miłe słowa i KAŻDE poddawać w wątpliwość?”

    Niestety wiem, chociaż od paru lat z mniejszą siłą i częstotliwością. Za to jak przywali, to bez pardonu i wybijając trzy zęby, bo co się będzie ograniczać.
    Buziak na zachętę i trzymaj się ciepło, bo chłodno jest ostatnio :*

  • Łukasz Świniarski

    Myszo nie bądź perfekcyjna, bo zostaniesz robotem a tego bym nie chciał :( Lubię cię taką jaka jesteś :D

  • Pingback: Karnawał Blogowy #25 - Bobrownia()

  • aHa

    Myszo, a mnie się wydaje, że przez sam fakt, że umiesz swój problem nazwać, że umiesz o nim opowiedzieć, a wręcz składnie i rzeczowo napisać, jesteś o wielki krok do przodu (nie bardzo wiem przed kim ale to dlatego że ja na przykład nie umiem tak ładnie ubierać myśli w słowa :). Nie jestem też dobra w pocieszaniu (bo przeradza się zazwyczaj w „a ja też kiedyś…”), więc jedynie wysyłam pozytywne internetowe wibracje.

  • Katarzyna Prażmowska

    Czuję, że powinnam uszanować to, co napisałaś na fanpage’u, czyli może i owszem, przeczytać notkę – ale zapomnieć o tym, że się pojawiła. Tymczasem zaczynam pisać komentarz. No tak, typowe.
    Z przykrością stwierdzam, że odzwyczaiłam się od czytania dłuższych tekstów. Jeśli coś wydaje się interesujące, ląduje w zakładkach (i to się tyczy też fanfików) – dlatego teraz mam prawie niekończącą się listę „rzeczy na później”. Mogę idealnie prześledzić, na co miałam ochotę (ciekaw oferty pracy? wynajem mieszkania? robienie pierdółek z papieru?) – a czego oczywiście nie zrobiłam. Taak… No ale, nie o tym chciałam. Otóż, Twoją notkę przeczytałam w mgnieniu oka. I w pewnym momencie chwyciłaś mnie za gardło, a dokładniej mówiąc, akapitem o dziecku. Pod koniec Twojej notki już miałam łzy w oczach.
    No i chciałabym Ci napisać, że fajna jesteś, chociaż podążam Twoimi mysimi śladami od niedawna albo że mam tak samo, w związku z tym niech Ci będzie lżej, bo nie jesteś sama (fuckin’ logic), ale – no właśnie – wiem, że to psu na budę. Tak jak sama napisałaś, dopóki samemu się czegoś nie dopuści do siebie, to tysiąc osób może sobie strzępić języki do woli.
    W związku z tym życzę Ci, żebyś co roku zdobywała się na wystąpienie na Serialkonie. A może i spróbowała czegoś jeszcze, jeśli tylko poczujesz się na to gotowa. Bardzo chcę Cię znów zobaczyć. I wiem, że jestem pie*rzoną hipokrytką, bo Tobie mówię tak, a sama robię inaczej, no ale. Na każdego przyjdzie pora, I guess. Or, I hope. Mam nadzieję, że nie skasujesz tej notki. Ściskam Cię wirtualnie!

  • Och Mysza… Nie wiem czy uda mi się w tym komentarzu ująć wszystko co chciałam, bo wpis jest tak rozwinięty, że boję się, że stracę wątek. Czytając to co napisałaś praktycznie co chwilę myślałam sobie „no to jakby o mnie” albo „mam tak samo”. W wielu przypadkach mam tak, że robię coś i ciągle wydaje mi się to niedostatecznie dobre. Czasami jak już coś zrobię, to myślę, że zrobiłam coś na odpierdol, że na 100% można było zrobić to lepiej. Myślę, że tu nie chodzi tylko o tą prelekcję. Nie widziałam jej, więc nie mogę się wypowiedzieć, ale rozumiem Twoje uczucie niedoskonałości. I jeszcze to, że ktoś Ci mówi, że było dobrze, a Ty masz ochotę powiedzieć – nie, było super kiepsko, stać mnie na więcej, ale nie dowiesz się o tym, że mnie stać, bo właśnie zawaliłam coś co miałam zrobić dobrze.

    Ostatnie miesiące, co ja mówię, ostatnie lata ciągle czuję, że coś zawalam. Ciągle wydaje mi się, że mogę więcej, ale coś mnie blokuje. Zawsze robię wszystko na ostatnią chwilę (choć wcale nie chce), wiem, że będą tego konsekwencje, ale i tak zazwyczaj nic nie jest w stanie mnie zmusić do pracy. Ostatecznie zmuszam się sama, ale wtedy, gdy jest już za późno na to, aby osiągnąć efekt jaki by mógł mnie zadowolić.

    Nie powinnam pisać o sobie, ale ja po prostu wiem co czujesz. Tak dosłownie, kropka w kropkę, jakbym czytała o sobie. I nawet wiem dokładnie co chciałaś przekazać, dlatego wyszedł Ci z tego taki potok słów. Bo tego co się z nami dzieje, nie da się określić jednym czy dwoma zdaniami. Trzymam za Ciebie bardzo mocno kciuki, bo jesteś świetną dziewczyną. Jestem pewna tego co piszę, mimo, że nie poznałyśmy się osobiście.

    I tak jeszcze na koniec. Nie martw się, każdy ma prawo do bycia niedoskonałym. I serio, serio, nie ma ludzi idealnych. Ja Ciebie kupuję taką jaka jesteś. Nawet z tą Twoją kiepską prezentacją (choć sądzę, że pewnie wcale nie była kiepska). I dziękuję za ostatniego maila :*

  • Myszu! Ściskam, tulam i przesyłam nieustające wyrazy podziwu dla mojej ulubionej Gladiatorki! :*

    Zawsze podziwiałam Cię za to, że potrafisz napisać notkę na 16 stron o filmie, który widział chyba każdy z naszego pokolenia w taki sposób, że ani się zorientowałam, a zobaczyłam jej koniec. I za to jak szczerze i bez owijania w bawełnę piszesz o sobie. Ja tak nie potrafię. I za to jak skrupulatnie podchodzisz do notek. Napisałam taką jedną i stwierdziłam, że mi starczy. Życie perfekcjonisty to naprawdę nie jest zabawa.

    Jeślibym mogła, zapakowałabym w paczkę zwrotną małego Puśka, który powtarzałby Ci do znudzenia jak bardzo podziwiam Twoje zaangażowanie ;)

  • Myślę, że wynika to stąd, iż przed Nowym Rokiem ludzie często podsumowują rok miniony, a wówczas na jaw wymykają się różne smuty i demony ;)
    Wiem, że muszę sama (isn’t that the hardest part, tho?), ale wsparcie jakie otrzymałam tutaj, w komentarzach, nieco złagodziło cały ten nieznośny ciężar, przynajmniej na ten moment. Jak tak dalej pójdzie, to sobie wszystkie te wypowiedzi wydrukuję i powieszę nad biurkiem – ku pamięci :)

  • Też mnie to zawsze zaskakuje (choć przecież powinnam o tym pamiętać) – że twarz, jaką prezentujemy światu zwykle „obrabiamy”, starając się pokazać z jak najlepszej strony. Zapominamy, że pod spodem często drzemią poważne problemy, i to często bardzo podobne do tych, z którymi sami się zmagamy.
    A ten cytat jest cudowny – Mysz go wcześniej nie znała. Dołączę go do tworzącej się właśnie listy podnoszących na duchu cytatów, na które będę patrzeć w chwilach słabości :)

  • Patrząc po tych wszystkich komentarzach, Mysz ma nadzieję, że da się ten wstrętny głos zagłuszyć zalewem dobrych słów. Zamierzam wszystkie powiesić sobie nad biurkiem, by odganiać czarne chmury. Tak więc dziękuję z całego serduszka za dorzucenie swojej pozytywnej cegiełki :*

  • No właśnie miałam podobne przeczucia – tzn. z (trudnych) rozmów z otaczającymi mnie ludźmi, także blogerami, wywnioskowałam, że to zjawisko wydaje się dość powszechnym problemem. I serce mi się łamie, gdy patrzą na osoby, które uważam za mądre, utalentowane i serdeczne, i widzę jak bardzo sami wbijają się coraz w głębiej w ziemię. Oczywiście, o ironio!, sama nie widzę podobnych zachowań u siebie. Jakoś tak zawsze jest, że potrafimy być szalenie empatyczni i wyrozumiali wobec innych, a dla siebie jesteśmy nieproporcjonalnie surowi. Mam wrażenie, że powinniśmy sobie wszyscy gdzieś w widocznym miejscu powiesić taką myśl, byśmy byli dla siebie jak najlepszy przyjaciel – bo taki przyjaciel okaże nam wyrozumiałość i wsparcie, które sami sobie zapominamy dawać.
    PS. Wiem. Ale jeśli ktoś ma niskie poczucie wartości, to przeprasza za samo swoje istnienie ;) Postaram się nad tym popracować ^_^

  • Dzięki Ci za te miłe słowa (i za mentalne wsparcie futrzastej partnerki – wyczuwam w okolicy jej puchatą obecność ;) ). Blogosfera jest duża i szeroka, ale rzeczywiście sympatycznie jest wpaść w realu na ludzi, których kojarzy się z Internetów :)

  • Mysz dziękuję z głębi szarego, gryzoniowatego serduszka :) I ściska również, w ten zimny, zimowy czas.

  • Ojej, Mysz tuli Cię również bardzo mocno, trzymając kciuki byś ze zmagań ze swoją oceną wyszła obronną łapką. A w razie potrzeby, Mysz służy współczującym uszkiem. Trzymaj się, kochana! :*

  • To „jutro, jutro reset” rozkminiłam dopiero kilka lat temu, czytając książkę „Przyjaciele” Marty Madery, gdzie opisywała swoje praktyki na oddziale psychiatrycznym, i o tym jak funkcjonuje schemat myślenia osoby z bulimią. Wówczas zdałam sobie sprawę, że choć nie mam problemów z żywieniem, powtarzam dokładnie ten sam schemat myślowy – że dzisiaj popełniłam już jeden błąd, więc dzień jest zmarnowany; jutro, jutro zacznę lepsze życie, będę idealna, ani razu się nie pomylę, itd. A sami wiemy, że jest to niemożliwe. A zwichrowany mózg robi dalej swoje :/

    Mogę sobie tylko wyobrazić, jak różne okoliczności wpłynęły na Twoje zmagania i problemy, ale… wiesz, że w sumie rzadko się zastanawiam nad tym, jak choroba wpłynęła na moją psychikę? To znaczy wiem, że na pewno w jakiś sposób wpłynęła, ale nigdy nie próbowałam tego prześledzić. Może dlatego, że się boję, a może dlatego, że mam niezbyt zdrową tendencję do wypierania swojej choroby… Sądzę jednak, że pod pewnymi względami mamy w tej kwestii podobne doświadczenia i wynikające z nich poczucie bycia „niedostatecznym”.

    Och, znam to aż za dobrze. Niemożność ujęcia myśli w idealnie oddające myśl słowa… to naprawdę niewysłowiona(!) tortura. Ale wiesz co zauważyłam w ciągu ostatnich paru dni? Pomaga pisanie strumienia świadomości. Nie zawsze są one składne, ale często potrafią być zaskakująco trafne i dobrze się je czyta. A nawet jeśli nie do końca o to chodziło (tak miałam z tą notką) to myślę, że właściwy przekaz zostaje wpleciony niejako „między wiersze”. Może warto spróbować po prostu pisać to co ślina na język przyniesie? Wypisać wszystko co przychodzi do głowy, odłożyć na parę godzin, a potem ewentualnie wyedytować, skrócić? Chociażby po to by rozruszać palce :)

    Bardzo mi miło to czytać, ale obie pewnie wiemy, że ja o swoich tekstach rzadko tak myślę. Są takie które rzeczywiście uważam za dobre, ale w 9 przypadkach na 10 cierpię, publikując jakiś tekst, bo uważam, że jest zbyt… cokolwiek. Nieskładny, wybrakowany, płytki, zagmatwany… take your pick. Weź więc pod uwagę, że skoro Ty moje teksty uważasz za dobre, a ja za kiepskie, to podobnie Ty możesz uważać za kiepskie teksty, które ktoś inny podziwia. To działa w obie strony :D
    Przy czym przyznam, że gdy słyszę/czytam to, co czasem Czytelnicy (i fellow blogerzy) o Myszy wypisują, coś-tam z tego jednak do mnie dociera. Problemem jest chyba to, że mam dziurawą pamięć i o tym zapominam – o tym, że mogę być dla kogoś wzorem(sic!). Mam plan by wydrukować sobie te wszystkie miłe rzeczy i przykleić w widocznym miejscu. Może to pomoże.

    Nie żartuj, kochana! Wcale mnie nie wkopałaś, wręcz przeciwnie! Chociaż nie powiem – uśmiecha mi się wizja Kylo Rena. No i bądźmy szczerzy – zawsze będe aspirowała do bycia żeńską wersją Ewana ;)

  • Konrad ma rację – na Serialkon może się zgłosić każdy i Mysz z całego serca (mimo towarzyszącemu temu stresu) zachęca, by wysyłać swoje propozycje prelekcji i konkursów. Jeśli masz w zanadrzu jakiś ciekawy temat, np. dotyczący niszowego serialu, istnieje bardzo duża szansa, że zostanie na Serialkon przyjęty (organizatorzy aktywnie darzą, by na festiwalu pojawiło się jak najwięcej różnorodnych prelekcji).
    No i Mysz ściska Cię mocno i również życzy, żeby było lepiej. Nawet roboty zasługują na oddech i chwilę luzu ;)

  • Przykro, że też zmagasz się z (innymi) smutami i demonami. Mysz tuli Cię mocno i współczująco.
    Ok, książka Palmer jest mi najwyraźniej przeznaczona – dzisiaj zupełnie przypadkiem czytałam o niej artykuł, do którego link wpadł mi w oko na Twitterze (nie skojarzył, że to ta sama książka wspomniana przez Ciebie). Zaraz sprawdzę ile kosztuje na Amazonie.
    A co do Brene Brown – obejrzałam całkiem sporo TED Talks, ale tego nie widziałam. Although that’s about to change ;)
    Dziękuję z całego serca, zarówno za komentarz, jak i polecenie książki i klipu!

  • „Za to jak przywali, to bez pardonu i wybijając trzy zęby, bo co się będzie ograniczać.”

    O to to, właśnie. Niestety, trafnie to ująłeś.

    Ściskam Cię, Boberze. I Ty też trzymaj się cieplutko!

  • Dzięki za miłe słowa. A co do króliczka – kto wie, może wcale nie uciekł tak daleko? Czasem takie króliczki potrafią się niespodziewanie objawić z powrotem. Czego i Tobie bym życzyła :)
    A co do prelekcji – Mysz zamierza ją przerobić na notkę, by móc tym razem powiedzieć o wszystkich rzeczach, które na żywo jej wyleciały z głowy. Więc (hopefully) będzie jeszcze szansa się z nią zapoznać (pomijam, że Luby także -nagrał- całą prelekcję na Serialkonie, ale nie wiem czy jestem psychicznie gotowa, by udostępnić ten film światu)

  • Myślę, że do robota Myszy jeszcze daleko, nawet gdyby miała być perfekcyjna. Ale wezmę sobie te słowa do serca :)

  • A wiesz, kochana, że takie „a ja też kiedyś…” również potrafią bardzo pomóc? Człowiekowi jakoś się raźniej na duszy robi, gdy słyszy/czyta, że nie jest ze swymi problemami osamotniony. Tak więc Mysz ściska Cię współczująco i zapewnia, że tak jak Ty uważasz Myszy teksty za składne i ładne, a Mysz zgrzyta nad nimi zębami, tak samo Ty wobec swoich tekstów masz wątpliwości, a ktoś innych uważa je za cudowne. Pamiętaj o tym! :*

  • Ojej, nie wiedziałam, że jestem Gladiatorką O_o Czuję się taka… dzielna i waleczna, all of a sudden ^_^

    Ej, ale te 16 stron to było tylko raz! No dobra… dwa. Albo trzy ;) A tak poważnie: dziękuję Ci za wszystkie miłe słowa. I choć zabrzmi to jak hipokryzja (nie ma to jak udzielać rad z których samemu nie umie się skorzystać :P ), jestem święcie przekonana, że nawet nie-skrupulatna notka Puśka jest zajebista. Wiem to, bo sam Pusiek jest zajebisty. A logika to nauka nieubłagana :)

    A jak wygląda taki mały Pusiek? I czym się go karmi? ^^

  • Nie przejmuj się – apel o amnezję był melodramatyczną emanacją Mysiego amebowatego poczucia własnej wartości. Naprawdę mi miło, że ten apel zignorowałaś.

    Mam.tak.SAMO. Not even kidding. Moja lista zakładek „do przejrzenia na później” ma w tej chwili podaj ponad 5000 linków (po 4000 przestałam liczyć), więc niestety znam ten problem z autopsji. I do dziś nie znalazłam na niego lekarstwa, co tylko frustruje mnie jeszcze bardziej :/

    Weź, kochana, bo teraz to ja się popłaczę. I choć rzeczywiście głos w mojej głowie trudno zagłuszyć, czytanie tych wszystkich komentarzy pozwala go nieco stłumić, choćby i na krótki moment. Dziękuję Ci więc z całego serca za wszystkie miłe słowa, za świadomość, że nie jestem z tymi zmaganiami osamotniona, za zachętę do dalszego występowania na Serialkonie… cóż, za wszystko! I nie przejmuj się – Mysz sama jest totalną hipokrytką, która innym potrafi współczuć, doradzać i okazywać wsparcie, a siebie zawsze oblewa wiadrem pomyj. Tak to już niestety jest, że wobec innych potrafimy być wyrozumiali, a dla siebie mamy tylko surowe spojrzenie i karcące słowo :(

  • Grzegorz Grygoruk

    Czytam wpis, czytam komentarze, i od razu mi lepiej, że nie jestem sam w odczuwaniu tej dziwnej kombinacji megalomanii (stać mnie na zrobienie czegoś absolutnie wyjątkowego) i perfekcjonizmu (to jeszcze nie jest absolutnie wyjątkowe, a więc na razie jest gówno warte), która w końcu prowadzi do przekonania, że nic nie warto. Nawet jak teraz piszę ten komentarz, to mam nadzieję, że wyrażę w nim nie wiadomo jakie światłe myśli, a potem czytam i stwierdzam, że to jest całkiem przeciętne, albo wręcz niezręczne (no bo tu wpis raczej z tych smutnych i osobistych, a ja tu piszę, że mi lepiej, laboga laboga, wyjdę na jakiegoś psychola:P), więc po co wysyłać, głowę zawracać i serwery zajmować. Ale jednak wyślę, bo choć Cię nie znam, to bardzo lubię to, co i jak piszesz – i chciałbym, żebyś o tym wiedziała. Żałuję, że wpisy są rzadko, ale bardzo rozumiem mentalne poty, krwie i łzy nad klawiaturą. A dodatkowo jeszcze na doły polecam fejsowy komiks o Bohaterze wspomnianej tu Małgorzaty Halber – nie umniejsza mu nawet to, że jest teraz megapopularny:)

  • Och tak, to wrażenie, że zrobiłam coś „na odpierdol” towarzyszy mi zaskakująco często. Prokrastynacja i odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę, jak sama zauważyłaś, ma z tym dużo wspólnego – człowiek boi się w coś włożyć ręce, bo lęka się porażki, a potem ma pretensje, że robi coś byle szybko, byle jak, a gdyby zaczął wcześniej, to przecież byłoby super-dopracowane i wypieszczone. I nie przejmuj się ani troszeczkę, że piszesz o sobie – choć przykro mi, że też się z tym zmagasz, dobrze wiedzieć, iż nie tylko mnie dręczą takie demony. Pytanie tylko brzmi: czy rzeczywiście zaczynając coś wcześniej bylibyśmy w stanie to zrobić „dostatecznie dobrze”. A może, spędzając nad danym projektem więcej czasu (niż gdy zostawiamy to na ostatni moment) wręcz czulibyśmy się źle, bo przez cały ten czas zadręczalibyśmy się, że mimo większej ilości czasu WCIĄŻ nie jest dobrze?

    Nawet nie wiesz, jak dobrze jest słyszeć, że ktoś te uczucia rozumie–zwłaszcza ten obezwładniający potok słów. Słowo daję, jak rozmawiać z psychologiem to mam dokładnie to samo – i jeszcze na dodatek ryczę cały czas jak bóbr. Ech, niełatwe mamy życie, kochana. I choć rzeczywiście nie miałyśmy okazji spotkać się face-to-face, cieszę się świadomością, że znalazłyśmy w sobie (poniekąd) bratnie dusza. Szkoda tylko, że w tak kijowych warunkach, ale zawsze to coś. Always look on the bright side of life, c’nie? :)

    Ściskam Cię kochana super-mocno i z całego serca dziękuję za komentarz. Pamiętaj, że gdybyś potrzebowała się wygadać, Myszy służy uszkiem. A co do maila – naprawdę nie masz za co. Pełne łaskoczących Mysich wąsików ucałowania dla Twego Potomka :*

  • Z tą megalomanią to bardzo słuszna uwaga – co jest w sumie fascynujące, że człowiek może mieć o sobie równocześnie tak wysokie i tak niskie mniemanie.
    Mimo wątpliwości, które Cię gnębiły, cieszę się, ze zdecydowałeś się jednak zostawić komentarz (Myszy jest zawsze miło, gdy z cienia wychodzi kolejny Czytelnik) i bardzo Ci za niego dziękuję. Choć trudno zagłuszyć w głowie wewnętrznego krytyka, świadomość, że ten problem dotyczy nie tylko nas nieco ułatwia stawianie mu czoła. I dziękuję za namiar na Bohatera – znam co prawda i mam polubiony profil na Facebooku, ale zainspirowana Twoim komentarzem zajrzałam na stronę Wyd. Znak i zaraz w koszyku wyląduje kołonotatnik z Bohaterem (jakże mogłoby być inaczej, skoro centralnie na pierwszej stronie kołonotatnika widnieje rysunek „To wszystko dlatego, że mam niską samoocenę”; jesteśmy z Bohaterem sobie przeznaczeni ;) ).

  • Gunpowder

    Chciałabym Ci coś „idealnie” napisać, żeby Cię pocieszyć, wesprzeć, pomóć, a najlepiej rozwiązać wszystkie Twoje problemy przy pomocy kilku trafnych słów. No ale to nie będzie taki komenatrz, bo takiego komenatarza nie da się napisać, choćbym nie wiem ile tupała nóżką i mówiła sobie: ja mogę, ja potrafię, ja super!

    Ja często nie mogę, nie potrafię i nie super. I już nie wiem, czy to problem wysokiej (stać mnie!) czy niskiej (jestem beznadziejna!) samooceny. Długo nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, wstydzić się siebie i uważać się za lepszą. To zresztą takie brzydkie, ten stan, ciężko o tym pisać.

    Więc chciałam Ci bardzo, bardzo podziękować za tę notkę, która dała mi dwie rzeczy: poczucie bliskości z Tobą i – przede wszystkim – lekko walnęła mnie po głowie, bo ja to wręcz narcystycznie myślałam, że może nikt inny nie ma tak, jak ja. Że tylko ja paraliżuję siebie perfekcjonizmem, którego nie da się zadowolić. Że tylko mój marazm wynika z lęku przed poczuciem not-fucking-good-enough.

    I chaciałam Ci podziękować z rozpędu za jeszcze jedną rzecz: za to, że piszesz, że właśnie 5 godzin minęło Ci na klikaniu od filmiku do filmiku na YT. Nie chodzi mi o to, że cieszę się, że inni „marnują czas”, tak jak ja – w ogóle kwestia marnowania jest tu sporna i zasługuje pewnie na osobną dyskusję. Takie posty jakoś unormalniają mi Twój obraz w mojej głowie, bo kiedy zaczynałam czytać Twojego bloga, to byłam trochę przytłoczona, te dwucyfrowe strony notatek, te obszerne komentarze na komentarze. Gdzieś między moją przyjemnością czytana, podziwem a zazdrością (sic), znikałaś mi Ty. I te posty o wielogodzinnym przeklikiwaniu z linku na link – to takie normalne. I, dla mnie, odważne. Bo ja wstydzę się/wstydziłam się przyznać, że i mnie zdarza się tak nieefektywnie spędzać czas. Nie wiem, czy słowa mnie nie zawodzą w tym momencie i czy jest jasne, co chcę powiedzieć, więc już tyle. Po prostu: dzięki.

  • A jeszcze sympatyczniej mieć coś takiego: notes z osobistym autografem kilku sławnych blogerów, w tym całej ekipy Myszmasz. I najmysiejsze pozdrowienia. Zawsze mam to w torbie. To dzięki Tobie mam noworoczne postanowienie. Co miesiąc kupić nową płytę z animacją Pixar/Disney. Cars (bo siostrzenica) i the Incredibles (bo ja) już mam. Zastanawiam się nad tym, co kupić w lutym. Może Mały Mysi Detektyw (by wreszcie obejrzeć), jak się trafi? Nie wiem jeszcze. Po prostu pójdę do Empiku i coś wybiorę.

    Ale dość o mnie, bardziej o Myszy. Jesteś jedną z tych osób, które utrzymują mnie żywym; za które dziękuję Bogu. I jedyną z nich, która wylądowała na prywatnej liście codziennych intencji o dobre rzeczy dlań, które doń zanoszę. Stan Lee, Leonard Nimoy, Takeuchi Naoko, Lauren Faust, Hayashibara Megumi i Ishinomori Shoutarou. Niezłe towarzystwo?

    I dobrze czujesz, gdzie i ja tam i Kitsune i jej futrzaste cztery ogony.

  • Cóż mogę zrobić, aniżeli skłonić się z wdzięcznością za tyle dobrej woli, dobrych słów i dobrych myśli. Dziękować :)

  • pani_m

    Ja masochistycznie włączyłam sobie licznik nieprzeczytanych „linków na później”. Mam ich cztery razy mniej, ale to pewnie dlatego, że ogólnie żadnego researchu raczej nie robię, to całkowicie prywatne zaległości :D

  • Zaproponować film do kupienia. ^_^ Może nawet na wspólne oglądanie, kto to wie, co czas przyniesie? <- Człowiek (i lis) ma dziwne marzenia. ^_^

  • Mi niestety licznik się z jakiegoś powodu wyłączył (i w ogóle Pocket mi się zaktualizował i jest teraz na osobnej stronie zakładek – wkurza mnie to niemożebnie >_<)

  • Z Pixara Mysz poleca WALL-E i Brave, z Disneya np. mniej znane Bernard i Bianca :)

  • Za intensywną promocję Spartakusa w naszym pięknym nadwiślańskim kraju, to oczywiste, że zostajesz mianowana Honorową Gladiatorką ;)

    To znaczy ja ogólnie mam podejście, które nazywam „już koniec – obleci”. To znaczy w pewnym momencie potrafię powiedzieć sobie stop, jest całkiem w porządku, obleci, alleluja i leć dalej. Co w sumie skutkuje tym, że zabieram się za dwa miliony rzeczy, które rzucam jak tylko stwierdzę że właściwie jestem już w nich całkiem okej. Przez to z niczego nie jestem NAPRAWDĘ dobra, zaczynam dwa miliony kursów, które bezceremonialnie rzucam i ogólnie brak mi wytrwałości. I wierz mi, jakkolwiek wiem że Twoje życie perfekcjonisty jest niełatwe, tak chciałabym kiedyś poczuć wewnętrzną potrzebę posiedzenia nad czymś dłużej tak by doszlifować to do perfekcji.
    I myślę, że też mogłabym to moje podejście wyciągnąć od rodziców. Bo odkąd pamiętam chwalili mnie za WSZYSTKO, a że ogólnie aż do studiów nie miałam wielkich problemów z nauką, to wyrobiłam sobie dość proste sprzężenie zwrotne minimum wysiłku–>piątka–>wszyscy mnie klepią po plecach. A nawet jak coś mi nie poszło, to w porządku, bo albo przedmiot nie ważny, albo uczeń bez pały to jak żołnierz bez karabinu, albo przecież poprawię. Nie próbuję tu insynuować, że jestem cudownym dzieckiem co to czegokolwiek się nie tknie to zamieni w złoto, ale raczej to że tak naprawdę aż do studiów nie dostałam za moje podejście po dupie. A tam już było przekichane, pamiętam przeryczane noce spędzone nad książkami i jedną wyjątkowo paskudną kiedy tak mnie przytłoczyły kolokwia, że aż chciałam się pociąć żeby nie czuć się tak beznadziejna jak jestem. Studia skończyłam, może bez wyróżnienia, ale z tłustą oceną na dyplomie i znowu zaczęłam się miotać wkładając minimum wysiłku w tysiąc różnych dziedzin i nudząc się za każdym razem gdy przestanę dostrzegać poprawę swoich zdolności. Z tego powodu żaden z moich związków nie przetrwał więcej niż pół roku, bo kolesie zwyczajnie zaczynali mnie śmiertelnie nudzić, a za rogiem przecież stoi ktoś nowy. Ale już naprawdę koniec o mnie. Jesteś boska i nigdy w to nie wątp. Bo przyjdę i dziabnę w dupę ;)

    A mały Pusiek oczywiście jest puchaty. I w zasadzie wszystkożerny ;)

  • pani_m

    Ja do zakupów książkowych używam bookdepository, jeszcze nie było przypadku, żeby nie oferowali mi najlepszej ceny… Chyba, że szukasz ebooków, wówczas faktycznie amazon czasami się sprawdza.

    A Amanda była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Wiedziałam, że Gaiman spotykał się z panią, co chyba śpiewa, chyba jakaś punk-rockowa jest, a jak kiedyś wzięłąm i zajrzałam na jej bloga, patreon, facebooka, obejrzałam TEDa – zdałam sobie sprawę, jak bardzo jej nie doceniałam i jak bardzo jest twórcą in her own right.
    A potem oglądanie na żywo dwóch twórców, których cenię, wysoce w sobie zakochanych, wylało ocean balsamu na moją duszę :D

  • Krzysiek

    Napiszę nieco przekornie, że to bardzo dobrze, że myszopodobne istoty istnieją wśród nas, bo to pożyteczne i miłe, że my, hiper drapieżcy, kosmiczni-ninja-konsumenci, najwyższe (acz niewidoczne) ogniwo popkulturalnego łańcucha pokarmowego, zjadamy wytwór ich pracy i męki. Zazwyczaj tak jest, że im danie bogatsze i bardziej wartościowe, tym więcej trzeba poświęcić czasu i pracy w jego wyhodowa… znaczy stworzenie. Czyli wszystko się zgadza. I zamiast jojczyć i lamentować czas pogodzić się ze służebną rolą kaganka rozświetlającego mroki niewiedzy w piwnicach swoich niewidzialnych władców.

    A tak bardziej serio, to co prawda nie wszystko czytam, bo nie wszystko mnie interesuje, nie pisuję, bo jestem leniwy i w sumie niespecjalnie mam coś do napisania, ale byłoby mi trochę żal tej uroczej mieszanki polsko-angielskiej. To basically tyle.

  • Grzegorz Grygoruk

    to bardzo możliwe;)

  • Do bookdepository jeszcze podchodzę z wahaniem… ale głównie dlatego, że chcę kupić ALL THE BOOKS, a zwyczajnie mnie nie stać ;) Przy czym rzeczywiście ostatnio preferuję ebooki – łatwiej do tramwaju zabrać Kindle niż papierowe tomiszcze.

    Mysz swego czasu śledziła Gaimana na Tumblrze, więc dowiedziała się sporo na temat jego wyjątkowej relacji z Amandą i jej wszelakich projektów. Tym bardziej zazdraszczam oglądania ich na żywo :)

  • D’aww, weź bo się rozpłynę :3

    Podziwiam, że potrafisz sobie powiedzieć „dość” – ja osiągam taki moment o wiele za późno, albo w wyniku skrajnego przemęczenia fizycznego, albo psychicznego; wówczas, wkurzona na swój obsesyjny charakter, odcinam się od danej rzeczy kompletnie. Niestety, choć rozumiem Twoją chęć by umieć przysiąść do czegoś „na full”, problem z takim podejściem polega na tym, że nigdy się nie kończy – bo perfekcji nie da się osiągnąć, a ty wciąż za nią gonisz, poświęcając kolejne godziny, dni i tygodnie na zgłębienie czegoś, o czym i tak nigdy nie będziesz wiedziała „dostatecznie dużo”. Sądzę, że obie te metody – Twoja i moja – wiążą się ze swoimi indywidualnymi wadami i zaletami :)

    Cieszę się, że napisałaś więcej o tym, jak to wygląda z Twojej strony. Mimo różnic w podejściu do życia, dobrze jest wiedzieć, że także osoby z nieco innym podejściem zmagają się ze swoimi własnymi problemami. Razem jest jednak nieco raźniej ;)

    A co do kwestii studiów, myślę że Cię rozumiem – przy czym ja nie wytrzymałam ani stresu, ani skakania przez kolejne przeszkody i ostatecznie po trzech próbach, zrezygnowałam ze studiów. Do dziś nie wiem, czy była to słuszna decyzja, ale w tamtym okresie było to to, czego potrzebowałam by nie zwariować (poza tym, na studia niby zawsze można wrócić…)

    I pamiętaj, że gdybyś potrzebowała się wygadać, Pusiek też może zawsze do Myszy przytuptać :3

  • <3 cudowność.
    Mój kołonotatnik już do mnie zmierza!

  • W takim razie Myszy jest bardzo miło, że imć Drapieżnik przemógł jednak „lenistwo” i dał znak życia ;) Świadomość, że nawet te co bardziej skrajne Mysie emocje nie lecą w próżnię też w dużym stopniu pomaga sobie radzić z wewnętrznymi demonami :)

  • Łukasz Pilarski

    Will do :* I hope

  • Po pierwsze: strasznie Cię przepraszam, że tyle czasu zajęło mi odpowiedzenie na Twój komentarz. Nie mam nic na swoją wymówkę. Oprócz tego, że Twoja odpowiedź bardzo mnie poruszyła i chciałam móc jak najlepiej na nią odpowiedzieć. W efekcie – as could be expected – nie odpowiedziałam na nią w ogóle, zablokowana myślą, że cokolwiek napiszę, na pewno będzie nie dość dobrze :/

    Rzeczywiście, nie jest to temat ani łatwy, ani przyjemny, ale właśnie dlatego myślę, że jest szalenie ważny. Wszyscy w jakiś sposób „kreujemy” to jak nas widzą inni – a i my w swojej głowie stwarzamy wyidealizowany obraz otaczających nas ludzi – i istotne jest by w miarę możliwości ten Idealny Obraz przełamywać. Każdy miewa takie momenty gdy czuje się nie dość dobry, gdy życie go przerasta, gdy nie pozmywał naczyń bo zamiast tego klikał w linki na Wikipedii, gdy właśnie spędził 8 godzin przed starymi odcinkami serialu zamiast pisać pracę magisterską i czuje się winny… Najgorsze jest, gdy w takich chwilach czujemy się ze swymi emocjami osamotnieni; gdy ogarnia nas taki specyficzny narcyzm, który z jednej strony każe nam myśleć, że -tylko my- tak mamy, a z drugiej sprawia, iż wydaje nam się, że cały świat kręci się wokół nas – że wszyscy nas oceniają io krytykują za nasze niedociągnięcia, że mają nam coś za złe… A w gruncie rzeczy wszystkie komentarze pod tą notką świadczą o tym, że nic tak nie łączy ludzi i nie poprawia im samopoczucia, jak myśl, że -nie tylko oni- się tak czują. Że wszyscy miewamy takie same (lub podobne) problemy. Że wszyscy jesteśmy w równej mierze pełni wad, co i zalet.

    Tym bardziej cieszę się, że ten tekst pozwolił Ci metaforycznie zbliżyć się do Myszy. Miło słyszeć, że wysiłek jaki wkładam w pisanie tekstów na bloga wzbudza podziw, ale pamiętaj, że na każdy kilkunastro-stronicowy tekst przypadają tygodnie ciszy i gryzienia paznokci; że to tzw. „overcompensating”, próba udowodnienia sobie – i Wam – że nie marnujecie czasu, dzielnie podążając tam, gdzie prowadzą zawiłe ścieżki Mysich rozmyślań. Mysz naprawdę nie jest idealna – ani tym bardziej godna podziwu. Jestem nieobowiązkowa, leniwa i humorzasta, bywam strasznie wredna i czepliwa. Ale myślę, że w tej swojej omylności, Mysz jest też bardziej ludzka. I obiecuję, że postaram się o tym pamiętać i nie stawiać ani sobie, ani Wam, zbyt wysokich wymagań. Jedyne czego mogę pragnąć to to, by Czytelnicy wciąż wykazywali się wobec Mysich wad tak dużą wyrozumiałością (i akceptacją) jak do tej pory. Bo Mysz swoich Czytelników akceptuje z całym dobrodziejstwem inwentarza. Warts and all :*

  • disqus_pLOeNaNd19

    Od momentu, gdy na serialkonie powiedziałas, ze opublikujesz prezentacje na swoim bloku zaglądam regularnie z nadzieją znalezienia prezentacji, a konkretnie: literatury. Bo wspomniałaś o jednej książce, która mnie mocno zaciekawiła i chętnie poznałabym jej tytuł (o czasach wiktoriańskich). Czy mogłabyś się podzielić tymi informacjami? Będę wdzięczna!

  • Mogę ci obiecać, że na pewno jestem bliżej opublikowania prezentacji niż w czasie, gdy pisałam powyższą notkę ;)
    Jeśli nic nie zburzy moich planów, liczę na to, że kwietniu uda mi się spisać prezentację w formie tekstu na bloga. Co do literatury, poza informacjami i linkami do wyszukania w Internecie (chyba byłabym w stanie wyszperać spis linków, z których korzystałam, choć wiele z nich to były przypadkowe paragrafy wyszperane w zupełnie niezwiązanych opracowaniach i tekstach), była jedna książka, która ogromnie mi się przydała. Pewnie to właśnie ją masz na myśli.
    Tytuł to „Kobieta epoki wiktoriańskiej. Tożsamość, ciało i medykalizacja.”. Autorką jest Agnieszka Gromkowska-Melosik, książkę wydało wydawnictwo Impuls w 2013 roku i jeśli pamięć nie myli, książka jest do kupienia, w ebooku, na ich stronie za niecałe 40zł :)

  • disqus_pLOeNaNd19

    Tak, o tę książkę chodziło! Dziękuje :)
    Cieszę się, że notka z prezentacją jest bliżej niż dalej, bo sama prezentacja na serialkonie bardzo mi się podobała. Bedę zaglądać :)