Zdziwniej i zdziwniej, czyli “Dziwny przypadek psa nocną porą” – Teatr Dramatyczny w Warszawie.

Mysz wiedziona nowo-odkrytą sympatią do młodego polskiego aktora wybrała się do teatru. Po czym napisała krytykę. Bo sympatia sobie, a sztuka sobie.

Dwa lata temu, Mysz wyszła zachwycona z seansu The Curious Incident of the Dog in the Night-Time – brytyjskiego spektaklu nagrodzonego 7. Olivierami, transmitowanego w kinie Atlantic w ramach NTLive. Poświęciłam sztuce długi tekst, rozprawiając się w nim zarówno z bestsellerową książką Marka Haddona, na której Simon Stephens oparł swą adaptację, jak i z samym spektaklem. I choć nie obyło się bez zastrzeżeń, ostatecznie była to jedna z lepszych (jeśli nie najlepszych) sztuk, jakie miałam przyjemność oglądać.

Z tym większą ciekawością wybrałam się do Teatru Dramatycznego na Woli by przekonać się, jak sztuka ta wypada na polskiej scenie, a zwłaszcza jak w głównej roli sprawdzi się Krzysztof Szczepaniak – młody aktor z pewnością znany fanom Studia Accantus. Szczepaniak niedawno uzyskał dyplom, ale już może poszczycić się kilkoma znacznymi rolami na koncie, w tym fantastycznym występem jako Emcee w poza tym wybrakowanej inscenizacji Cabaret, o której szerzej pisał Zwierz Popkulturalny (tak, byłyśmy na sztuce razem). Mysz nie wstydzi się przyznać, że jest Szczepaniakiem oczarowana i była dobrej myśli, gdy dowiedziała się, że ten utalentowany aktor wciela się w tak trudną rolę, jaką jest Christopher Boone z “Dziwny przypadek psa nocną porą”. Dość, że bez namysłu nabyłam bilety na najbliższy spektakl, wybierając miejsca w pierwszym rzędzie by móc z bliska przyjrzeć się polskiej adaptacji.

Cóż… chciałbym móc w tym miejscu wylać z siebie potok superlatyw i pochwał. Ale nie mogę. Przynajmniej nie do końca.

DPPNP (23)

“Dziwny przypadek psa nocną porą”, jak zapewne nie muszę Wam tłumaczyć, to historia piętnastoletniego chłopca, który wzorem swego bohatera, Sherlocka Holmesa, wszczyna śledztwo dotyczące śmierci psa sąsiadki. I nie byłoby ani w tym, ani w postaci Christophera, ani w samej sztuce nic dziwnego, gdyby nie to, że Christopher nie jest normalnym chłopcem, bowiem znajduje się na spektrum autyzmu. Przy czym Mysz instynktownie wierzga za każdym razem, gdy słyszy, że Christopher ma zespół Aspergera, gdyż jest to duże uproszczenie. Zarówno oryginalna sztuka, jak i książka Haddona nigdy dokładnie nie określają, czy Christopher cierpi na konkretną chorobę. Jest po prostu inny – inaczej widzi świat, a także inaczej odbiera oczywiste dla wielu ludzi sygnały, zwłaszcza te związane z emocjami, zawiłością relacji międzyludzkich, czy komunikacją, zarówno werbalną jak i niewerbalną. Przejawia też tzw. savant skills, czyli posiada fantastycznie pojemną pamięć i umiejętność dokonywania w głowie bardzo skomplikowanych obliczeń, a poza tym bardzo żywiołowo interesuje się matematyką i kosmosem. Jest też aspołeczny i dosłowny (nie rozumie metafor i przenośni, ani nie wyłapuje social cues), boi się ludzkiego dotyku i najchętniej spędzałby czas w swoim własnym świecie. I to właśnie do tego świata zaprasza nas zarówno książka Haddona jak i adaptacja Stephensa.

W zarówno brytyjskiej jak i amerykańskiej inscenizacji “Dziwnego przypadku…” ogromną rolę odgrywają cztery techniczne aspekty: scenografia, oświetlenie, dźwięk i ruch, które obrazują widzom w jaki sposób postrzeganie świata Christophera różni się od naszego. Czytelnicy znający oryginalną sztukę z pewnością pamiętają pociętą kratką scenę przypominającą tablicę, okalające ją rozświetlone prostopadłościany, służące jednocześnie za mnóstwo rekwizytów – od krzesła, poprzez stół, a na toalecie kończąc. Trudno również zapomnieć o precyzyjnie przemyślanych i opracowanych wizualizacjach, które wyświetlają się na ścianach i/lub podłodze, tworząc świat widziany oczyma Christophera, zarówno ten fantazyjny – istniejący jedynie w jego wyobraźni – jak i ten zupełnie przyziemny, jak dworzec kolejowy. Jest wreszcie światło – raz oślepiające, raz przygaszone, podkreślające konkretne elementy, które zwróciły uwagę bohatera – oraz dźwięk – często przesterowany, nachalny, wbijający się w uszu kakofonią, naśladującą sensory overload, które przeżywają wyczulone zmysły Christophera. Dodajmy do tego przepiękną choreografię, która poprzez sekwencję ruchów potrafi oddać coś tak prostego, jak codzienna rutyna Christophera (dla którego powtarzalność jest metodą kontrolowania otaczającego go świata), aż po akrobatyczny taniec z podnoszeniami, który obrazuje, jakim chaosem jest dla Christophera rzeczywistość, który my uznajemy za normalną i oczywistą.

DPPNP

Tu niestety pojawia się pierwszy zgrzyt w inscenizacji Teatru Dramatycznego. Sztuka Stephensa w reżyserii Marianne Elliott musiała zostać zaadaptowana na potrzeby warunków, jakimi dysponuje scena im. T. Łomnickiego, w związku z tym pewne uproszczenia były oczywiste. I tak bardzo jak Mysz żałuje wycięcia ze sztuki większości świetlnych wizualizacji, oszczędna, niemal wręcz nieistniejąca scenografia Anety Suskiewicz sprawdza się świetnie. Rusztowanie otaczające sześcianem powierzchnię sceny to jednocześnie granica wyobraźni Christophera i ramy sztuki-w-sztuce, którą oglądamy. Mysz ogromnie spodobał się pomysł, by nie tylko rusztowanie, ale także wszystkie rekwizyty – od znanych nam już prostopadłościanów, po listy, pudełka czy lokomotywę-zabawkę – pomalować na czerwono, czyli ulubiony kolor bohatera. Sądzę, że Christopher doceniłby ten niewielki, ale szalenie istotny szczegół.

W wersji Teatru Dramatycznego podłoga również odgrywa rolę tablicy, na której Christopher “rozpisuje” swój sposób widzenia świata, jednak ze względu na dość wysoki poziom sceny, trudno aby zapiski te odgrywały istotną rolę; być może z nieco dalszych miejsc widać je lepiej – dla osób siedzących w pierwszym rzędzie są dość bezcelowe. Równie bezcelowa wydaje się momentami reżyseria światła; podczas gdy w wersjach zagranicznych wyraźnie widać, jakiemu celowi służy rozjaśnienie czy zaciemnienie danych elementów sceny, na deskach Teatru Dramatycznego trudno wyczuć intencję stojącą za takim a nie innym operowaniem oświetleniem. Mysz nie jest także przekonana co do wykorzystania aktorów jako dźwiękowych efektów tła. Są momenty, które wypadają fantastycznie, jak chociażby jazda metrem, gdzie aktorzy szumią i szeleszczą, naśladując pędzący wagon Londyńskiego Undergroud, czy podróż pociągiem do Londynu, gdy terkot kół obrazuje stukanie w pudła prostopadłościanów, spełniających również funkcję siedzeń*. Są jednak także gorsze momenty – cała sekwencja na dworcu, która w oryginale wypada niczym skomplikowany, ale bezbłędny taniec, na scenie im. Łomnickiego wypada blado w porównaniu.

*przyjaciółka z którą byłam w teatrze dopiero teraz uświadomiła mi, że prawdopodobnie były to cajony – instrumenty perkusyjne używane np. w muzyce flamenco. Dzięki, Ewa! :3

DPPNP (22)

Z pewnością może pojawić się w Waszych głowach myśl, że porównywanie polskiej wersji z brytyjską czy amerykańską jest niesprawiedliwe. Być może macie rację. W sumie, im dłużej Mysz nad tym myśli, tym bardziej stwierdza, że na widzach, którzy nie oglądali oryginalnej sztuki, wersja Teatru Dramatycznego może wywołać bardzo pozytywne wrażenie W takim razie, postarajmy się spojrzeć na “Dziwny przypadek psa nocną porą” bardziej obiektywnym okiem i pozwolić sztuce wybrzmieć bez przywoływania co chwilę bagażu poprzednich inscenizacji.

Poza czwórką bohaterów (Christopher, jego rodzice, oraz Siobhan, jego nauczycielka ze szkoły specjalnej), w sztuce Stephensa aktorzy wcielają się w we wszystkie postaci, które bohater Christopher spotyka na swojej drodze: od dyrektorki szkoły, aż po odpytujących go policjantów czy przypadkowych przechodniów. To rozwiązanie pozornie genialne w swej prostocie, jednak nastręczające dodatkowych trudności aktorom, którzy przeciągu całej sztuki muszą wejść w kilka, często bardzo różnych ról. Anna Gajewska, Agata Wątróbska, Robert T. Majewski i Tomasz Budyta radzą sobie jak mogą, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że nawet te mniej istotne postaci są grane dosyć bezbarwnie. Co więcej, nie wygląda to na świadome działanie, podyktowane np. tym, że Christopher nie umie odczytywać emocji innych, w związku z czym wszyscy w jego oczach wypadają równie nijak, lub wręcz przeciwnie – równie egzaltowanie. Myszę smuci zwłaszcza w przypadek pani Alexander – starszej sąsiadki, która nawiązuje z chłopcem wątła nić przyjaźni. Można odnieść wrażenie, że wcielająca się staruszkę Agata Wątróbksa bawi się swoją rolą w niemal karykaturalny sposób, brakuje jednak w tym występie emocji, które mogłyby tę postać urealnić.

DPPNP (21)

Tu zresztą pojawia się kolejny ogromny zarzut do inscenizacji Teatru Dramatycznego. Istotą “Dziwnego przypadku…” jest to, że jest to sztuka-w-sztuce. Christopher prowadzi śledztwo dotyczące zabitego psa, które skrzętnie zapisuje, pisząc swoją własną książkę; fragmenty tejże książki w trakcie sztuki czyta na głos Siobhan, spełniając tym samym rolę narrator (bo oprócz tego spełnia także rolę swoistego Jiminy Cricketa Christophera, czyli jego głosu rozsądku). Co więcej Siobhan w pewnym momencie proponuje by książkę Christophera przerobić na sztukę, którą dzieci ze szkoły specjalnej będą mogły wystawić w ramach school activities. Mamy więc wielowarstwową fabułę – dodatkowo przedstawioną niechronologicznie – która w równej mierze jest realną rzeczywistością, wersją tejże zapisaną przez Christophera i przefiltrowaną przez jego wyjątkową wyobraźnię, oraz sztuką opartą o jego zapiski. Najlepszym tego przykładem jest moment, w którym na scenę wchodzi policjant, któremu Christopher bezczelnie wytyka: “Jesteś za stary na policjanta”. Wówczas zbesztany aktor posłusznie schodzi ze sceny, wręczając czapką policjanta młodszemu koledze, który bez zająknięcia wchodzi w swą rolę i sztuka toczy się dalej. Z zupełnie niejasnych powodów – and I hate to say this, ale chyba wynikających z podstawowego niezrozumienia, czym jest “Dziwny przypadek…” – w polskiej wersji tej sceny nie ma. Owszem, Christopher mówi policjantowi, że jest “za stary” i to nawet dwukrotnie, ale komentarz ten pozostaje bez reakcji. Rozumiem, że przy ograniczonej obsadzie trudno aby aktor dostępny ‘na wymianę’ był młodszy, ale istotny jest dowcip związany z aspektem sztuki-w-sztuce, a to czy aktor rzeczywiście wygląda młodziej. Myszy jest niezmiernie przykro, że tak niewielki, acz istotny element został przez reżysera polskiej inscenizacji pominięty.

Nie sądzę jednak bym mogła Jakuba Koftę piętnować za porażkę, jaką jest choreografia w “Dziwnym przypadku…”. A przynajmniej nie jest to wyłącznie wina reżysera – ciężar powinien spocząć także na barkach Anety Jankowskiej, odpowiedzialnej właśnie za choreografię. Ruch to szalenie istotny element nie tylko postaci Christophera (o tym za moment), ale także całej sztuki – tym bardziej jeśli jest ona, tak jak wersja polska, wystawiana na tak oszczędnie zaaranżowanej scenie. W wielu przypadkach to aktorzy wcielają się tu w konkretne rekwizyty (np. bankomat), ciałami i ich ruchem obrazując otaczającą Christophera rzeczywistość. Problem w tym, że w większości wypadków w ich ruchach nie widać żadnego sensu. Sekwencja w której Christopher wraca do domu i po kolei wykonuje rutynowe czynności (zamykanie drzwi, odwieszanie płaszcza, itd.) korzysta z rozstawionych na scenie aktorów, ale w sposób, który nijak się ma do tego, co bohater właśnie robi. Każda kolejna pozbawiona sensu sekwencja ruchów wykonywana przez aktorów-statystów jedynie mocniej utwierdzała Mysz w przekonaniu, że ten brak celowości i logicznej konsekwencji z pewnością nie spodobałby się samemu Christopherowi.

DPPNP (13)

Trzeba jednak zaznaczyć, że inscenizacja Teatru Dramatycznego ma jedną zasadniczą zaletę, która niespodziewanie dla samej Myszy, stawia polską wersją ponad oryginałem. Mianowicie, Kofta postanowił wykorzystać akompaniament na żywo, zatrudniając duet SzaZa (Paweł Szamburski i Patryk Zakrocki). Mogę się mylić, ale mam wrażenie, iż choć w trakcie spektaklu pobrzmiewały echa melodii słyszanych na londyńskiej scenie, oś muzyki narodziła się w wyobraźni polskiego duetu. Nawet jeśli tak nie było, trudno zaprzeczyć, że perfekcyjnie opracowane i dobrane dźwięki skrzypiec i klarnetu doskonale dopełniały kameralnej scenografii i intymnej historii, pokazywanej na deskach Teatru Dramatycznego. Mysz szczerze żałuje, że nie można kupić soundtracku z “Dziwnego przypadku…” bo jestem przekonana, że byłoby to idealne, inspirujące tło do pisania kolejnych tekstów.

Kofta, z pochodzenia Czech, będący także dyrektorem Wrocławskiego Teatru Lalek, w wywiadach przyznaje, że zawsze przemawiało do niego tworzenie spektakli dla młodzieży. Jakby na to nie patrzeć, “Dziwny przypadek…” jest do tego stworzony, nie tylko ze względu na wiek głównego bohatera, ale także przez swą przystępną, acz interesującą i angażującą formę. Co więcej, jest to historia outsidera, który próbuje odnaleźć się w niesprzyjającym mu świecie i przy okazji spełnić swoje marzenia (however prosaic they may be) – i Mysz chyba nie zna nastolatka, który nie odczułby więzi pokrewieństwa z takim bohaterem. Nie do przeoczenia jest też inny istotny aspekt sztuki, a mianowicie to, w jaki sposób uczy tolerancji i akceptacji inności, w wielu jej formach i wariantach. To z pewnością lekcja, na której młodzi ludzie powinni wysiedzieć, stąd Myszę cieszy obecność na teatralnej sali tylu widzów w wieku szkolnym. Mogę po cichu liczyć na to, że akurat ta grupa odbiorców wyniosła ze sztuki znacznie więcej niż ja, nie zauważając wytykanych przeze mnie niedociągnięć. That is, jeśli udało im się przemóc tak często spotykaną w tym wieku mentalność, że pójście do teatru – zwłaszcza z klasą – to straszny obciach ;)

DPPNP (4)

Mysz byłaby ciekawa posłuchać, jak młodzież odebrała poszczególne postaci w sztuce, ze szczególnym uwzględnieniem rodziców Christophera. Być może dla młodego widza każda postać próbująca wywrzeć presję na nastoletnim bohaterze jawi się w barwach “czepialskiego rodzica”. Jednak z punktu widzenia Myszy w postaciach rodziców Christophera tkwi wielki tragizm – tym większy, że oboje pochodzą z robotniczej klasy średniej i widać, że mimo iż kochają swego syna, nie zawsze radzą sobie z opieką nad nim. Zarówno ojciec jak i matka przechodzą w trakcie sztuki interesującą drogę, poniekąd zamieniając się rolami – cierpliwy, choć gwałtowny ojciec staje się zagrożeniem, a wyrodna matka przekształca się w bezpieczną przystań, do której ucieka Christopher. Przy czym nasz bohater nie wyczuwa niuansów emocji, jakie się rozgrywają w sercach jego rodziców. Najgorsze jest jednak to, że według Myszy, tych niuansów nie wyłapali również grający ich aktorzy.

Marcin Sztabiński wcielający się w rolę Eda, ojca Christophera, w pierwszym akcie znajduje chwiejną, acz przyzwoitą równowagę między graniem postaci skrajnie zmęczonej, a mimo wszystko szczerze kochającej swego wymagającego syna. Niestety przebłyski emocjonalnej głębi gubią się gdzieś w drugim akcie, przez co scena załamania ojca wypada nader płasko. Dziwi również brak sceny, w której Ed czule i ostrożnie rozbiera swego syna, który niechcący zmoczył sobie spodnie. Jest to absolutnie przejmujący moment – taki, który przy pomocy milczenia i oszczędnych ruchów mówi więcej, niż tysiąc słów. Mysz ma zresztą wrażenie, że takich drobnych momentów wycięto ze spektaklu sporo, przez co nabrał on szybszego tempa. Kofta w wywiadach wspominał, że “Dziwny przypadek…” ze względu na swą szybką akcję przypomina scenariusz filmowy. Znów jednak sądzę, że wkradło się tu pewne niezrozumienie: kluczowe i najbardziej emocjonalne momenty sztuki rozgrywają się właśnie w chwilach ciszy i bezruchu, gdy emocje postaci – zwłaszcza Christophera – mają czas wybrzmieć. Choć i od tego zdarzają się wyjątki.

DPPNP (18)

Nieco lepiej wypada momentami Magdalena Czerwińska, grająca Judy, matkę Christophera. Niemniej także ten występ pozostawia wiele do życzenia. Nie widać tu zbyt wiele rozterek matki, która postanowiła porzucić swoje dziecko – tym bardziej znaczących, iż możemy się domyślać, że porzuciła je ze względu na trudności związane z opieką nad nim. W polskiej inscenizacji ciężko nie odnieść wrażenia, że w finale sztuki oboje rodziców otrzymuje odkupienie (także od Christophera). Myszy zdaniem, nie powinno to być wcale takie oczywiste. Sztuka ma o wiele mocniejszy wydźwięk, gdy nie do końca wiemy, kto ostatecznie wychodzi obronną ręką z konfliktu Christophera z jego rodzicami; kto jest “the good guy” a kto “the bad guy”.

Na tym tle pozytywnie wybija się postać Siobhan, nauczycielki Christophera. Tam gdzie w oryginalnej sztuce Mysz miała z tą rolą spory problem, tutaj mogła odetchnąć z ulgą. Agnieszka Roszkowska ani przez moment nie traktuje bohatera sztuki protekcjonalnie, wręcz przeciwnie – jest ciepła i opiekuńcza, ale gdy trzeba potrafi skutecznie domagać się uwagi Christophera, który przecież z zasady unika kontaktu wzrokowego z drugim człowiekiem. Przy tym nie ma się wrażenia, by Siobhan traktowała Christophera jak dziecko czy osobę upośledzoną. Owszem, wykazuje ogromną dawkę cierpliwości, ale zawsze jest z nim szczera – nie oszukuje ani nie okłamuje go, by oszczędzić jego uczucia albo uzyskać konkretny efekt. Dzięki temu finałowa scena, w której Christopher pyta Siobhan “Does this mean I can do anything?” robi takie wrażenie; widz wyczekuje odpowiedzi nauczycielki niemniej niż sam bohater, wiedząc, że Siobhan powie prawdę, a prawda ta da nam nadzieję. Tym bardziej kuriozalną decyzją było przetłumaczeni ostatniego zdania sztuki jako: “Czy to znaczy, że mogę coś/cokolwiek osiągnąć?” (parafrazując). Mysz uważa, że dokonująca przekładu Bogusława Plisz-Góral dość dramatycznie rozminęła się tu z pierwotnym sensem tego zdania, czyli “czy mogę osiągnąć wszystko (co sobie zamarzę)?”.

DPPNP (6)

Reżyser spektaklu wspominał w wywiadach, że “Dziwny przypadek psa nocną porą” to sztuka o tym, jak ludzie nie umieją (lub nie chcą) ze sobą rozmawiać. Tym bardziej interesujące z punktu widzenia Myszy jest to, że to właśnie w scenach konfrontacji z innymi bohaterami Krzysztof Szczepaniak wypada najlepiej. Gdy Christopher “odpływa”,  going on one of his science-rants, grający aktor zdaje się recytować z pamięci wyuczone dialogi, byle szybciej wyrzucić te wszystkie techniczne, naukowe szczegóły. Myszy szkoda tych chwil, bo właśnie podczas nich mamy najswobodniejszy dostęp do Christophera jako postaci – widzimy świat jego oczyma i dobrze byłoby, gdyby bohater był w stanie zarazić widzów swoim zachwytem nad ogromem kosmosu czy pięknem matematyki. Jednak na scenach Teatru Dramatycznego sceny te wypadają zbyt pośpiesznie i gubi się cały ich urok.

Gdzieś też gubi się spora dawka humoru, którą zawierała w sobie oryginalna sztuka. Podobnie jak The Martian, który rok temu wywołał zachwyt dowcipnym sposobem w jaki ujęto kwestie techniczne czy naukowe, tak Mark Haddon w swojej książce – i Simon Stephens w adaptacji – byli w stanie natchnąć lakoniczny język Christophera niespotykanym humorem. W polskiej inscenizacji element ten się rozmywa, nie oznacza to jednak, że wersja ta jest kompletnie pozbawiona błyskotliwych momentów. Przy czym za większość z nich bezapelacyjnie odpowiada Szczepaniak. Mysz wciąż nie jest przekonana, czy aktor o tak wysokim poziomie energii nadaje się do grania dość zamkniętej w sobie postaci jaką jest Christopher, jednak z drugiej strony właśnie ta energia jest dla Szczepaniaka saving grace. Jak inaczej byłby w stanie zagrać tak trudną i wymagającą rolę? Owszem, jest to forma udawania, ale jak słusznie ujął Alex Sharpe, wcielający się w tę rolę na Broadway’u, pod względem “chemii organizmu” aktor autentycznie przeżywa te same emocje i napięcia, z którymi boryka się Christopher. Nie na darmo Szczepaniak w wywiadach żartuje, że schodząc ze sceny jest dwa kilogramy lżejszy. Rola w “Dziwnym przypadku…” wymaga wszak nie tylko ogromnej kontroli emocjonalnej, ale także ruchowej. I tu Szczepaniak radzi sobie świetnie, przy pomocy prostych, ale natychmiast rozpoznawalnych tików i gestów oddając istotę tego, jak odmiennie Christopher postrzega świat.

DPPNP (20)

Naturalnie, Mysz nie byłaby sobą, gdyby nie miała kilku uwag. Szanuję decyzję by w pewien sposób uprościć postać Christophera i pokazać jego “piękny umysł” przy pomocy zrozumiałych skrótów, które nawet młodzież będzie w stanie bez problemu odczytać i zinterpretować. Widać w występie Szczepaniaka echa Dustina Hoffmana w Rain Man; myślę, że także widzowie Temple Grandin bez problemu mogą znaleźć podobieństwa między bohaterką filmu, a Christopherem. Mysz z kolei zastanawiała się, czy w trakcie przygotowań do roli, Szczepaniakowi wpadł w ręce film Mozart and the Whale, bo także i ten film przyszedł mi na myśl, gdy oglądałam młodego aktora na deskach sceny. Then again, prawdopodobnie wynika to stąd, że jest bardzo konkretny typ środków aktorskich, który wiąże się graniem osoby ze spektrum autyzmu.

Szczepaniak wraz z Koftą zinterpretowali bohatera sztuki inaczej niż zrobiono to w wersji brytyjskiej (i amerykańskiej), ale decyzje te mają rację bytu. Mysz jednak nie jest przekonana, czy systematycznie wzrastająca energiczność Szczepaniaka to dobry pomysł–i czy w ogóle jest był to świadomy, a nie zwyczajnie zmęczenie materiału. Choć w drugim akcie na Christopherze rzeczywiście spiętrzają się coraz większe stresy, fakt że jego emocje są coraz bardziej wyraźne, a gra Szczepaniaka bardziej dramatyczna, nieco się nie zgadza z tym co Mysz czytała na temat osób ze spektrum autyzmu. Z drugiej strony, w tym tkwi szkopuł: spektrum autyzmu jest bardzo szerokie, podobnie jak zestaw różnych zachowań, które mu towarzyszą. Tym bardziej, że słowami Luke’a Treadawaya (Christophera z West Endu), rola Christophera to balansowanie na cienkiej granicy, “niczym pełna wanna, która w każdej chwili grozi przelaniem”. Stąd nie da się jednoznacznie określić aktorskich decyzji Szczepaniaka jako niesłusznych czy błędnych

DPPNP (9)

Niewytłumaczalny błąd popełniono natomiast w ostatniej scenie sztuki, gdy po brawach Christopher ostatni raz wychodzi na scenę i tłumaczy widzom, w jaki sposób rozwiązał maturalne zadanie z matematyki. Z niewiadomych dla Myszy powodów, Szczepaniak po brawach wyszedł znów na scenę… po czym zupełnie wyszedł z roli. Jest to o tyle kuriozalne, że przecież to Christopher (a nie grający go aktor) powinien chcieć nam to zadanie wytłumaczyć – to zdaniem Christophera, matematyka jest na tyle ciekawa, że każdy powinien chcieć o niej posłuchać. Pomijam już fakt, że brawa kończące “Dziwny przypadek…” w równej mierze są dla wcielającego się w główną rolę aktora, co dla samego Christophera, w którego wyobraźni spędziliśmy właśnie kilka pouczających godzin.

Mimo to, Mysz wciąż jest pod ogromnym wrażeniem Szczepaniaka i wyzwie na pojedynek każdego, kto twierdzi, że aktorowi brakuje umiejętności, by wiarygodnie i z empatią wcielić się w Christophera. Jak wspominałam, młody aktor najlepiej wypada w momentach, gdy gra na scenie -do kogoś-, bo trudno w wypadku bohatera sztuki mówić o graniu -z kimś-. Szczepaniak konsekwentnie unika kontaktu wzrokowego i moduluje intonacją głosu by oddać oderwanie Christophera od przyjętych norm komunikacji z drugim człowiekiem. Nawet gdy Szczepaniak jest na scenie sam – a zza sceny rozlega się narracja Siobhan, lub głos matki, czytającej listy – nie można od niego oderwać wzroku. Jest wprost magnetyczny. Przy czym Myszy największą frajdę sprawiły momenty, gdy z Christophera wychodzi głęboko skrywane, ale wciąż istniejące poczucie humoru – w chwilach, gdy pod nosem Christophera wykwita malutki uśmiech, ze Szczepaniaka wyłazi urocza kokieteria, widoczna w innych jego rolach (czy chociażby klipach Studia Accantus).

DPPNP (10)

W ogóle Mysz ma teorię, że Krzysztof Szczepaniak to szalenie żywiołowy i ekspresyjny aktor–i być może dlatego sceny, w których Christophera traci panowie nad swymi emocjami wypadają tak przejmująco. Mysz wielokrotnie przyłapywała się na tym, że podczas wybuchów Christophera – lub gdy ten szarpał się z innymi postaciami – wstrzymywała oddech, autentycznie przejmując się losem bohatera. Szczepaniak jest w tych chwilach bezbłędny, wkładając w grę aktorską całego energię, na jaką go stać. Nic dziwnego, że po spektaklu (cóż, nie oparłam się możliwości poproszenia o autograf ^_^) sprawia wrażenie nieziemsko zmęczonego. Choć trzeba zaznaczyć, że ujmujący uśmiech i psotna iskra w oku nie opuszczają go nawet w takich momentach ;)

A i gdyby ktoś się pytał, jak zamienić tłum widzów w panto crowd* – wystarczy na scenę wprowadzić psa :D

*Niestety zwrot ten nie istnieje po polsku. Pochodzi z brytyjskiej popkultury – konkretniej odnosi się do pantomimy – i opisuje publiczność, która reaguje żywiołowo na podjudzanie ze strony aktorów, zamierzone by uzyskać  konkretny efekt, np. buczenie gdy pojawia się Ten Zły, albo chóralne “awww”, gdy dzieje się coś słodkiego.

DPPNP (2)

Ktoś mógłby zapytać jakie ostateczne wnioski wyniosłam z tego wypadku do warszawskiego teatru. Cóż, wciąż tkwi w Myszy niejasne przekonanie, że mamy duże problemy z adaptowaniem zagranicznych sztuk na potrzeby polskiej sceny. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy się starać, albo że Mysz zamierza położyć krzyżyk na całą rodziną scenę teatralną. Wręcz przeciwnie – odkrycie Szczepaniaka daje mi nadzieję, że w przyszłości polskiego teatru czeka nas jeszcze wiele pozytywnych zaskoczeń. Napędzana tym przeświadczeniem (a także miłością do musicali) wybieram się zresztą wkrótce na kolejne spektakle w polskiej inscenizacji.

A czy warto się wybrać na “Dziwny przypadek psa nocną porą”?

… w sumie tak. Ale tylko dla Szczepaniaka. Tell him Mysza sent you ;)

DPPNP (17)

PS1. Długo się zastanawiałam, gdzie już widziałam aktora z podobną energię i charyzmą, co Szczepaniak. And then it dawned on me: on my ten sam urok, co Donald O’Connor, czyli Cosmo z Singin’ in the Rain. Co z kolei sprawiło, że Myszy się teraz marzy zobaczyć Szczepaniaka właśnie w takiej żywiołowej, energicznej, komediowej roli. Ewentualnie byłby fantastyczny jako Riff w West Side Story – “Gee, Officer Krupke” byłoby WYBITNE w jego wykonaniu. Wybitne, I tell you!… Przy czym obie te role to partie dla tenorów, więc Szczepaniak nadawałby się również wokalnie. Bo śpiewa zaiste bosko! :3

PS2. Mysz co prawda zawsze ogromnie się wstyda podchodzić z własnej inicjatywy do aktorów, ale ostatecznie zawsze miło wspomina momenty, gdy uda jej się nieśmiałość pokonać. Teraz było podobnie – Krzysztof był szalenie uprzejmy, a także zaciekawiony Mysim nom de plume ;)
Co więcej, as luck would have it, duża grupa twórców i wykonawców Studia Accantus zjawiła się na widowni by wesprzeć kolegę. W związku z czym Mysz po spektaklu mogła przemóc się także i w tym wypadku, i niezręcznie (acz podobno uroczo) wydukać, że jest wielką fanką. I wszystko byłoby idealnie, gdy nie to, że potem z zaaferowania wsiadłam do niewłaściwego tramwaju i musiałam się 4 razy przesiadać w drodze do domu. Tylko dlatego, że Accantusowa grupa stała na koło mnie na przystanku i musiałam całą siłą woli skupiać się na tym, by nie piszczeć na głos. Ale o tym cicho sza. Miejmy nadzieję, że nikt z nich nigdy się nie dowie, jakim jestem nieogarem ^_^

  • Z tego co wiem, w Londynie “Dziwny przypadek…” też jest teraz grany i mam ogromną nadzieję, że będzie transmitowany do polskich kin!
    Na tę inscenizację bardzo chętnie wybrałabym się dla Krzysztofa Szczepaniaka – absolutnie uwielbiam go już od tego dnia, kiedy pierwszy raz wystąpił w Accantusie. Niestety, jestem z Krakowa i może jeśli przedstawienie byłoby całkiem dobre to jakoś uciułałabym pieniążki, a tak to żeby zobaczyć Krzysztofa jeszcze poczekam na inne okazje ;)

  • Transmisja “Dziwnego przypadku…” w wersji londyńskiej miałam miejsce przynajmniej dwa razy. Sądzę, że najlepiej pisać do kin w Twoim mieście, które organizują pokazy NT Live i zapytać, czy istnieje możliwość powtórzenia tego spektaklu. Im więcej osób będzie się go domagać, tym większa szansa, że go powtórzą :)
    Mysz kojarzyła Szczepaniaka z Accantusa (wciągnęłam się w nich na dobre dopiero pod koniec 2015 roku), ale to występ w “Cabarecie” zachęcił mnie by przyjrzeć mu się nieco bardziej. I mimo uwag krytycznych, wcale nie żałuję. Jeśli będziesz miała okazję obie te sztuki warto dla Szczepaniaka zobaczyć, przy czym myślę, że “Cabaret” będzie łatwiej złapać – “Dziwny przypadek…” grają stosunkowo rzadko, niestety :3