Mysi przegląd 2015 roku – część 1. Lepiej późno niż wcale.

Nieuniknione podsumowanie minionego roku ale za to z Mysim twistem.

Odwlekałam ten tekst tak długo jak się dało, przytłoczona ilością rzeczy, które należy wziąć pod uwagę, tworząc roczne podsumowanie. Oczywiście postanowienie noworoczne, uczynione 1 stycznia 2015 roku by w oddzielnym kajeciku skrupulatnie zapisywać wszystkie warte uwagi wydarzenia, filmy, książki, albumy, teksty, trailery, itd. nie zostało dotrzymane.

Zadanie podsumowania roku dodatkowo utrudniał fakt, że Mysz – jak przystało na gryzonia-perfekcjonistę z obsesyjnym charakterem – chciała przejrzeć wszystkie do tej pory popełnione teksty i notki podsumowujące rok 2015, by mieć pewność, że niczego nie pominie. Gdy jednak lista ta urosła do ponad 40 linków, Mysz spojrzała na siebie z niesmakiem… jednym płynnym ruchem skasowała wszystkie pieczołowicie zachomikowane odnośniki. Be proud of me, guys – aktywnie staram się walczyć ze swoim perfekcjonizmem! :)

W tym roku, zamiast stresować się tym, że na pewno pominę coś istotnego albo nie uwzględnię jakiegoś  Ważnego Dzieła O Którym Mówili Wszyscy, postanowiłam skupić się tylko na tym, jak rok 2015 wyglądał z punktu widzenia Myszy. Przy czym warto zaznaczyć, że Myszę ominęło mnóstwo głośnych dzieł tego roku, włącznie z np. Inside Out (czekałam na wersję bez dubbingu, potem czekałam aż opadnie hype), Macbeth czy Sense8.

Na szczęście Mysz od kilku lat prowadzi spis “nowych” popkulturowych konsumpcji (w spis nie wliczają się rewatches i rereads, a jedynie dzieła oglądane/czytane/słuchane po raz pierwszy), nie musiała więc przeglądać żadnych TOP-list ani zestawień*. Zamiast tego, bazując na swoich notatkach – a także przejrzawszy pobieżnie profile na Goodreads, Spotify, Instagramie oraz YouTube – Mysz stworzyła subiektywny (w tym roku optuję za “ulubionymi” dziełami, a nie “najlepszymi”) i chaotyczny przegląd 2015 roku, który niniejszym Wam przedkłada. Enjoy!

*co nie znaczy, że olałam czytanie podsumowań innych blogerów. Przeczytam je. Jak skończę swoje. Bo inaczej nie uciszę wewnętrznych demonów :P

stars - greg rakozy

Zacznijmy może od podstaw. Często słyszę od Was, że na pewno w tajemnicy przed wszystkimi załatwiłam sobie dostęp do T.A.R.D.I.S. albo Potterowego zmieniacza czasu, skoro mam kiedy całą tę popkulturę pochłaniać. Ale prawda jest nieubłagana i aby Wam to udowodnić, Mysz sięgnęła po statystykę.

Po odjęciu od liczby godzin w ciągu roku czasu na spanie (8h/day) oraz godzin spędzonych w pracy (za wyłączeniem średniej liczby godzin urlopowych + zwolnienia lekarskiego), Mysz została z liczbą 5035 h czasu wolnego. Naturalnie wiele z tego czasu pochłaniają codzienne czynności i życiowe obowiązki – sprzątanie, gotowanie, dojazdy komunikacją. Mysz jednak postanowiła te godziny policzyć jako “czas wolny”, bo w ich trakcie także można dostarczać sobie codziennej dawki popkultury: podcasty i audiobooki nadają się do czynności, które wymagają ruchu, z kolei odcinek serialu lub film można sobie puścić w tle wielu domowych czynności (szycie, prasowanie, etc.). Oczywiście wielu osobom taki układ nie będzie odpowiadał, bo nie lubią rozpraszać swojego skupienia. Mysz też ma seriale, które ogląda z nosem wlepionym w ekran – i z kajecikiem do notowania uwag na podorędziu – ale zawsze znajdą się produkcje, którym nie trzeba poświęcać 100% uwagi. Jeśli oglądacie sporo procedurali, rozważcie czy nie dałoby się podczas ich nadganiania wykonać parę household chores – zaoszczędzicie w ten sposób czas, a jednocześnie nie ominie Was najnowszy odcinek.

Mając wartość, którą mogła podstawić za 100% czasu wolnego, Mysz zaczęła zliczać ile godzin poświęciła w tym roku na różne popkulturowe rozrywki. W większości wypadków są to jedynie liczby szacunkowe, określone na podstawie np. czasu wyświetlania przeciętnego filmu, czy jak w przypadku książek, Mysiej prędkości czytania (oszacowanej na podstawie średniej przeciętnego czytelnika) pomnożonej przez liczbę przeczytanych stron.

chartSłowo wyjaśnienia: w programy typu reality TV wliczyłam zarówno Face Off (Myszy ukochany program o charakteryzacji filmowej, o której pisałam razem z Pirjo na Pulpozarze), jaki i odcinki Comic Book Men (honestly, sama nie wiem czemu jeszcze ten program oglądam; chyba żeby móc przy nim w spokoju ducha kolorować). W live TV znalazły się zarówno stand-upy komików, odcinki Saturday Night Live, jak i wszelkie gale nagród, typu Oscary, Emmy’s, i Golden Globes. Seriale zamiast na gatunki (za dużo roboty!) zostały podzielone na formę krótką (20 min; najczęściej sitcomy), oraz długą (40 min; głównie dramy i procedurale, ale wliczają się w to także genre shows, czyli wszelkie Supernatural, Teen Wolf, Penny Dreadful, Game of Thrones, Flash, seriale Netflixa, itd.).

W tym roku Mysz znacząco zwiększyła swoje zainteresowanie amerykańskimi talk shows. Wpłynął na to zarówno wzrost mojej sympatii do Jimmy’ego Fallona i Setha Meyersa (obaj panowie byli mi obojętni do czasu aż po latach niechęci wreszcie zakochałam się w SNL), jak i uczynienie Jamesa Cordena – znanego wielu widzom sympatycznego, wesołego Brytyjczyka – prowadzącym The Late Late Show. Jak się okazuje oglądanie talk shows nie tylko dostarcza niezbędnej dawki Hollywoodzkich celebrytów, ale także podrzuca nowe, ciekawe zespoły, książki które warto przeczytać, a nawet interesujące filmy dokumentalne. Poza tym dzięki nim można łatwo wchłonąć szybki, dowcipny skrót tego, co się akurat dzieje na amerykańskiej scenie nie-tylko-popkulturowej. Świetnie też nadają się jako mentalne “tło” do kolorowania ;)

Movies are pretty self-explanatory, przy czym Mysz liczyła wszystkie filmy obejrzane w 2015 (czyli także starsze filmy obejrzane dopiero w tym roku, np. Song of the Sea). Z kolei theatre to sztuki widziane zarówno na żywo, jak i w ramach (re)transmisji spektakli w kinie, przy czym liczba godzin jest bardzo szacunkowa – Mysz założyła, że przeciętnie sztuka trwa 3h.  Muzyka to dział dość oczywisty (choć niepełny, bo tylko Spotify zlicza godziny – Winamp już tego raczej nie robi), podobnie jak książki; za to wśród audiobooków w tym roku znalazła się tylko jedna, ale za to gigantyczna produkcja, o której jeszcze przyjdzie Myszy popełnić większy tekst. Zaś przy grach… cóż, przyznaję – strzelałam. Nie wiem ile w tym roku godzin spędziłam nad pierwszym Wiedźminem i powolnym rozgrywaniem kolejnych kampanii w Heroes of Might and Magic V, ale strzeliłam, że 60h na Wiedźmina (musiałam przejść wszystkie poboczne questy) i 30h na Heroesów (bo zawsze zwiedzam całą mapę, nawet w kampanii).

picjumbo.com_HNCK9016

Jednak nawet gdy wziąć pod uwagę i pieczołowicie zliczyć wszystkie te czynności, wciąż 75% Mysiego czasu wolnego pozostaje do dyspozycji. Sami widzicie: wbrew pozorom popkultura nie pochłania tak wiele czasu, jak mogłoby się wydawać. Gorzej, że nikt nie zlicza ile z tych pozostałych 75 procent czasu Mysz spędza w Internecie – bardzo możliwe, że po wliczeniu tych danych okazałoby się, że w istocie “wolnego” czasu zostaje baaardzo niewiele ;)

Przejdźmy jednak do bardziej szczegółowych omówień.

KSIĄŻKI

kliknij w grafikę poniżej/z lewej by zobaczyć podsumowanie Myszowego “Year in Books”
kliknij TUTAJ by przejrzeć je bezpośrednio na Goodreads

Najłatwiej będzie z książkami, głównie dlatego, że Mysz w tym roku przeczytała ich upokarzająco mało. Jak słusznie zauważyła Ćma książkowa, ważniejsze jest to, czy książki były dobre i czy sprawiły czytelnikowi radość, ale Myszy – która przecież kocha czytać! – wciąż jest nieco głupio. Zaletą zaistniałej sytuacji jest, że Myszy bardzo łatwo jest wybrać swoje ulubione pozycje.

books 2015Wśród nich z pewnością znajduję się “Spindle’s End” – trzeci z retellingów w serii “Folktales” autorstwa Robin McKinley. Mysz zachwycała się już autorką w zeszłorocznym zestawieniu, ale w tym również musi o autorce wspomnieć, bo choć “Deerskin” pozostaje jej najlepszą książką, “Spindle’s End” is a close second. Ta książka to cudowny dowód na to, jak plastyczne jest tworzywo z którego powstają baśnie, jeśli tylko umieć je mądrze wykorzystać. McKinley ze swym złożonym poetyckiem stylem na nowo, niczym bogaty arras, ‘wyplata’ historię przeklętej księżniczki, nadając jej zarówno brutalnego realizmu i emocjonalnego gravitas, jak i fantastycznego world-buildingu, które nie powstydziłaby się ani Diana Wynne-Jones, ani Ursula K. LeGuin. Mysz wciąż jest pod wrażeniem tego, jak McKinley tworzy swoich bohaterów – niedoskonałych, ale wzbudzających natychmiastową sympatię. Warto też zwrócić uwagę na silne wątki feministyczne – fani Angeli Carter powinni w ciemno sięgnąć po książki McKinley.

“Cruel Beauty” (i rozgrywające się w tym samym świecie, ale opowiadające o innych bohaterach “Gilded Ashes”) Rosamund Hodge to, jeśli pamięć nie myli, książki polecone mi przez Ćmę. Mysz, będąc w fazie czytania retellingów (is it a phase if it never really passes, just subsides?) sięgnęła po nie z pewnym wahaniem – niestety, w tym podgatunku książek-robaczywek jest jak mrówków. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy odkryłam, iż Hodge właściwie nie ustępuje ww. McKinley jeśli chodzi o worldbuilding czy tworzenie pełnych wad, ale angażujących bohaterów. Styl Hodge również jest dość poetycki i złożony, ale tekst czyta się prędziutko, a kolejne odkrywane z czasem warstwy, znaczenia i twisty są dla czytelnika prawdziwą przyjemnością. Myszy osobiście najbardziej spodobało się jak umiejętnie Hodge przeplata różne inspiracje – mitologię grecką, elementy baśni zarówno o Sinobrodym, jak i Pięknej i Bestii, folklor celtycki, poezję T.S. Eliota, a nawet klimaty a’la Howl’s Moving Castle. Fani nieco mroczniejszych, poważniejszych retellingów powinni bez namysłu sięgnąć po książki Hodge. Przy czym pod pewnymi względami “Gilded Ashes” jest lepsze niż “Cruel Beauty”, bo Hodge uzyskuje ten sam mroczny, słodko-gorzki efekt przy o wiele mniejszej ilości stron. A to, zdaniem Myszy, nie lada sztuka.

Rose Daughter - Robin McKinley

Czasem Kindle źle coś wczyta i np. w książce “Rose Daughter” Robin McKinley, w scenie z pieleniem róż pojawi się nagle dziwny element anatomii :D

W kwestii zachwytów nad “Gone Girl” Gillian Flynn Mysz jest mocno spóźniona, ale tak to niestety bywa, jak się jest gryzoniem podatnym na odstraszające działanie hype’u. Na szczęście w tym roku udało mi się wraz z Krzyśkiem z Myszmasza zarówno przeczytać książkę, jak i obejrzeć film (każde w innej kolejności), dzięki czemu mogliśmy w interesujący sposób porównać nasze wrażenia podczas nagrywania podcastu. Dość, że Mysz była książką jednocześnie zachwycona i zaniepokojona – wciąż mam pozaginane rogi stron, na których przemyślenia bohaterów (np. na temat związków) są zbieżne z Mysimi O_o

Hype na “The Martian” Andy’ego Weira także zdołał mnie ominąć, ale gdy pod koniec tego roku w 10h(!) przeczytałam całą książkę za jednym posiedzeniem, zrozumiałam dlaczego było o niej tak głośno. To nieprzyzwoite, by książka o przetrwaniu w kosmosie, pełna naukowych faktów, chemicznych analiz i technologicznego bełkotu była tak cudownie zabawna i przyjemna w lekturze. Serio, jeśli jeszcze nie sięgnęliście po “Marsjanina”, pora naprawić to niedopatrzenie. Pamiętajcie tylko, że film jest od książki znacznie, znacznie słabszy–przynajmniej zdaniem Myszy.

Na koniec obligatoryjnie Joe Hill i jego “NOS4A2”. Hill wciąż pokazuje tu dobrą formę, ale chyba jednak jest zbyt rozwlekle; czyżby zapatrzył się w ojca? Mysz w każdym razie wciąż woli “Rogi” i “Heart-Shaped Box”, więc gdybym miała coś Hilla polecić, to raczej właśnie poprzednie dwie powieści. A na razie czekam na maj i premierę “The Fireman” :)

AUDIOBOOKI

picjumbo.com_HNCK8478

Skoro jesteśmy przy książkach Mysz napisze parę słów o wspomnianym wyżej słuchowisku, które pochłonęło tyle godzin z mojego pie chart, uprzyjemniając mi przy okazji dojazdy do pracy. Jeśli śledzicie fanapage bloga na Facebooku mogliście zauważyć kolejne Mysie statusy na temat tzw. “wiedźmińskiego słuchowiska”. Polska firma Fonopolis kontynuuje swą katorżniczą, ale wielce docenianą pracę i pieczołowicie przekłada Sagę Andrzeja Sapkowskiego na medium dźwiękowe. To nie książka czytana przez lektora – to pełnoprawne słuchowisko, z muzyką, efektami i świetnie dobraną obsadą głosową. Mysz w tej chwili czuje się rozdarta, bo z jednej strony Jacek Rozenek, podkładający głos pod Geralta w grze komputerowej był świetny, ale to na dźwięk chrapliwego głosu Krzysztofa Banaszyka (ze słuchowiska) Myszy miękną kolana. To się nie godzi, by aktor umiał zagrać emocje samym westchnięciem, ba–oddechem! :3

Niestety tu Mysz przyoblecze się w szaty strasznej kokietki i nic więcej o słuchowisku Fonopolis nie napisze. Dlaczego?… a bo planuję notkę podsumowującą wszystkie do tej pory wydane tomy Sagi, z omówieniem poszczególnych opowiadań, a także elementów słuchowiska, z uwzględnieniem zarówno zalet jak i wad. Ale nie bójcie się – zalet jest zdecydowanie więcej. Tak więc Mysz naprawdę gorąco zachęca, by się z tym dziełem zapoznać. Zwłaszcza, że nawet wieloletnim fanom Sagi (czy może przede wszystkim im) słuchowisko dostarczy podwójnej frajdy, pozwalając na nowo zinterpretować zaczytane do imentu teksty.

TEATR

2015_hamlet

Czekamy na transmisję na żywo w Kino Praha. Tyle emocji!

2015 nie obfitował w zbyt wiele wypadków do teatru w świecie rzeczywistym, ale Mysz zamierza naprawić to niedopatrzenie w roku obecnym – już w tej chwili na styczeń-luty mam bilety na 4 różne spektakle, plus dwie transmisje. A skoro o “teatrze w kinie” mowa, 2015 dostarczył nam pamiętnego “Hamleta” NTLive z Benedictem Cumberbatchem, a także wysyp Szekspira z londyńskiego The Globe. Mysz popełniła notkę o słynnym Duńczyku, ale tekst o dziełach Wielkiego Barda również mnie czeka – najpierw jednak muszę uzupełnić brak repertuarowy spowodowany chorobą i pożyczyć od Rusty DVD ze “Snem nocy letniej”. W sumie, przy okazji, można by obejrzeć całą trójkę spektakli z The Globe i uczynić porównanie. Będzie czego wyglądać w nadchodzących miesiącach :)

Spodziewajcie się także z dawna obiecywanej notki o “RENT” warszawskiego Teatru Rampa – Mysz w lutym wybiera się na spektakl po raz trzeci(!) i tym razem zamierza wreszcie spisać swoje wrażenia. A jeśli do tej pory nie mieliście pojęcia, jak bardzo Mysz potrafi dostać fisia na punkcie jednego spektaklu, to poczytajcie sobie o tym, jak obejrzałam kilka wersji “Into the Woods” by móc porównać wersję sceniczną z filmem :P

MUZYKA

musicCzęść z Was pewnie wie (lub po prostu się tego domyśla), że Mysz słucha bardzo dużo soundtracków filmowych. Muzyka instrumentalna i klasyczna świetnie nadają się jak tło… właściwie do wszystkiego: jeżdżenia komunikacją miejską, sprzątania, przeglądania Internetu, oraz co najważniejsze do pisania notek. Większość notek na Mysza Movie od paru lat powstaje przy stałym zestawie utworów: balet “Ognisty Ptak” Strawińskiego (wersja z 1919r. – żadna inna), składance “The Best Classics… Ever!” oraz wybiórczej dyskografii Sigur Ros; czasem przypałęta się też puszczony on loop soundtrack z Jumanji lub Hooka.

Faworytem od lat jest jednak A Single Man OST i Spotify twierdzi, że także w tym roku album ten zanotował najwięcej odtworzeń. Tuż za nim uplasowało się jednak kilka nowości, w tym Myszy zdaniem 3 najlepsze soundtracki tego roku: The Man from U.N.C.L.E. OST, Mad Max: Fury Road OST oraz Whiplash OST. Przy czym, choć Mysz wciąż jeszcze nie widziała Steve Jobs, będzie uparcie twierdzić, że Daniel Pemberton powinien dostawać nominacje/nagrody nie za soundtrack do filmu o życiu pomysłodawcy Apple’a, ale za muzykę do The Man from U.N.C.L.E. Ale o swoich zachwytach nad muzyką do tego filmu pisałam szerzej w recenzji.

music2Myszy podróżom po mieście towarzyszyli także nowi artyści, których odkryła w tym roku, a także nowe albumy stałych faworytów. W nadchodzących miesiącach czeka mnie notka recenzująca oba albumy Walk The Moon, więc napiszę jedynie, że zarówno słuchanie ich muzyki, jak i oglądanie teledysków to czysta przyjemność. Z kolei dźwięki Zoe Keating znam nie od dziś, choć nieco nieświadomie – jej utwory często można usłyszeć w serialu Elementary. Mysz z przyjemnością stwierdziła, że wiolonczelowa wirtuozeria Keating jest idealnym tłem nie tylko do pisania notek, ale także zasypiania. Coś czuję, że wkrótce dyskografia tej utalentowanej wiolonczelistki może zacząć konkurować z A Single Man OST o miejsce najczęściej słuchanej przez Myszę playlisty.

W roku 2015 światło dzienne ujrzały także nowe albumy Stereophonics oraz Imagine Dragons. Zupełnym przypadkiem, Mysz recenzowała ich poprzednie albumy  (Graffiti on a Train – Stereophonics; Night Visons – Imagine Dragons), więc istnieje szansa, że i w tym roku postanowię się pochylić nad dokonaniami obu zespołów. W każdym razie zarówno Keep the Village Alive (Stereophonics) jak i Smoke + Mirros (Imagine Dragons) wypadają fantastycznie.

music3Mijający rok upłynął także Myszy na zapętleniu kilku bardzo konkretnych utworów. Tu w przeciwieństwie do wymienionych wyżej albumów, nie słuchałam całej płyty (lub robiłam to rzadko), a skupiałam się na jednej, konkretnej piosence i puszczałam ją w kółko. And I mean it – jeśli wierzyć statystykom Spotify, “The Heart It Beats the Thunder Rolls” zespołu The Wind in the Wave (mogliście go usłyszeć w odcinku 1×07 iZombie) puściłam kiedyś 70 razy w ciągu jednej sesji!

Z filmu Sleeping With Other People podkradłam z kolei cover “Jingle Bells” w wykonaniu Sugar & the Hi Lows. Dawno nie słyszałam tak ciekawego, nietypowego coveru, który nie tylko delikatnie zmieniałby melodię, ale także pod wieloma względami przewyższał oryginał. A skoro już przy coverach jesteśmy, Mysz w tym roku zapałała silnym uczuciem do Setha MacFarlane’a (tak, tak – twórcy TEDa i Family Guya) i tak jak oba jego albumy są bardzo poprawne – MacFarlane mocno stylizuje barwę i styl śpiewania na Franka Sinatrę – jego cover “Something Good” z The Sound of Music szalenie mi się podoba. Przy czym uważam, że piosenką, którą odśpiewał najlepiej (wśród tych które przesłuchałam) jest “What Are You Doing New Year’s Eve?”.

A propos oryginalności: warto wspomnieć o “Miusjik”, czyli najnowszej płycie Beltaine – polskiego zespołu grającego muzykę celtycką. Mysz co prawda wciąż jest raczej partial to their older stuff, ale utwór “Pol(s)ka” tak fantastycznie łączy polską muzykę ludową z celtyckimi instrumentami, że Mysz optuje za tym, by Beltaine stał się naszym narodowym dobrem eksportowym! :)

Na koniec zaś dowód na to, że w głębi Mysiej duszy drzemie wstrętny hipster: w tym roku bardzo silnym i niespodziewanym uczuciem obdarzyłam utwór “River” duetu Ibeyi – paryskich bliźniaczek, łączących wpływy muzyki afro-kubańskiej z electro doom soul. Bardziej awangardowo już chyba nie umiem :D Ale nie zniechęcajcie się dziwnym opisem -to naprawdę piękny kawałek, a i pozostałe utwory w wykonaniu sióstr są poruszające i arcy-ciekawe. “River” ma też fantastyczny, hipnotyzujący teledysk.

Tyle na dziś, drogie Robaczki. Jutro Mysza powróci z omówieniem filmów i seriali które wywarły wrażenie w 2015 roku, a także z garstką ciekawostek i wydarzeń z życia bloga oraz samej Myszy. Hope to see you there! ^_^

Przejdź do części DRUGIEJ, by poczytać o filmach i serialach.

  • Myszo, tym podsumowaniem WRESZCIE odpowiedziałaś na moje pytanie – skąd ty na to wszystko bierzesz czas?! Tak podejrzewałam, że w grę wchodzi tu multitasking (wyławiając pojedyncze wskazówki z myszmaszowego podcastu), a więc rzecz dla mnie kompletnie nie do osiągnięcia (jak zacznę multitaskować przy serialach, to już nic z nich wiedzieć nie będę). Inna sprawa, że oglądanie filmów i seriali to dla mnie rozrywka do strawienia w zasadzie wyłącznie w parze – zawsze oglądamy razem z TŻ, więc musimy wspólnie znajdować czas, co trudne jest podwójnie. ;)

    Tym przydługim akapitem chciałam tylko wyrazić, że nieco mnie uspokoiłaś co do ilości mojego czasu spędzanego na zżeraniu popkultury – może nie jest aż tak źle, choć do średniej autorów z wielu popkulturowych blogów na pewno mi daleko. :D

    A – i dzięki za Beltaine! Zupełnie umknęło mi, że wydali nową płytę. Wsłuchuję się zatem. ;)

  • Katarzyna Prażmowska

    Gdybym prowadziła bloga, to takie notki byłyby pewnie moimi ulubionymi – całe swoje życie chciałabym zamknąć w listach, odhaczać kolejne pozycje; po prostu widzieć postęp, a objęcie czegoś wzrokiem równałoby się poczuciu posiadania jakiejkolwiek kontroli nad czymś (zazwyczaj nie do ogarnięcia). Ten komentarz będzie samolubny, uprzedzam.
    “w oddzielnym kajeciku skrupulatnie zapisywać wszystkie warte uwagi wydarzenia, filmy, książki, albumy, teksty, trailery, itd.” – toż to jest genialny pomysł! :o Uwielbiam pisać ręcznie (choć teraz robię to rzadziej), rozwijać się przez konsumowanie kultury, no i oczywiście chętnie bym się powypowiadała na pewne tematy (tylko że nie bardzo mam do kogo i/lub nie uważam swojego zdania za ważne), więc Twój pomysł jest dla mnie objawieniem! Aczkolwiek mój aktualny stan psycho-fizyczny po paru sekundach od pojawienia się tej myśli zdążył wywiesić wielki baner “e, nie, raczej się nie uda”. To i tak ostatnio napisałam parę zdań o jednym filmie, także sukces.
    Gdy przeczytałam o tym, że chciałaś przejrzeć wszystkie notki z 2015 roku, ale potem usunęłaś wszystkie linki, to autentycznie poczułam dumę. Wspaniale coś takiego zrobić, tak skasować maniakalnie tworzony zapisek, prawda? ;)
    Jimmy Fallon? Odkryłam go jakiś czas temu i jestem nim zachwycona! Tak się ucieszyłam na widok jego nazwiska w Twoim wpisie :) Kiedy jest ze mną źle, oglądanie Fallona na youtube jest jednym ze sposobów na radzenie sobie z sytuacją (dobra, nie oszukuję się, to czysty eskapizm, ale humor i tak staje się lepszy, so win-win). Dzięki niemu i Ellen DeGeneres, jakkolwiek głupio to zabrzmi, nauczyłam się pewnych rzeczy i poczułam lepiej ze sobą.
    Gdybym grała w gry komputerowe (bo tego, co robię, nikt za Granie zapewne nie uzna ;)), to miałabym tak samo – przejść WSZYSTKIE zakamarki mapy, WSZYSTKIE questy, zebrać WSZYSTKIE easter eggs. Dlatego właśnie nie gram, wykończyłabym się. Poza tym w wakacje sięgnęłam po jedną grę i do dzisiaj nie mogę jej skończyć, bo zbyt gwałtownie działa na moją psychikę (musiałam przerywać, bo np. ręka mi się już trzęsła ze stresu o.O).
    Kiedy podliczyłam, ile książek przeczytałam w tym roku, myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię. 11. W tym jedna czy dwie do magisterki, więc nie za bardzo się liczą. Wiedziałam, że tak będzie – po studiach znacząco spadnie mi lista przeczytanych pozycji ;) Na szczęście teraz czytam to, na co mam ochotę i kiedy chcę, a nie muszę próbować dobrnąć do końca kolejnych obowiązkowych lektur z historii literatury (chociaż było to cenne doświadczenie i oczywiście, że zachowałam te spisy i będę je zgłębiać). Pomyślałam sobie jednak, że to nie jest tak, że czytałam mało. Przekopałam się przecież przez tony fanfików! Niektórych bardzo długich, niektórych wspaniale napisanych, no a przede wszystkim, w tym roku naczytałam się po angielsku więcej niż przez całe życie. Poza tym rodzaj skupienia, wymagany przy książkach, był dla mnie trudny do osiągnięcia – o wiele lepiej znosiłam filmy i seriale, więc można powiedzieć, że kosztem książek podreperowałam pole kinematograficzne (chociaż i tak nigdy nie będę z siebie zadowolona, wiadomo; wciąż często muszę odpowiadać, że czegoś nie znam).
    Soundtracki filmowe i muzyka klasyczna to jest niesamowita rzecz. W moim przypadku głównie słucham ich, żeby się uspokoić i/lub skupić. Aczkolwiek są takie (wspomniany “A Single Man” na przykład), których słuchanie przyprawia mnie o ścisk w sercu i powinnam ich unikać, bo *feelings*. Dlatego jak w radiu internetowym mi czasem taki smakołyk zaserwują, to świat się zatrzymuje na parę sekund, a potem jest tylko ból.
    Przepraszam, że Ci tak ukradłam miejsce w Twojej przestrzeni, żeby pogadać o sobie, ale obawiam się, że przy filmach i serialach będzie podobnie… A nawet gorzej :<

  • Podejrzanie wiele czasu zajmuje Ci Myszu ten “Life”! Aż trudno uwierzyć, że przy takiej konsumpcji kulturalnych dóbr wszelakich jeszcze aż tyle zostaje! :) Aż się boję myśleć, gdzie w takim razie przetracam swój czas wolny, którego nie wypełnia mi kultura…

  • Jak to człowiek czasem powie coś mądrego ;). Bardzo się cieszę, że Rosamund Hodge przypadła Ci do gustu. Ja z kolei w tym roku na pewno spróbuję McKinley :).

  • Jakbyś miała coś jeszcze w stylu Hodge, albo dobre retellingi (tak, wiem, Lunar Chronicles) to wal jak w dym. A McKinley czytaj prędziutko! *skacze z ekscytacji* Tak bardzo chcę móc z kimś o jej książkach pogadać. Chociaż… kurczę, mam już dziury w pamięci, przydałaby się powtórka. Tylko kiedy ja znajdę czas!

  • Prawda? Na pewno gram na cheat-kodach :3
    #mamtaksamo. I mówię Ci: moim zdaniem ten czas pochłania Internet. I to jest chyba najsmutniejsze, bo chęć część czasu z pewnością spędzam na czytaniu/komentowaniu fajnych tekstów, większość to bezmyślne nicnierobienie :P

  • Mysz nawet nie wie, gdzie i kiedy nauczyła się multitaskingu, ale rzeczywiście bez tego nie wyobrażam sobie życia – nawet teraz, pisząc komentarz, słucham muzyki, a jak zaraz włączę serial, to będę przy nim kolorować :)
    Myślę jednak, że każda metoda ma swoje wady i zalety. Osoby, które nie umieją w wiele rzeczy naraz potrafi z kolei silniej się skupić na robieniu jednej konkretnej rzeczy. Tak więc nie jest chyba jeszcze z Tobą tak kompletnie beznadziejnie *ścisk*
    A co do oglądania w parze – Mysz też lubi czasem coś z Lubym obejrzeć (zwłaszcza gdy powrót z kina wiąże się ze szczegółowym omawianiem filmu), ale z zasady jest indywidualistką i najbardziej lubi się zasiąść przed ekranem totalnie sama. Taki już ze mnie antyspołeczny gryzoń ;)

    Mi też by umknęło gdyby nie to, że sprzedawali ją podczas koncertu, na którym byliśmy w marcu z okazji dnia św. Patryka. Fajnie wiedzieć, że nie tylko Mysz darzy ich muzykę silnym uczuciem ^^

  • Myszy listy akurat uświadamiają przede wszystkim ile ją w danym roku ominęło. Ale rzeczywiście fajnie jest móc objąć wszystko jednym spojrzeniem i zobaczyć, co się na przestrzeni 12 miesięcy wydarzyło :)
    Myszy kajecik się przydaje bo ma pamięć dziurawą jak sito. A dzięki temu zawsze wiem co kiedy widziałam/czytałam/słuchałam. Gorzej że nie zaznaczam w nim co -konkretnie- było warte uwagi i o czym dobrze byłoby pod koniec roku wspomnieć. Może w tym roku wywiązanie się z tego noworocznego postanowienia pójdzie mi nieco lepiej ^^
    A co do wątpliwości w tej kwestii – zacząć na pewno nie zaszkodzi. Kto wie, może niespodziewanie się w odnajdziesz w takiej formie i będziecie Ci coraz łatwiej pisać? :)
    Mysz nigdy by nie śmiała nabijać się z cudzego eskapizmu. To fantastycznie, że masz tzw. “go-to thing” które zawsze poprawia Ci humor i pomaga radzić sobie w trudnych chwilach. Nie ma w tym nic dziwnego ani głupiego, przynajmniej zdaniem Myszy :) Przy czym do moich ulubionych klipów Fallon należy “History of Rap” z Timberlakiem ^^
    Mysz, z tych samych powodów, też bardzo rzadko gra w gry, a gdy już zacznie, to przepada zupełnie na tydzień-dwa. Podziwiam mojego Lubego, który w tym samym czasie potrafi ograć 2-3 gry (a nawet więcej, jeśli są krótsze).
    Powtórzę za Ćmą: nieważne ile było książek, ważne czy się podobały. Poza tym zawsze jest kolejny rok – można próbować pobić swój dotychczasowy “rekord”. A 11 książek to o tyle wygodna liczba, że łatwo ją będzie ‘przeskoczyć’ :) Poza tym zdaniem Myszy fanifici też powinny się wliczać do liczby słów/stron przeczytanych w danym roku. Ktoś powinien stworzyć aplikację, który by te wszystkie przeczytane teksty zliczała ^_^
    Pamiętaj też, że nie ma nic wstydliwego w tym, że się czegoś nie zna. Staraj się patrzeć na to jak na niepowtarzalną okazję, by poznać coś po raz pierwszy. Warto się chwytać takich nowych wrażeń i doświadczeń – nigdy nie wiadomo co z nich wyniesiemy.
    A co do “A Single Man” – sama muzyka wciąż na Myszę działa, ale dopiero w połączeniu z filmem wywołuje najsilniejsze emocje. Fajnie jednak wiedzieć, że nie tylko mnie ta muzyka porusza :)

    Nie wygłupiaj się, kochana. Nic nie ukradłaś – jesteś tu tak samo mile widziana, jak każdy Czytelnik, który ma Myszy coś do powiedzenia. Lubię dowiadywać się jak popkultura (i nie tylko) wygląda z Waszego punktu widzenia. A może taki długi komentarz to sygnał, że jednak – wbrew podszeptom własnej psychiki – masz bardzo dużo do powiedzenia :) Może to znak, że fajnie byłoby spróbować to przekuć we własny tekst? Czasem jedyne czego potrzebujemy to inspiracja albo, jak to mówią amerykanie, “a push in the right direction” :)

  • Katarzyna Prażmowska

    O Myszo, ile Ty mi radości sprawiasz swoimi odpowiedziami! Zwłaszcza tak długimi :) Ostatnio się zastanawiałam, jak udaje Ci się odpisywać na te wszystkie komentarze, a co ważniejsze: jak to jest, że zawsze masz dobre słowo w zanadrzu?

    Uświadomienie sobie, że “nie ma nic wstydliwego w tym, że się czegoś nie zna” zajęło mi dużo czasu. Chociaż powinnam napisać o tym w czasie teraźniejszym – muszę sobie powtarzać tę myśl w kółko. Moja koleżanka założyła nie dawno bloga (nareszcie!) i napisała notkę o tym, a nawet dwie (gdybyś chciała, to zapraszam: http://wannapelnazombie.blogspot.com/).

    Ależ oczywiście, że mam bardzo dużo do powiedzenia! Tylko, tak jak wspomniałam, “nie bardzo mam do kogo i/lub nie uważam swojego zdania za ważne” ;) Ale to nic strasznego, taki mój urok. Ostatnio wpadłam na pomysł – zainspirowałaś mnie do niego po części swoją notką o HipMałżu – żeby stworzyć sobie osobny album na fb i dorzucać do niego po jednym panu, z metryczką i opisem, dlaczego jest dla mnie ważny, jak się poznaliśmy ;) i jakie emocje we mnie wzbudzają jego filmy (bo większość to byliby jednak aktorzy). Jednak w ciągu doby poczułam, że bezsensowne komentarze, jakie mogłabym dostać, byłyby chwilowo za trudne do udźwignięcia. Trudno być cywilizowanym, kiedy ktoś depcze to, czym z dobroci serca chcesz się podzielić.

    Zadałam nawet na swoim fejsie ostatnio pytanie do wszystkich znajomych, dotyczące tego, jakich mają ulubionych znanych mężczyzn. Raz, że byłam bardzo ciekawa, a dwa, że wiem, że ludzie lubią, kiedy się ich słucha. No i bardzo mały odzew mnie zdziwił o.O Nie wiem, co jest grane z ludźmi. Myślę sobie, że może pokutuje jakiś wstyd? Że jak się ma świra na punkcie jakiegoś aktora, bo jest przystojny, to to jest płytkie i nie należy się tym chwalić? Tylko że to zawsze prowadzi np. do poznawania jego filmografii albo dokonań pozascenicznych, np. charytatywnych.