Smorgasbord #1 – inauguracja popkulturowej konsumpcji.

Cykl tekstów, w których Mysz prezentuje swoje przypadkowe popkulturowe konsumpcje. Szwedzki stół – coś na ząb dla każdego!

W podsumowaniu 2015 roku odgrażałam się, że zainauguruję nowy cykl na blogu. Wyjątkowo jak na Mysz postanowiłam się stosunkowo szybko wywiązać z tej obietnicy. Już tłumaczę o co chodzi:

Smörgåsbord, jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, to po prostu “szwedzki stół”. Mysz używa oryginalnego zwrotu (w uproszczonej pisowni, bez szwedzkich liter) gdyż jest to słowo, którego używa się również w Stanach, głównie by określić zatrzęsienie i/lub różnorodność możliwości. Przykładowo możecie powiedzieć “Tarantino’s filmography is a smorgasbord of genres and tropes”. Proste? Proste ^_^

Myszy planowała rozpocząć cyklu Smorgasbord już rok temu, gdy przenosiła się na WordPress, ale jak to zwykle bywa z Mysimi planami, nic z tego nie wyszło. Patrząc jednak na to, ile popkultury pochłaniam na co dzień, a jak niewiele z niej rzeczywiście ląduje na blogu, stwierdziłam że pora wreszcie coś z tym fantem zrobić. Zwłaszcza że odkładanie omówienia kolejnych filmów, do momentu aż uzbiera mi się kilka spójnych tematycznie tytułów, prowadzi jedynie do rosnącej frustracji Myszy i przedłużającej się ciszy w eterze. On the other hand, głupio byłoby mi serwować Wam pojedyncze notki o filmach, które mogę (i chcę) omówić w 2-3 akapitach. Wbrew pozorom, Mysz wcale nie lubi lać wody.

Stąd pomysł na Smorgasbord, czyli cykl tekstów, w których krótko i nieco chaotycznie będę mogła przybliżyć Wam tytuły, które uznam za warte uwagi, a którym z różnych względów nie będę w stanie poświęcić osobnej notki. I zanim ktoś postanowi mi to wytknąć: tak, poniekąd inspirowałam się “Gulaszem z Pusia” z bloga Recenzje Malkonentki. Liczę na to, że Pusiek wybaczy mi ten manewr – after all, imitation is the highest for of flattery ;)

Mam nadzieję, że ten cykl przypadnie Wam do gustu, Robaczki. No i że dzięki niemu Mysz przestanie się wreszcie czuć jak taka wielka, puchata, leniwa langusta ;)

Let’s dig in. Bon appetite!

Burnt

Burnt (3)Burnt to pozornie historia jakich słyszeliśmy i widzieliśmy wiele: młody kucharz u szczytu swych możliwości popełnia serię niewybaczalnych błąd i traci wszystko, by po latach powrócić, próbując odzyskać miejsce wśród najlepszych kucharzy. Think Ratatouille meets Gordon Ramsay ;)

Bradley Cooper gra Adama Jones, geniusza kulinarnego o trudnym charakterze, który powraca do Londynu by zdobyć upragnioną trzecią gwiazdkę Michelina. Rację mają krytycy, którzy w historii Jonesa nie widzą oryginalności – rzeczywiście jest to film dość przewidywalny, choć Mysz przyzna, że raz czy dwa dała się zaskoczyć. To czego jednak brak mu pod względem nowatorstwa, Burnt nadrabia mnóstwem. Przy czym fakt, że film o najlepszych kucharzach – dla których udane kulinarnie eksperymenty to be-all, end-all ich egzystencji – pozbawiony jest innowacyjności zakrawa na okrutną ironię.

Wróćmy jednak do zalet: mimo schematyczności, która towarzyszy bodaj każdemu filmowi dziejącemu się w kuchni lub wokół gotowania, Burnt ma świetnie napisane dialogi. Nie jest to może poziom Aarona Sorkina, ale Mysie ucho wychwyciło mnóstwo naprawdę dowcipnych zwrotów i uszczypliwości, które zwłaszcza w ustach Bradleya Coopera brzmią bardzo na miejscu. Dla Myszy scenariusz Burnt jest o tyle ciekawy, że odpowiada za niego Steven Knight – twórca i scenarzysta Peaky Blinders, scenarzysta i reżyser chwalonego Locke (z Tomem Hardym), oraz scenarzysta fatalnego Seventh Son (recenzja) oraz The Hundred-Foot Journey (z Helen Mirren). Ciekawość sytuacji wynika stąd, że podczas gdy dwie pierwsze pozycje stoją na wysokim poziomie pod względem scenopisarstwa, o dwóch kolejnych nie można powiedzieć tego samego. Zwłaszcza The Hundred-Foot Journey jest tu istotne, bo to również film o jedzeniu. Dlaczego więc Burnt się sprawdziło, a poprzednia kulinarna wyprawa Knighta nieco trąci stęchlizną?… Być może za taki stan odpowiada John Wells, reżyser Burnt. Nazwisko to może brzmieć znajomo dla fanów The West Wing, E.R. czy Shameless (US), przy których Wells maczał palce jako producent i showrunner; wyreżyserował także chwalone 3 lata temu August: Osage County. Trzeba rzeczywiście przyznać, że Burnt pod względem technicznym i wizualnym jest wysmakowane – mamy ładne ujęcia, dobrą pracę kamery, spokojną ale interesującą paletę barw.

Burnt (1)

Tym co jednak przemawia na korzyść Burnt w największym stopniu jest obsada: oprócz nazwisk wymienionych na plakacie – a sami przyznacie, że takie nazwiska jak Uma Thurman, Emma Thompson, Daniel Bruhl (Inglorious Basterds), Omar Sy (The Intouchables), Matthew Rhys (serial The Americans) czy Sienna Miller (American Sniper, również z Cooperem) robią wrażenie – warto też wspomnieć o niewielkiej roli Alicii Vikander (The Man from U.N.C.L.E.) czy Lily James (Cinderella). Słowem, jak na film, który przeszedł właściwie bez echa zarówno wśród krytyków jak i widzów, niespotykanie dobra obsada. Co za tym idzie wszyscy bez problemu odnajdują się w scenariuszu i swoich postaciach. Cooper świetnie się sprawdza jako opryskliwy ale natchniony geniusz, któremu trudno odmówić zarówno buty jak i talentu. A skoro o trudnym charakterze mowa: Mysz była zafascynowana tym, że osoba o tak odmiennym temperamencie (ode mnie) może mieć podobne problemy. It’s sort of an eye-opener. Ale do tego zaraz wrócę.

Piękna Sienna Miller, z fantastyczną, podgoloną fryzurą, dzielnie stawia czoła Cooperowi jako równie utalentowana sous-chef, którą jego postać, Jones, bierze pod swoje skrzydło i szkoli na następcę. Mysz jednak największą sympatią obdarzyła postaci grane przez Rhysa i Bruhla. Panowie grają byłych przyjaciół Jonesa (jeden jest mniej pomocny, drugi bardziej), przy czym obaj mają z bohaterem Coopera intrygujące, acz niekoniecznie zdrowe relacje. Jednak to właśnie w chwilach między tymi postaciami Mysz wyczuwała najwięcej prawdziwych emocji – takich, które widzowi łatwo będzie zrozumieć i z którymi może się utożsamić. Mysz poleca Waszej uwadze zwłaszcza występ Bruhla (ty misiowaty pyszczku, ty :3 ) – jest understated, ale to ładnie zagrana rola.

Burnt

Jest jednak wiele filmów, które mogą poszczycić się przyzwoitym scenarzystą, dobrym reżyserem i fajną obsadą. Co więc sprawiło, że Mysz poczuła taką więź z Burnt? Myślę, że ostatecznie przemówił do mnie temat filmu, czyli pogoń za perfekcją – jakby nie na to nie patrzeć, motyw ten idealnie wpasowuje się w Myszy niedawne rozterki. Adam Jones to człowiek gnany pragnieniem zdobycia trzeciej gwiazdki Michelina – zwieńczenia kariery każdego kucharza. Ale czy rzeczywiście? Pomijając fakt, że film znacznie upraszcza proces otrzymania takowej gwiazdki, a także wymyśla na poczekaniu kryteria, które należy spełnić by ją otrzymać (choć to wszystko spekulacje, bo proces przyznawania gwiazdek jest objęty tajemnicą; nevertheless, krytycy rzadko skupiają się np. na wystroju, a niemal wyłącznie na jakości jedzenia), fakt faktem pozostaje: otrzymanie gwiazdki to tylko połowa sukcesu. Potem trzeba ją jeszcze utrzymać, konsekwentnie gotując potrawy na jak najwyższym poziomie.

Ślepe, destrukcyjne dążenie do zdobycia trzeciej gwiazdki jest więc dla Jonesa celem, ale tylko pozornym. W istocie wszystko kręci się wokół pragnienia bycia najlepszym–czy też, jak Mysz prędko się przekonała, odnajdując w postaci Coopera znajome cechy charakteru, pragnienia bycia “good enough”. Nie bez znaczenia jest scena, w której Jones uświadamia sobie, że tylko on uważa siebie za “nie dość dobrego” – wszyscy inni od dawna wiedzą, że jego talent nie ma sobie równych. Jasne, ma przy tym nieprzyjemny charakter, ale to akurat coś nad czym można popracować, przy odrobinie dobrych chęci i wsparcia bliskich. Zresztą “praca nad sobą” wyraźnie jest jednym z głównych motywów filmu, podobnie jak dążenie do osiągnięcia spokoju ducha – takiego wewnętrznego Zen, które pozwoli nam przestać gonić króliczka, a zacząć cieszyć się otaczającą nas podczas ‘pościgu’ scenerią.

I choć finał filmu przywodzi nieco na myśl ciepłe kluchy, Mysz – jako fanka takowych – była seansem miło zaskoczona. Po Burnt nie spodziewałam się wiele, a dostałam naprawdę satysfakcjonujący posiłek. Którego i Wam życzę.

In Your Eyes

InYourEyes (1)Mysz przymierzała się do tego filmu od prawie roku. Wpadł mi w oko (Ha! accidental pun!) w związku z nazwiskiem scenarzysty/producenta – zaintrygował mnie fakt, że Joss Whedon w latach 90. napisał oryginalny do filmu, który ostatecznie nigdy nie powstał. Jednak dopiero komentarz znajomej *macha do Izy* przypomniał mi o istnieniu tego filmu i zaintrygował na tyle, bym po niego sięgnęła. It ended up being one of the best things I did this week. Zanim jednak Mysz przejdzie do zachwytów, wytłumaczę o co chodzi. A, i gdy mówię “zachwyty”, I’m serious – pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po obejrzeniu filmu, było wystawienie mu oceny 10/10 na IMDb; gdy ochłonęłam dwa dni później, zmniejszyłam do 9/10, because there’s always some room for improvement ;)

In Your Eyes na pierwszy rzut oka prezentuje się jak dość stereotypowa historia o miłości potwierdzającej regułę, że przeciwieństwa się przyciągają. Rebecca (Zoe Kazan – What If) to zahukana młoda dziewczyna, pozostająca w nie-do-końca szczęśliwym związku ze swym bogatym mężem (Mark Feuerstein – Royal Pains). Becca, jak na bezrobotną żonę odnoszącego sukcesy lekarza przystało, spędza swoje dnie głównie snując się bezsensownie po sklepach w lokalnym miasteczku w New Hampshire. Z kolei Dylan (Michael Stahl-David – Cloverfield) to życiowy nieudacznik, który dopiero-co wyszedł z więzienia w Nowym Meksyku. Nie jest głupi, ale niekorzystne życiowe okoliczności – połączone z kiepskim towarzystwem (Steve Howey – Shameless; David Gallagher – 7th Heaven) – doprowadziły go do momentu, w którym nic mu w życiu nie wychodzi. Ba, nawet nie umie zagadać do miejscowej ćmy barowej (Nikki Reed – Twilight).

Zarówno Rebecca jak i Dylan nie mają żadnego celu, ot, istnieją sobie; trwają zawieszeni w emocjonalnej próżni, dając się ponieść tam, dokąd los ich zagna. I choć całe życie czuli, że czegoś im brakuje, dopiero przypadkowe poznanie się uświadamia im, czym była ta pustka, którą oboje odczuwali. Początkowo ich relacja to coś świeżego i nietypowego – coś co może rozjaśnić szarą i nudną rzeczywistość. Potem jest to przyjaźń; ktoś kto wysłucha, spojrzy z innej perspektywy, uświadomi to, czego sami o sobie nie wiemy. Z czasem jednak relacja Rebecci i Dylana przeradza się w coś więcej – oboje widocznie rozkwitają, nabierając pewności siebie. Oczywiście, historia tylko pozornie jest prosta – Rebecca ma wszak męża i to dość apodyktycznego; Dylana z kolei nagabują koledzy, którzy koniecznie chcą dokonać kolejnego włamu… Dodatkowo, bohaterowie pochodzą z kompletnie różnych środowisk i na tym tle coraz częściej dochodzi do spięć: on nazwie ją “rozpuszczonym bachorem”, ona wytknie jemu, że przecież jest “byłym skazańcem”…

InYourEyes (5)A czekajcie, zapomniałam o najważniejszym: Rebecca i Dylan nigdy się nie spotkali – porozumiewają się wyłącznie telepatycznie.

Z niewiadomych powodów, ta dwójka przypadkowych ludzi dzieli więź, która pozwala im czuć, widzieć i słyszeć to co czuje/widzi/słyszy druga osoba; nie mogą co prawda czytać sobie w myślach, ale mogą rozmawiać na odległość. To taka rozmowa telefoniczna, tylko że bez telefonu.
Mind blown, co nie? ^_^

Mysz próbowała sobie w głowie ułożyć wszystkie zalety In Your Eyes, ale i tak boję się, że albo wyłożę je zbyt nieskładnie, albo przestrzelę i odmaluję film w tak cudownych barwach, że ostatecznie zakończycie seans rozczarowani. A tego mimo wszystko chciałabym uniknąć, bo uważam film Brina Hilla za jedną z tych rzadko-spotykanych perełek, które potrafią złapać człowieka za serce i zostać w pamięci na długie lata.

Po pierwsze, jest coś niesamowicie intymnego i czarującego w koncepcji filmu, którego bohaterowie rozmawiają ze sobą, nigdy nie widząc się na oczy. Intymność ta jest tym większa, że choć Rebecca i Dylan pozornie pochodzą z różnych światów – co fenomenalnie podkreśla konsekwentnie używana paleta barw (chłodne błękity dla Rebecci w New Hampshire, ciepłe słoneczne kolory dla Dylana w Nowym Meksyku) – więź między nimi sprawia, że wiedzą o sobie więcej, niż początkowo podejrzewamy. Nie bez powodu Rebecca najpierw uznaje rozbrzmiewający w jej głowie głos Dylana za schizofreniczny omam – późniejsze rozmowy bohaterów rzeczywiście sprawiają wrażenie swoistej niepoczytalności i to takiej ledwo trzymanej w ryzach. Zarówno z tego względu, że twórcy filmu nigdy nie tłumaczą skąd się ta więź wzięła (i Myszy się to -strasznie- podoba, bo tak naprawdę wiedza ta nie jest do niczego potrzebna), jak i dlatego, że bohaterowie nie próbują swych rozmów zbytnio ukrywać. Przez co wyglądają na niespełna rozumu.

InYourEyes (4)To zresztą jedyny duży mankament filmu. Ponieważ scenariusz do In Your Eyes powstawał w latach 90., bohaterowie nie mogli udawać, że rozmawiają przez zestaw głośnomówiący. I choć film przeniesiono we współczesne realia (nie są one nigdy określone jednoznacznie, ale Rebecca w jednej scenie rzeczywiście udaje, że rozmawia przez smartphone, więc możemy założyć, że akcja dzieje się współcześnie), twórcy nie zawracali sobie głowy wprowadzeniem odpowiednich zmian w scenariuszu. Z jednej strony jest coś czarującego w tym, że bohaterowie czują się tak komfortowo ze sobą i są tak ślepi na resztę świata, że nie zauważają dziwnych spojrzeń i szeptów (wszak dla osób z zewnątrz, Dylan i Rebecca mówią do siebie, like crazy people). Z drugiej strony, odbiera to nieco wiarygodności późniejszym konfliktom i rozwiązaniom fabularnym. Ta okazjonalna pretekstowość fabuły to jednak jedyna rzecz, do której Mysz może się z ręką na sercu przyczepić.

Poza tym, mam dla In Your Eyes wyłącznie słowa pochwały. Przede wszystkim za fantastyczne występy Zoe Kazan i Michaela Stahl-Davida. Dialogi zawsze były specjalnością Whedona, podobnie jak oryginalne, świeże pomysły i pod tym względem film aż iskrzy od uroczego, rozbrajającego humoru i emocji, które, jak to się mówi, ring true. Jednak bez utalentowanych aktorów, In Your Eyes nie miałoby tyle samo magii. Mysz do tej pory nie zwróciła uwagi na Zoe Kazan, ale jej wygląd zbesztanej, przestraszonej sarenki idealnie nadaje się do roli Rebecci. Przy tym nie jest ona denerwująca w swoim życiowym nieogarnięciu i wywołuje raczej instynkt opiekuńczo-obronny, niż chęć silnego potrząśnięcia.

InYourEyes (1)

Z kolei grający Dylana Michael Stahl-David okazał się, z punktu widzenia Myszy, jakimś zupełnie niespotykanym, idiotycznym, nie-mającym-sensu objawieniem. I mean, ani to on wybitnie przystojny, ani prezentujący prężny wachlarz umiejętności. Jest jednak w jego występie w In Your Eyes gama subtelnych, nienachalnych środków aktorskich, które Mysz wprost oczarowały: od ciepłego, czułego spojrzenia brązowych oczu (oj cicho, let me wax-poetic, he really is great in this movie!), przez ujmujący acz delikatny uśmiech, aż do delivery co bardziej sarkastycznych dialogów. Mysz jest Stahl-Davidem absolutnie oczarowana i w ciągu ostatnich dwóch dni zdążyła upolować znaczą część jego filmografii–co jest nie lada osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że grywał głównie niewielkie role w pojedynczych odcinkach seriali*, albo w niezależnych shortach, które trudno znaleźć poza obiegiem festiwalowym.

Talent aktorów wcielających się w główne role jest istotny, ponieważ konstrukcja filmu wymaga, by grali oni “do pustki” – wszak Rebeccę i Dylana dzielą setki kilometrów; jedynie dzięki magii montażu (bardzo sprawnego) mamy wrażenie, że bohaterowie ze sobą rozmawiają. W istocie aktorzy mówią (i grają) niejako sami do siebie. Oczywiście Mysz zakłada, że Kazan była na planie, gdy czytając zza offu dialogi Rebecci, gdy Stah-David nagrywał swoje ujęcia (i vice versa). Niemniej warto zwrócić uwagę na to, jak wymagającym aktorskim zadaniem jest wiarygodne i szczere odegranie emocji rozgrywających się podczas rozmowy z drugim człowiekiem, w momencie gdy nie stoimy z nim twarzą w twarz. Pod tym względem Kazan i Stahl-Davidowi należą się naprawdę wielkie brawa – ich ekranowa chemia jest niezaprzeczalna i momentami uroczo nieporadna, which seems only natural, biorąc pod uwagę w jak nietypowej sytuacji znaleźli się ich bohaterowie.

InYourEyes (2)

Myszy co prawda trudno być obiektywnym, ale przy odrobinie chęci jestem w stanie przyznać, że nie każdemu film ten może przypaść do gustu. Jak to ładnie ujął jeden z recenzentów, In Your Eyes to: “a sort of valentine to the wonderfully romantic notion of falling in love as a meeting of minds, not of bodies” i jeśli mierzi nas romantyczna naiwność, możemy odbić się od filmu jak od ściany. Część z Was pamięta pewnie jednak, że Mysz jest stworzeniem naiwnym i szalenie podatnym na emocje. Nic więc dziwnego, że In Your Eyes wywarło na mnie tak dramatyczny efekt. I wcale nie przesadzam: pierwszy raz od lat – jeśli nie w całym swym Mysim życiu – poryczałam się w trakcie sceny erotycznej (sic!).

Mysz nie wstydzi się tego, że reaguje dość żywiołowo na tzw. “momentach”. Swoista naiwność pozwala mi w takich scenach zapomnieć, że oglądam dwóch aktorów którzy grają; odczuwam jedynie emocje rozgrywające się między postaciami, a trudno zaprzeczyć, że sceny erotyczne – oprócz funkcjonowania jako rozładowanie ‘iskrzenia’ między bohaterami – są również często kulminacją silnych emocji czy uczuć, jakie bohaterowie do siebie żywią. Mysz nie widzi powodu by się krygować, że odczuwa w takich momentach zarówno przyjemną ekscytację (hey, look! People kissing and whatnot!), jak i cały wachlarz innych, często o wiele głębszych emocji.

InYourEyes (9)

W przypadku In Your Eyes, do warstwy emocjonalnej doszedł fakt, że scena erotyczna jest tam pięknie nakręcona – nienachalna, z wysmakowanym i przemyślanym montażem, zostawiającą duże pole wyobraźni i okraszona absolutnie przepiękną muzyką. Mysz oda paru dni słucha “Trouble I’m In” Twinbed na zapętleniu i jeszcze się tym utworem nie znudziła – jest coś szalenie wyciszającego w jego tempie, naśladującym rytm spokojnego oddechu. Dość, że zdaniem Myszy scena i dobrany do niego utwór współgrają ze sobą absolutnie bezbłędnie. Zresztą nie jest to jedyny utwór, który Mysz szybciutko wyszukała na Spotify – Waszej uwadze polecam przede wszystkim “Resurrection Fern” Iron & Wine, “The Riot’s Gone” Santigold, wspomniane wyżej Twinbed, oraz radosne, wywołujące ogromny uśmiech na Mysim pyszczku “Stand in the Water” Wildlife, które słyszymy pod sam koniec filmu.

A właśnie, słówko o finale (spokojnie, bez spoilerów): końcówka In Your Eyes znacznie przyspiesza w stosunku do reszty fabuły, przez co można odnieść wrażenie, że jest nieco chaotyczna i gorzej przemyślana. Jednak pod wieloma względami ten szaleńczy bieg współgra z tym, co czują bohaterowie – jest punktem szczytowym ich historii. I tu mamy do czynienia z Myszy bodaj ulubionym aspektem filmu, czyli otwartym zakończeniem. Podobnie jak nie musimy wiedzieć, dlaczego ta konkretna dwójka ludzi odkryła między sobą psychic link ani skąd to się wzięło, tak samo nie musimy wiedzieć, co będzie dalej. Istotne jest to, że mimo wszelkich przeciwności, ta Rebecca i Dylan zdołali się odnaleźć.

Choć In Your Eyes używa ponadnaturalnego, fantazyjnego sztafażu, tak naprawdę opowiada historię do bólu prawdziwą i przyziemną: odpowiada na pytanie, dlaczego między dwójką ludzi nawiązuje się nić porozumienia. Rebecca i Dylan poznają się w dziwnych okolicznościach, ale o ile dziwniejsze jest to, że ktoś wpadnie na swojego przyszłego męża albo najlepszą przyjaciółkę kupując grabie ogrodowe? Jakie są na to szanse? Od czego to zależy?… We might never know. Albo inaczej: każdy musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo In Your Eyes nie oferuje nam na złotej tacy ani konkretnych wyjaśnień, ani definitywnego “happily ever after”. Sami musimy zdecydować, jak kończy się historia Dylana i Rebecci. I czy w ogóle się kończy.

InYourEyes (6)

Podsumowując, In Your Eyes to nietypowe, ale lekkie, czarujące piórko w nieco nadszarpniętym ostatnimi czasy kapeluszudorobku Jossa Whedona. Czuć w tej opowieści potencjał na coś więcej, ale Myszy zdaniem taka forma jedynie dodaje całości uroku. Mimo sporadycznej pretekstowości fabuły, scenariusz umiejętnie równoważy humor z czułością i szczyptą melodramatu, dając nam niegłupio poprowadzoną historię i bohaterów, których łatwo polubić. Dopracowana strona wizualna, sprawny montaż, fantastyczne aktorstwo i świetnie dobrana muzyka dopełniają In Your Eyes, dając w sumie film, w którym Mysz z miejsca się zakochała. Czego i Wam z głębi serca życzę :)

Sidenote: nie jest to pierwszy raz, gdy zetknęłam się z motywem psychic link w kinematografii, jednak – co ciekawe – w tamtym przypadku został wykorzystany jako punkt wyjścia dla horroru. Chocolate (w ramach cyklu Masters of Horror, odcinek 1×05) Micka Garrisa opowiada o rozwiedzionym mężczyźnie (Henry Thomas – tak, dorosły Elliott z E.T. Spielberga), który niespodziewanie zaczyna odczuwać smak czekolady–stąd tytuł. Z czasem okazuje się, że wrażenie to pochodzi od Catherine – młodej kobiety, w której zmysły bohater może się “wczuć”. Ponieważ mamy do czynienia z horrorem, nietrudno przewidzieć, że historia nie kończy się dobrze, ale dla Myszy interesujące jest – zwłaszcza po seansie In Your Eyes – w jak drastycznie odmienny sposób można pokazać taką psychiczną więź: albo jako coś pięknego i pozytywnego, albo jako ogromne naruszenie prywatności i osobistej przestrzeni. Zwłaszcza kontekst erotyczny jest tutaj istotny. In other words, jeśli lubicie nietypowe straszne historie, Chocolate może być interesującym doświadczeniem. Choć odradzam oglądanie go w tandemie z In Your Eyesit’ll completely ruin the movie. Wspominam o tym ot tak, w ramach ciekawostki :)

finishedbreakfast

Mam nadzieję, że niniejszy Smorgasbord Wam smakował, Robaczki. Dajcie znać, czy taka forma notek Wam odpowiada; ze swojej strony mogę powiedzieć, że Myszy się bardzo wygodnie ten tekst pisało i z przyjemnością dostarczę Wam kolejnych w przyszłości.

A dla tych, którym wciąż mało Mysiego skrobania, head on down to Pulpozaur, gdzie wraz z Pirjo, Ninedin i Michałem omawiamy odcinek specjalny Sherlocka BBC, “The Abominable Bride” :)

  • Ginny

    Z radością witam nowy cykl.
    I owszem, z “Burnt” wyszłam całkiem zadowolona. Zwłaszcza dzięki Bruhlowi, którego uwielbiam zawsze, a w tym filmie zwłaszcza. I ten jego wątek, tak nieoczekiwany i zgrabnie napisany (z jedną moich ulubionych filmowych kwestii zeszłego roku).
    Aczkolwiek pomysł obsadzenia Umy w roli, która na ekranie jest 30 sekund, jest… całkiem awangardowy.

  • Witamy nowy cykl, witamy. Ale Myszo – to NA PEWNO nie są krótkie podsumowania filmów, wbrew temu co piszesz na początku. ;D

  • Taaak, Luby już mi zwrócił uwagę, że przestrzeliłam z tą “krótkością” :D
    Podejrzewam, że im dalej w cykl, tym podsumowania niektórych filmów będą zwięźlejsze. Akurat o Burnt i In Your Eyes miałam sporo do powiedzenia i jakoś tak… wymskło mi się ;)

  • Bruhl należy do tych aktorów, których strasznie lubię, ale o których rzadko pamiętam. Niemniej cieszę się zawsze, gdy go gdzieś zobaczę. A z ciekawości – która kwestia Ci się tak spodobała? :)
    Uma miała wybitnie krótkie cameo, podobnie jak Lily James. A wiesz, że w filmie miał się na mgnienie oka pojawić Jamie Dornan, ale ostatecznie go wycięli? :D

  • Ginny

    A nawet mi się wydawało, że w reklamach filmu padało nazwisko Dornana – czyli słusznie mi się wydawało ;)
    “Zamiast się we mnie zakochać, zrobisz mi śniadanie?”

  • Daj mi panie zdrowie, żeby mój Gulasz był tak “skrótowy” i “niepoukładany” jak Twój ;)

  • Mam wrażenie, że nikt mi nie wierzy, że to naprawdę wyszło przypadkiem :D Poza tym Twoje Gulasze są niedoścignione ^_^

  • Myszu, spokojnie mogłaś z tego zrobić dwa oddzielne wpisy :) kurczaki, nie planowałam oglądać Burnt, ale Daniel Bruhl… Ten aktor ma coś w sobie, staram się śledzić jego kariere od kiedy widziałam Goodbye Lenin

  • Taaak, Luby też tak powiedział :D Tylko że ja naprawdę planowałam te teksty w krótszej formie, a potem usiadłam do pisania i… samo wyszło :D
    A Burnt to naprawdę przyzwoity, sympatyczny film. W sam raz do obejrzenia w ramach wieczornego relaksu ^^

  • Piękny i bardzo smaczny ten szwedzki stół — na “Burnt” wybierałam się do kina i tak się wybierałam, że nie poszłam, ale ponieważ uwielbiam filmy o gotowaniu, to się za niego w końcu zabiorę. Jakoś tak, poza tym, kojarzy mi się ten film z latem, a ja lata wyglądam jak kania dżdżu ostatnio ;). Może dlatego to skojarzenie, że on jakoś w wakacje wchodził, wcześniej (o rok?) był “Chef” i chyba tak mi się zakonotowało :).

  • Też mam słabość do filmów o gotowaniu (żałuję, że ostatecznie nigdy nie napisałam notki o “Chef”), więc podejrzewam, że “Burnt” Ci się spodoba – jest naprawdę przyjemny w odbiorze i zostawia widza z uśmiechem. Idealny na zimowy wieczór :) Aż szkoda, że przeszedł zupełnie bez echa.

  • Dorota D.

    Moje pierwsze skojarzenie po włączeniu “In your eyes” to “Sense8”. A że kocham ten serial to byłam z miejsca kupiona. Do tego bardzo lubię Zoe. Mam podobne do Myszy odczucia co do tego, że nie mamy wytłumaczone skąd im się to wzięło. Lubię kiedy twórcy zostawiają taką furtkę czy to na początku czy na końcu filmu (te otwarte zakończenia). Oglądając tego typu filmy, o ludzkich losach, takie przyziemne, lubię myśleć o tym, że spotykamy tych ludzi na jakimś etapie ich życia, coś jakbyśmy spotkali kogoś w barze, osoba by nam opowiedziała jakąś pojedynczą historię ze swojego życia i wyszła. Nie znamy całego życiorysu, ani nie wiemy co działo się dalej, bo ta osoba nada żyje i wszystko przed nią. Mamy tylko ten kawałek wycięty z życia.