Ból istnienia albo depresja z drugiej ręki.

W ramach Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją, Myszy osobiste przemyślenia w temacie.

Status na fanpage’u Riennahery uświadomił Myszy, że dziś wypada Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.

Podobnie jak w przypadku Aliena (co to jest Alien?), Mysz wychodzi z założenia, że o problemach natury psychicznej czy mentalnej należy mówić otwarcie. Należy robić wszystko, co w naszej mocy by walczyć ze stygmatem chorób i zaburzeń psychicznych, a także wszelkich innych przewlekłych schorzeń, którym z różnego powodu towarzyszy jakieś społeczne tabu. Należy o nich mówić głośno, by pozwolić innym się z nimi oswoić. By szerzyć wiedzę na ich temat, świadomość ich istnienia, informacje dotyczące tego jak je wykrywać i jak sobie z nimi radzić. By dawać ludziom poczucie, że nie są sami ze swymi problemami.

Ale co jeśli choroba z którą chcemy walczyć i o której chcemy rozmawiać nie jest -naszą- chorobą? Co jeśli, tak jak w przypadku Myszy, jest to choroba na którą cierpi osoba bliska? Czy wypada o niej mówić? Czy wypada zagłębiać się w szczegóły zmagań z tym schorzeniem i w emocje, jakie wywołuje? Czy nie jest to w jakiś sposób naruszanie cudzej prywatności?

Mysz w chwilach styczności z depresją czy chorobą dwubiegunową zawsze wraca myślami do osoby Stephena Fry’a, czyli brytyjskiego aktora, komika, pisarza i twórcy, który od wielu lat otwarcie mówi o swojej walce z tzw. manic-depressive disorder.

maxresdefault

Fry od lat jest dla Myszy postacią nader ważną, z wielu mniejszych lub większych względów. Do tych najmniejszych (choć niemniej istotnych) należy element nostalgiczny: gdy w 2007 roku poznałam po raz pierwszy Lubego i jego przyjaciół, to oni zarazili mnie miłością do programu QI, czyli Quite Interesting – brytyjskiego panel show, prowadzonego przez Fry’aWraz z pogłębiającą się sympatią do programu, zwiększała się też moja sympatia do Fry’a, którego poza-programowe działania zaczęłam śledzić z zapartym tchem. A Bit of Fry and Laurie (czyli brytyjski skecz-show stworzony przez Fry’a i Hugh Lauriego, znanego z serialu House), konto na Twitterze, blog aktora, wszelkie filmy i programy dokumentalne powstające przy współpracy BBC… im więcej się dowiadywałam o Fry’u – jego poczuciu humoru, inteligencji, wiedzy, światopoglądzie, i podejściu do życia – tym większego nabierałam doń szacunku.

Jego wypowiedzi na temat Boga i wiary (cudownie podsumowane w debacie z Christopherem Hitchinsem) czy homoseksualizmu (dokument Out There), otwarte i pełne ciekawości podejście do kultury (dokument Stephen Fry in America) czy technologii (program Gadget Man)… Mysz wchłaniała wszystko jak gąbka, utwierdzając się coraz mocniej w przekonaniu, że Stephen Fry jest najmilszą, najbardziej dowcipną, najbardziej rozsądną osobą na Ziemi. Oczywiście z biegiem czasu intensywność tych uczuć zdążyła nieco opaść, ale Mysz wciąż darzy Fry’a nieprzyzwoitym wręcz szacunkiem. I twardo utrzymuję, że gdybym miała możliwość zjeść obiad z jedną “sławną” osobą, byłby to Stephen Fry. Mogę go słuchać godzinami.

Having said all that, za Chiny nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy będąc na fali oglądania programów Fry’a sięgnęłam po Stephen Fry: The Secret Life of a Manic-Depressive, czy produkcja ta pojawiła się w kręgu moich zainteresowań dopiero, gdy bliska mi osoba otrzymała diagnozę choroby dwubiegunowej. Istny dylemat jajka i kury – autentycznie nie pamiętam, co było pierwsze.

ifeelfantastic_imfallingapart

Grafiki reklamowe autorstwa Samaritans of Singapore, zachęcające do szukania pomocy przy objawach depresji.

Dość, że obejrzenie tego dokumentu pomogło mi zrozumieć, przynajmniej w pewnym stopniu, przez co musi przechodzić osoba chora na to konkretne schorzenie. Mogłam poczynić pierwsze kroki ku zaakceptowaniu konsekwencji tej choroby – tego, że stan osoby chorej, a także jej zachowanie i działania, nie są jej winą. Nie są też moją winą. Że jest to autentyczna, w stu procentach realna choroba, równie prawdziwa jak cukrzyca, astma, czy moje własne nieuleczalne schorzenie. I, co najważniejsze, jest to coś poza naszą kontrolą – “jak pogoda”, że tak ukradnę porównanie pana Fry’a.

W efekcie, tym za co szanuję Fry’a najbardziej jest jego otwartość w rozmawianiu o depresji, uzależnieniu i chorobie dwubiegunowej. Mogę tylko aspirować do tego, by w życiu wykazywać się choć uncją tych wszystkich pozytywnych cech, które u Fry’a dostrzegam: empatii, humoru, szczerości, zdrowego rozsądku, pędu do wiedzy, ciekawości życia i ludzi… Naturalnie nie jest to człowiek bez skazy ni zmazy – aktor sam przyznaje, jak bardzo jest “ludzki”, jak omylny i niedoskonały. I za to, za tę szczerość Mysz darzy go jeszcze silniejszą sympatią. Niewiele osób ma na tyle dużo odwagi i serca by powiedzieć: “Wszyscy popełniamy błędy. Wszyscy się boimy. Wszyscy mamy te same lęki i obawy, choć próbujemy udawać, że wszystko gra”.

my_letter_from_stephen_fry_by_xchingx

Odpowiedź Fry’a na list kobiety, która przyznała się do zmagań z depresją.

A czasem jednak nie wszystko gra. Czytelnicy Mysiego bloga z pewnością zdążyli się już przyzwyczaić do moich huśtawek nastroju i okresów marazmu, przetykanych wybuchami aktywności. Naturalnie, gorsze dni zdarzają się każdemu – Mysz nie wątpi w to, że i Wam zdarzają się czasem takie “Złe dni naukowca”; ba, czasem są to nie tyle dni, co tygodnie! A jednak gdzieś w Myszy tkwi przekonanie, że to co przeżywa to nie jest ot, taka sobie zwykła chandra. Być może, gdyby istniało większe społeczne przyzwolenie na otwarte i szczerze rozmowy o tych chwilach, gdy jest nam gorzej… gdybyśmy nie czuli wszyscy potrzeby udawania, że “wszystko w porządku”, że nic nam nie jest… gdybyśmy nie mieli tendencji do idealizowania ludzi wokół siebie, przekonani że Inni mają poukładane życie i to tylko My jesteśmy ofermami, którym nic nie wychodzi i które nie umieją wziąć się w karb, a tylko marnują czas oglądając klipy na YouTubie…

Taka społeczna szczerość – otwarte przyznanie, że każdy z nas cierpi (lub cierpiał w swym życiu) na “ból istnienia” – być może uświadomiłaby Myszy, że wcale nie jest z nią tak źle, jak myśli. Ale na chwilę obecną  wciąż tak naprawdę nie wiem, czy czarne myśli z którymi walczę są normalne; czy są to przelotne burzowe chmury, które raz na jakiś czas zawisną nad każdym, czy jednak jest to stałe zachmurzenie – takie z którym należy walczyć?

tumblr_lu3sl2a4QR1qlccb8o1_1280

Do dziś nie wiem, czy moje najgorsze dołki kwalifikują się jako depresja. Diagnoza ta oficjalnie padła tylko raz i to niejako wstecznie, a i wówczas były to raczej “stany depresyjne”. Niemniej przy Mysiej  tendencji do dramatycznych, często egzaltowanych wybuchów samo-zwątpienia, smutku, przygnębienia i trwającej tygodniami chandry, przetykanych okresami zwiększonej aktywności, gdy akurat wpadnę w nową fazę (na film, aktora, pisarza, wokalistę, etc.)… cóż, trudno nie skłaniać się ku myśleniu o chorobie dwubiegunowej. Tym bardziej, gdy weźmie się pod uwagę moje przewrotne szczęście w genetycznej loterii. Jeśli z trzech przewlekłych, nieuleczalnych chorób odziedziczyłam już dwie to statystyka wybitnie nie jest po mojej stronie :/

However, for the time being Mysz nie ma postawionej żadnej konkretnej diagnozy. Stąd na całe zagadnienie depresji patrzę głównie z drugiej ręki – jako bliski osoby chorej, a nie sam pacjent. I wciąż tkwi we mnie to pytanie: czy mogę o tym otwarcie rozmawiać? Czy powinnam?

Walcząc dzisiaj z tymi pytaniami, zwróciłam się odruchowo do pierwszej osoby, o której w takich chwilach myślę. And you guessed it: it was Stephen Fry. Na YouTubie można znaleźć mnóstwo wywiadów i rozmów z aktorem na temat jego walki z chorobą, a także cały dwugodzinny dokument The Secret Life of a Manic-Depressive (link) i Mysz spędziła dziś sporo czasu po raz kolejny przekopując się przez wszystkie te materiały. I, choć bardzo się wzbraniałam, on the heals of that przyszły wspomnienia o Robinie Williamsie i jego tragicznej śmierci.

Robin Williams photographed in 1999

Gdy Williams zmarł w 2014 roku, Mysz nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Głównie z szoku, ale przede wszystkim z absolutnie niewytłumaczalnego bólu i przerażenia. I to nie niewytłumaczalnego w tym sensie, że nie wiedziałam skąd się on bierze (I knew only too well), ale niewytłumaczalnego dlatego, że nie potrafiłam go ubrać w słowa. Podczas gdy wielu znajomych – zarówno z blogosfery jak i spoza niej – wyrażało po śmierci Williamsa smutek i przygnębienie, Mysz czytała te teksty z mieszaniną emocji. Z jednej strony było poczucie wspólnoty – dla wielu z nas Williams był niczym ojciec czy wujek, zawsze obecny by rozbawić dowcipem czy podnieść na duchu dobrym słowem. Z drugiej była zazdrość – bo Oni potrafili wyrzucić z siebie swoje uczucia, nieważne czy tym uczuciem była akurat sympatia, szacunek, żal czy akceptacja. A Mysz, mimo ogromnej potrzeby wyrzucenia z siebie tego co wówczas czuła, gdy tylko siadała do napisania choć jednego zdania, natychmiast wybuchała niekontrolowanym płaczem.

Teraz, pisząc ten tekst też ryczę jak idiotka, ale obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek uda mi się napisać, co dla mnie oznaczała śmierć Williamsa, nie będę się hamować i powiem to, co wówczas leżało mi na sercu; co wciąż w nim tkwi, niczym zadra. Bo choć Williams nie cierpiał na chorobę dwubiegunową – a zależnie od źródła nie miał również potwierdzonej depresji – dla Myszy jego śmierć stała się nierozerwalnie z tą chorobą związana.

 “It doesn’t matter if Williams was officially bipolar. What matters is that he represented manic-depression.”

Ned Zeman for Vanity Fair

88aa2fee858c2898bc576a11a630a378_large

Reakcje na śmierć Williamsa w dużej mierze były jednomyślne: szok, niedowierzanie, smutek, żal. Jego odejście wywołało kolejny zryw  w dyskusji na temat chorób psychicznych i społecznego tabu, jakie wokół nich kwitnie, mimo głośnych starań organizacji wspierających walkę z tymi chorobami, czy celebrytów, którzy sami się z nimi zmagają. Jednak w bardzo niewielu wypowiedziach Mysz wychwytywała emocję, którą sama odczuwała najsilniej. A gruncie rzeczy sprowadzała się ona do skrajnego, wręcz atawistycznego lęku.

Gdy słyszymy o czyjejś samobójczej śmierci, tuż za nią pojawiają się często te same pytania: “Ale jak to?”, “Dlaczego?”, “Przecież był tak kochany”, “He had so much to live for”. Zwłaszcza w przypadku Williamsa – człowieka, który rozbawiłby umarłego i poprawił humor największemu nawet mrukowi – pytania te wydawały się zasadne. A nawet jeśli nie były zasadne, wciąż była to jedna z pierwszych podświadomych myśli, jaka przebiegała przez nasz kolektywny umysł: “Jak człowiek, który miał tyle do zaoferowania innym, mógł czuć się na tyle źle, na tyle samotnie, by odebrać sobie życie?”

Rzecz w tym, że dla osób z depresją to wcale nie jest taki nieprawdopodobny scenariusz. Trudno wyobrazić sobie, co czuje człowiek walczący z tzw. Czarnym Psem. Jeśli jednak choć w ułamku przypomina to dołki, w które zdarza się wpadnąć Myszy… I get it. Nie pochwalam tego, i jestem temu przeciwna, but I get it.

lifeisgreat_ihatemyself

Samaritans of Singapore

Jestem w stanie zrozumieć, że są osoby, które nie chcą dłużej walczyć i chcą mieć święty spokój; chcą po prostu przestać istnieć, wymazać się ze świata. To, że sama nigdy nie uczyniłabym najmniejszego kroku w kierunku zakończenia swojego życia – choć na pytanie psychologa o występowanie myśli samobójczych bez wahania odpowiedziałam twierdząco – nie oznacza, że nie rozumiem, co za tym stoi. Nie trzeba mieć osobistych doświadczeń, by w kontekście tak drastycznego działania chociaż -próbować- zrozumieć kierującą kimś motywację. Owszem, możemy ją uznać za tchórzliwą czy samolubną, ale Mysz już dawno wyrosła z naiwnego przekonania, że samobójstwo to temat czarno-biały. Są takie rzeczy, których nigdy nie zrozumiemy, jeśli sami ich nie doświadczymy. I są takie rzeczy, których lepiej nigdy na własnej skórze nie doświadczyć.

W przypadku Myszy ból po stracie Robina Williamsa miał w gruncie rzeczy bardzo proste korzenie: bałam się – i wciąż się boję – że inna fatherly figure w moim życiu przegra walkę z chorobą. Że mimo wsparcia bliskich, aktywnego leczenia, rozmów z psychiatrą i miliarda powodów by żyć, postanowi odejść. I wierzcie mi, nie jest to coś, z czym łatwo się w duchu pogodzić.

164057-168680Gdy Mysz, kilka tygodni po śmierci Williamsa – wciąż ledwo balansując na skraju nerwowego załamania – poruszyła temat ze swoją mamą, usłyszała słowa: “Dobrze, że już się nie męczy”.

W pierwszym odruchu chciałam ją uderzyć. Aż zachłysnęłam się gniewem, chcąc płakać, wyć i tupać nogami. Przecież nie o to chodzi by się poddawać. Mamy walczyć! Mamy się wspierać! Mamy razem dążyć do tego by jak najlepiej sobie z tą chorobą radzić! Co to za sianie defetyzmu? “Już się nie męczy”? A jego bliscy? A Ci których po sobie pozostawił? Co z nimi? Dlaczego to oni mają się teraz męczyć z jego decyzją?

…długi, naprawdę długi czas zajęło mi uświadomienie sobie, że wszystko sprowadza się właśnie do kwestii decyzji. Mogę jej nie pochwalać, mogę nie umieć jej zrozumieć, ale muszę ją prędzej czy później zaakceptować. Nie dla tych, którzy z własnej woli odeszli, ale dla siebie. Dla własnego zdrowia psychicznego. A także dlatego, iż chciałabym, żeby moją ewentualną decyzję również uszanowano.

Pytanie, czy Mysz kiedykolwiek podjęłaby taką decyzję jest tutaj nieistotne. Mogę sobie zadziornie twierdzić, że jestem zbyt ciekawa świata, by popełnić samobójstwo – że żyję z ciekawości (i z tego samego względu śmierć jest moim największym lękiem, bo przeraża mnie myśl, że nie zobaczę “co będzie dalej”) – ale prawda jest taka, że mam tylko 27 lat. Wiele się jeszcze może wydarzyć i kto wie–być może kiedyś zmienię zdanie. Być może po trzydziestce, gdy większość przypadków choroby dwubiegunowej się uaktywnia, spojrzę na sprawę z zupełnie innej perspektywy. With first-hand experience, so to speak.

imfine_saveme

Samaritans of Singapore

Na razie patrzę na wszystko jako osoba bliska – ta, która w najgorszym wypadku zostanie, by pogodzić się z cudzą decyzją, by zaakceptować ją. I jest to straszne, łamiące serce uczucie–ten lęk o drugą osobę. Ta myśl, że nie ważne jak bardzo się staramy, nic tak naprawdę nie leży w naszych rękach. Jedyne co możemy robić to badać się, leczyć, informować, wspierać i rozmawiać. Myszy zdaniem nie chodzi o to, by mówić o chorobach psychicznych “bez lęku” – nie odbierajmy sobie prawa do strachu. Zamiast tego pamiętajmy, że lęk, choć czasem paraliżuje, może być również silnym motywatorem. Nawet jeśli jedyne do czego nas zmotywuje to szczera rozmowa o tym, czego się boimy.

Mysz wciąż nie umie wspominać Robina Williamsa bez łez w oczach, ale dzisiaj postanowiła wziąć przykład z innego ukochanego komika, człowieka którego darzy ogromnym szacunkiem. I którego odejścia boi się bardziej niżby chciała przyznać.

Stephen Fry niemal zawsze gdy mówi o depresji i chorobie dwubiegunowej zwraca uwagę, że jest to schorzenie, która dotyka nie tylko osoby chorej, ale także jej bliskich. I Mysz pod wpływem jego słów stwierdziła, że nie zamierza dłużej dusić swoich leków i obaw. Że depresja – nieważne czy objawia się sama, czy w towarzystwie innych zaburzeń – to choroba społeczna i jako taka powinna być tematem poruszanym przez wszystkich, nie tylko same osoby chore.

stephen_fry_quote

Liczę na to, że nikt nie będzie miał mi tego tekstu za złe. Przy czym, jak się pewnie domyślacie, w gruncie rzeczy chodzi mi o tę jedną, najważniejszą osobę. You know who you are. I mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły.

Poprzez ten tekst chciałam Wam, kochane Robaczki powiedzieć, że nie jesteście sami. Nie tylko Wy się boicie – zarówno o siebie, jak i o tych których kochacie. Nie tylko Wy macie gorsze dni, tygodnie i miesiące. Nie tylko Wam życie czasem wydaje się nijakie i bezsensowne. Nie tylko Wam wydaje się, że nikt inny nie przeżywa tego samego, co Wy.

Co zrobicie z tą wiedzą?… to już Wasza decyzja. Ale pamiętajcie, że nawet najbardziej błaha rzecz może zmienić Wasz punkt widzenia.

I czasem może być to coś tak prostego, jak wiersz.

Thank you, Stephen Fry, for quoting this poem in many of your interviews. And thanks to Girl, Interrupted for first introducing it to me. Dorothy Parker – I owe you one.

tumblr_mzznk3yxiy1qjd5p1o1_500 

  • Życie z osobą chorą to chyba faktycznie temat, który w kontekście depresji, choroby dwubiegunowej czy innych schorzeń psychicznych. Dobrze przeczytać, że nie jest się samemu. Bliska mi osoba cierpiała na depresję (teraz już na ogół jest dobrze) i pamiętam, że trudno się obserwowało tę walkę, kiedy nie bardzo było wiadomo co zrobić, jak pomóc, i że wiązało się to też z bólem i poczuciem winy – obawą, że może robię coś, co przyczynia się do pogorszenia jej stanu i bezsilnością, że nie jestem w stanie sprawić, żeby było lepiej.

    Obawiam się, że nie mam nic konstruktywnego do dodania, ale dziękuję za ten wpis. To pokrzepiające, wiedzieć, że inni przeżywają podobne rzeczy.

  • Instant

    Pamiętam jak moja – była już – współlokatorka dowiedziała się, że od kilku lat mam zdiagnozowaną, momentami leczoną farmakologicznie, depresję. Temat wyszedł chyba po roku mieszkania razem, na tych ciasnych i nie gwarantujących prywatności czterdziestukilku metrach kwadratowych. Pamiętam zaskoczenie i niedowierzanie, bo przecież żartuję, śmieję się, jestem wesoła, dowcipna i tak dalej; ale to zdarza się dość często.
    To, co zabolało mnie najbardziej, było wygłoszonym autorytarnie zdaniem “Ja nie wierzę w depresję. Tym ludziom po prostu się nie chce”. Otóż owa współlokatorka uważała depresję za wymyślanie sobie problemów, że ona też czasem nie ma ochoty wyjść z łóżka, ale nie usprawiedliwia tego depresją, że wystarczy chcieć i coś robić i iść do przodu.
    O ile 23-letnią mnie obeszło to w stopniu najmniejszym – jej cyrk, jej małpy – o tyle mnie 16-letnią (a w tamtych okolicach pojawiło się po raz pierwszy hasło “stany depresyjne”) mogłoby to wpędzić w bardzo paskudne miejsca. Dlatego bardzo podoba mi się ten wpis, i dlatego chciałabym prosić wszystkich o wyrozumiałość. A jak tracę cierpliwość, co się czasami zdarza, to o cholerne doedukowanie się i nie sianie głupot.

  • Dziękuję Ci za ten wpis. Bardzo dziękuję.
    Nie umiem jeszcze otwarcie mówić o swojej chorobie, a to co piszę kosztuje mnie wiele wysiłku.
    Dobrze by było, żeby w taki dzień jak dzisiaj ludziom chociaż zechciało się dowiedzieć, czym depresja jest, poczytać o tej chorobie.
    Nie zliczę ile razy w realu słyszałam, że mam się wziąć w garść, ogarnąć, pracować i to wszystko minie, że to lenistwo. Jedyne osoby, które mnie w tym wspierają to moi wspaniali rodzice i długoletnia przyjaciółka. Reszta ludzi się rozmyła, głównie z mojej winy, ale z drugiej strony wolę mieć garstkę, która mnie w stu procentach akceptuje i ze mną wytrzymuje niż tłum oceniających ludzi, którzy moją chorobę traktują jako słabość i wykorzystują do swoich celów.
    Depresja to też straszliwa samotność, wstyd i koszmarny lęk, a także regularne zawodzenie samego siebie. Jest nas mnóstwo, a tak bardzo się boimy i podziwiam odwagę tych, którzy mówią o swojej chorobie głośno. Ja jeszcze nie mam, ale zrobiłam tu u Ciebie malutki kroczek. Wreszcie do przodu, a nie wstecz :)

  • Majka

    Chciałam napisać coś mądrego, ale nie umiem w literki, wiec tylko napiszę, że trochę Myszę rozumiem, bo trochę się w życiu otarłam o stany depresyjne i życzę Tobie i tej chorej, bliskiej Ci osobie wszystkiego dobrego <3 I wierzę, że będzie dobrze :)

    A tak jeszcze na koniec dodam, że dla mnie ciekawość to jedyna rzecz, która sprawia, że mniej się boję śmierci. Bo to co jest po niej jest totalną zagadką i trochę chciałabym wiedzieć, co tam jest :P

  • Izabela Pandora Próchniak

    No i rzecz jasna dzięki za wpis!

  • Myszo, dziękuję za ten tekst. I mocno ściskam.

  • To jeden z tych wpisów, gdzie mogę tylko napisać, że dziękuję i ściskam.

  • I ja dziękuję. I też ściskam.

  • Dorota D.

    Strasznie nie lubię stwierdzenia “przegrać walkę z chorobą”, i wiem, że nikt kto go używa nie ma niczego złego na myśli, po prostu tak się utarło mówić, ale żadna z tych osób, które umierają niczego nie przegrała, a wręcz przeciwnie. Ci ludzie, bez względu na to, czy zmagali się z chorobą trudno uleczalną, czy nieuleczalną (depresja, rak, wszelakie inne schorzenie) wygrali kolejny dzień, miesiąc, rok, kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat życia. Gdy umierają, umierają po długiej walce z chorobą. Dla mnie słowo przegrać zawsze miało, ma i zapewne będzie miało negatywny wydźwięk, z resztą tak jak i dla większości ludzi. Zamiast mówić/pisać “odszedł przegrawszy walkę z chorobą”, można napisać “odszedł po długoletniej walce z chorobą” przez co pokazać siłę, zamiast (podświadomie) słabość. Zawsze, gdy gdzieś w mediach widzę czy słyszę to wyrażenie robi mi się przykro. Takie jedno, małe, głupie słowo, a tak zmienia sposób w jaki odbiera się zaistniałą sytuację.

    Co do tematu samobójstwa, zgadzam się z Myszą – to nie jest czarno-białe. I jest to kwestia bardzo indywidualna. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że samobójstwo popełniają osoby słabe, z czym sama się nie zgadzam. Łatwo jest ranić innych, bo nam to krzywdy (teoretycznie) nie robi, ale już trudno jest nam zrobić (fizycznie) krzywdę samemu sobie. Po za tym jakby ktoś kto tego nie rozumie naprawdę mocno i głęboko zastanowiła się nad tym jak źle, tak w środku, wewnątrz siebie, w tej tzw. duszy, musiała się taka osoba czuć, żeby posunąć się do tak ostatecznego czynu.

    Może to co teraz napiszę być nieco kontrowersyjne, ale np. Kościół zgadza się na chowanie na cmentarzach ludzi, którzy odebrali sobie życie, z myślą, że być może w trakcie umierania, któraś z tych osób zaczęła żałować swojego czynu (bo był popełniany pod wpływem choroby, przez co nie był w pełni świadomy czy dobrowolny). Zawsze w takich chwilach myślę o tym jakie to byłoby straszne, gdyby naprawdę tak było. Gdyby umierając, ktoś zdał sobie sprawę z tego, że chce żyć, ale było już za późno. Dlatego zawsze, gdy czytam o tym, czy po prostu przypomnę sobie o jakiejś osobie (znanej mi osobiście, czy publicznej), myślę o tym, że mam nadzieję, że gdy umierali byli szczęśliwi. Że decyzja jaką podjęli była tego warta, mimo, że dla mnie może niezrozumiała. I, że są teraz w końcu szczęśliwi, tak jak nie potrafili być na ziemi, że nie czują tego bólu i ciężaru – bez względu na to co czeka nas po śmierci.

    Wiadomo, że wszyscy wolelibyśmy, żeby depresja nie miała tak często tak definitywnych konsekwencji, niestety tak nie jest. Żeby to był tylko jakiś wymysł (jak to niektórzy twierdzą), ale tak nie jest. Żeby dało się ją uleczyć mówiąc, że wszystko będzie dobrze, ale tak nie jest. Nikt sobie tego nie wybiera, ale każdy potrzebuje wsparcia, bo łatwiej jest walczyć mając kogoś na kim można polegać, nawet jeśli jest to tylko jedna osoba, bo ta osoba jest warta więcej niż dziesiątki, które stoją zboku i niesłusznie oceniają. Temat zmagania się z depresją i jakie niesie ze sobą konsekwencje jest tak ciężki i trudny, że samo myślenie czy wypowiadanie się na ten temat przygniata.

  • Może w mojej rodzinie nie ma depresji, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. W końcu takie choroby przynoszą ujmę na honorze i dlatego mało kto się z nimi obchodzi. Za to moja ciocia cierpi na schizofrenię – zawsze była trudna w kontaktach i jako dziecko bałam się z nią zostać. Czasami lądowała w szpitalu, czasem potrzebna była interwencja policji bo wpadała w szał, potrafiła dziwnie zachowywać się w kościele. Jednak o tym się nie rozmawiało, nie próbowało się zrozumieć choroby. Kwestia mentalności i wychowania. Moja mama wolała udawać, że nie mam wady słuchu póki to było możliwe – nie winię jej, tak była wychowana że wszystko załatwia się w czterech ścianach.

    Cieszę się, że piszesz o takich sprawach. Mniej więcej ogarniam o co chodzi z Twoim Alienem i to dla mnie dużo znaczy. Nie mam większych oporów pytać chorych o ich chorobę jeśli czuję, że to dobra sytuacja. Kiedyś na studiach miałam dziewczynę, która notorycznie wychodziła z wykładów – kiedy ją o to zapytałam przyznała się do nerwicy. Mając taką wiedzę nie oceniałam jej jako leniwej studentki z tupetem – jak pewnie część rocznika uważała.

    Jak tak czytałam Twój wpis zdałam sobie sprawę, że to trochę przerażające być Tobą – przynajmniej z mojej perspektywy. Nie chodzi o Aliena, ale to jak wiele w Tobie emocji, za wiele. Kiedy ja staram się przyjmować stoicką postawę, patrzeć na sprawy z szerszej perspektywy i odpuszczać, kiedy nic nie mogę zrobić. To nie jest tak, że mi nie zależy, ale lata praktyki nauczyły mnie być bardziej oparciem dla innych – a tu trzeba być trochę jak skała i chować emocje.

  • Myszo, jak bardzo bliskie mi są Twoje przemyślenia. Ile razy nie zastanawiałam się, czy moje słabsze dni rozciągające się w tygodnie nie oznaczają, że powinnam coś z tym zrobić. I ile razy nie kłóciłam się sama ze sobą, że to tylko lenistwo, tylko brak motywacji, że nie potrzebuję niczyjej pomocy, nie powinnam obarczać innych rozdmuchiwaniem swoich błahych problemów, że muszę po prostu ruszyć tyłek i się za siebie wziąć, że nie powinnam się nad sobą użalać. I ile razy nie przekonywałam się, że hej, skoro wciąż potrafię się śmiać czy zafiksować na czymś, skoro wciąż potrafię wykazać zainteresowanie, wstać rano z łóżka – nie ma żadnego problemu. I sama nie wiem, czy twkię w zaprzeczeniu czy w jakimś błędnym kole szukania usprawiedliwienia dla lenistwa czy czegokolwiek. Przypomina mi się coś co usłyszałam ostatnio w jakimś dokumencie? podkaście? czymś tam? o przypadkach opętania w USA (i wbrew pozorom to nie będzie offtop), padło tam takie zdanie, że ludzie wolą wierzyć w to, że są opętani, niż że mają problemy zdrowotne, bo to bardziej romantyczna wizja. Mniej przerażająca. Bo oznacza, że istnieje jakiś zewnętrzny czynnik, z którym można walczyć, który można pokonać Jednym Znaczącym Gestem^TM. I tak mi się wydaje, że już mniejsza o kontekst, jest w tym wiele prawdy. Być może dlatego kampanie promujące otwartą rozmowę i walczenie z tabu nie są tak skuteczne jakbyśmy chcieli – bo chyba większość z nas przyjmuje te informacje na intelektualnym poziomie. Znamy objawy schorzeń, potrafimy je zdefiniować, wiemy, że to choroby wymagające leczenia. Ale na poziomie emocjonalnym bardzo ciężko to zaakceptować i pogodzić się ze wszystkimi konotacjami – czy to w przypadku samego siebie, czy bliskich.
    Nic to, nie będę Ci już truć. Chciałam Ci tylko Myszo podziękować za tę notkę, bo myślę, że otwarte pisanie o tym jest cholernie odważne i cholernie potrzebne, tulę i ściskam.

  • Sorry za usunięcie komentarza, ale zdecydowałam, że jednak nie chcę się tutaj, publicznie uzewnętrzniać.

    Mimo wszystko dziękuję za Twój wpis :)

  • Madix

    Myszko, strasznie poruszył mnie Twój post :(

    “A czasem jednak nie wszystko gra. Czytelnicy Mysiego bloga z pewnością zdążyli się już przyzwyczaić do moich huśtawek nastroju i okresów marazmu, przetykanych wybuchami aktywności. Naturalnie, gorsze dni zdarzają się każdemu – Mysz nie wątpi w to, że i Wam zdarzają się czasem takie „Złe dni naukowca”; ba, czasem są to nie tyle dni, co tygodnie! A jednak gdzieś w Myszy tkwi przekonanie, że to co przeżywa to nie jest ot, taka sobie zwykła chandra. Być może, gdyby istniało większe społeczne przyzwolenie na otwarte i szczerze rozmowy o tych chwilach, gdy jest nam gorzej… gdybyśmy nie czuli wszyscy potrzeby udawania, że „wszystko w porządku”, że nic nam nie jest… gdybyśmy nie mieli tendencji do idealizowania ludzi wokół siebie, przekonani że Inni mają poukładane życie i to tylko My jesteśmy ofermami, którym nic nie wychodzi i które nie umieją wziąć się w karb, a tylko marnują czas oglądając klipy na YouTubie…

    Taka społeczna szczerość – otwarte przyznanie, że każdy z nas cierpi (lub cierpiał w swym życiu) na „ból istnienia” – być może uświadomiłaby Myszy, że wcale nie jest z nią tak źle, jak myśli. Ale na chwilę obecną wciąż tak naprawdę nie wiem, czy czarne myśli z którymi walczę są normalne; czy są to przelotne burzowe chmury, które raz na jakiś czas zawisną nad każdym, czy jednak jest to stałe zachmurzenie – takie z którym należy walczyć?”

    Więc, jeśli chcesz wiedzieć, Myszo – też miałam w swoim życiu okres tego: “blackness, letarghy, hopelessness and loneliness”… Nie została nigdy zdiagnozowana, ale po latach, kiedy czytam na ten temat, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to była depresja – miałam bardzo typowe objawy. Trwała ona około roku… Potem udało mi się z tej ciemności wyjść, odzyskać sens życia, zmienić je mocno na plus. Ale przez kolejny rok, czy nawet dwa… JA SIĘ BAŁAM, ŻE TO WRÓCI. Było dużo lepiej, ale i tak żyłam w lęku, że to wróci, że znowu wpadnę w dziurę bez wyjścia, znowu będę czuła się tak samo źle i beznadziejnie :( Jakbym miała prosto opisać – moim zdaniem depresja to jest takie uczucie, jakby ktoś w pokoju zgasił światło – a tym pokojem jest Twoje życie. Ale ad rem…

    Na początku takie obawy były częste, ale potem – ich nasilenie zaczęło się zmniejszać. Coraz lepiej zaczęło mi się powodzić w życiu, do wielu rzeczy też zwyczajnie dojrzałam, m.in. znacznie lepiej obecnie radzę sobie z emocjami niż kiedyś, dostrzegam też to, jak nerwowi są moi rodzice i jak mocno mi się to udzielało, chociaż kiedyś nie miałam w ogóle świadomości tego, jak negatywny wpływ miały na mnie problemy rodzinne…
    Obecnie myśl, że znowu może być tak samo źle, prawie nie wraca, a raczej – nawet jeśli wraca, to na ogół nie towarzyszy jej już ten lęk, a na pewno – nie tak wielki.

    I właśnie tego Ci życzę :) Abyś również przestała się bać tego, że to, co złe – powróci… Nadal wzdragam się z obrzydzeniem na samo wspomnienie tego, jak okropne myśli mi kiedyś towarzyszyły… i te wspomnienia zostaną już ze mną na zawsze (i dobrze, bo to z jednej strony nauczka / przestroga, a z drugiej – powód, dla którego lepiej rozumiem ludzi, którzy przeżyli coś podobnego).
    Masz raczej negatywne nastawienie dotyczące tego, że będziesz się borykać z tym całe życie, a moim zdaniem to raczej powinnaś cieszyć się każdym dniem, kiedy jest dobrze (jest coś takiego, jak praktykowanie wdzięczności – zapisywanie codziennie przynajmniej kilku rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni), a kiedy jest źle – po prostu postarać się znieść to najlepiej, jak umiesz, ale też dać sobie dyspensę i nie biczować się tylko z tego powodu, że złe myśli po prostu przychodzą…

    Sama staram się jak najmniej zamartwiać, a jak najwięcej działać i skupiać na działaniu, na tym, co mogę zrobić, zamiast na tym, na co mam niewielki wpływ :) Nie za bardzo masz wpływ na to, jakie emocje Cię ogarniają, chociaż to, że chodzisz do psychologa to jest na pewno krok w dobrym kierunku… jeśli jednak źródłem Twojego stresu są określone osoby, które cały czas spotykasz, albo zachowania, z którymi z przymusu masz styczność… to zły nastrój może być nieunikniony, dopóki nie rozpoznasz źródeł stresogenów i nie uda Ci się jakoś emocjonalnie przepracować tych sytuacji.

    Osobiście mam tendencję do właśnie udawania, że wszystko jest ok – ale nie świadomie, robię to podświadomie i naprawdę myślę, że się nie denerwuję, dopóki nie spojrzę na moje rozedrgane ręce uświadamiając sobie, że przecież od stresu one tak drżą :) – tak więc rozpoznanie źródła problemu jest równie ważne, co ogarnięcie emocjonalne sytuacji.