Ból istnienia albo depresja z drugiej ręki.

W ramach Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją, Myszy osobiste przemyślenia w temacie.

Status na fanpage’u Riennahery uświadomił Myszy, że dziś wypada Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.

Podobnie jak w przypadku Aliena (co to jest Alien?), Mysz wychodzi z założenia, że o problemach natury psychicznej czy mentalnej należy mówić otwarcie. Należy robić wszystko, co w naszej mocy by walczyć ze stygmatem chorób i zaburzeń psychicznych, a także wszelkich innych przewlekłych schorzeń, którym z różnego powodu towarzyszy jakieś społeczne tabu. Należy o nich mówić głośno, by pozwolić innym się z nimi oswoić. By szerzyć wiedzę na ich temat, świadomość ich istnienia, informacje dotyczące tego jak je wykrywać i jak sobie z nimi radzić. By dawać ludziom poczucie, że nie są sami ze swymi problemami.

Ale co jeśli choroba z którą chcemy walczyć i o której chcemy rozmawiać nie jest -naszą- chorobą? Co jeśli, tak jak w przypadku Myszy, jest to choroba na którą cierpi osoba bliska? Czy wypada o niej mówić? Czy wypada zagłębiać się w szczegóły zmagań z tym schorzeniem i w emocje, jakie wywołuje? Czy nie jest to w jakiś sposób naruszanie cudzej prywatności?

Mysz w chwilach styczności z depresją czy chorobą dwubiegunową zawsze wraca myślami do osoby Stephena Fry’a, czyli brytyjskiego aktora, komika, pisarza i twórcy, który od wielu lat otwarcie mówi o swojej walce z tzw. manic-depressive disorder.

maxresdefault

Fry od lat jest dla Myszy postacią nader ważną, z wielu mniejszych lub większych względów. Do tych najmniejszych (choć niemniej istotnych) należy element nostalgiczny: gdy w 2007 roku poznałam po raz pierwszy Lubego i jego przyjaciół, to oni zarazili mnie miłością do programu QI, czyli Quite Interesting – brytyjskiego panel show, prowadzonego przez Fry’aWraz z pogłębiającą się sympatią do programu, zwiększała się też moja sympatia do Fry’a, którego poza-programowe działania zaczęłam śledzić z zapartym tchem. A Bit of Fry and Laurie (czyli brytyjski skecz-show stworzony przez Fry’a i Hugh Lauriego, znanego z serialu House), konto na Twitterze, blog aktora, wszelkie filmy i programy dokumentalne powstające przy współpracy BBC… im więcej się dowiadywałam o Fry’u – jego poczuciu humoru, inteligencji, wiedzy, światopoglądzie, i podejściu do życia – tym większego nabierałam doń szacunku.

Jego wypowiedzi na temat Boga i wiary (cudownie podsumowane w debacie z Christopherem Hitchinsem) czy homoseksualizmu (dokument Out There), otwarte i pełne ciekawości podejście do kultury (dokument Stephen Fry in America) czy technologii (program Gadget Man)… Mysz wchłaniała wszystko jak gąbka, utwierdzając się coraz mocniej w przekonaniu, że Stephen Fry jest najmilszą, najbardziej dowcipną, najbardziej rozsądną osobą na Ziemi. Oczywiście z biegiem czasu intensywność tych uczuć zdążyła nieco opaść, ale Mysz wciąż darzy Fry’a nieprzyzwoitym wręcz szacunkiem. I twardo utrzymuję, że gdybym miała możliwość zjeść obiad z jedną “sławną” osobą, byłby to Stephen Fry. Mogę go słuchać godzinami.

Having said all that, za Chiny nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy będąc na fali oglądania programów Fry’a sięgnęłam po Stephen Fry: The Secret Life of a Manic-Depressive, czy produkcja ta pojawiła się w kręgu moich zainteresowań dopiero, gdy bliska mi osoba otrzymała diagnozę choroby dwubiegunowej. Istny dylemat jajka i kury – autentycznie nie pamiętam, co było pierwsze.

ifeelfantastic_imfallingapart

Grafiki reklamowe autorstwa Samaritans of Singapore, zachęcające do szukania pomocy przy objawach depresji.

Dość, że obejrzenie tego dokumentu pomogło mi zrozumieć, przynajmniej w pewnym stopniu, przez co musi przechodzić osoba chora na to konkretne schorzenie. Mogłam poczynić pierwsze kroki ku zaakceptowaniu konsekwencji tej choroby – tego, że stan osoby chorej, a także jej zachowanie i działania, nie są jej winą. Nie są też moją winą. Że jest to autentyczna, w stu procentach realna choroba, równie prawdziwa jak cukrzyca, astma, czy moje własne nieuleczalne schorzenie. I, co najważniejsze, jest to coś poza naszą kontrolą – “jak pogoda”, że tak ukradnę porównanie pana Fry’a.

W efekcie, tym za co szanuję Fry’a najbardziej jest jego otwartość w rozmawianiu o depresji, uzależnieniu i chorobie dwubiegunowej. Mogę tylko aspirować do tego, by w życiu wykazywać się choć uncją tych wszystkich pozytywnych cech, które u Fry’a dostrzegam: empatii, humoru, szczerości, zdrowego rozsądku, pędu do wiedzy, ciekawości życia i ludzi… Naturalnie nie jest to człowiek bez skazy ni zmazy – aktor sam przyznaje, jak bardzo jest “ludzki”, jak omylny i niedoskonały. I za to, za tę szczerość Mysz darzy go jeszcze silniejszą sympatią. Niewiele osób ma na tyle dużo odwagi i serca by powiedzieć: “Wszyscy popełniamy błędy. Wszyscy się boimy. Wszyscy mamy te same lęki i obawy, choć próbujemy udawać, że wszystko gra”.

my_letter_from_stephen_fry_by_xchingx

Odpowiedź Fry’a na list kobiety, która przyznała się do zmagań z depresją.

A czasem jednak nie wszystko gra. Czytelnicy Mysiego bloga z pewnością zdążyli się już przyzwyczaić do moich huśtawek nastroju i okresów marazmu, przetykanych wybuchami aktywności. Naturalnie, gorsze dni zdarzają się każdemu – Mysz nie wątpi w to, że i Wam zdarzają się czasem takie “Złe dni naukowca”; ba, czasem są to nie tyle dni, co tygodnie! A jednak gdzieś w Myszy tkwi przekonanie, że to co przeżywa to nie jest ot, taka sobie zwykła chandra. Być może, gdyby istniało większe społeczne przyzwolenie na otwarte i szczerze rozmowy o tych chwilach, gdy jest nam gorzej… gdybyśmy nie czuli wszyscy potrzeby udawania, że “wszystko w porządku”, że nic nam nie jest… gdybyśmy nie mieli tendencji do idealizowania ludzi wokół siebie, przekonani że Inni mają poukładane życie i to tylko My jesteśmy ofermami, którym nic nie wychodzi i które nie umieją wziąć się w karb, a tylko marnują czas oglądając klipy na YouTubie…

Taka społeczna szczerość – otwarte przyznanie, że każdy z nas cierpi (lub cierpiał w swym życiu) na “ból istnienia” – być może uświadomiłaby Myszy, że wcale nie jest z nią tak źle, jak myśli. Ale na chwilę obecną  wciąż tak naprawdę nie wiem, czy czarne myśli z którymi walczę są normalne; czy są to przelotne burzowe chmury, które raz na jakiś czas zawisną nad każdym, czy jednak jest to stałe zachmurzenie – takie z którym należy walczyć?

tumblr_lu3sl2a4QR1qlccb8o1_1280

Do dziś nie wiem, czy moje najgorsze dołki kwalifikują się jako depresja. Diagnoza ta oficjalnie padła tylko raz i to niejako wstecznie, a i wówczas były to raczej “stany depresyjne”. Niemniej przy Mysiej  tendencji do dramatycznych, często egzaltowanych wybuchów samo-zwątpienia, smutku, przygnębienia i trwającej tygodniami chandry, przetykanych okresami zwiększonej aktywności, gdy akurat wpadnę w nową fazę (na film, aktora, pisarza, wokalistę, etc.)… cóż, trudno nie skłaniać się ku myśleniu o chorobie dwubiegunowej. Tym bardziej, gdy weźmie się pod uwagę moje przewrotne szczęście w genetycznej loterii. Jeśli z trzech przewlekłych, nieuleczalnych chorób odziedziczyłam już dwie to statystyka wybitnie nie jest po mojej stronie :/

However, for the time being Mysz nie ma postawionej żadnej konkretnej diagnozy. Stąd na całe zagadnienie depresji patrzę głównie z drugiej ręki – jako bliski osoby chorej, a nie sam pacjent. I wciąż tkwi we mnie to pytanie: czy mogę o tym otwarcie rozmawiać? Czy powinnam?

Walcząc dzisiaj z tymi pytaniami, zwróciłam się odruchowo do pierwszej osoby, o której w takich chwilach myślę. And you guessed it: it was Stephen Fry. Na YouTubie można znaleźć mnóstwo wywiadów i rozmów z aktorem na temat jego walki z chorobą, a także cały dwugodzinny dokument The Secret Life of a Manic-Depressive (link) i Mysz spędziła dziś sporo czasu po raz kolejny przekopując się przez wszystkie te materiały. I, choć bardzo się wzbraniałam, on the heals of that przyszły wspomnienia o Robinie Williamsie i jego tragicznej śmierci.

Robin Williams photographed in 1999

Gdy Williams zmarł w 2014 roku, Mysz nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Głównie z szoku, ale przede wszystkim z absolutnie niewytłumaczalnego bólu i przerażenia. I to nie niewytłumaczalnego w tym sensie, że nie wiedziałam skąd się on bierze (I knew only too well), ale niewytłumaczalnego dlatego, że nie potrafiłam go ubrać w słowa. Podczas gdy wielu znajomych – zarówno z blogosfery jak i spoza niej – wyrażało po śmierci Williamsa smutek i przygnębienie, Mysz czytała te teksty z mieszaniną emocji. Z jednej strony było poczucie wspólnoty – dla wielu z nas Williams był niczym ojciec czy wujek, zawsze obecny by rozbawić dowcipem czy podnieść na duchu dobrym słowem. Z drugiej była zazdrość – bo Oni potrafili wyrzucić z siebie swoje uczucia, nieważne czy tym uczuciem była akurat sympatia, szacunek, żal czy akceptacja. A Mysz, mimo ogromnej potrzeby wyrzucenia z siebie tego co wówczas czuła, gdy tylko siadała do napisania choć jednego zdania, natychmiast wybuchała niekontrolowanym płaczem.

Teraz, pisząc ten tekst też ryczę jak idiotka, ale obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek uda mi się napisać, co dla mnie oznaczała śmierć Williamsa, nie będę się hamować i powiem to, co wówczas leżało mi na sercu; co wciąż w nim tkwi, niczym zadra. Bo choć Williams nie cierpiał na chorobę dwubiegunową – a zależnie od źródła nie miał również potwierdzonej depresji – dla Myszy jego śmierć stała się nierozerwalnie z tą chorobą związana.

 “It doesn’t matter if Williams was officially bipolar. What matters is that he represented manic-depression.”

Ned Zeman for Vanity Fair

88aa2fee858c2898bc576a11a630a378_large

Reakcje na śmierć Williamsa w dużej mierze były jednomyślne: szok, niedowierzanie, smutek, żal. Jego odejście wywołało kolejny zryw  w dyskusji na temat chorób psychicznych i społecznego tabu, jakie wokół nich kwitnie, mimo głośnych starań organizacji wspierających walkę z tymi chorobami, czy celebrytów, którzy sami się z nimi zmagają. Jednak w bardzo niewielu wypowiedziach Mysz wychwytywała emocję, którą sama odczuwała najsilniej. A gruncie rzeczy sprowadzała się ona do skrajnego, wręcz atawistycznego lęku.

Gdy słyszymy o czyjejś samobójczej śmierci, tuż za nią pojawiają się często te same pytania: “Ale jak to?”, “Dlaczego?”, “Przecież był tak kochany”, “He had so much to live for”. Zwłaszcza w przypadku Williamsa – człowieka, który rozbawiłby umarłego i poprawił humor największemu nawet mrukowi – pytania te wydawały się zasadne. A nawet jeśli nie były zasadne, wciąż była to jedna z pierwszych podświadomych myśli, jaka przebiegała przez nasz kolektywny umysł: “Jak człowiek, który miał tyle do zaoferowania innym, mógł czuć się na tyle źle, na tyle samotnie, by odebrać sobie życie?”

Rzecz w tym, że dla osób z depresją to wcale nie jest taki nieprawdopodobny scenariusz. Trudno wyobrazić sobie, co czuje człowiek walczący z tzw. Czarnym Psem. Jeśli jednak choć w ułamku przypomina to dołki, w które zdarza się wpadnąć Myszy… I get it. Nie pochwalam tego, i jestem temu przeciwna, but I get it.

lifeisgreat_ihatemyself

Samaritans of Singapore

Jestem w stanie zrozumieć, że są osoby, które nie chcą dłużej walczyć i chcą mieć święty spokój; chcą po prostu przestać istnieć, wymazać się ze świata. To, że sama nigdy nie uczyniłabym najmniejszego kroku w kierunku zakończenia swojego życia – choć na pytanie psychologa o występowanie myśli samobójczych bez wahania odpowiedziałam twierdząco – nie oznacza, że nie rozumiem, co za tym stoi. Nie trzeba mieć osobistych doświadczeń, by w kontekście tak drastycznego działania chociaż -próbować- zrozumieć kierującą kimś motywację. Owszem, możemy ją uznać za tchórzliwą czy samolubną, ale Mysz już dawno wyrosła z naiwnego przekonania, że samobójstwo to temat czarno-biały. Są takie rzeczy, których nigdy nie zrozumiemy, jeśli sami ich nie doświadczymy. I są takie rzeczy, których lepiej nigdy na własnej skórze nie doświadczyć.

W przypadku Myszy ból po stracie Robina Williamsa miał w gruncie rzeczy bardzo proste korzenie: bałam się – i wciąż się boję – że inna fatherly figure w moim życiu przegra walkę z chorobą. Że mimo wsparcia bliskich, aktywnego leczenia, rozmów z psychiatrą i miliarda powodów by żyć, postanowi odejść. I wierzcie mi, nie jest to coś, z czym łatwo się w duchu pogodzić.

164057-168680Gdy Mysz, kilka tygodni po śmierci Williamsa – wciąż ledwo balansując na skraju nerwowego załamania – poruszyła temat ze swoją mamą, usłyszała słowa: “Dobrze, że już się nie męczy”.

W pierwszym odruchu chciałam ją uderzyć. Aż zachłysnęłam się gniewem, chcąc płakać, wyć i tupać nogami. Przecież nie o to chodzi by się poddawać. Mamy walczyć! Mamy się wspierać! Mamy razem dążyć do tego by jak najlepiej sobie z tą chorobą radzić! Co to za sianie defetyzmu? “Już się nie męczy”? A jego bliscy? A Ci których po sobie pozostawił? Co z nimi? Dlaczego to oni mają się teraz męczyć z jego decyzją?

…długi, naprawdę długi czas zajęło mi uświadomienie sobie, że wszystko sprowadza się właśnie do kwestii decyzji. Mogę jej nie pochwalać, mogę nie umieć jej zrozumieć, ale muszę ją prędzej czy później zaakceptować. Nie dla tych, którzy z własnej woli odeszli, ale dla siebie. Dla własnego zdrowia psychicznego. A także dlatego, iż chciałabym, żeby moją ewentualną decyzję również uszanowano.

Pytanie, czy Mysz kiedykolwiek podjęłaby taką decyzję jest tutaj nieistotne. Mogę sobie zadziornie twierdzić, że jestem zbyt ciekawa świata, by popełnić samobójstwo – że żyję z ciekawości (i z tego samego względu śmierć jest moim największym lękiem, bo przeraża mnie myśl, że nie zobaczę “co będzie dalej”) – ale prawda jest taka, że mam tylko 27 lat. Wiele się jeszcze może wydarzyć i kto wie–być może kiedyś zmienię zdanie. Być może po trzydziestce, gdy większość przypadków choroby dwubiegunowej się uaktywnia, spojrzę na sprawę z zupełnie innej perspektywy. With first-hand experience, so to speak.

imfine_saveme

Samaritans of Singapore

Na razie patrzę na wszystko jako osoba bliska – ta, która w najgorszym wypadku zostanie, by pogodzić się z cudzą decyzją, by zaakceptować ją. I jest to straszne, łamiące serce uczucie–ten lęk o drugą osobę. Ta myśl, że nie ważne jak bardzo się staramy, nic tak naprawdę nie leży w naszych rękach. Jedyne co możemy robić to badać się, leczyć, informować, wspierać i rozmawiać. Myszy zdaniem nie chodzi o to, by mówić o chorobach psychicznych “bez lęku” – nie odbierajmy sobie prawa do strachu. Zamiast tego pamiętajmy, że lęk, choć czasem paraliżuje, może być również silnym motywatorem. Nawet jeśli jedyne do czego nas zmotywuje to szczera rozmowa o tym, czego się boimy.

Mysz wciąż nie umie wspominać Robina Williamsa bez łez w oczach, ale dzisiaj postanowiła wziąć przykład z innego ukochanego komika, człowieka którego darzy ogromnym szacunkiem. I którego odejścia boi się bardziej niżby chciała przyznać.

Stephen Fry niemal zawsze gdy mówi o depresji i chorobie dwubiegunowej zwraca uwagę, że jest to schorzenie, która dotyka nie tylko osoby chorej, ale także jej bliskich. I Mysz pod wpływem jego słów stwierdziła, że nie zamierza dłużej dusić swoich leków i obaw. Że depresja – nieważne czy objawia się sama, czy w towarzystwie innych zaburzeń – to choroba społeczna i jako taka powinna być tematem poruszanym przez wszystkich, nie tylko same osoby chore.

stephen_fry_quote

Liczę na to, że nikt nie będzie miał mi tego tekstu za złe. Przy czym, jak się pewnie domyślacie, w gruncie rzeczy chodzi mi o tę jedną, najważniejszą osobę. You know who you are. I mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły.

Poprzez ten tekst chciałam Wam, kochane Robaczki powiedzieć, że nie jesteście sami. Nie tylko Wy się boicie – zarówno o siebie, jak i o tych których kochacie. Nie tylko Wy macie gorsze dni, tygodnie i miesiące. Nie tylko Wam życie czasem wydaje się nijakie i bezsensowne. Nie tylko Wam wydaje się, że nikt inny nie przeżywa tego samego, co Wy.

Co zrobicie z tą wiedzą?… to już Wasza decyzja. Ale pamiętajcie, że nawet najbardziej błaha rzecz może zmienić Wasz punkt widzenia.

I czasem może być to coś tak prostego, jak wiersz.

Thank you, Stephen Fry, for quoting this poem in many of your interviews. And thanks to Girl, Interrupted for first introducing it to me. Dorothy Parker – I owe you one.

tumblr_mzznk3yxiy1qjd5p1o1_500