Aż po grób, czyli z miłości do zombie. (Part 2)

O tym jak i dlaczego ludzie kochają zombie. Czasem bardzo dosłownie.

zombiehand

Czytasz drugą część tekstu o zombie.
Kliknij TUTAJ by przeczytać część pierwszą.

To, co w trakcie zbierania materiału do tej notki zwróciło uwagę Myszy to fakt, że większość z wymienionych tu dzieł zalicza się do gatunku dark comedy albo horror-comedy. Kyle Bishop, autor książki “American Zombie Gothic: The Rise and Fall (and Rise) of the Walking Dead in Popular Culture” twierdzi wręcz, że to jedyny kontekst w jakim romantyczna historia o zombie ma prawo działać. Bawimy się wówczas historią a’la Romeo i Julia, gdzie miłość kochanków spotyka się z niezrozumieniem, a ich „rodziny” stoją w opozycji do siebie. Jednak zdaniem Myszy, narzucanie sobie ograniczenia, że miłość do zombie działa tylko when played for laughs, wydaje się sprzeczne z intuicją.

Zombie – podobnie jak inne popkulturowe potwory, w które człowiek może się „przemienić” – idealnie nadają się do rozpatrywania zawiłości człowieczeństowa; ta ponadnaturalna metafora for what it means to be human. Bycie outsiderem, destrukcyjna siła miłości, lęk związany ze zmianami jakie z biegiem czasu zachodzą w naszym partnerze… to wszystko wątki, które z łatwością można opowiedzieć poprzez zombie-analogie. I niekoniecznie trzeba wszystko to wrzucać w gatunek komedii.

Są dzieła, które choć same nie zaliczają się dramatów, podchodzą do tematu zombie o wiele poważniej. Ciekawym przykładem są tutaj seriale Once Upon a Time i Supernatural, w których pojawia się wątek zmarłego partnera powracającego do życia*. OUaT czasami wykracza poza motywy baśniowe, w efekcie czego w drugim sezonie pojawia się postać doktora Frankensteina (2×05 „The Doctor” / 2×12 „In The Name of the Brother”), przy czym sam wątek Stworzenia Frankensteina poprowadzony jest dość klasycznie. O wiele ciekawsze jest to, jak obecność Doktora wpływa na losy bohaterów Storybrooke, zwłaszcza Reginy, czyli Złej Królowej. To jej tragicznie zmarły ukochany powraca do życia i to konfrontacja z nim – oczywiście w przeinaczonej formie (Came Back Wrong)staje się jednym z przełomowych momentów w życiu Reginy.

*ten sam wątek, również w poważnym kontekście, pojawia się w klasyku literatury grozy, czyli „Pet Sematary” Stephena Kinga :)

zombie (31)

You’re telling me… I’m dead?!

Podobnie ma się rzecz w przypadku odcinka serialu Supernatural, (5×15 „Dead Men Don’t Wear Plaid”), gdzie zza grobu powracają ukochani-zmarli mieszkańców miasteczka Sioux Falls, m.in. tragicznie zmarła żona Bobby’ego Singera, faux-ojcowskiej postaci dla braci Winchesterów. To jeden z bardziej rozdzierających serce odcinków, istotny nie tylko z punktu widzenia wewnętrznego myth-arc serialu, ale także ze względu na swoją wagę emocjonalną. Fani SPN mogą się śmiać, że w serialu nikt długo nie pozostaje 100% martwy (zwłaszcza Sam i Dean), ale trudno zaprzeczyć, że odcinki z magicznie „powróconymi” bliskimi zazwyczaj bardzo sprawnie radzą sobie z ukazywaniem mroczniejszych aspektów zmartwychwstania. Pomijam już fakt, że sami Winchesterowie od 11 sezonów także zmagają się z konsekwencjami swych kolejnych powrót, reanimacji i zmartwychwstań – i to zarówno fizycznymi, jak i emocjonalnymi. Myszę co prawda ta cykliczność śmierci mocno już zmęczyła, ale nie da się ukryć, że jest to duża część Supernaturalowej mitologii. Prawdopodobnie nigdy się tego motywu z serialu nie pozbędziemy ;)

zombie (34)

Mamo, co na deser?

Poważnym ujęciem tematu zombie zajmuje się również niepozorny film niezależny pt. Zombie Honeymoon. Dla Myszy o tyle istotny w kontekście notki, że choć wpasowuje się poniekąd w trop Beauty and the Beast, w przeciwieństwie do innych tego typu wątków, nie ma szczęśliwego zakończenia. Samej historii o Pięknej i Bestii często zarzuca się, że stwarza ona nierealistyczne oczekiwania: miłość kobiety – jej cierpliwość, wytrwałość i tolerancja – ma stopniowo przekształcić nawet największego buca w Księcia z Bajki. Oczywiście, najczęściej wątpliwości te przywoływane są w kontekście przemocy rodzinnej czy mężczyzn, którzy znęcają się nad swoimi partnerkami. „To był tylko ten jeden raz, nigdy więcej tego nie zrobić… obiecał że się zmieni”. We’ve heard it before.

Pod tym względem Zombie Honeymoon nawet nie tyle opowiada o zarażonym mężczyźnie, którego stopniowa przemiana w zombie rujnuje miesiąc miodowy, a raczej o tym, jak trudno pogodzić się z wizją, że nasz partner nie jest już dłużej osobą, w której się zakochaliśmy.  Film jest przy tym bardzo kameralny (rozgrywa się w gruncie rzeczy między piątką bohaterów) i umiejętnie buduje uczucie niepokoju, co tylko pogłębia emocjonalną przepaść między bohaterami. Nawet jeśli momentami troszkę przesadza z długimi ujęciami. Ale wiecie: it’s an indie movie. Artyzm, i takie tam ;)

zombie (39)

Oh, the irony…

Za każdym razem gdy bohaterka przyłapywała męża nad kolejną krwawą jatką, Mysz miała ochotę złapać ją za ramiona, potrząsnąć nią i krzyczeć: „Uciekaj, póki jeszcze możesz!”. Jej ślepa wierność jest równie frustrująca, co zrozumiała, i obserwowanie jak powoli rozpada się jej relacja z mężem – przy czym miłość, niczym nadzieja, umiera ostatnia – może wzbudzić w widzu zarówno pozytywne, jak i negatywne uczucia.

W filmie pojawia się kilka naprawdę wstrząsających scen, przy czym wcale nie są to te najbardziej krwawe momenty; ani nawet pełna napięcia końcówka, w której ostatecznie ważą się losy bohaterki (as we can expect, it’s not a happy ending). O wiele silniej oddziałuje scena, w której bohaterka, siedząc zamknięta w sypialni, słyszy odgłosy mlaskania, chrupania i ciamkania, towarzyszące spożywaniu przez męża kolejnego „posiłku”. Nawet u Myszy, dość odpornej na makabrę, scena ta wywołała silne uczucie dyskomfortu. Podobnie moment zbliżenia bohaterów, wkrótce po zarażeniu – Zombie Honeymoon to jeden z niewielu filmów, który explicite pokazuje seks z zainfekowanym. W sumie największą wadą filmu jest to, że wątek ten nie ma w finale żadnych konsekwencji, mimo iż byłyby ku temu przesłanki. Z drugiej strony, dzięki temu film nie zbacza w stronę niepotrzebnej przesady, pozostając tylko (czy też ) inteligentnym, nienachalnym dramatem o rozpadzie związku dwojga zakochanych.

zombie (40)

To na pewno tylko grypa.

Innym poważnym ujęciem tematu – i z punktu widzenia Myszy, bodaj najciekawszym w kontekście całej notki, a także nierówności płciowej panującej wśród zombie – jest serial American Horror Story, a konkretniej jego trzeci sezon, czyli Coven. Pojawia się tam wątek dwóch czarownic, które dzięki magii przywracają do życia zmarłego chłopca, w którym kochała się jedna z nich. Już na starcie mamy odstępstwo od klasycznych tropów, bo mamy kobietę z rozmysłem wskrzeszającą chłopaka, który jej się podoba. Mamy także wpleciony motyw Stworzenia Frankensteina, bo ze względu na… hm, naturę wypadku w którym zginął Kyle, ciało chłopaka trzeba skompletować z części ciał jego (także zmarłych w wypadku) kolegów. Niestety, jak to często bywa w dziełach Ryana Murphy’ego, wątek Kyle’a jest tragicznie niewykorzystany. Choć serial zarysowuje pewne istotne wątki – jak na przykład wyrzuty sumienia Kyle’a spowodowane faktem, że żyje tylko i wyłącznie dzięki śmierci (i ciałom) swoich kolegów – nigdy się w nie dostatecznie nie zagłębia.

zombie (22)

I feel, like I’m falling to pieces…

Grający Kyle’a Evan Peters stara się jak może – rola niemego wskrzeszeńca, skłonnego do napadów morderczej złości, a jednocześnie zagubionego niczym dziecko, to nie lada wyzwanie, zwłaszcza jeśli chcemy przedstawić tę postać jako zasługującą na współczucie; wyzwanie tym większe, gdy weźmiemy pod uwagę, z jak niedopracowanym materiałem przyszło aktorowi pracować :P

Niemniej, funkcja jaką Kyle spełnia serialu jako postać, jest z punktu widzenia tego tekstu bardzo interesująca. Abstrahując od jego backstory (karygodnie zepchnięty na margines wątek seksualnego wykorzystywania przez matkę), Kyle spełnia w AHS: Coven przede wszystkim rolę erotycznej zabawki, będąc kością niezgody między Madison i Zoe, z którymi przez większość sezonu pozostaje w mocno niezdrowym menage-a-trois, niczym ochłap mięsa wyrywany sobie przez dwie samice alfa. Istota jest także służalcza rola, którą Kyle przyjmuje jako „stróż” tytułowego covenu (czyli sabatu), a także jego późniejszy majordomus.

Ten wątek męskiego uprzedmiotowienia nie tylko wpisuje się w przewrotnie feministyczny klimat całego trzeciego sezonu (z którym Mysz ma mnóstwo problemów), ale także stoi w opozycji do dotychczasowych postaci zombie-mężczyzn, zazwyczaj spełniających funkcję: a) aktywną (jako bohater dzieła), b) dominującą. Kyle staje się przez to dokładnym odwróceniem tak chętnie wykorzystywanego tropu bezwolnej zombie sex doll, nie po raz pierwszy udowadniając, że Ryan Murphy nawet gdy popełnia błędy, jest w stanie pewne wątki przedstawić w oryginalny, nietypowy sposób. Mysz oczywiście nie pochwala uprzedmiotawiania kogokolwiek, ale AHS: Coven to bodaj jedyne dzieło które znalazłam, gdzie mamy postać zombie-male ujętą w ramy dotychczas zarezerwowane wyłącznie dla nieumarłych bohaterek kobiecych. Choćby z tego jednego powodu, jest to dzieło ważne.

zombie (0)

No i kto to wszystko będzie sprzątał?

Szukając materiał do tekstu – i mając w pamięci właśnie postać Kyle’a – Mysz zastanawiała się, czy są inne dzieła, które odwracałyby tropy kobiet-zombie i wykorzystywały je w kontekście męskich postaci. Dziwny wydał mi się zwłaszcza fakt, że na pierwszy rzut oka nie da się dostrzec filmów, które przedstawiałyby zombie płci męskiej jako crazy ex-boyfriend (analogicznie do crazy ex-girlfriend). Wszak jeśli się nad tym zastanowić, idea natrętnego eks-chłopaka jest w popkulturze równie, jeśli nie bardziej popularna, co szalonej eks-dziewczynu.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że wątek ten rzadko kiedy pokazywany jest w pozytywnym świetle – postaci creepy stalkers najczęściej pojawiają się jako podejrzani w thrillerach i proceduralach kryminalnych. Nie bez powodu: badania dotyczące przypadków stalkingu wyraźnie wskazują, że ponad 80% osób, które śledzą i napastują ofiary, to mężczyźni. Skąd więc ten upór, by facetów-zombie pokazywać jako zakochanych, ale nieszkodliwych Nice Guys, a nie jako upiorne, przerażające zagrożenie–do którego, umówmy się, jest im znacznie bliżej?

Po pierwsze, zachodzi tu zjawisko znane miłośnikom komedii romantycznych, czyli swoiste usprawiedliwianie pewnych zachowań jako nieszkodliwych objawów „silnego uczucia”. Zresztą Rusty z bloga Fangirl’s Guide to the Galaxy wczoraj linkowała na Facebooku do artykułu na ten temat. Po drugie, Mysz ma wrażenie, że mamy tu do czynienia z usilną chęcią tuszowania smutnej rzeczywistości. Jeśli w mojej teorii tkwi ziarno prawdy – ie. że podgatunek popkultury, jakim są historie o zombie, jest seksistowski – logiczne wydaje się przypuszczenie, że wątki zbyt bezpośrednio odwołujące się do rape culture, a malujące mężczyzn jako agresorów, są w tym gatunku niechętnie widziane. Jak to pięknie ujął Donald Glover w swoim stand-upie:

Every dude has that [Crazy Girlfriend] story and I was thinking why don’t women have crazy men stories? I don’t really hear them. But then I realised and I was like: „Ooooh, If you got a crazy boyfriend… you gonna die.”

Innymi słowy: wątek w którym bohater chce seksualnie wykorzystać zombie-dziewczynę? Spoko, przecież jest martwa, co ją to obchodzi. Ale wątek, w którym mężczyzna-zombie jest agresorem? Brońcie Bogowie!

Zombie goniący za dziewczyną z miłości -zawsze- będzie ukazywany, jako bohater pozytywny. Dlaczego? Bo inna interpretacja tego wątku byłaby zbyt prawdziwa. A jej koniec nie tyle tragiczny, co zwyczajnie prozaiczny. Jednak jeśli mogę być szczera, brak tego motywu wśród zombie-dzieł zwyczajnie mnie wkurwia (pardon my french). Mysz bardzo chciałaby móc zobaczyć film, w którym zombie ex-boyfriend pojawia się jako antagonista.

Think of it: nikt nie wierzy bohaterce, że jej chłopak jest kontrolującym, wścibskim dupkiem. Ona z nim zrywa, mimo zdziwienia (czy nawet protestów) rodziny i znajomych. On ginie w wypadku, po czym powraca, by wciąż ją napastować. Dopiero wówczas bliscy dziewczyny orientują się, że z chłopakiem zawsze było coś nie tak. Przy czym mielibyśmy to do czynienia nie tylko z odwróceniem tropu crazy ex-girlfriend, ale także Came Back Wrong, bo zombie-izm wpłynąłby tylko na wygląd chłopaka, a nie jego charakter. Film kończyłby się feministycznym finałem, w którym dziewczyna własnoręcznie pokonuje swego upiornego eks i odjeżdża w stronę horyzontu – sama, lub z arm-candy (płci dowolnej) u boku. Nie wiem, jak Wy – I would watch that movie SO HARD ^_^

zombie (6)

Z-Day | art by Ronan Lyman

Tak więc, mając w głowie ten scenariusz, Mysz ruszyła na poszukiwania dzieła z wątkiem zombie ex-boyfriend. I wiecie co? Internet podpowiedział tylko dwa tytuły. Jeden to odcinek serialu Angel (3×12 „Provider”), w którym dziewczynę śledzi eks-chłopak zamieniony w zombie. Nie jest to jednak odpowiedni przykład, bo w trakcie odcinka dowiadujemy się, że to dziewczyna spowodowała śmierć swego eks. O ironio, zabiła go, bo uznała że jest zbyt needy. Co więcej, ostatecznie udaje się im dojść do porozumienia – postanawiają popracować nad swoim związkiem i dać sobie jeszcze jedną szansę. Um… awww?  O_o?

W istocie jedynym filmem, który w 100% odpowiada tropowi crazy ex-boyfriend w wydaniu zombie jest Practical Magic (Totalna magia) z Sandrą Bullock i Nicole Kidman. W filmie tym dwie siostry-czarownice przywracają do życia Jimmy’ego – zaborczego chłopaka jednej z nich, który przypadkiem przedawkował środek odurzający (zresztą podany mu przez jedną z sióstr). Przy czym należy podkreślić, że więcej w tym samo-zachowawczości (łatwiej uniknąć oskarżenia o morderstwo, gdy ofiara nie jest martwa), niż ślepej miłości do agresywnego partnera. Zresztą Jimmy zaraz po wskrzeszeniu pokazuje swój „czarujący” charakter, rzucając się do rękoczynów. Na szczęście, siostry szybko go unieszkodliwiają, a potem zakopują w ogródku, coby służył za nawóz dla roślinek. Co ciekawe, na tym historia się nie kończy: duch Jimmy’ego powraca, by ponownie napastować siostry zza grobu – tak więc pod względem pokazania, jak niebezpieczny może być napastliwy eks-chłopak, Practical Magic sprawdza się bezbłędnie. Dodatkowo, istotność filmu dla tej notki – a także jego feministyczny wydźwięk – podkreśla fakt, iż egzorcyzm Jimmy’ego dokonuje się jedynie dzięki sile siostrzanej (kobiecej) miłości. Girl power do potęgi n-tej. Mysz wcale a wcale nie zamierza powtórzyć sobie Practical Magic dla podbudowania morale, jak tylko zamieści tę notkę ;)

zombie (18)

Ja mu tej bitej śmietany z klaty nie będę zlizywała. No way.

No dobrze, ale czy sytuacja rzeczywiście jest tak beznadziejna? Czy wśród zombie-flicków nie znajdziemy żadnego filmu, w którym żeńska postać zombie miałaby nieco mniej stereotypowy wątek? Well.. yes and no.

Mysz znalazła podczas swego researchu dwa filmy, które poniekąd unikają sztampowego przedstawienia female zombies. Pierwszy to Return of the Living Dead 3, w przeciwieństwie do swych poprzedników w serii, przyjmujący mniej lekki, (czarno)komediowy charakter. Gdy dziewczyna Curta ginie podczas wypadku motocyklowego (było się nie dobierać do spodni chłopaka, gdy prowadzi motor?), ten używa swoich rodzinnych koneksji, by przywrócić ją do życia przy pomocy tajemniczego gazu, stworzonego przez amerykańskie wojsko. Oczywiście, Julie powraca „zmieniona”, ale nie oddaje się natychmiast swoim morderczo-konsumpcyjnym instynktom – by powstrzymać krwiożercze ciągoty, Julie sprawia sobie ból, przekłuwając ciało kolejnymi, coraz to bardziej wymyślnymi narzędziami, w efekcie stając się uosobieniem jakiejś przedziwnej męskiej fantazji o półnagiej kobiecie-zombie z elementami fetyszu BDSM. Jednak, dyskusyjnie, jest w tym także motyw swoistej transformacji – ból pomaga Julie czuć się „bardziej sobą”; jest także specyficzną formą erotycznego wyzwolenia.

zombie (11)

This brings facial piercings to a whole new level.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, na ile postać ta spełnia li-jedynie rolę obiektu męskiego pożądania (w dość wypaczonej formie), a na ile poprzez jej postać Brian Yuzna próbował po raz kolejny rozpracować motyw monstrous feminine (wiele jego dzieł porusza tę tematykę). Dość, że Return of the Living Dead 3 mimo zahaczania o pewne stereotypy, ostatecznie zdaje się im umykać – czy to przez umyślną wywrotowość, czy przez przypadkową oryginalność.

I jasne, pod koniec filmu Julie występuje topless (przy czym krew i zardzewiałe gwoździe skutecznie przesłaniają to-i-owo). Trudno więc traktować film jako poważną krytykę tropu seks-lalki, ale Myszy zdaniem, Julie wcale nie jest przez to sprowadzana -wyłącznie- do roli seksualnego przedmiotu. Zostaje wskrzeszona przez Curta z miłości, a nie jako erotyczna zabawka. Co więcej, przez cały film śledzimy jej zmagania z byciem zombie – Julie z dużym poświęceniem próbuje kontrolować swoje mordercze instynkty, nie mamy więc wrażenia, że jej przemiana w zombie służy tylko i wyłącznie pozbawieniu jej samowoli. Także końcówka filmu, w której Julie otrzymuje odkupienie, wraz z Curtem dobrowolnie popełniając samobójstwo, by móc w ten sposób odejść w spokoju, zdaje się wymykać stereotypowym ramom gatunku.

Biorąc to wszystko pod uwagę, czy jest to film, który z czystym sercem mogę polecić?… bynajmniej. Niemniej warto zauważyć, że pod warstwą krwi i makabry, Return of the Living Dead 3 skrywa coś więcej. Nie bez powodu figuruje na Wikipedii jako romantic-horror film. If such a thing even exists :D

zombie (43)

Gorący romans kończy w płomieniach.

Innym przykładem jest wspomniany już kilkukrotnie film Life After Beth. Zacznijmy od razu z grubej rury: to bodaj jedyne dzieło na liście, który dosłownie pokazuje seks między głównym bohaterem, a jego dziewczyną, zamienioną w zombie*. Owszem, możemy założyć, że bohater jest niedomyślny – Beth zmarła przecież od ugryzienia węża i istnieje szansa, że wcale nie była martwa, a jedynie pogrążona w śpiączce, a następnie pochowana żywcem. Mimo to, scena w której Beth (Aubrey Plaza) i Mikael (Dane DeHaan) uprawiają seks, w biały dzień, na środku placu zabaw dla dzieci(!) wydaje się cokolwiek kuriozalna. A mówimy przecież o filmie, w którym główna bohaterka to zombie! Life After Beth jednak nie tylko pod tym względem wydaje się… nietypowe. Podobnie jak w innych filmach, „plaga” zombie szybko rozprzestrzenia się na najbliższą okolicę, film jednak wygodnie to ignoruje, w finale szybciutko zamiatając ten wątek pod dywan.W sumie, nie do końca wiadomo, po co w Life After Beth w ogóle pojawia się wątek zombie-izmu jako zarazy; równie dobrze możnaby ograniczyć wskrzeszenie do postaci Beth. Mysz wręcz uważa, że dzięki temu film mógłby być lepszy, bo w gruncie rzeczy Life After Beth – tak jak Zombie Honeymoon – przede wszystkim opowiada o powolnym rozpadzie związku Beth i Mikaela.

Istnieją też ciekawe podobieństwa między Mikaelem a postacią Maxa z Burying the Ex. Obaj bohaterowie nie mają odwagi powiedzieć swoim nieumarłym partnerkom, że ich relacje nie należały do najszczęśliwszych i że w związku z tym, być może czas najwyższy je zakończyć. Tak jak jednak Burying the Ex stara się wzbudzić w widzach (nieuzasadnione) współczucie dla Maxa, Life After Beth – przynajmniej w odczuciu Myszy – nie stara się wybielić postaci Mikaela. Duża w tym zasługa Dane’a DeHaana, który gra Mikaela zachowawczo, używając oszczędnych aktorskich środków. Owszem, jego troska o Beth wzbudza nieco pozytywnych uczuć, ale nie mamy wrażenia, by film usilnie wmuszał w nas wizję Mikaela jako Nice Guy‚a. Life After Beth wręcz zdaje się przekonywać nas, że Mikael jest tu „tym złym”; co więcej, nie on jeden – nawet rodzice Beth mają przed nią sekrety, nie chcąc uświadomić córce, że–how should we put thisyou’re dead.

*teoretycznie w Zombie Honeymoon, gdy bohaterowie uprawiają seks, mąż wciąż jeszcze nie zmienił się w pełnoprawnego zombie, although this is debatable.

zombie (10)

Rodzinne zdjęcie. Brakuje tylko zombie-psa.

Oczywiście, nie jest to film pozbawiony wad. Beth, jak na zombie przystało, musi napastliwe dobierać się do swojego chłopaka. Co to za obsesja, by nawet w obliczu groźby śmierci/zarażenia wirusem zombie, ukazywać mężczyzn jako istoty, których erotycznemu magnetyzmowi wprost nie sposób się oprzeć?… Tempo filmu także pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak kwestia dopracowania scenariusza – fakt, że nigdy nie wyjaśnia się nam, czemu ludzie zaczęli powstawać z martwych, Mysz uważa za straszne lenistwo. Jednak jako film o związkach – o tym, że nikt nie chce być sam, że czasem trudno jest się rozstać i powiedzieć „żegnaj” – Life After Beth isn’t without its merits. No i jedna z finałowych scen, w której Aubrey Plaza wlecze się przez pustynne wzgórza z kuchenką gazową na plecach należy do jednego z Myszy ulubionych tableau tej notki :D

zombie (33)

*Mysz dorysowywuje do zdjęcia mnóstwo serduszek*

Mysz tak narzeka i narzeka, a prawda wygląda tak, że popkulturowy obraz zombie wcale nie ma się tak źle, jak mogłoby się wydawać. Horror, jako gatunek, potrafi równie często wpadać w utarte schematy, jak i je przełamywać. Niemniej, Mysz zbierając materiały do notki stwierdziła dwie rzeczy:

Po pierwsze, o wiele ciekawsze historie w kontekście motywów zombie można znaleźć wśród filmów niezależnych. Przytoczyłam tu zaledwie kilka z nich, a jestem pewna, że istnieje sporo dalszych przykładów na to, jak ciekawie i nietypowo pokazać zombie. Zwłaszcza kino LGBTQ+ zdaje się tu idealnym kandydatem – ze względu na kampową estetykę, kino queer i motywy komediowo-horrorowe świetnie się ze sobą łączą; zombie mogą z łatwością posłużyć jako metafora dla ostracyzowanej inności.

zombie (20)

Why so blue?… or right. You’re dead.

Stąd nie dziwią takie produkcje, jak In The Flesh – fantastyczny brytyjski serial, który w świeży (pun intended) sposób pokazuje zmagania „zombie vs reszta społeczeństwa”. Dzięki dziennej dawce specjalnej lekarstwa, zombie odzyskują swoją inteligencję i osobowość, i mogą powrócić do swoich rodzin i życia sprzed „Powstania”. Jak można się spodziewać, wielu normalnym mieszkańcom nie-w-smak jest dzielić przestrzeń z osobnikami, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli w stanie rozszarpać ich na kawałki.

Serial nie ucieka zresztą od trudnych scen – główny bohater w pewnym momencie musi stanąć twarzą w twarz z rodzicami kobiety, którą zabił, będąc w swym nie-leczonym stanie. Spotyka się też na każdym kroku ze sprzecznymi reakcjami otoczenia – raz z odrzuceniem, a raz z niezręczną akceptacją. Przede wszystkim jednak, serial zmaga się kwestią akceptacji własnej inności – istotną rolę odgrywa fakt, że Kieran, główny bohater, przez większość serialu stara się „ukrywać” swoją odmienność, używając specjalnego podkładu i soczewek kontaktowych, które pomagają mu (i mu podobnym) „wyglądać jak człowiek”. Fakt, że Kieran jest gejem tylko dodatkowo podkreśla metaforyczną warstwę serialu, która zdaje się odnosić do homoseksualizmu, dyskryminacji i ważnej roli samo-akceptacji.

zombie (19)

Niech nikt się nie rusza! Szkło mi wypadło!

Zainteresowanych szerszym omówieniem serialu odsyłam do notek Rusty o season 1 i season 2. Mysz natomiast, ze swojego punktu widzenia, zachwyciła się In The Flesh z dwóch powodów: po pierwsze mamy tu tak rzadko spotykany wątek swoistego trójkąta miłosnego, między dziewczyną, jej zmartwychwstałym mężem, i jej obecnym partnerem. Gdy weźmiemy pod uwagę motyw „powracania zza grobu”, jest to zupełnie logiczny rodzaj relacji, a jednak widuje się go zaskakująco rzadko. Dziwne, biorąc pod uwagę, ile świetnego potencjału dramatycznego – i dużo feelsów – drzemie w takim rozwiązaniu :)

Mamy też inny rzadko spotykany element, czyli relacje zombie z innymi zombie, zarówno miłosne, jak i czysto platoniczne. Tu warto wspomnieć chociażby cudowną przyjaźń Kierana z Amy–postacią jakże udatnie ochrzczoną przez fanów jako manic pixie zombie girl (do czego zaraz wrócę). Kolejnym interesującym aspektem jest kwestia „zbliżeń” między ludźmi a zombie. In The Flesh wyraźnie mówi nam, że są ludzie dla których rotters (czyli zombie) są podniecający. Ba, pokazuje nam się nielegalny dom publiczny, w którym wszystkie pracujące dziewczęta to zombie – i wcale nie narzekają na brak klientów.

zombie (44)

Całe miasteczko będzie o nich plotkować…

W kontekście tego wątku najistotniejszą postacią jest Philip – młody chłopak pracujący w radzie lokalnego miasteczka. Philip nie jest charakternym młodzieńcem – nieco tłamszony przez matkę (bynajmniej nie zaborczą czy apodyktyczną), odbija sobie brak ikry w domowych pieleszach, chęcią pięcia się po szczeblach kariery radnego. Tym ciekawsza jest jego niełatwa relacja z Amy. Widzimy, że Philip lgnie do nieumarłej dziewczyny, a z drugiej strony nie jest w stanie otwarcie do niej zagadać, zarówno ze względu na jej status „zombie”, jak i swoją nieśmiałość. Gdy dodatkowo weźmiemy pod uwagę, iż Philip często gości w lokalnym przybytku rozkoszy – prosząc zawsze o tzw. girlfriend experience z dziewczyną, która ma mu przypominać Amy – nietrudno domyślić się, że Mysz odczuwała niepokój. Nie trzeba wiele, by nakreślić paralele między charakterem Philipa a, na przykład, 10K z Z Nation. Lets be honest: w  standardowych warunkach, wątek Philipa i Amy zakończyłby się albo niepokojąco albo nieszczęśliwe. Or both. A tu zaskoczenie (zresztą nie pierwsze) – In The Flesh także i ten motyw zdołało wywrócić na lewą stronę i pokazać w niespodziewany, ciekawy sposób. Jasne, nie obyło się bez łez, ale Mysz może z ręką na sercu przyznać, że nie takiego zakończenia się dla tej pary spodziewała :)

All in all, produkcja BBC to bodaj najoryginalniejsze, najmądrzejsze i najlepsze ujęcie tematyki zombie, jakie Mysz miała przyjemność oglądać. Jeśli z całej tej notki wyniesiecie tylko jedno, niech będzie to przekonanie, że warto obejrzeć In The Flesh. Nawet jeśli nigdy nie dostaniemy trzeciego sezonu *chlip*

zombie (23)

… they’re here…

Skoro już wspomniałam o In The Flesh, mogę wspomnieć o drugim wniosku, jaki mi się nasunął podczas zbierania materiałów do notki. Otóż, oprócz filmów niezależnych, najlepiej poprowadzone wątki zombie możemy obecnie znaleźć właśnie w telewizji.

Tuż za serialem BBC podąża produkcja francuska, Les Revenants, poruszająca bardzo podobne wątki, ale w jeszcze subtelniejszy sposób. U Francuzów nie mamy wprost powiedziane, że tajemniczo „powracający” ludzie to zombie. Zamiast tego, serial otacza się nimbem tajemnicy, operując niedomówieniami i domysłami, skupiając się przede wszystkim na zgłębianiu relacji między zmartwychwstałymi i tymi, do których powrócili. Mamy także dodatkowy element w postaci wątków mistycznych – dziwnych zjawisk naturalnych, niewyjaśnionych znaków pojawiających się na ciałach zarówno ludzi i „powróconych”.

Wzorując się na oryginalnym francuskim filmie Les Revenants (They Came Back), serial niewiele mówi wprost, a jednocześnie cały czas umiejętnie trzyma widza w napięciu. Nie jest to może pozycja, która przypadnie do gustu fanom krwawych horrorów, ale jeśli ktoś szuka dobrze napisanego i zagranego serialu, który próbuje odkurzyć potencjał drzemiący w idei „zombie” dla współczesnego, nieco bardziej wymagającego widza, warto dać Les Revenants szansę. Przy czym z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że amerykańskiego remake’u (skasowanego po jednym sezonie) należy podobno unikać.

zombie (3)

…want a bite?

Oczywiście w notce nie mogło zabraknąć wzmianki o najnowszej zombie-produkcji, czyli iZombie stacji The CW. Serial zręcznie adaptuje komiks Robersona i Allreda, tworząc własny, niepowtarzalny klimat i dając nam jedną z najfajniejszych żeńskich postaci ostatnich lat. W sumie, gdy się nad tym zastanowić, iZombie jest idealną anty-tezą wszystkich wymienionych tu filmów, które sprowadzają żeńskie bohaterki do jednej roli. Postać Liv Moore, ze względu na swoją konstrukcję – ideą serialu jest, że po zjedzeniu mózgu ofiary, Liv przejmuje jej wspomnienia, charakter i część umiejętności – jest bohaterką wielowymiarową, co tydzień prezentującą inne cechy i możliwości. Pomijając już jakie to ciekawe wyzwanie dla wcielającej się w bohaterkę Rose McIver, fantastycznie ogląda się serial, który daje żeńskiej postaci tyle ciekawych wątków, zarówno głównych, tych związanych z próbą „wyleczenia” Liv, jak i pobocznych, odnoszących się do kolejnych „spraw tygodnia” (bo Liv, dzięki swoim umiejętnościom, pomaga policji łapać przestępców).

zombie (9)

Uśmiech, który krzyczy: „Zabij mnie”.

Przy czym Myszy zdaniem, najważniejszy zombie-wątek serialu wcale nie dotyczył postaci Liv, a Natalie – dziewczyny, którą Major (on-again/off-again chłopak Liv) poznał przypadkiem w barze. Natalie to zombie-prostytutka, która zapewnia erotyczne usługi bogatym biznesmenom w zamian za dostawy mózgu. W świecie serialu, zombie-izmem można się zarazić m.in. przez seks, czy nawet zadrapanie, dlatego zombie nie mogą uprawiać seksu z ludźmi – nawet przy wykorzystaniu odpowiednich środków ostrożności. Zresztą, co się serialowi bardzo chwali, nie ucieka on od tego trudnego tematu – Liv i Major kilkukrotnie odbywają rozmowy na temat fizycznych ograniczeń swojego związku i związanych z tym ewentualnych obaw.

Jednak to właśnie wątek Natalie zapadł Myszy w pamięć. Tym bardziej, że iZombie nie zabrnęło w wytarty stereotyp pt. „Nie chcę już dłużej żyć, bo muszę uprawiać seks za opłatą”. Natalie nie wstydzi się swojej pracy – jest szczęśliwa, że jako wysokiej klasy „dama do towarzystwa” miała pieniądze i czas by podróżować, zwiedzić świat i żyć pełnią życia. Ograniczeniem nie jest więc dla niej seks za pieniądze, ale fakt, że przez swój zombie-stan jest uzależniona od dostaw jedzenia (ie. mózgów). Istotny jest więc aspekt ograniczenia swobody i bycia uzależnionym od innych, a nie fakt, że Natalie jest obiektem męskiego pożądania. Myszy zdaniem to bardzo ważny wątek, nie tylko w kontekście przedstawiania female zombies w popkulturze, ale w ogóle postaci kobiecych w kontekście ich seksualnej emancypacji.

zombie (21)

Zombie udający zombie. How meta can you get?

Jednak tak bardzo, jak Mysz wychwala iZombie i In The Flesh, czy nawet Life After Beth za odejście od pewnych schematów, ku swemu zaskoczeniu odkryłam, że produkcje te wpadły w zupełnie inną pułapkę. Mianowicie, wszystkie trzy w mniejszym lub większym stopniu – być może zupełnie niechcący – stworzyły bohaterkę, którą można określić jako manic pixie zombie girl. Oczywiście, jest to skojarzenie wyłącznie powierzchowne – zarówno Liv, jak i bohaterka Life After Beth spełniają o wiele bardziej znaczącą funkcję, niż tylko „bycie inspiracją” dla męskiego bohatera. Tak naprawdę najbardziej ‚winna’ tego tropu jest Amy z In The Flesh. Z drugiej strony, zwróćcie uwagę, że zarówno Liv jak i Amy są otoczone niemal wyłącznie przez męskie postaci. Trudno więc, aby ich działania -nie wpływały- na mężczyzn w ich najbliższym otoczeniu. Niemniej, gdy dodamy do równania zmienny, często nieprzewidywalny charakter tych bohaterek, a także momentami zbyt niefrasobliwe podejście do życia, otrzymamy typ postaci, który bardzo szybko może się wymknąć spod kontroli. Mysz w każdym razie wolałaby, by twórcy produkcji o zombie nie wpadali z jednego stereotypu prosto w ramiona kolejnego :P

A tak w ramach ciekawostki na koniec: wiecie, że istnieje jeszcze jeden serial, który teoretycznie zalicza się do gatunku zombie, i ma bohaterkę którą (przy odrobinie uporu) można wliczyć w poczet manic pixie zombie girl?… Pushing Diasies.

zombie (28)

You can look…

No, seriously – think about it. Grana przez Annę Friel dziewczyna (o wdzięcznym przezwisku Chuck) to niemal od sztancy stworzona manic pixie dream girl–przynajmniej z wierzchu. Fani serialu z pewnością zaraz się uniosą oburzeniem, że przecież Chuck ma fajnie napisany charakter, własne dążenia i marzenia, i wcale nie służy jedynie jako uosobienie fantazji Neda. A jednak specyficzny klimat serialu Bryana Fullera – nawiązujący do estetyki, w której typowa manic pixie dream girl czułaby się jak w domu – tylko to pozorne wrażenie jeszcze bardziej podkreśla.

No i na koniec wisienka, czyli fakt, że technicznie rzecz biorąc Chuck jest zombie, bo została przywrócona do życia przez dotyk Neda*. Luby co prawda twierdzi, że Mysz tutaj naciąga fakty, i właściwie się z nim zgadzam, ale po prostu musiałam wspomnieć o Pushing Daisies w kontekście zombie. It fit in so nicely, I couldn’t pass it up :D

*Ned to bohater Pushing Daisies, mający magiczny dotyk – może ożywić zmarłego na minutę, bez żadnych konsekwencji, pod warunkiem, że potem dotknie go ponownie, tym razem „zabijając” na zawsze; Chuck została pozostawiona przy życiu dłużej – bo Ned się w niej od zawsze kocha – przez co, aby ona mogła żyć, musiał zginąć ktoś inny; z kolei teraz biedny Ned i Chuck nigdy nie mogą się dotknąć, bo inaczej ona umrze. It’s a whole complicated story, so go watch the show.

zombie (36)

…but you can’t touch.

Uff. Koniec. Wyprztykałam się z przykładów. Teraz pora na wnioski.

fuck. Uwierzycie, że po tym wszystkim Mysz nie ma żadnych konkretnych wniosków? Wszystko sprowadza się do subiektywnych odczuć. Na podstawie przedstawionych tu przykładów, Mysz może założyć, że historie o zombie – nawet jako podgrupa horroru, gatunku przecież w swym zamierzeniu wywrotowego i dążącego do oryginalności  – wciąż w dużej mierze operują tymi samymi, często bezmyślnymi stereotypami. A jednak istnieją też przykłady potwierdzające coś wręcz przeciwnego. Wystarczy poszukać, a co i rusz można się natknąć na mało-znany albo niszowy film, w którym twórcy starają się „ugryźć” tematykę zombie z zupełnie innej strony; warto też mieć oko na seriale, bo właśnie tam, zombie rozwijają się obecnie najprężniej.

Być może czeka nas jeszcze sporo produkcji, które wpychają kobiety w role bezwolnych obiektów pożądania albo morderczych megier. Być może będziemy musieli jeszcze długo znosić dzieła, które będą wmawiały nam, że facet stalkujący dziewczynę zza grobu to apoteoza romantyczności, a każdy mężczyzna – nawet jeśli jest lekko zaśmiardły – wart jest tego, by go kochać. A może jednak nie będzie tak źle? Może historie o zombie, niczym ich nieumarli bohaterowie, zdołają wygrzebać się spod przytłaczających zwałów seksistowskich stereotypów, odrzucić przegniłe łachmany wtórnych schematów i pokazać, że może od nich wiać oryginalnością, a nie tylko zgnilizną?

… kto wie. Mysz, w każdym razie, jest dobrej myśli. Zaczynałam pisać ten tekst przekonana, że romantyczne historie o zombie nie mają już nic świeżego do zaoferowania. Turns out I was wrong. A jeśli ktoś się z Myszą nie zgadza… let them raise their hand ;)

Halloween, dead hand coming out from the soil

  • Damn, Myszu, od czego by tu zacząć… doskonały tekst, bardzo dokładny, robisz całą masę mega celnych uwag.

    Po pierwsze – zombie horror to niestety jest (w moim doświadczeniu) seksistowski nurt, nawet w tytułach pozornie walczących z seksizmem nie da się tego nie zauważyć. Jest to o tyle skomplikowane, że ten kłopot jest zaledwie wypadkową o wiele większych, głębiej zakorzenionych problemów, których źródłem nie zawsze są twórcy gatunku (choć wiadomo, mają swoje za kołnierzami). IMO największym problemem jest tu Twoja Standardowa Widownia Horrorów™, która nijako forsuje recykling pewnych schematów, wymusza na twórcach ich utylizowanie. I zabrzmię tu teraz jak straszny buc i snob, ale trudno: ta widownia jest cholernie bezrefleksyjna i nieraz oczekuje od gatunku rzeczy wziętych, pardon, totalnie z dupy. Od horror flicka większość osób będzie wymagało gore i rozwałki, a kiedy tylko pojawi się coś, co od tego schematu choćby trochę odbiega – nuda i flaki z olejem, The Walking Dead jest tu najlepszym przykładem (i będę się jeszcze do tego odwoływała, bo zarówno komiksowo-serialowy kanon jak i fandom świetnie wiele Twoich tez ilustrują). Jesteśmy na połowie szóstego sezonu, a ilość widzów, która totalnie nie łapie konwencji tego serialu zdaje się… cóż, może nie rosnąć, ale też zdecydowanie nie maleje. Każdy odcinek, w którym nie ma wartkiej akcji jest traktowany jako przegadany filler, no bo dlaczego w serialu o zombie dostajemy całe odcinki poświęcone jakiejś tam paplaninie, łażeniu po lesie, czy szukaniu pozostałych członków grupy? No przecież serial o zombie ma być o zombie. To tak, jakby powiedzieć, że „Dżuma” była o martwych szczurach i zmianach ropnych. Przecież TWD naprawdę nie jest nie wiem jak inteligenckie, posługuje się bardzo prostymi i pospolitymi schematami: oto grupa ludzi, odetniemy ich od cywilizacji, postawimy w śmiertelnym zagrożeniu i zobaczymy co się stanie. TWD to nie jest zombie flick, w tym sensie, że zombie nie pełnią w tej historii absolutnie żadnej roli, równie dobrze moglibyśmy mieć zmutowane chomiki syryjskie – nie miałoby to żadnego wpływu na fabułę. And yet – ludzie nie są w stanie rozróżnić właściwej fabuły od scenografii. I idąc tym tropem – największe klasyki nurtu nie są w gruncie rzeczy zombie flickami, bo ich głównym fokusem nigdy nie było zombie, to bardziej skrót myślowy, niźli akuratna etykietka. Dlatego sprawa kuriozalna, kiedy narzekając na filmy z udziałem zombie, które kładą większy nacisk na warstwę psychologiczną/komentarz społeczny ludzie powołują się na Romero, bo u Romero to była zacna rozwałka – i wierz mi, jest to argument, który wraca na każdym kroku. Bo przecież właśnie trylogia Romero, która stanowi fundament dzisiejszych zombie, jest through and through jednym wielkim komentarzem społecznym. U samego źródła filmy o zombie nigdy nie były o zombie. Jasne, krew trysnęła, ciężarówka wybuchła, ale to były tylko rekwizyty. Sprowadzanie zombie do gore i rozwałki jest jak twierdzenie, że pop punk jest be i niedobry, nie to co klasycy, c’nie, a Ramones to hardkorowi punkowcy byli O.O

    Tyle, że w tym momencie pojawia się kolejny problem. Lubię to sobie nazywać instytucjonalnym snobizmem, to jest: przez kilkanaście lat edukacji jesteśmy uczeni rozróżniania kultury na Wysoką Wartościową i Prostą Popularną (żeby nie napisać prostacką). Wiadomo, że wysoka musi mieć jakieś godne, ukryte, skomplikowane znaczenie, toteż analizujemy. Uczymy się ram historycznych i gatunkowych, nadajemy dziełu szerszego kontekstu, żeby je zrozumieć. Popularną przyjmujemy at face value – jest prosta, ergo nie trzeba się nad nią zastanawiać, znaczenia są dosłowne, nie ma drugiego dna. A już porównywanie gatunku tak ‘głupiutkiego’ jak horror (w dodatku z zombie horror, splunięcie z niesmakiem!) z Lekturą Szkolną wydaje się nie do przyjęcia. I serio, szkoły uczą nas okropnego snobizmu, spójrzmy na wszystkie blogerki książkowe, dla których „książka oczywiście lepsza od filmu”, toteż Twilight > Kubrick. Ludzie z wykształceniem średnim nie są w stanie powiedzieć, co robi reżyser, a co montażysta. Ciężko się zatem spodziewać, by do filmu o zombie podeszli jakoś tam bardziej analitycznie. Come on, it’s a zombie. It just zombies around, per usual. Zresztą zauważ, że fantastyka przez… system szkolnictwa? Podstawę programową? (Jest późno, nie wiem już, do czego mam pić, bear with me ^_^) traktowana jest co najmniej po macoszemu: jeśli fantastyka znajdzie się na liście lektur, przestaje być fantastyką, przejmuje mętną łatkę „literatury pięknej” czy „klasyki”, no, z jakimiś tam fantastycznymi elementami. Skoro fantastyka generalnie ma pod górkę, co można powiedzieć o horrorze, który rzadziej niż częściej traktowany jest jako najniższa odnoga gatunku? Bo szybujące flaki zamiast treści, bo obrzydza zamiast niepokoić, bo angażuje złych aktorów, bo bazuje na głupich kliszach, temat-rzeka. A w tym długim i zdecydowanie zbędnym offtopie zmierzam do tego, że nijako wpaja się nam niższość horroru jako gatunku, uczy upraszczania popkultury i zdecydowanie nie sprzyja to rozwojowi. Nie twierdzę oczywiście, że każdy horror to sztuka wyższych lotów, zdaje się, że wręcz przeciwnie. Po prostu raz, że horror nie jest zły z definicji, dwa… naprawdę ciężko mi osądzić, czy to gatunek ogłupia publikę, czy publika gatunek.

    I znów wrócę do TWD: mamy sporą grupę osób, które nie do końca łapią konwencję i zamiast oczekiwać lepszej treści, oczekują od twórców wyegzekwowania utartego schematu. Nie wiem, czy TWD oglądasz od deski do deski i czy pamiętasz ostatni wątek Beth, kiedy ona i Daryl zostają oddzieleni od grupy. I w moim odczuciu kwestia tego wątku była bardzo przejrzysta, to znaczy chwyty zastosowane przez scenarzystów były bardzo przejrzyste, bo Beth była czerwoną koszulką, która utrzymała się zbyt długo by ot tak ją odstrzelić (z winny zbyt częstych zmian showrunnera i drastycznych zmian w scenariuszu). Wcześniej mało kto zwracał na nią uwagę, więc została sparowana z fan-favourite. I – tu mam dylemat ile było w tym przypadku, ile zamysłu – w tym momencie utworzyła nam się ta typowa para Pięknej i Bestii. Rzecz w tym, że ja się absolutnie nie dopatrywałam romantycznego podtekstu w tej relacji i uważam, że pod względem psychologicznego rozwoju Beth ten wątek został doprowadzony do końca naprawdę dobrze. Ale jak się okazało, spora część widzów zinterpretowała przyjaźń (?) Beth i Daryla jako początek romansu i nie zastanawiając się nad niezależną historią Beth zaczęła żądać tego związku, a zatem: Daryl – odludek o skłonnościach do agresji i wybuchów gniewu, doświadczony przez życie miał zostać „naprawiony” przez piękną, młodą, optymistyczną Beth. Nic to, że sposób w jaki Daryl Beth traktował pozostawiał wiele do życzenia. Nic to, że Beth nie wykazała ani odrobiny zainteresowania – już przyjmijmy, że zachowanie Daryla można by zinterpretować dwojako. Nic to, że ten romans wepchnąłby kreację Beth w najstarszą szufladkę świata – schemat kobiety dokonującej poświęcenia by ratować bohatera, względnie bohatera, którego można naprawić miłością musi zostać zachowany. I jest to inicjatywa, która, wydaje mi się, wyszła zupełnie od dołu.

    I o rany, przepraszam, zapowietrzyłam się i zafundowałam Ci chyba strasznie offtopowy rant O.O Zostawiam już ten temat w spokoju, kolejny punkt: romanse z zombie. Wiesz co, ja wbrew wszystkiemu mam do tego bardzo optymistyczne podejście. Myślę, że z zombie powoli dzieje się to samo, co z innymi kreaturkami: od Nosferatu do Lestatów i Aniołów, od Glendona do Dereków i Scottów. Jasne, zombie ma tu nieco bardziej pod górkę, bo nieco ciężej ukręcić romans, kiedy Romeo gubi zęby i tkanki (no wampiry i wilkołaki mają przynajmniej fantastyczne uśmiechy, trzeba im to przyznać), ale rzeczy takie, jak Warm Bodies czy In The Flesh pokazują, że można tego trupa uatrakcyjnić i przekuć z sukcesem w kolejnego Anioła. I nawet bohaterki takie, jak Liv – w całej chwale manic pixie girl – są IMHO potrzebne. Bo choćby ten gatunek zom-rom-com przetoczył się przez najgorsze gatunkowe rynsztoki, choćby trzeba się było przebić przez -dziesiąt czy -set potworków z Marysójkami – te Marysójki wprowadzą w końcu silne bohaterki. A niech i kiepskie, ale awesome in their own right. Bo jakkolwiek sam Twilight więcej nabroił, niż ulepszył, jedno trzeba mu przyznać: wprowadził trend na paranormal romance i wprowadził trend na odwracanie tych proporcji silnych kobiet i ich gentelmanów w opałach z pięknymi oczętami i skłonnością do chodzenia topless ;) Koniec końców każdy Anioł dostał swoją Buffy, każdy Scott dostał swoją Allison – może to trochę potrwać, ale może przy pomocy tej nowej post-twilightowej fali na PA w końcu każdy zombie dostanie swoją fajną bohaterkę z krwi i kości :)

    Mysz bardzo chciałaby móc zobaczyć film, w którym zombie ex-boyfriend pojawia się jako antagonista.
    Niechętnie, bo niechętnie (wciąż mam focha o AoU. I Avengersów, for that matter) ale ja bym tutaj dała kudos Whedonowi, bo jeśli dobrze pamiętam, naprawdę fajnie odwrócił tę kliszę crazy-ex-gf. Co prawda potworek nie był byłym swoich ofiar, ale moim zdaniem spełniał wszystkie wymagania creepy stalkera.

    Zombie goniący za dziewczyną z miłości -zawsze- będzie ukazywany, jako bohater pozytywny. Dlaczego? Bo inna interpretacja tego wątku byłaby zbyt prawdziwa. A jej koniec nie tyle tragiczny, co zwyczajnie prozaiczny.
    I myślę, że właśnie w prozaiczności tych sytuacji leży cały ich tragizm.

    warto dać Les Revenants szansę. Przy czym z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że amerykańskiego remake’u (skasowanego po jednym sezonie) należy podobno unikać.
    True that. LR jest jedyne w swoim rodzaju, IMO najlepsza telewizja, jakiej można sobie zażyczyć. Wersja US była w najlepszym wypadku sumienną kalką, ale kalką. Also, fakt, że skasowali dostarcza mi jakiejś takiej sadystycznej radości, jakiej dostarczyć może tylko taniec na grobie wroga :P

    A tak już zupełnie na boku, przypomniało mi się jeszcze „Death Becomes Her” i ciekawa jestem jak tam to wszystko wyglądało, mało co pamiętam z tego filmu poza pojedynczymi scenami.

    I cudowny wpis Myszo, naprawdę, przepraszam, że zarzuciłam Cię swoimi rantami (chyba nie do końca na temat ^_^) ale ta notka wycisnęła ze mnie tyle refleksji na raz, że nie do końca wiedziałam, na czym się skupić. I półtora tysiąca słów później, wciąż chce mi się paplać na tysiąc tematów na raz. Super tekst, dzięki za niego :)

    A galopującą niekohorentność zrzucam na późną godzinę :]

  • Śledź

    Zgodzę się z przedmówcą – nic dodać, nic ująć, tak wyczerpującej analizy motywu zombie w moim krótkim życiu jeszcze nie widziałam.
    I oczywiście przez całą lekturę obu części miałam takie ‚damn, ale in the flesh, przecież to tak idealnie by tu pasowało’ i na koniec jednak pojawił się Mój Najukochańszy Serial (nie będę ukrywać, że jest to ważna dla mnie rzecz i że to tej produkcji dałabym kolejny sezon, a nie Pushing Daisies czy Firefly czy czemukolwiek).
    Aha, i Les Revenants – muszę to dokończyć, właśnie takie ‚inne’ podejście do motywu mnie urzekło, nie tylko ze względu na osobisty stosunek do kultury frankofońskiej.
    PS. i trzeba dodać, że The Ultimate zom-rom-com to Shaun of The Dead, nawet jeśli wątek romantyczny tyczy się żywych, a nie ofiar apokalipsy. (plus to Edgar Wright, a o nim wspominam zawsze, gdy tylko mogę.)

  • Dziękuję, Myszu, teraz wiem mnóstwo o zombie i nie musiałąm cierpieć by zdobyć tę wiedzę (nie mogę oglądać horrorów) ^^! Ale mam wrażenie, że zombie powolutku wykopują się spod góry stereotypów (patrz iZombie).

  • Nie jestem fanką, TWD oglądam od przypadku do przypadku mężowi przez ramię (i czesto zamykając oczy), ale te odcinki gdzie prawie nie ma zombie są najciekawsze. Widać, że twórcy chcą opowiedzieć jakąś historię, nie tylko ręce-nogi-mózg na ścianie.

    Daryl&Beth- mi to wyglądało na początek przyjaźni/budowanie relacji starszy brat-młodsza siostra. Romansu tam nie widziałam ani trochę. Natomiast pewna grupa ludzi zawsze interpretuje troszczenie się o drugą osobę jako romansowe (bo po co innego bohater by to robił?). Ale TWD chyba w ogóle nie ma szczęścia do widzów i ich interpretacji związków między postaciami.

  • te odcinki gdzie prawie nie ma zombie są najciekawsze
    Pełna zgoda.
    I prawda to, że TWD ma pecha może nie tyle do widzów, co do fandomu. Zakładam, że zdecydowana większość jest fajna, po prostu siedzi cicho. A standardowo najgłośniej krzyczą osoby, które powinny wstrzymać się od zabierania głosu – jeszcze nigdy nie byłam w fandomie, w którym seksizm i mizoginia mają się tak dobrze :/

  • Pingback: Karnawał Blogowy #27 - Bobrownia()

  • Jiima Arunsone

    Problem ze stereotypami w popkulturze jest taki, że nie da się spod nich wykopać, można sobie tylko z nimi pogrywać, czasem z subtelnością cepa, czasem bardziej delikatnie (ryzykując że nikt nie pojmie aluzji i uzna cię za klasycznego przedstawiciela gatunku, tak jak to było ze Smoleniem i disco polo).

    Co do iZombie, to niestety Liv często bywa tam przyćmiona przez pozostałych leadów, w szczególności przez Raviego i — zwłaszcza w drugim sezonie — przez Blaine’a. W ogóle jeśli chodzi o kreację postaci, to Blaine zdecydowanie wygrywa, pomimo wielu niespójności wizerunkowych. Problem z Liv jest IMAO w tym, co zostało przez autorkę wymienione jako zaleta — Olivia w zasadzie nie istnieje, w kolejnych odcinkach widzimy wyłącznie koktajl osobowości ofiar zmieszany z resztkami czegoś, czym Liv była kiedyś. Plus, mam wrażenie że w drugim sezonie się to nasila. O ile w pierwszym symptomy są często subtelne (jak kleptomania w pierwszym odcinku) o tyle np. w „Eternal Sunshine…” wybucha wulkanem „pozytywnego myślenia” jakieś kilkanaście sekund po częściowym spożyciu ofiary…