Prezydent w opałach i Sfinks-puchatek, czyli „Londyn w ogniu” i „Bogowie Egiptu”

London Has Fallen oraz Gods of Egypt nie mają najlepszych recenzji. Ale Mysz i tak się całkiem nieźle na tych filmach bawiła.

Dla kinomana jedną z największych przyjemności jest pójść do kina na dobry film i wyjść z seansu będąc kompletnie oczarowanym. I choć należy dążyć do tego, by mieć względem szeroko pojętej kinematografii możliwie wysokie oczekiwania – chwaląc dobre filmy, a także „głosując na nie portfelem” dążymy do tego, by dobrych produkcji było więcej – czasem warto pójść do kina nie oczekując niczego dobrego, po czym dać się miło zaskoczyć.

Mysz przyznaje, że wraz z Lubym nie spodziewała się po seansach wiele. Los mógł chcieć, byśmy w ciągu jednego tygodnia obejrzeli dwa nowe filmy z Gerardem Butlerem, ale nie od dziś wiemy, że los lubi płatać złośliwe figle (chichocząc radośnie z oddali). London Has Fallen to sequel do przyzwoitego, choć przyciężkiego thrillera akcji sprzed 3 lat, Olympus Has Fallen (nie mylić z White House Down, które wyszło w tym samym czasie – gwiazdą pierwszego był jest Gerard Butler, drugiego Channing Tatum). Ponieważ film niezbyt przypadł nam do gustu, Myszy nie było spieszno by zapoznać się z kontynuacją, ale darowanym zaproszeniom się w drobny druczek nie zagląda ;)

Z kolei Gods of Egypt to, podobno, film absolutnie nie do odratowania. Od momentu premiery plakatów promujących film – a później trailera –  był krytykowany nie tylko za kiczowatą warstwę wizualną, ale także obsadzenie w rolach egipskich bogów białych aktorów. Dramatyczna większość recenzji określa tę produkcję, jako najgorszą możliwą szmirę – a przypominam, że dopiero-co minął rok, w którym Hollywood zaserwowało nam zarówno fatalny reboot Fantastic Four, jak i bezdennie głupie Pixels. Portal IO9 posunął się wręcz do stwierdzenia, że sam fakt istnienia Gods of Egypt oznacza, iż teraz „morderstwa są legalne, a tortury obowiązkowe”. Domyślacie się więc, że Mysz poczuła się tak złymi opiniami zaintrygowana. A skoro już wykupiło się kartę CinemaCity Unlimited i seans 3D w IMAXie kosztuje 4zł, równie dobrze można zobaczyć całe to ociekające złote CGI na wielkim ekranie.

I wiecie co?… it really wasn’t that bad.

LHF (8)

Przynajmniej wreszcie dali Amerykanom chwilę odpoczynku. Mysz nie zliczy ile razy widziała zrujnowany Nowy Jork albo Waszyngton ;)

Zmiana reżysera wyszła London Has Fallen na dobre. W przeciwieństwie do Antoine’a Fuqua, który nadał Olympus Has Fallen nieznośnie patetycznego rysu, jakiego nie powstidzłby się Roland Emmerich,  Babak Najafi pozwala sobie i swoim bohaterom na nieco więcej luzu. I choć film nie umiał się obyć bez kilku łopatologiczne patriotycznych tekstów, które momentami ocierają się o ksenofobię, Mysz wyczuła w filmie niejaką przewrotność. Bo choć działania granego przez Butlera Mike’a Banninga – agenta Secret Service chroniącego prezydenta USA (Eckhart) – zdają się sugerować, że cel uświęca środki, a racja jest po stronie czystej-niczym-łza Ameryki, film otwarcie przyznaje, że wszystkie strony konfliktu to potwory. Nie ważne, czy mowa o Ameryce, państwach wchodzących w skład G8, czy o kryminaliście, który sprzedaje broń to the highest bidder, nie bacząc na to, kogo w ten sposób wspiera i do czyjej śmierci się przyczynia – każdy jest tutaj równie winny.

Tym, co dodatkowo podkreśla ten aspekt jest sama postać Banninga. Być może istotny jest tu kontekst, a może upływ czasu, ale Mysz jakoś nie pamięta by Mike w Olympus Has Fallen był tak brutalny w swoich działaniach. Pytanie tylko, czy rzeczywiście London Has Fallen jest bardziej bezkompromisowe, czy po prostu działania Mike’a w Olympus Has Fallen wydawały się usprawiedliwione, ponieważ operował niejako na własnym terenie, broniąc Białego Domu przed napastnikami?… trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Dość, że oglądając Butlera na ekranie, mimo sympatii jaką żywię do tego aktora, Mysz nie mogła się opędzić od pewnego uczucia dyskomfortu. Brutalność Banninga pozornie jest uzasadniona – broni wszak prezydenta USA przed wrogimi zakusami. Ale  scena, gdy Banning z całej siły uderza napastnika deską w szyję, a następnie pozwala mu się udusić zakrawa na bezzasadne znęcanie się. I choć trudno wymagać od bohatera przeciętnego i pretekstowego filmu akcji, by miał głębokie rozterki moralne, miło byłoby, gdyby w tych kilku scenach kamera nie rozkoszowała się aż tak bardzo spustoszeniem czynionym przez Mike’a. Zwłaszcza, że w finałowych sekwencjach filmu (świetnie zresztą nakręconych) udało się te elementy nieco lepiej zrównoważyć.

LHF (20)

W sumie szkoda, że w sequelu Aaron Eckhart ma tak mało do grania. Jasne, każdy chciałby być sidekickiem Gerarda Butlera, ale to naprawdę dobry aktor i nieco się w tym filmie zmarnował.

Scenariusz London Has Fallen pozostawia sporo do życzenia. Choć niewiele pamiętam z części pierwszej, śmiem twierdzić, że nawet ukazana tam fabuła jest mniej naciągana niż ta w London Has Fallen. Głównie dlatego, że samo zawiązanie akcji sequela jest na tyle przejrzystą pułapką, że każdy powinien być ją w stanie zauważyć, zwłaszcza jeśli ma za zadanie pilnować głowy państwa i bronić jej przed zagrożeniem. W Olympus Has Fallen terroryści zaatakowali Biały Dom z łatwością sugerującą, że rezydencja prezydenta USA jest w istocie zamkiem z piasku na opustoszałej plaży. To samo w sobie wymagało ogromnego zawieszenia niewiary, ale było do zaakceptowania – bezczelny atak na „home base” miał prawo być dużym zaskoczeniem, zwłaszcza przy użyciu takiej siły.

Jednak London Has Fallen osiąga jeszcze wyższy poziom absurdu, mianowicie scenarzyści każą nam uwierzyć, że w wypadku nagłej śmierci brytyjskiego premiera, oficjalny pogrzeb – w towarzystwie wszystkich głów państw – organizowany jest zanim wpłyną wyniki autopsji. Może Mysz naoglądała się zbyt wiele procedurali policyjnych, że na każdym kroku wietrzy pułapkę, ale jeśli wiadomo, że w jednym miejscu ma się spotkać grupa ważnych dygnitarzy, dobrze byłoby w miarę możliwości zapewnić im jak największe bezpieczeństwo. A sprawdzenie, czy nie próbuje się ich zebrać under false pretenses powinno być pierwszym punktem programu. To i tak najmniejsza głupota, na której zasadza się odnoszący sukces plan sterroryzowania Londynu, wybicia większości głów państw i uczynienia z prezydenta USA wiralowego torture porn. London Has Fallen jest przynajmniej nieco bardziej subtelny w ukazywaniu terrorystów jako „tych złych” – w Olympus Has Fallen nie wystarczy, że najeżdżają oni Biały Dom; muszą jeszcze strzelić do psa. W sequelu mają przynajmniej osobisty motyw, by mścić się na przywódcach G8. Szkoda tylko, że jest to klasyczny przykład „kobiety w lodówce”.

LHF (16)

Niby sala pełna podstarzałych, białych mężczyzn, ale cieszy obecność chociaż tych kilku kobiet. Baby steps, jak to mówią. Zmiany nachodzą metodą małych kroczków :)

Co ciekawe, pomijając ten jeden przypadek, pod  względem reprezentacji kobiecej, film Najafiego wcale nie wypada tak źle. Żona Banninga może i siedzi w domu, tysiące mil od swego męża, i zrozpaczona załamuje ręce nad ciężarnym brzuchem, ale wiele innych, także bardziej aktywnych ról obsadzonych jest przez kobiety. Oprócz Melissy Leo, która znów pojawia się w roli Sekretarz Obrony, powraca także Angela Bassett, jako Dyrektor Secret Service. Mamy również nową bohaterkę w postaci agentki MI6 (Charlotte Riley), która pomaga Mike’owi, gdy ten wraz z prezydentem muszą ukrywać się na opustoszałych ulicach Londynu.

To co jednak zwróciło uwagę Myszy to fakt, że wiele kobiet pojawia się też w tle, jako statystyki – jako doradcy prezydenta, w londyńskim centrum zarządzania kryzysowego… nie bez znaczenia jest też fakt, że kobiety te często znajdują się na wysokich stanowiskach i to takich, zdawałoby się, rzadko kojarzonych z płcią piękną, zwłaszcza w filmach akcji. Najafi nie miał żadnego powodu by ten sposób próbować „wyrównać” stosunek płci w obsadzie; ba, Mysz wciąż nie jest pewna czy zrobiono to naumyślnie – nikt wszak nie spodziewa się od tak wyrobniczego filmu jak London Has Fallen aktywnej walki z krzywdzącymi, seksistowskimi stereotypami, które w kinie akcji zdają się wciąż mieć dobrze. Być może jednak to jest metoda – obsadzać kobiety w najprzeróżniejszych rolach właśnie w tych filmach, w których mało kto się tego spodziewa. Jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie, which incidentally it is. Mysz przynajmniej za to chciała London Has Fallen pochwalić.

LNF (2)

Nawet tacy wybitni aktorzy jak Morgan Freeman i Angela Bassett muszą czasem zagrać w filmie, który pozwoli zapłacić rachunki ;)

Warto też zwrócić uwagę na wygląd filmu. Tam gdzie Fuqua w Olympus Has Fallen operował bardzo ciemną paletą i chaotycznymi scenami akcji, Najafi serwuje nam nieco inne klimaty. Film bardzo malowniczo ukazuje opustoszałe ulice Londynu, pozwalając nam docenić architekturę i plenery. Mysz zwróciła również uwagę na to, jak wiele z filmu dzieje się w dość dużych zbliżeniach na twarze aktorów, dzięki czemu ich gra – jakkolwiek wyrobnicza by nie była przy tak leniwym scenariuszu – ma szansę wybrzmieć. I choć pojawiły się utyskiwania na kiepskie efekty specjalne, Mysz się do nich nie przyłącza. CGI jest na jak najbardziej akceptowalnym poziomie i raczej nie kole w oczy.

To co natomiast zwraca uwagę, in a good way, to praca i ruch kamery, zwłaszcza w końcowych sekwencjach filmu. Pokazany tam szturm rozgrywa się w długich, stabilnych ujęciach, kręconych zza pleców bohatera, niczym w grze komputerowej. Imponująca i miła dla oka jest zwłaszcza scena, w której Mike skacze przez okno, a kamera płynnie podąża za nim do wnętrza budynku. Mysz może kręcić nosem na niektóre co brutalniejsze sceny, ale trzeba przyznać – przyjemnie ogląda się film akcji, które wie, jak pokazać sceny walki w taki sposób, by jak na dłoni było widać, co się dzieje. Mysz od lat ma już dosyć trzęsącej się kamery a’la Bourne Identity i będzie głośno chwalić każdy film, który postanowi się z tego męczącego trendu wybić. Nie wiem co prawda na ile te ładnie rozplanowane ujęcia są zasługą samego Najafiego – który ma także doświadczenie jako operator filmowy – i w jak dużym stopniu reżyser wpłynął na ostateczny kształt i wygląd filmu, ale dość, że oglądałam London Has Fallen z niemałą przyjemnością. Kudos to him, że zdołał stworzyć sequel lepszy niż oryginał.

LHF (18)

Cholera! A dopiero-co odbudowaliśmy to miasto po ataku Voldemorta! :D

Przejdźmy do drugiego obejrzanego przez Mysz filmu, czyli Gods of Egypt. Twierdząc, że London Has Fallen  jest przyzwoitym filmem być może narażę się na kilka spojrzeń politowania, ale broniąc Gods of Egypt popełniam niemal jakieś recenzenckie faux pas, biorąc pod uwagę ile krytycznych opinii zebrał film. Mysz jednak chciałaby myśleć, że ma swój własny rozum i nie będzie krytykować filmu tylko dlatego, że wszyscy inni tak robią. Tym bardziej, iż moim zdaniem film ten w żadnym wypadku nie zasługuje na wiadro pomyj, które nań wylano.

Gods of Egypt to w gruncie rzeczy głupiutki, ale rozrywkowy film epic adventure-fantasy w pseudo-realiach mitologii starożytnego Egiptu. Think The Mummy meets Beowulf, z elementami design‚u których nie powstydziłby się Enkil Bilal.

GOE (57)

Po takim plakacie naprawdę nie można spodziewać się poważnego filmu. To czysty, bezmyślny fun :)

Mamy Beka (Brenton Thwaites), młodego protagonistę, który z pomocą bogów – w tym Horusa (Nikolai Koster-Waldau), zdradzonego przez pazernego na władzę wuja, Setha (Gerard Butler) – musi uratować swoją ukochaną, a także cały świat, przed cokolwiek nieciekawym losem. Po drodze musi oczywiście zmierzyć się z wieloma przeciwnościami, potworami i pułapkami. I jeśli brzmi to jak dowolna „opowieść bohatera” z egipskiej/greckiej/rzymskiej mitologii, albo pierwszej lepszej książki o lochach i smokach, jest ku temu powód. Gods of Egypt mogło mieć ogromny budżet i bez zahamowań folguje sobie w kwestii wizualnej, także pod względem ilości (i jakości) efektów specjalny, ale Myszy zdaniem to film bez wielkich ambicji. No chyba, że ambicję uznamy nakręcenie rozrywkowego filmu przygodowego, w którym zderzają się elementy magii i niemal pozaziemskiej estetyki.

GOE (29)

W filmie zaskakująco fajnie wypada pomysł, by bogowie byli znacznie większych rozmiarów niż przeciętni śmiertelnicy. Wszelkie sceny, w których Bek i Horus wchodzą w fizyczne interakcje są bardzo sprawnie zrealizowane.

Jednak nawet przyjmując niski próg wejścia, Gods of Egypt nie unika sporych niedociągnięć. Tak jak London Has Fallen był miłym zaskoczeniem pod względem postaci żeńskich, produkcja o bogach i śmiertelnikach okazała się zawodem. Wśród niezliczonego filmowego panteonu przewija się kilka żeńskich postaci – i odgrywają one role od matek i kochanek, poprzez opiekunki i obrończynie, aż po zazdrosne wojowniczki – ale żadna z nich nie jest interesującą postacią. Dwie największe role odgrywają bogini Hathor (Elodie Yung), która w pozbawiony oryginalności, ale nawet czarujący sposób uosabia trop „prostytutki o złotym sercu”, oraz Zaya (Courtney Eaton), śmiertelna dziewczyna Beka. I choć można podziwiać hart ducha obu bohaterek – każda na swój sposób dzielnie stawia czoła przeciwnościom losu – ich rola w scenariuszu sprowadza się do zaledwie kilku przebłysków potencjału.

GOE (1)

W sumie Mysz uważa, że backstory Hathor, które film ledwo zarysowuje, byłoby ciekawszą historią dla tej postaci, niż ta, którą ostatecznie otrzymujemy. Ale przy tych wynikach finansowych, „Gods of Egypt” raczej nie ma co liczyć na kontynuacje czy spin-offy ;)

Drugą największą wadą scenariusza są dialogi. Mysz jest w stanie wybaczyć pretekstowość i przewidywalność fabuły, bo akceptuje, że kino przygodowe – zwłaszcza takie, które (świadomie lub nieświadomie) odwołuje się do cudownie kiczowatych produkcji z lat 80. – rządzi się swoimi prawami. Poza tym nie będę ściemniać – filmowe CGI, choć mocno przesterowane, ma na tyle interesująco i pieczołowicie opracowany design, że Mysz z przyjemnością zawieszała oko na kolejnych strojach, zbrojach, stworach i lokacjach, nieważne jak byłby głupie czy wydumane. To z czym jednak nie mogłam się tak łatwo pogodzić to dialogi. Nawet przyjmują fantazyjne odrealnienie przedstawionego świata, współczesny feel niektórych tekstów zupełnie nie współgra z klimatem filmu. Co więcej, większość z nich jest zwyczajnie kulawa – nie płynie i co chwila wybija widza z filmowej immersji.

Myszę to nieco dziwi, bo za scenariusz odpowiadali Matt Sazama i Burk Sharpless – autorzy scenariuszy do Dracula UntoldThe Last Witch Hunter, czyli dwóch stosunkowo nowych filmów, które Mysz po seansie ochoczo wrzuciła do szufladki: „so ridiculous, they’re actually fun„. Ale niech nie będzie, że jestem gołosłowna: wyobraźcie sobie scenę, w której bohaterowie stają twarzą w twarz ze Sfinksem i jego nierozwiązywalną zagadką. A teraz wyobraźcie sobie, że w kulminacyjnym momencie sceny Sfinks mówi: „Oh, bother”. Tak. Sfinks mówi „masz ci los”. Zupełnie jak Kubuś Puchatek. Czarę goryczy dopełnia fakt, że tłumacz – bodaj pani Martyna Łukomska – postanowił przełożyć film zupełnie obok oryginału, w związku z czym w polskiej wersji językowej tekst ten brzmi: „O, brachu”. I rest my case XD

GOE (56)

Masz ci los! Ktoś opróżnił wszystkie moje baryłeczki!

Na szczęście kiepskie dialogi ciągnie przyzwoite aktorstwo. Nikolai Koster-Waldau z równą łatwością wciela się w bucowatego, zadufanego boga Horusa co w Jamiego Lannister; być może dlatego, że w sumie postaciom tym niedaleko do siebie. Z kolei Brenton Thwaites jest uroczo nijaki w roli złodziejaszka Beka, co Myszę cieszy o tyle, że z jakiegoś powodu, patrząc na twarz Thwaitesa, zawsze ma ochotę palnąć go w ucho. Miłym zaskoczeniem są niewielkie role Rufusa Sewella i Geoffreya Rusha – panowie, jak to się mówi, „chew the scenery” aż wióry lecą i naprawdę sympatycznie się ich popisy ogląda. Ciekawe wypada też Chadwick Boseman (którego za moment zobaczymy w Captain America: Civil War jako Black Panther) i wspomniana wyżej Elodie Yung (za moment grająca Elektrę w s2 Daredevila na Netfliksie). Zda się jednak, że najlepiej na planie filmu bawił się Gerard Butler – jak to ujęła Mysz po seansie, „evil looks good on him” i chociażby dla egzaltowanego występu szkockiego aktora warto dać Gods of Egypt szansę.

GOE (37)

Mysz dawno nie widziała, by Butler tak dobrze się bawił w filmie. Ostatni raz miało to miejsce chyba przy okazji Tomb Raidera :)

Finally, obejrzawszy Gods of Egypt, Mysz doszła do wniosku, że albo jest jakaś dziwna (niewykluczone!), albo wielu osobom umknął jeden istotny szczegół: choć film nosi tytuł „Bogowie Egiptu” i czerpie garściami z mitologii i wierzeń starożytnych Egipcjan, w istocie ma dokładnie tyle wspólnego z historycznie udokumentowaną kolebką cywilizacji, co Asgard z Thora ma ze spuścizną ludów nordyckich. Jeśli się nie mylę, film ani razu nie twierdzi, że dzieje się w naszym, realnym świecie i przedstawia jedyną słuszną wersję wydarzeń – trudno by tak było, biorąc pod uwagę, że u swych podstaw film ten to najzwyczajniejsze przygodowe fantasy. To tak jakby twierdzić, że Excalibur z 1981 roku przedstawia autentyczną historię Anglii i mieć pretensję, że „to przecież nie tak się odbyło”. Gods of Egypt o wiele bliżej jest do Clash of the Titans, czy nawet, biorąc pod uwagę ekstrawagancką stylistykę, do Immortals Tarsema Singha; a nie zapominajmy, że oba te filmy równie swobodnie poczynały sobie z realiami życia w starożytnej Grecji ;)

Nie jest to być może od razu oczywiste, ale w pewnym momencie Gods of Egypt wyraźnie pokazuje, że akcja nie rozgrywa się na Ziemi. Ba, Mysz śmie wręcz twierdzić, że nie znajdujemy się nawet w naszym wszechświecie, a stosunkowo łatwo można taką interpretację wysnuć. Oczywiście najprostsza teoria to to, że świat Gods of Egypt wygląda tak a nie inaczej, ponieważ pokazuje to, w co wierzyli ówcześni starożytni Egipcjanie: prawa fizyki podatne magicznym mocom, zagadkowe Sfinksy i bojowe węże, oraz bogów, którzy odpowiadają na wznoszone doń modły. Ale nie ważne czy przyjmiemy wersję ze światem egipskich wierzeń, czy innym, pozaziemskim wymiarem – dość, że Gods of Egypt nigdy nie był (i nie miał być) filmem historycznym.

GOE (4)

Otwierające film ujęcia, przedstawiające nienazwane miasto rządzone przez Bogów, jest w tak oczywisty sposób wizualnie przesadzone i architektonicznie wydumane, że skojarzenia z kosmicznym, Thorowym miastem – czy nawet Kryptonem, kolebką Supermana – powinny być natychmiastowe

Wydaje się, że największą niedźwiedzią przysługę wycięły filmowi ostatnie kontrowersje związane z produkcją Exodus: Gods and Men. Wielu krytyków, zarówno wśród recenzentów jak i przyszłych widzów, skupiło się na plakatach i trailerach do Gods of Egypt, które pokazują przewagę białych aktorów w pierwszoplanowych rolach. Jednak jeśli przyjąć argumentację „To jest fantasy i nie musi wyglądać jak to, co widzimy wokół” (podobną argumentację, w sumie nie bez powodu, przyjął film Pan, który odszedł od przedstawiania rdzennych mieszkańców Nibylandii jako Indian), wówczas odpada nam argument historyczny–który miał absolutną rację bytu w przypadku historii Mojżesza i Ramzesa w Exodus.

Fakt, że Gods of Egypt przedstawia fantazję na temat Egiptu oznacza, że twórcy nie muszą trzymać się wyznaczonych przez konwenanse ram. Oczywiście, przy tak swobodnym traktowaniu rzeczywistości tym bardziej mogli sobie pozwolić na zatrudnienie możliwe zdywersyfikowanej obsady, ale jeśli główny bohater, Bek nie jest rodowitym Egipcjaninem, a generic fantasy hero character, Myszy zdaniem nie należy odgórnie zarzucać twórcom złych intencji. Zwłaszcza, że zarówno reżyser, Alex Proyas, jak i Lionsgate, zdążyło już za swoje niedopatrzenie przeprosić.

GOE (35)

… jak jest „mea culpa” po egipsku?

Twórcy Thora mogli z łatwością wytłumaczyć zatrudnienie czarnoskórego Idrisa Elby do roli nordyckiego boga Heimdalla argumentując, że „kosmiczna cywilizacja” Asgardu została przefiltrowana przez ograniczony zakres pojmowania starożytnych wikingów i stąd rozbieżności między ich podaniami, a tym, co pokazuje nam film. Jeśli więc przyjąć casus Thora (inny wymiar) nagle większość z krytyki skierowanej pod adresem filmu przestaje mieć rację bytu. Wszelkie rozbieżności związane z wyglądem egipskich bogów, a także szczegółami dotyczącymi kultury, architektury, ubioru, czy zachowania przestają mieć znaczenie, gdy założymy, że film nie próbuje wiernie odwzorować tego, co współcześnie wiemy o starożytnym Egipcie. I stąd Gerard Butler ma pełne prawo mówić z naleciałościami swego szkockiego akcentu; a główny bohater może być biały. Nie musi się nam to podobać – i Myszy zdaniem spokojnie można by zatrudnić więcej people of color – ale w Gods of Egypt nie ma naumyślnego, historycznego whitewashingu. Może być nieco wąskotorowego myślenia, ale Mysz, przynajmniej, nie widzi w tym ślepego wyrachowania.

Podsumowując: nie dajcie się zmylić kampanii promocyjnej, która zbyt słabo podkreśla przenikający produkcję element bezpardonowego fantasy. Gods of Egypt to przestylizowane, ociekające kiczem i złoceniami kino przygodowe, które nie pretenduje do miana ambitnej produkcji, a chce jedynie zapewnić jedynie kilka godzin rozrywki.

Jeśli przymkniecie oko na przesadę i głupotę – I mean, mówimy o filmie gdzie bogowie współ-egzystują ze śmiertelnikami, what else were you expecting? ^_^ – możecie się całkiem nieźle na filmie bawić. W każdym razie Mysz i Luby nie żałują wypadu do kina. I mam nadzieję, że Wy również nie będziecie :)

GOE (46)

*nie będę nucić „Widziałam orła cień”* … I BELIEVE I CAN FLY!

 

  • aHa

    To straszne, ale mnie zachęciłaś. A lista filmów do obejrzenia rośnie ;)

  • Gosia

    pewnie bym się nie wybrała ale unlimited jest więc czemu się trochę nie zrelaksować ;) dzięki, że się wyrobiłaś przed sobotą! :D

  • Cieszę się, że mogłam doradzić. I też myślę, że akurat w ramach CCU oba filmy się nadają na seans „dla relaksu” :)

  • Ojej, mam tylko nadzieję, że nie będziesz potem Myszy gonić z miotłą, jeśli Ci się jednak nie spodoba ;)

  • aHa

    Nie no, takie filmy ocenia się w nieco innych kategoriach niż „podobało się/nie podobało się” ;)

  • Plakaty „London Has Fallen” prześladowały mnie wszędzie w Londynie właśnie, i nawet nie wiedząc co to za film i czy w ogóle warto (tam widziałam tylko wersję z walącym się Big Benem i dopiero za którymś razem dopatrzyłam się tam jakichś nazwisk) stwierdziłam, że mnie to kusi. Do kina chyba nie pójdę, choć jestem spragniona londyńskich widoczków, ale jak będzie w telewizji to na pewno zerknę.
    Natomiast na Egipt trochę głupio jest mi iść, bo ja oglądałam zwiastun, to kibicowałam tym złym ;) Ale poczułam się zaciekawiona.

  • Ginny

    Och, oba filmy do koniecznego obejrzenia :) Jeden już jutro, i to w 4D (a co, jak szaleć, to szaleć!).

  • Myszu, zasadnicze pytanie- z jakim akcentem mówi Butler w Bogach? Bo to kluczowa sprawa jest :D.

  • Scottish as the day is long

  • ooo, 4D w przypadku tych filmów to dobry pomysł.

  • Och, kibicując tym złym też masz szansę się dobrze bawić na „Bogach Egiptu”. Zwłaszcza, że przez większość czasu to właśnie wola Tych Złych jest na wierzchu. Myszy zdaniem akurat ten film nie wymaga zaangażowania się konkretnie w losy pozytywnego bohatera (zwłaszcza, że jakby na to nie patrzeć jest nieco samolubny :P ) – chodzi po prostu o przygodę i dobrą zabawę ;)

  • Łukasz Świniarski

    #IDŻ -lubię czytać Myszy notki:D