Miliony much i konformizm, albo interpretacja popkultury jako makatka.

Znacie powiedzenie, że miliony much nie mogą się mylić? Myszy zdaniem w wypadku popkultury sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

W jednej z Facebookowych grup, do których Mysz należy (czy też: w których czai się niczym kosmiczny ninja i udziela się od wielkiego dzwonu) odbyła się ostatnio wymiana zdań o książkach. Padło pytanie o ulubione tytuły fantasy i nowości wydawnicze z tego gatunku, którymi warto by się podzielić. Nie dość, że była to kolejna okazja do miłej pogawędki – w grupie jest mnóstwo sympatycznych dziewcząt, które Mysz zna z blogosfery – dodatkowo można było podłapać kilka nieco mniej znanych tytułów spod pióra kobiet i/lub z dobrze napisanymi żeńskimi bohaterkami (grupa jest stricte żeńska, więc i tematyka czasem zbacza w stronę girl power).

Ktoś naturalnie rzucił klasyczną Le Guin, ktoś inny stosunkowo nowym Young Adult novel, które warto zaszczepić innym; jeszcze trzecia osoba zaczęła się spierać z czwartą i piątą, która autorka urban fantasy pisze fajniejsze książki; wszystkie zgodnie pożartowałyśmy z “Achai” Ziemiańskiego… ot, dzień jak co dzień, gdy grupa fanek popkultury i all things nerd/geek zacznie rozmawiać o tym, co je kręci. Pojawił się jednak głos kontry: jedna z członkiń grupy zaproponowała by zakończyć dyskusję, bo zamiast wymieniać wyświechtane tytuły, które wszyscy znają, lepiej będzie nam przejrzeć listę książek umieszczoną w grupie “Fantastyka”. Bo pozycje wymienione na liście wybrano jako “najlepsze z najlepszych” w drodze głosowania ponad pięciuset osób, a my przerzucając się tytułami tracimy jedynie czas, bardziej ufając “znajomej z Internetu” niż statystyce. Innymi słowy: próbujemy na nowo wymyślić wzór H20.

bookworm-n4s-tapestries

Wszystkie ilustracje to wzory gobelinów do kupienia na Society6. Wzór w nagłówku: “The Unicorn Reading” by Steph Terao. | Wzór powyżej: “Bookworm” by Cassia Beck

Jak się możecie domyślać, tu nastąpił moment, w którym Mysz cała się zjeżyła. Z całym szacunkiem dla statystyki, która zaiste jest królową wszystkich nauk (nie tylko matematycznych), nie bez powodu istnieje dosadne powiedzenie, rozpoczynające się od słów: “Miliony much nie mogą się mylić…”.

Nie był to zresztą jedyny moment, gdy ten aforyzm pojawił się w Mysim życiu w kontekście popkultury. Ostatnio usłyszałam je w trakcie rozmowy na temat Mad Max: Fury Road podczas rodzinnego obiadu: Myszy brat ciotecznystwierdził, że jest to film miałki, bo absolutnie pozbawiony fabuły. Mysz, która na ten argument jest akurat wyjątkowo uczulona, skomentowała to markotnym: “Ostatnio wszędzie tak słyszę”. W odpowiedzi usłyszałam słowa, w których pobrzmiewały nuty pełnej wyższości satysfakcji: “No wiesz, skoro wszyscy tak mówią…”

Owszem, there’s strength in numbers. Jeśli 99 osób powie mi, że książka A jest lepsza niż książka B, podczas gdy tylko jedna osoba stanie po stronie książki B, istnieje duża szansa, że prędzej sięgnę po książkę A niż B. Jednak zawsze będę się zastanawiać, dlaczego ta jedna jedyna osoba wyłamała się z tłumu. Czy wie coś więcej niż reszta czytelników? Czy zrozumiała książkę inaczej? Czy odkryła w niej jakąś inną, niedostępną innym wartość?… być może nie. Ale jeśli nie przeczytam książki B i nie przekonam się na własną rękę, która jest lepsza, nigdy się tego nie dowiem.

furiosa-794-tapestries

“Furiosa” by Minerva Mopsy

Mysz odnosi wrażenie, że choć człowiek od zawsze był stworzeniem stadnym – zwierzęcy instynkt działa bez udziału naszej świadomości – w dzisiejszej dobie mediów społecznościowych dążenie do tego, by stać się częścią jakiejś grupy, nurtu czy trendu jest jeszcze silniejsze. Wiele osób walczy z FOMO (fear of missing out) bojąc się nie tyle tego, że ominie je jakieś ważne wydarzenie, ale tego, że zostaną poza społecznym nawiasem: nie załapią się na hype związany z najnowszym filmem, nie zrozumieją memu, które niespodziewanie wszedł do codziennego internet-speak, nie polubią statusu o śmierci ukochanego celebryty, nie zdążą share’ować newsa o kolejnej politycznej wpadce. W dzisiejszej dobie natychmiastowych treści, dostarczanych nam niemal bezpośrednio do krwiobiegu, tak bardzo spieszymy się by być w czymś pierwsi – by podzielić się informacją, by mówić o tym, o czym jest głośno, by zgodzić się z tymi, którzy mówią o swoich racjach – iż czasem zwyczajnie zapominamy o tym, że mamy własne zdanie. Czy też: mamy prawo je mieć.

Żeby nie było: Mysz jest guilty as charged. Sama często poddaję się pływowym falom Internetu, pędząc by na złamanie karku podzielić się nowym trailerem, albo plotką o zatrudnieniu lubianego aktora. Mogliście jednak zauważyć, drogie Robaczki, że gdy rzecz dotyczy filmowych recenzji, Mysz ma tendencję do zwlekania z wyrażeniem swojej oceny, przynajmniej w bardziej rozwiniętej formie. Nie próbuję przez to powiedzieć, że uważam się za lepszą od tych, którzy dzień po obejrzeniu filmu wrzucają do Internetu swoją recenzję. Każdy ma swoje tempo. Mysz takes her time z bardzo prostej przyczyny: lubię mieć pewność, że wyrażam swoje zdanie. A nie to, które nieświadomie podłapię od innych.

botanic-wars-tapestries

“Botanic Wars” by Josh Ln

Są ludzie, którzy czytają recenzje przed obejrzeniem filmu. Wielu z nas tak robi, chcąc wiedzieć, czy warto na daną produkcję się wybrać do kina. Istnieje jednak duża grupa – w tym Mysz – która z zasady woli czytać recenzje dopiero po powrocie z seansu. Owszem, są filmy o których przeczytam tak czy tak, ale bywają konkretne tytuły (zwykle te wyczekiwane lub otoczone aurą kontrowersji), które wolę obejrzeć “na świeżo”, z jak najmniejszą ingerencją z zewnątrz.

Być może Ty, drogi Czytelniku, jesteś jedną z tych osób, które mogą przeczytać filmową recenzję mając pewność, że jej wydźwięk i treść nijak nie wpłyną na Twój odbiór filmu. Mysz, wbrew pozorom, nie jest taką osobą. Chciałabym myśleć, że nie jestem kompletną mimozą, która gnie się jak tylko jej wiatr zawieje, ale wiem z doświadczenia, że z otaczającego mnie wietrznego szumu potrafię niechcący wychwycić różne “śmiotki”. Tu jakieś zdanie, tam jakaś opinia, gdzieś indziej teoria, która na swój sposób wypacza odbiór danego dzieła… Ani się obejrzę, a już podchodzę do filmu lub książki z pewnymi uprzedzeniami lub oczekiwaniami. I wierzcie mi: trudno potem te niteczki i zabłąkane pajęczynki ze swoich gałązek strząsnąć ;)

the-sleeping-rose-tapestries

“The Sleeping Rose” by Nados

Tym bardziej, że konformizm zdaje się przynajmniej u niektórych wyjątkowo silnie zakodowany. Myszy zdaniem można wysnuć teorię, że jedną z najbardziej powszechnych ludzkich emocji jest lęk przed samotnością, a co za tym pragnienie przynależenia: do rodziny, grupy przyjaciół, drugiej osoby, paczki studentów, zespołu w pracy, społeczności, narodu… Istnieje w nas odgórna, często trudno do zwalczenia chęć naginania się do myśli i poglądów innych, do dostosowania się do reszty stada. I w gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego, tak długo, jak robimy to świadomie i rozsądnie, upewniwszy się, że rzeczywiście zgadzamy się z tym, co stado mówi. Niestety, często zapominamy o tym, że stado ma prawo się mylić równie często, co pojedynczy osobnik. Na szczęście jednak nie mówimy tu o poglądach politycznych, ale o rzeczach nieco mniej ważkich. Although it depends on who you ask ^.^’

Tak jak w wypadku życiowych przekonań, czy wyznawanych zasad moralnych należy, w miarę możliwości, starać się wyrobić sobie własne zdanie, tak w wypadku popkultury nie jest to tak do końca konieczne.

Jak część z Was zapewne wie, Myszy zdarza się stanąć okoniem w obliczu popkulturowych “zachowań stadnych”. Jednak nawet uparta Mysz-indywidualistka nie widzi nic zdrożnego w poleganiu na opinii innych. Zwłaszcza jeśli potrafią oni ująć w słowa to, co sama czuję, a czego nie potrafię opisać. Funnily enough, I can’t say the same about politics. Ale to być może dlatego, że w przeciwieństwie do polityki, w obliczu popkultury rzadziej mam wrażenie, że próbuje mi się coś sprzedać. Co zakrawa na ironię, biorąc pod uwagę, że to jednak popkultura jest (zdaje się? powinna być?) tą bardziej komercyjną dziedziną. Wszak czym jest recenzja czy polecanka, jeśli nie – nawet nieświadomą lub nienaumyślną – zachętą do kupna?

bill-murray-replaceface-tapestries

“Bill Murray” by Replaceface

Wśród reflektorów politycznej sceny często trafiają się ludzie, których chętniej słuchamy, bo jesteśmy przekonani, że te konkretne osoby wiedzą, o czym mówią. Podobnie jest w popkulturze – są głosy, którym ufamy bardziej niż innym. Nie ważne, czy jest to recenzent, które umie schludnie i starannie wyartykułować swoją opinię, kolega, na którego polecankach jeszcze się nie zawiedliśmy, czy kuzynka, której gusta są tak zbieżne z naszymi – dość, że są to osoby, których zdanie z jakiegoś powodu cenimy bardziej, niż innych.

Tu wracamy do Facebookowej wypowiedzi, która tak zjeżyła Mysie futerko. Rzeczywiście jest pewna mądrość w kierowaniu się opinią ogółu – nie na darmo tak wielką popularność mają serwisy typu IMDb, Filmweb, Goodreads czy LubimyCzytać, bo oprócz funkcjonowania jako swoista baza danych, spełniają też o wiele istotniejszą funkcję: wykorzystują opinię ogółu by umożliwić nam znalezienie dzieła skrojonego pod nasze gusta.

Jednak podczas gdy wiele osób korzysta z tych portali patrząc jedynie na średnią ocen – 6,5 gwiazdki na IMDb, 3,89 gwiazdki na Goodreads, itd. – Mysz o wiele bardziej ceni sobie inny aspekt tych platform społecznościowych. A mianowicie możliwość przejrzenia i przeczytania opinii znajomych, którzy również z portalu korzystają. Zwłaszcza w kontekście dyskusji o książkach przykład Goodreads wydaje się tu nader adekwatny.

house-brawl-tapestries

“House Brawl” by Alice X. Zhang

Facebookowa rozmówczyni zarzuciła dyskutantkom, że wolą się kierować radą “znajomej z Internetu” niż wynikami głosowania 500 osób. Ale co mi po mądrość większości? Czego się z niej dowiem – że 500 osób lubi Terry’ego Pratchetta? So effin’ what? Mysz akurat Pratchetta nie lubi. I żeby nie było: niczyja racja nie jest w tym wypadku “najmojsza” – każdy może sobie Pratchetta lubić lub nielubić. Ale ja wciąż nie będę wiedziała po jaką książkę sięgnąć. Poza tym której większości ufać? Ludziom z grupy “Fantastyka” na FB? Użytkownikom Goodreads? Lubimy Czytać? Biblionetce?… w czym jedna większość jest mądrzejsza od drugiej?

Polegając na opinii ogółu nie mam żadnej gwarancji, że ten ogół jest ze mną zbieżny. Owszem, statystyka dyktuje, że prędzej czy później trafi się dzieło, które spodoba się wszystkim – lub chociaż większości. Ale czy nie łatwiej byłoby spytać jednej osoby? Takiej, która poleciła mi inną fajną książkę? Której książkowe recenzje są mądre i wnikliwe i poruszają kwestie, które są dla mnie istotne? Której osądom ufam, bo lubimy podobne dzieła?… no właśnie.

books-erf-tapestries

“Old Books” by Cassia Beck

Nie wiem, jak Wy korzystacie z Goodreads (lub podobnych portali), ale dla Myszy średnia ocen jest jedynie wskazówką. Cytując Pirates of the Caribbean: It’s more a guidline, than a set of rules. Innymi słowy, jeśli książka ma na Goodreads ocenę 3,5, ale ktoś z Myszy znajomych z GR ocenił ją wyżej lub napisał, że warto po nią sięgnąć – dodam ją do listy “to read” licząc na to, że i mi się spodoba. I analogicznie: jeśli ktoś z Internetowych znajomych, z którym mam zbieżne gusta, doda nową, nieznaną mi książkę do swojej listy “do przeczytania”, istnieje większa szansa, że też ją sobie odfajkuję (nawet jeśli będzie miała średnie recenzje), niż gdybym natrafiła na nią sama.

Możemy się uważać za indywidualistów, ale chęć odczucia “efekt potwierdzenia” tkwi w nas wyjątkowo głęboko. I działa nawet na tak podstawowym poziomie jak: “O, ta książka brzmi fajnie. O, ktoś jeszcze myśli, że ta książka brzmi fajnie. Pewnie mam rację i rzeczywiście jest fajna. Przeczytam”. Jakby na to nie patrzeć, każdy z nas lubi mieć rację. Nawet jeśli w tym przypadku jest to racja nieco na wyrost ;)

written-in-the-stars-brw-tapestries

“Written in the Stars” by Svenja Gosen

W całej sprawie należy też wziąć pod uwagę, że książki, czy w ogóle popkultura, to nie chemia, w której istnieje prosty wzór na zapisanie H20 (którego rzeczywiście nie da się wymyślić od nowa). Popkultura jest szalenie subiektywna i to, co spodoba się 500 osobom ma pełne prawo nie spodobać się mnie. Czy jestem przez to gorsza?… nie. Po prostu mam inne zdanie. I mam do niego prawo.

Mysz uważa, że w interpretowaniu popkultury właściwie nie ma czegoś takiego jak “błędna interpretacja”. Już kiedyś pisałam o tym, że argument “nie lubisz, bo nie rozumiesz” uważam za absolutnie bezsensowny. Co więcej jestem też zdania, że każdy ma prawo odebrać dane dzieło tak, jak mu to pasuje. Są doświadczenia wspólne dla wielu ludzi i możemy wszyscy dążyć do jakiegoś-tam konformizmu, ale święcie wierzę wto, że każdy jest wyjątkowy – może być milion ludzi, z którymi masz 99% wspólnych cech, przeżyć i myśli, ale w tym 1% zawsze będziesz się od nich różnił. A to sprawia, że jesteś inny i masz prawo odczytywać film inaczej niż cała reszta. Jasne, Mysz może się z Tobą nie zgadzać, możemy sobie na ten temat dyskutować, być może zdołamy przekonać drugą osobę do swojego punktu widzenia, czy wręcz się o brak jednomyślności pokłócić, ale popkultura to dziedzina w której – przynajmniej Myszy zdaniem – nie ma ostatecznej, “najmojszej” racji.

Ba, mając na względnie wzrastającą popularność kultury fanowskiej, a także jej bezpośredni kontakt z twórcami (odnoszący często wymiernie efekty) coraz głośniej teoretyzuje się o tym, że nawet pytanie “Co autor miał na myśli?” przestało już być zasadne. Nikt nie ma racji co do jedynej słusznej interpretacji dzieła. Albo odwrotnie: każdy ma rację. Swoją ;)

under-a-wish-lanterns-sky-wedding-day-tapestries

“Love Wish Lanterns” by Paula Belle Flores

No dobra. Ale czy w takim razie, skoro każdy ma swoją rację, należy unikać zapoznawania się z cudzymi opiniami? A może wręcz przeciwnie, należy się z nimi konfrontować? Cóż, Myszy zdaniem każdy musi odkryć na własną rękę, która metoda – albo jaka ich mieszanka – najbardziej mu odpowiada.

Osobiście, Mysz jak zwykle plasuje się gdzieś pośrodku. Używając drzewnej metafory, z jednej strony lubię sama udekorować swoje gałązki niteczkami – obejrzeć je dokładnie, wybrać te które mi się podobają, spróbować utkać z nich coś sensownego… Z drugiej strony, chętnie potem wystawiam się na powiewy wiatru – wyłapuję cudze niteczki, przykładam je do moich, porównuje, niektóre puszczam luzem… Czasem z kolei odrzucę jakąś swoją, zastępując ją cudzą, ładniejszą, bezczelnie ją sobie przywłaszczając; jeszcze innym niteczkom ucinam ogonek i skrzętnie wplatam go pomiędzy swoje, by sprawiał wrażenie, że był tam od zawsze.

…jest taki lekki, ale szalenie sympatyczny film obyczajowy (a może rom-com?) do którego bardzo często wracam, głównie gdy jest mi źle. The Jane Austen Book Club to historia grupki kobiet oraz jednego męskiego rodzynka, którzy spotykają się by wspólnie omawiać książki Jane Austen. Niektóre panie się znają, niektóre dopiero spotykają się po raz pierwszy. Naturalnie, rozgrywają się tam przyjaźnie, scysje i rozstania, zakochania i konflikty… jednak to, co Myszy zawsze podobało się najbardziej to wspólne omawianie książek Austen. And mind you, Mysz za książkami Austen nie przepada. Jest jednak coś pięknego i prawdziwego w tym, że grupa kobiet, z których każda jest inna i znajduje się na inny etapie życia, czyta tę samą powieść i potrafi ją odebrać w tak różny sposób. Dyskusje, które bohaterowie prowadzą o książkach Austen są jak taka wymiana niteczek – każdy rzuca przed siebie garść, a reszta się im przygląda, omawiając, wymieniając i przebierając. A potem każdy tka z nich swój własny wzór, taki który najbardziej im odpowiada.

vhs-wai-tapestries

“VHS” by Hollis Brown Thornton

Są ludzie, którzy wychodzą z kina z gotowym, utkanym już wzorem. Wiedzą, gdzie idzie każda niteczka, dlaczego ma taki kolor, a nie inny, i są w stanie się z tego wytłumaczyć. Są też tacy, którzy mają po seansie luźno utkany wzorek albo kupkę nieprzebranych niteczek – ci chcą porównać się innymi, być może podebrać im parę wyjątkowo ładnych niteczek, wpleść je w swój wzór. Są też ci, którzy dopiero patrząc na cudzy wzór są w stanie, na jego podstawie, utkać własny. No i wreszcie są ci, którzy nie czują potrzeby tkania – lubią po prostu patrzeć na cudze wzory.

Mysz chciałaby myśleć, że żadna z tych grup nie jest w żaden sposób lepsza od innych. I ultimately feel, że tak długo, jak końcowy wzór podoba się Wam, nie jest istotne to, jak do niego doszliście.

I choć miło mi, że tak wiele z Was zagląda tu, by obejrzeć Mysie makatki i podyskutować o wplecionych w nie nitkach, mam nadzieję, że nigdy nie zapomnicie o tym, by przede wszystkim mieć własne zdanie. Czerpcie od innych inspirację, polegajcie na ich wiedzy i umiejętności wysławiania się, szanujcie ich opinie, posługujcie się mądrością ogółu jako cenną wskazówką… ale pamiętajcie, że najważniejsze jest to, czy dany wzorek podoba się Wam.

A reszta much może Wam co najwyżej napluć ;)

 If you see beauty in something, don’t wait for others to agree.

Sherihan Gamal

watering-a-life-into-itself-tapestries

“Watering (A Life Into Itself)” by Picomodi