Miliony much i konformizm, albo interpretacja popkultury jako makatka.

Znacie powiedzenie, że miliony much nie mogą się mylić? Myszy zdaniem w wypadku popkultury sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

W jednej z Facebookowych grup, do których Mysz należy (czy też: w których czai się niczym kosmiczny ninja i udziela się od wielkiego dzwonu) odbyła się ostatnio wymiana zdań o książkach. Padło pytanie o ulubione tytuły fantasy i nowości wydawnicze z tego gatunku, którymi warto by się podzielić. Nie dość, że była to kolejna okazja do miłej pogawędki – w grupie jest mnóstwo sympatycznych dziewcząt, które Mysz zna z blogosfery – dodatkowo można było podłapać kilka nieco mniej znanych tytułów spod pióra kobiet i/lub z dobrze napisanymi żeńskimi bohaterkami (grupa jest stricte żeńska, więc i tematyka czasem zbacza w stronę girl power).

Ktoś naturalnie rzucił klasyczną Le Guin, ktoś inny stosunkowo nowym Young Adult novel, które warto zaszczepić innym; jeszcze trzecia osoba zaczęła się spierać z czwartą i piątą, która autorka urban fantasy pisze fajniejsze książki; wszystkie zgodnie pożartowałyśmy z „Achai” Ziemiańskiego… ot, dzień jak co dzień, gdy grupa fanek popkultury i all things nerd/geek zacznie rozmawiać o tym, co je kręci. Pojawił się jednak głos kontry: jedna z członkiń grupy zaproponowała by zakończyć dyskusję, bo zamiast wymieniać wyświechtane tytuły, które wszyscy znają, lepiej będzie nam przejrzeć listę książek umieszczoną w grupie „Fantastyka”. Bo pozycje wymienione na liście wybrano jako „najlepsze z najlepszych” w drodze głosowania ponad pięciuset osób, a my przerzucając się tytułami tracimy jedynie czas, bardziej ufając „znajomej z Internetu” niż statystyce. Innymi słowy: próbujemy na nowo wymyślić wzór H20.

bookworm-n4s-tapestries

Wszystkie ilustracje to wzory gobelinów do kupienia na Society6. Wzór w nagłówku: „The Unicorn Reading” by Steph Terao. | Wzór powyżej: „Bookworm” by Cassia Beck

Jak się możecie domyślać, tu nastąpił moment, w którym Mysz cała się zjeżyła. Z całym szacunkiem dla statystyki, która zaiste jest królową wszystkich nauk (nie tylko matematycznych), nie bez powodu istnieje dosadne powiedzenie, rozpoczynające się od słów: „Miliony much nie mogą się mylić…”.

Nie był to zresztą jedyny moment, gdy ten aforyzm pojawił się w Mysim życiu w kontekście popkultury. Ostatnio usłyszałam je w trakcie rozmowy na temat Mad Max: Fury Road podczas rodzinnego obiadu: Myszy brat ciotecznystwierdził, że jest to film miałki, bo absolutnie pozbawiony fabuły. Mysz, która na ten argument jest akurat wyjątkowo uczulona, skomentowała to markotnym: „Ostatnio wszędzie tak słyszę”. W odpowiedzi usłyszałam słowa, w których pobrzmiewały nuty pełnej wyższości satysfakcji: „No wiesz, skoro wszyscy tak mówią…”

Owszem, there’s strength in numbers. Jeśli 99 osób powie mi, że książka A jest lepsza niż książka B, podczas gdy tylko jedna osoba stanie po stronie książki B, istnieje duża szansa, że prędzej sięgnę po książkę A niż B. Jednak zawsze będę się zastanawiać, dlaczego ta jedna jedyna osoba wyłamała się z tłumu. Czy wie coś więcej niż reszta czytelników? Czy zrozumiała książkę inaczej? Czy odkryła w niej jakąś inną, niedostępną innym wartość?… być może nie. Ale jeśli nie przeczytam książki B i nie przekonam się na własną rękę, która jest lepsza, nigdy się tego nie dowiem.

furiosa-794-tapestries

„Furiosa” by Minerva Mopsy

Mysz odnosi wrażenie, że choć człowiek od zawsze był stworzeniem stadnym – zwierzęcy instynkt działa bez udziału naszej świadomości – w dzisiejszej dobie mediów społecznościowych dążenie do tego, by stać się częścią jakiejś grupy, nurtu czy trendu jest jeszcze silniejsze. Wiele osób walczy z FOMO (fear of missing out) bojąc się nie tyle tego, że ominie je jakieś ważne wydarzenie, ale tego, że zostaną poza społecznym nawiasem: nie załapią się na hype związany z najnowszym filmem, nie zrozumieją memu, które niespodziewanie wszedł do codziennego internet-speak, nie polubią statusu o śmierci ukochanego celebryty, nie zdążą share’ować newsa o kolejnej politycznej wpadce. W dzisiejszej dobie natychmiastowych treści, dostarczanych nam niemal bezpośrednio do krwiobiegu, tak bardzo spieszymy się by być w czymś pierwsi – by podzielić się informacją, by mówić o tym, o czym jest głośno, by zgodzić się z tymi, którzy mówią o swoich racjach – iż czasem zwyczajnie zapominamy o tym, że mamy własne zdanie. Czy też: mamy prawo je mieć.

Żeby nie było: Mysz jest guilty as charged. Sama często poddaję się pływowym falom Internetu, pędząc by na złamanie karku podzielić się nowym trailerem, albo plotką o zatrudnieniu lubianego aktora. Mogliście jednak zauważyć, drogie Robaczki, że gdy rzecz dotyczy filmowych recenzji, Mysz ma tendencję do zwlekania z wyrażeniem swojej oceny, przynajmniej w bardziej rozwiniętej formie. Nie próbuję przez to powiedzieć, że uważam się za lepszą od tych, którzy dzień po obejrzeniu filmu wrzucają do Internetu swoją recenzję. Każdy ma swoje tempo. Mysz takes her time z bardzo prostej przyczyny: lubię mieć pewność, że wyrażam swoje zdanie. A nie to, które nieświadomie podłapię od innych.

botanic-wars-tapestries

„Botanic Wars” by Josh Ln

Są ludzie, którzy czytają recenzje przed obejrzeniem filmu. Wielu z nas tak robi, chcąc wiedzieć, czy warto na daną produkcję się wybrać do kina. Istnieje jednak duża grupa – w tym Mysz – która z zasady woli czytać recenzje dopiero po powrocie z seansu. Owszem, są filmy o których przeczytam tak czy tak, ale bywają konkretne tytuły (zwykle te wyczekiwane lub otoczone aurą kontrowersji), które wolę obejrzeć „na świeżo”, z jak najmniejszą ingerencją z zewnątrz.

Być może Ty, drogi Czytelniku, jesteś jedną z tych osób, które mogą przeczytać filmową recenzję mając pewność, że jej wydźwięk i treść nijak nie wpłyną na Twój odbiór filmu. Mysz, wbrew pozorom, nie jest taką osobą. Chciałabym myśleć, że nie jestem kompletną mimozą, która gnie się jak tylko jej wiatr zawieje, ale wiem z doświadczenia, że z otaczającego mnie wietrznego szumu potrafię niechcący wychwycić różne „śmiotki”. Tu jakieś zdanie, tam jakaś opinia, gdzieś indziej teoria, która na swój sposób wypacza odbiór danego dzieła… Ani się obejrzę, a już podchodzę do filmu lub książki z pewnymi uprzedzeniami lub oczekiwaniami. I wierzcie mi: trudno potem te niteczki i zabłąkane pajęczynki ze swoich gałązek strząsnąć ;)

the-sleeping-rose-tapestries

„The Sleeping Rose” by Nados

Tym bardziej, że konformizm zdaje się przynajmniej u niektórych wyjątkowo silnie zakodowany. Myszy zdaniem można wysnuć teorię, że jedną z najbardziej powszechnych ludzkich emocji jest lęk przed samotnością, a co za tym pragnienie przynależenia: do rodziny, grupy przyjaciół, drugiej osoby, paczki studentów, zespołu w pracy, społeczności, narodu… Istnieje w nas odgórna, często trudno do zwalczenia chęć naginania się do myśli i poglądów innych, do dostosowania się do reszty stada. I w gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego, tak długo, jak robimy to świadomie i rozsądnie, upewniwszy się, że rzeczywiście zgadzamy się z tym, co stado mówi. Niestety, często zapominamy o tym, że stado ma prawo się mylić równie często, co pojedynczy osobnik. Na szczęście jednak nie mówimy tu o poglądach politycznych, ale o rzeczach nieco mniej ważkich. Although it depends on who you ask ^.^’

Tak jak w wypadku życiowych przekonań, czy wyznawanych zasad moralnych należy, w miarę możliwości, starać się wyrobić sobie własne zdanie, tak w wypadku popkultury nie jest to tak do końca konieczne.

Jak część z Was zapewne wie, Myszy zdarza się stanąć okoniem w obliczu popkulturowych „zachowań stadnych”. Jednak nawet uparta Mysz-indywidualistka nie widzi nic zdrożnego w poleganiu na opinii innych. Zwłaszcza jeśli potrafią oni ująć w słowa to, co sama czuję, a czego nie potrafię opisać. Funnily enough, I can’t say the same about politics. Ale to być może dlatego, że w przeciwieństwie do polityki, w obliczu popkultury rzadziej mam wrażenie, że próbuje mi się coś sprzedać. Co zakrawa na ironię, biorąc pod uwagę, że to jednak popkultura jest (zdaje się? powinna być?) tą bardziej komercyjną dziedziną. Wszak czym jest recenzja czy polecanka, jeśli nie – nawet nieświadomą lub nienaumyślną – zachętą do kupna?

bill-murray-replaceface-tapestries

„Bill Murray” by Replaceface

Wśród reflektorów politycznej sceny często trafiają się ludzie, których chętniej słuchamy, bo jesteśmy przekonani, że te konkretne osoby wiedzą, o czym mówią. Podobnie jest w popkulturze – są głosy, którym ufamy bardziej niż innym. Nie ważne, czy jest to recenzent, które umie schludnie i starannie wyartykułować swoją opinię, kolega, na którego polecankach jeszcze się nie zawiedliśmy, czy kuzynka, której gusta są tak zbieżne z naszymi – dość, że są to osoby, których zdanie z jakiegoś powodu cenimy bardziej, niż innych.

Tu wracamy do Facebookowej wypowiedzi, która tak zjeżyła Mysie futerko. Rzeczywiście jest pewna mądrość w kierowaniu się opinią ogółu – nie na darmo tak wielką popularność mają serwisy typu IMDb, Filmweb, Goodreads czy LubimyCzytać, bo oprócz funkcjonowania jako swoista baza danych, spełniają też o wiele istotniejszą funkcję: wykorzystują opinię ogółu by umożliwić nam znalezienie dzieła skrojonego pod nasze gusta.

Jednak podczas gdy wiele osób korzysta z tych portali patrząc jedynie na średnią ocen – 6,5 gwiazdki na IMDb, 3,89 gwiazdki na Goodreads, itd. – Mysz o wiele bardziej ceni sobie inny aspekt tych platform społecznościowych. A mianowicie możliwość przejrzenia i przeczytania opinii znajomych, którzy również z portalu korzystają. Zwłaszcza w kontekście dyskusji o książkach przykład Goodreads wydaje się tu nader adekwatny.

house-brawl-tapestries

„House Brawl” by Alice X. Zhang

Facebookowa rozmówczyni zarzuciła dyskutantkom, że wolą się kierować radą „znajomej z Internetu” niż wynikami głosowania 500 osób. Ale co mi po mądrość większości? Czego się z niej dowiem – że 500 osób lubi Terry’ego Pratchetta? So effin’ what? Mysz akurat Pratchetta nie lubi. I żeby nie było: niczyja racja nie jest w tym wypadku „najmojsza” – każdy może sobie Pratchetta lubić lub nielubić. Ale ja wciąż nie będę wiedziała po jaką książkę sięgnąć. Poza tym której większości ufać? Ludziom z grupy „Fantastyka” na FB? Użytkownikom Goodreads? Lubimy Czytać? Biblionetce?… w czym jedna większość jest mądrzejsza od drugiej?

Polegając na opinii ogółu nie mam żadnej gwarancji, że ten ogół jest ze mną zbieżny. Owszem, statystyka dyktuje, że prędzej czy później trafi się dzieło, które spodoba się wszystkim – lub chociaż większości. Ale czy nie łatwiej byłoby spytać jednej osoby? Takiej, która poleciła mi inną fajną książkę? Której książkowe recenzje są mądre i wnikliwe i poruszają kwestie, które są dla mnie istotne? Której osądom ufam, bo lubimy podobne dzieła?… no właśnie.

books-erf-tapestries

„Old Books” by Cassia Beck

Nie wiem, jak Wy korzystacie z Goodreads (lub podobnych portali), ale dla Myszy średnia ocen jest jedynie wskazówką. Cytując Pirates of the Caribbean: It’s more a guidline, than a set of rules. Innymi słowy, jeśli książka ma na Goodreads ocenę 3,5, ale ktoś z Myszy znajomych z GR ocenił ją wyżej lub napisał, że warto po nią sięgnąć – dodam ją do listy „to read” licząc na to, że i mi się spodoba. I analogicznie: jeśli ktoś z Internetowych znajomych, z którym mam zbieżne gusta, doda nową, nieznaną mi książkę do swojej listy „do przeczytania”, istnieje większa szansa, że też ją sobie odfajkuję (nawet jeśli będzie miała średnie recenzje), niż gdybym natrafiła na nią sama.

Możemy się uważać za indywidualistów, ale chęć odczucia „efekt potwierdzenia” tkwi w nas wyjątkowo głęboko. I działa nawet na tak podstawowym poziomie jak: „O, ta książka brzmi fajnie. O, ktoś jeszcze myśli, że ta książka brzmi fajnie. Pewnie mam rację i rzeczywiście jest fajna. Przeczytam”. Jakby na to nie patrzeć, każdy z nas lubi mieć rację. Nawet jeśli w tym przypadku jest to racja nieco na wyrost ;)

written-in-the-stars-brw-tapestries

„Written in the Stars” by Svenja Gosen

W całej sprawie należy też wziąć pod uwagę, że książki, czy w ogóle popkultura, to nie chemia, w której istnieje prosty wzór na zapisanie H20 (którego rzeczywiście nie da się wymyślić od nowa). Popkultura jest szalenie subiektywna i to, co spodoba się 500 osobom ma pełne prawo nie spodobać się mnie. Czy jestem przez to gorsza?… nie. Po prostu mam inne zdanie. I mam do niego prawo.

Mysz uważa, że w interpretowaniu popkultury właściwie nie ma czegoś takiego jak „błędna interpretacja”. Już kiedyś pisałam o tym, że argument „nie lubisz, bo nie rozumiesz” uważam za absolutnie bezsensowny. Co więcej jestem też zdania, że każdy ma prawo odebrać dane dzieło tak, jak mu to pasuje. Są doświadczenia wspólne dla wielu ludzi i możemy wszyscy dążyć do jakiegoś-tam konformizmu, ale święcie wierzę wto, że każdy jest wyjątkowy – może być milion ludzi, z którymi masz 99% wspólnych cech, przeżyć i myśli, ale w tym 1% zawsze będziesz się od nich różnił. A to sprawia, że jesteś inny i masz prawo odczytywać film inaczej niż cała reszta. Jasne, Mysz może się z Tobą nie zgadzać, możemy sobie na ten temat dyskutować, być może zdołamy przekonać drugą osobę do swojego punktu widzenia, czy wręcz się o brak jednomyślności pokłócić, ale popkultura to dziedzina w której – przynajmniej Myszy zdaniem – nie ma ostatecznej, „najmojszej” racji.

Ba, mając na względnie wzrastającą popularność kultury fanowskiej, a także jej bezpośredni kontakt z twórcami (odnoszący często wymiernie efekty) coraz głośniej teoretyzuje się o tym, że nawet pytanie „Co autor miał na myśli?” przestało już być zasadne. Nikt nie ma racji co do jedynej słusznej interpretacji dzieła. Albo odwrotnie: każdy ma rację. Swoją ;)

under-a-wish-lanterns-sky-wedding-day-tapestries

„Love Wish Lanterns” by Paula Belle Flores

No dobra. Ale czy w takim razie, skoro każdy ma swoją rację, należy unikać zapoznawania się z cudzymi opiniami? A może wręcz przeciwnie, należy się z nimi konfrontować? Cóż, Myszy zdaniem każdy musi odkryć na własną rękę, która metoda – albo jaka ich mieszanka – najbardziej mu odpowiada.

Osobiście, Mysz jak zwykle plasuje się gdzieś pośrodku. Używając drzewnej metafory, z jednej strony lubię sama udekorować swoje gałązki niteczkami – obejrzeć je dokładnie, wybrać te które mi się podobają, spróbować utkać z nich coś sensownego… Z drugiej strony, chętnie potem wystawiam się na powiewy wiatru – wyłapuję cudze niteczki, przykładam je do moich, porównuje, niektóre puszczam luzem… Czasem z kolei odrzucę jakąś swoją, zastępując ją cudzą, ładniejszą, bezczelnie ją sobie przywłaszczając; jeszcze innym niteczkom ucinam ogonek i skrzętnie wplatam go pomiędzy swoje, by sprawiał wrażenie, że był tam od zawsze.

…jest taki lekki, ale szalenie sympatyczny film obyczajowy (a może rom-com?) do którego bardzo często wracam, głównie gdy jest mi źle. The Jane Austen Book Club to historia grupki kobiet oraz jednego męskiego rodzynka, którzy spotykają się by wspólnie omawiać książki Jane Austen. Niektóre panie się znają, niektóre dopiero spotykają się po raz pierwszy. Naturalnie, rozgrywają się tam przyjaźnie, scysje i rozstania, zakochania i konflikty… jednak to, co Myszy zawsze podobało się najbardziej to wspólne omawianie książek Austen. And mind you, Mysz za książkami Austen nie przepada. Jest jednak coś pięknego i prawdziwego w tym, że grupa kobiet, z których każda jest inna i znajduje się na inny etapie życia, czyta tę samą powieść i potrafi ją odebrać w tak różny sposób. Dyskusje, które bohaterowie prowadzą o książkach Austen są jak taka wymiana niteczek – każdy rzuca przed siebie garść, a reszta się im przygląda, omawiając, wymieniając i przebierając. A potem każdy tka z nich swój własny wzór, taki który najbardziej im odpowiada.

vhs-wai-tapestries

„VHS” by Hollis Brown Thornton

Są ludzie, którzy wychodzą z kina z gotowym, utkanym już wzorem. Wiedzą, gdzie idzie każda niteczka, dlaczego ma taki kolor, a nie inny, i są w stanie się z tego wytłumaczyć. Są też tacy, którzy mają po seansie luźno utkany wzorek albo kupkę nieprzebranych niteczek – ci chcą porównać się innymi, być może podebrać im parę wyjątkowo ładnych niteczek, wpleść je w swój wzór. Są też ci, którzy dopiero patrząc na cudzy wzór są w stanie, na jego podstawie, utkać własny. No i wreszcie są ci, którzy nie czują potrzeby tkania – lubią po prostu patrzeć na cudze wzory.

Mysz chciałaby myśleć, że żadna z tych grup nie jest w żaden sposób lepsza od innych. I ultimately feel, że tak długo, jak końcowy wzór podoba się Wam, nie jest istotne to, jak do niego doszliście.

I choć miło mi, że tak wiele z Was zagląda tu, by obejrzeć Mysie makatki i podyskutować o wplecionych w nie nitkach, mam nadzieję, że nigdy nie zapomnicie o tym, by przede wszystkim mieć własne zdanie. Czerpcie od innych inspirację, polegajcie na ich wiedzy i umiejętności wysławiania się, szanujcie ich opinie, posługujcie się mądrością ogółu jako cenną wskazówką… ale pamiętajcie, że najważniejsze jest to, czy dany wzorek podoba się Wam.

A reszta much może Wam co najwyżej napluć ;)

 If you see beauty in something, don’t wait for others to agree.

Sherihan Gamal

watering-a-life-into-itself-tapestries

„Watering (A Life Into Itself)” by Picomodi

 

  • Bardzo mądra notka, Myszu. Ładnie oddaje to, co nam się swego czasu nie do końca chyba udało zawrzeć w ziemniaczanej notce o tym dlaczego nie posiadamy autorytetów. Zdanie innych jest nam często potrzebne, ale nigdy nie powinno przesłaniać tego jak sami odbieramy, czy to dany tekst kultury, czy właściwie cokolwiek.

  • Mentha spicata

    Ostatnio przyciągnęła moją uwagę znaleziona gdzieś na słupie wlepka Loesje „Skąd masz własne zdanie?” Tak doskonale tutaj pasuje. Bo z jednej strony pobrzmiewa w tym taka tęsknota, że ktoś też chciałby mieć własne zdanie, a z drugiej – skoro skądś się wzięło, to może wcale nie jest Twoje…
    Uwielbiam czytać recenzje przed pójściem do kina i wcale mi nie przeszkadza, że mam od razu konkretnie ukierunkowaną uwagę (i często opinię), ba, to właśnie jest w całym procesie najprzyjemniejsze! Z książkami mam za to coś zupełnie przeciwnego.
    Metafory Myszy przypominają mi metafory mojej mamy – tak samo ich nie łapię ;) Ale czytało się dobrze, z tym co zrozumiałam się zgadzam, i śliczny ten cytat na koniec!

  • aHa

    Święte słowa – mam wrażenie, że każdy ma takie obszary (pop)kultury, których w ogóle nie czuje, choćby milion osób wmawiało mu, że ma się zachwycać. Ja np. totalnie nie czuję filmów Barei, no nie śmieszą mnie, nic nie poradzę, oglądałam, łapię kontekst, przyczyną nie jest mój zbyt młody wiek jak uważają niektórzy, a jednak nie chce mi się oglądać po raz kolejny. Jest też parę filmów, które uwielbiam bez względu na kiepskie recenzje. I lubię o tym dyskutować – nie kłócąc się ;)

    Jeśli chodzi o recenzje, to staram się ich nie czytać przed pójściem do kina, zwłaszcza odkąd sama je piszę.

  • Z tą statystyką też nie jest tak prosto. Jeśli głosowało 500 osób, to trzeba jeszcze sprawdzić, kto to. Bo grupa 500 gospodyń z Podlasia będzie głosowała na inne książki niż 500 kanadyjskich drwali, a jeśli nie należymy do żadnej grupy, to ich rekomendacje mogą nam nie odpowiadać (chyba, że chcemy poznać gusta czytelnicze kanadyjskich drwali).

    Ale jeśli chodzi o lektury, to robię tak jak Ty. I polecenie koleżanki z Internetu jest dla mnie cenniejsze od gwiazdek na GR, bo poleca człowiek, nie algorytm. I w sumie tyle mądrego miałam do powiedzenia.

  • A ja z notką się zgadzam i nie zgadzam jednocześnie (piątek jest więc wybacz). Bo naprawdę wątpię, żebym była jedyną osobą która na wszystkie powszechne zachwyty reaguje alergicznie. Serio im większy hajp, tym mniejsze prawdopodobieństwo że po to sięgnę. Książka podoba się wszystkim? Pewnie gniot. Gra zbiera same maksymalne oceny? Zagram jak będzie w promocji, a przy tym znajdę wszystkie dziury, błędy i niedoróby. O serialach nawet nie wspomnę (odezwała się serialomaniaczka xD) Wyjątkiem są tutaj filmy, które oglądam w takich ilością i w tak różnych zestawieniach, że nie przeszkadza mi wybranie się na coś popularnego. Co nie znaczy, że taka produkcja już na starcie nie ma ze mną pod górkę. I nawet bloga nazwałam jak nazwałam xD
    Nie wiem jak to nazwać (snobizm, hipsterstwo, malkontenctwo, pretensjonalność – kilka terminów do wyboru), ale ja z zasady jestem całkowicie przekonana, że im więcej osób mi coś poleca tym gorszą ma to wartość. I nie ważne czy są to WSZYSCY moi znajomi których zdanie w normalnych okolicznościach bardzo cenię czy miliony z internetu. Jak jest dla wszystkich, to jest dla nikogo i już. Uwielbiam przy tym stać w kontrze i opinie w stylu: „uważam, że X to dno” nosić jak moją lśniącą zbroję. Uwielbiam się sprzeczać i kłócić o popkulturę, konformizm to nie jest coś dla mnie i uwielbiam nie przynależeć nigdzie (ah samotny Puś internetów xD). A z drugiej strony jest wiele dzieł, które mimo powszechnych zachwytów i hajpu po prostu uwielbiam (wspomniany Mad Max niech będzie najlepszym przykładem), ale właściwie tylko dzięki temu, że zdołały się przedrzeć przez moje początkowe: „podobało się wszystkim, więc na 100% będzie do dupy”.
    I serio, wydaje mi się że nie jestem w swoim podejściu osamotniona. No nie jestem, prawda?!

  • Na pierwszych zajęciach ze statystki, moja promotorka zapytała nas, czym jest statystyka. Po naszych „naukowych” wypowiedziach, uśmiechnęła się i powiedziała:
    „Statystyka to takie coś, że gdy jedna kobieta jest wierna mężowi, a druga swojego zdradza, to statystycznie obie są prostytutkami*”.
    Od tej pory na wszelką statystykę patrzę zupełnie inaczej, wiedząc, jak ważna jest grupa badawcza. Co przy popkulturze/kulturze wydaje mi się wyjątkowo trudne. Bo moment w którym każdy z nas może dane dzieło interpretować inaczej, to jak naprawdę zmierzyć, czy jest wartościowe, czy nie? Myślę, że Mad Max faktycznie świetnie to ilustruje. Wiele osób wyszło z niego zachwyconych tym jak pokazał kulturę, religię, feminizm. A potem na Sylwestrze słyszę, że jeszcze do połowy był ok, ale jak zaczęli wracać, to zrobiło się bez sensu. Po co kręcić film o bieganiu w kółko na pustyni.
    I nie da się ocenić, kto z nas ma rację. Ja mogę powiedzieć, że warto czasem spojrzeć głębiej w historię, niż obejrzeć bez refleksji. W zamian mogę usłyszeć, że na siłę się doszukuję jakiś interpretacji, których tam nie ma.
    Cieszę się, że poruszyłaś ten temat. Choć przy ukochanych książkach, serialach, czy filmach, ciężko o zdrowy rozsądek i brak wykłócania się, że jest tam coś głębiej ;)

    *promotorka była bezpośrednia i użyła tu zupełnie innego słowa, ale pomyślałam, że nie ładnie będzie to w komentarzu wyglądało :)

  • Biorę się za komentowanie już któryś raz, ale jakoś tak mi nie idzie, bo mam dużo różnych rzeczy do powiedzenia i nie dość, że wychodzi chaotycznie, to jeszcze część mi gdzieś umyka.
    Po pierwsze chciałam powiedzieć, że tekst jest bardzo dobry i zgadzam się z tobą w wielu kwestiach. Do wszelkich list typu „Top 10” albo „najlepsze powieści wszech czasów” podchodzę z baaaardzo dużą ostrożnością, bo zbyt często mam całkiem inne zdanie na ich temat. Od razu przypomina mi się, jak pewnego razu postanowiłam się „odchamić” i zamiast kolejnego filmu fantastycznego obejrzeć cudo, które zdobyło jakąś nagrodę. No i trafiłam akurat na listę bodajże 1000 filmów, gdzie przy filmach nagrodzonych znajdował się wykrzyknik. Stwierdziłam, że wylosuję w ciemno i nie będę czytała opisu, żeby się nie zniechęcić. Trafiło na „Życie Adeli” pełne scen seksu, na które mam alergię. Tak właśnie skończyła się moja przygoda z listami „obejrzyj koniecznie” i nagradzanymi filmami.
    W moim przypadku najlepiej działa konsultacja z kolegą, z którym mam bardzo podobny gust. Reszta znajomych, która nie siedzi tak głęboko w popkulturze jak ja, jeszcze za mało widziała i nie jest ani trochę wybredna, więc zachwyca się filmami, które ja uznaję za złe (i nie tylko ja, bo i inni blogerzy narzekają). Podobnie jest z serwisami z ocenami – często byle romansidło ma wyższe oceny niż niezły film fantastyczny. Wszystko zależy od gustu, najlepiej byłoby wszystkiego spróbować samemu, ale niestety tak się nie da.
    Po drugie – śliczne zdjęcia *_*
    A po trzecie – jak mówiłam, mam sklerozę i zapomniałam przynajmniej połowy rzeczy, o których chciałam napisać, ale jak sobie przypomnę, to zaraz dopiszę ;)

  • …a ja sobie pomyślałam: co jakiś czas dobijam się/odbijam od Emily Dickinson i Bukowskiego, ponieważ Osoba W Której Gust Wierzę uwielbia. Jakoś tak się źle czuję z faktem, że ja nie. Totalnie bez sensu, ale jednak.
    Powiedziałabym, że w internetowe statystyki nie wierzę – bo nie wierzę, ale jak tu się odnieść do faktu, że biblionetkowy algorytm magicznie poleca mi rzeczy w których zakochuję się od razu? ;)
    I z drugiej strony, nawet dziś sobie myślałam o mechanizmie mojej głowy, który każe mi chomikować rzeczy uwielbiane (ok, teraz mam blogaska, więc dawno i nieprawda) z cyklu nie polecę, zachowam dla siebie i będę się pod kołdrą ekscytować. Zawsze miałam tak, że im więcej ludzi polubiło, to jakoś tak…. gorzej/mniej ciepło o danym produkcie kultury myślałam. Jakiś to pokrętny snobizm chyba.

    (A w ogóle to ach, przyszłam i zobaczyłam notkę o dwóch filmach Butlera i buu, sama miałam na nią ochotę. Może jeszcze. Nie czytam, żeby w razie czego się nie sugerować :))

  • Ziemniaczana notka? Będę musiał doczytać, bo chyba mi umknęła :)
    Dokładnie. Myślę, że zwłaszcza w kontekście bycia blogerem jest to istotne. Mysz w każdym razie zawsze stara się nie wmuszać innym swojego zdania, nawet jeśli czasem wyjątkowo zajadle próbuję go bronić. Ostatecznie, najważniejsze dla odbiorcy popkultury powinno być to, czy film/książka/cokolwiek spodobało się jemu, a nie innym :)

  • Bardzo mądre pytanie :) I zmuszające do wielu przemyśleń, często wcale niełatwych.
    To ciekawe, bo Mysz chyba ma odwrotnie. Filmy odbieram o wiele bardziej emocjonalnie niż książki – być może dlatego, że film to taki dwugodzinny zastrzyk emocji i historii prosto w serduszko, a książką człowiek delektuje się nieco dłużej i łatwiej się zatrzymać i zastanowić nad tym, co się czyta – i tak jak nie mam problemu z czytaniem recenzji książek zanim po nie sięgnę, z filmami jednak lubię mieć mentalne „carte blanche”.
    ^_^ W takim razie pozdrawiam mamę. I na wszelki wypadek informuję, ze Mysz zawsze może wytłumaczyć swoje zawiłe metafory ;)

  • Mysz tak ma np. z twórczością Woody’ego Allena. A z drugiej strony szczerze lubię filmy z serii American Pie i będę ich bronić mimo tego, że w większości dyskutantów wywołują uśmiech politowania. Myślę że tak długo jak jesteśmy w stanie o naszych likes i dislikes rozmawiać kulturalnie i z zachowaniem wzajemnego szacunku, taka wymiana opinii i poglądów może być bardzo ciekawa i przyjemna. I tego powinniśmy się trzymać. A przynajmniej do tego stara się dążyć Mysz ^_^

    Mam podobnie. Przy czym mam wrażenie, że w momencie, gdy spisuje się własne przemyślenia – zwłaszcza w formie blogowej – nie sugerowanie się opinią innych odgrywa jeszcze większą rolę. A przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia ^_^

  • No właśnie Przynajmniej słuchając opinii „jednej znajomej z Internetu” wiem mniej więcej z kim mam do czynienia :)

    Muszę powiedzieć, że trochę mi szkoda Myszy-sprzed-paru-lat, która używała Goodreads tylko do odhaczania przeczytanych książek i ignorowała aspekt „socjalny” portalu. Teraz nie wyobrażam sobie użytkowania GR bez podczytywania wrażeń znajomych z ‚czytania na bieżąco’, czy podglądania, co czytają w tej chwili <3

    PS. Bardzo chcę poznać czytelnicze gusta kanadyjskich drwali #nojoke

  • Powiem tak: na pewno nie jesteś w tym osamotniona. Ale u Myszy to działa bez żadnej widocznej regularności – są filmy na które z łatwością (i przyjemnością) podłapuję hype, a są takie, na które reagują silną alergią – ba, wywołują we mnie niemal fizyczną agresję.
    Muszę jednak zaznaczyć, że odkąd zdałam sobie sprawę z istnienia tego schematu, staram się mu nie poddawać. Może jestem w tym osamotniona, ale nie lubię być – bez wyraźnego powodu – nastawiona negatywnie do jakiegoś dzieła popkultury. Zwłaszcza, że jednak powszechny hype stosunkowo rzadko okazuje się być na wyrost – a nawet jeśli, to co z tego? Rzadko kiedy odczuwam obejrzenie takiego popularnego filmu jako marnotrawstwo czasu. Przynajmniej skonfrontowałam swoje wrażenia z innymi i teraz mogę ze stabilnej pozycji głosić swoją kontr-opinię ;)
    Po prostu nie lubię takiego zacietrzewiania się w byciu „wbrew”. Bo mam wrażenie – przynajmniej u siebie – że czasem bierze się ono wyłącznie z chęci bycia ‚innym’ i odseparowania się od stada. A to już podchodzi pod czysty, pusty, bezmyślny snobizm. A jeśli jest coś, co w „zachowaniach stadnych” mnie mierzi to właśnie bezmyślność i bezrefleksyjność. Tak długo, jak zgadzasz się (lub nie zgadzasz) bo rzeczywiście tak czujesz – a nie dlatego, że chcesz koniecznie być „wbrew” i być „cool” – nie mam z tym problemu. Ale jeśli celem w samym sobie jest bycie „ponad to”… z tym mam problem. I to głównie u siebie. Niestety, walka z tym aspektem Mysiej osobowości nie jest łatwa ;)

  • Piękna anegdota! Mysz właśnie ze względu na takie perełki czasem tęskni za studiami :D
    O, strasznie mnie cieszy, że napisałaś o „doszukiwaniu się interpretacji”. W Myszy od pewnego czasu narasta notka na ten temat. Co prawda chwilowo mam w tym kontekście nieco zbyt wiele przemyśleń i najpierw muszę je uporządkować i usystematyzować, ale dobrze wiedzieć, że jest to temat, który nie tylko mi siedzi w głowie :)
    You said it, girl :D W wypadku ukochanych – czy znienawidzonych – dzieł popkultury często trudno zachować obiektywność. Ale sądzę, że tak długo, jak próbujemy w trakcie takiej emocjonującej dyskusji zachowywać się z szacunkiem i wyrozumiałością wobec drugiej osoby, da się rozmawiać o popkulturze w taki sposób, by wilk był syty i owca cała. A przynajmniej Mysz ma taką nadzieję :D

    Ad.*: Dzięki! Co prawda Myszy też zdarza się czasem użyć dosadniejszego słowa, ale miło widzieć taki komentarzowy savoir vivre w akcji ^_^

  • Jak widać Myszy też napisanie komentarza zajmuje czasem mnóstwo czasu :D
    Szkoda, że tak się nacięłaś kierując się toplistą w wyborze filmu na wieczór. Mysz z bardzo podobnych względów stara się wszelkiego rodzaju toplisty i rankingi traktować jedynie jako wskazówki – wynotowuję sobie interesujące albo obce mi tytuły, a potem sprawdzam je na IMDb czy Wikipedii. Jeśli ich tematyka/obsada/twórcy wydadzą się pasować do Mysich gustów – albo po prostu mnie zaintryguję – dopiero wówczas daję im szansę i dopisuję do (arcy-długiej) listy filmów „do obejrzenia”. Być może taki system sprawdziłby się lepiej i obronił Cię przed przyszłymi przykrymi doświadczeniami?… Mysz po prostu nie chciałaby byś kompletnie zniechęciła się do idei toplist czy wszelkich zbiorczych polecanek. Czasem można z nich podłapać coś naprawdę fajnego ;)
    Zgadzam się natomiast, że systemy ocen często są niewymierne – bo więcej osób obejrzy nową popularną komedię (i w ogóle wystawi jej ocenę) niż niszowy, ale arcy-dobry film niezależny. Dlatego zawsze trzeba na tego typu portalach kierować się przede wszystkim własnym instynktem.
    Ad.#3: jeśli Ci się coś przypomni, wal jak w dym. Myszy zawsze jest miło podyskutować z Czytelnikami… nawet jeśli czasem wystukanie odpowiedzi zajmuje jej miesiąc ^_^’

  • To nie jest bez sensu. Myszy do dziś jest głupio, gdy wokół wszyscy znajomi zachwycają się książkami Pratchetta, a mnie to – mimo kilku prób – nijak nie chce ruszyć. Tak więc rozumiem i tulam Cię współczująco :)
    Mysz w takim razie zazdrości magicznego algorytmu. Mi o wiele łatwiej jest ufać ocenom osób, z którymi dzielę podobne gusta czytelnicze ^^
    Nie wiem jak inni pochłaniacze popkultury (a zarazem blogerzy), ale Mysz też bywa bardzo terytorialna wobec dzieł, które jej się spodobają. Tak więc nie przejmuj się – nie jesteś z tym sama. A wręcz śmiem twierdzić, że jesteś w całkiem doborowym towarzystwie ;)

    (nie czytaj, pisz swoje! ^_^ A potem podlinkuj Myszy to będziemy się mogły wymienić opiniami!)

  • Ano, jedna z wcześniejszych na ziemniaku i Dinozarłach ;)
    I tak, podsumowując: punkt odniesienia, nie dyktator :)

  • Lepiej późno niż wcale! Mysz musi mieć w takim razie bardzo dobrą pamięć, bo ja po miesiącu pamiętałabym co najwyżej, że coś kiedyś miałam zrobić, gorzej z przypomnieniem sobie szczegółów xD

    Teraz robię dokładnie tak jak ty. I w kwestii rankingów, i ocen. Jeśli coś brzmi interesująco, to prędzej czy później to obejrzę, jeśli nie – no trudno, lista i tak jest długa. Co prawda kilka-kilkanaście poleceń potrafi mnie zachęcić do obejrzenia czegoś, czego normalnie bym nie obejrzała, ale rzadko zdarza mi się coś takiego lubić, nie mniej jednak próbować trzeba.

    No i trzymam się z daleka od nagradzanych filmów. Póki co sprawdza się to wyśmienicie.

  • Pingback: Karnawał Blogowy #28 - Bobrownia()

  • Mam teorię, że mam fatalną pamięć, ale bardzo silnie rozbudowane wyrzuty sumienia. W związku z tym często zapominam odpisać, ale raz na jakiś czas targające mną wyrzuty sumienia przypominają, że „chyba-coś-gdzieś” i wówczas w panice szukam, czego tym razem zapomniałam :D

    Warto też wysznupać sobie kilka osób (bliskich lub z internetu), których gusta są zbieżne z naszymi. Wówczas, polegając na ich polecankach, mamy mniejszą szansę, że natniemy się na coś, co nam się nie spodoba. Mysz ma np. ulubionego blogera, któremu niemal ślepo ufa, jeśli chodzi o horrory. Wiem, że nawet jeśli film nie będzie w 100% zgodny z moimi gustami, bloger ten nie poleca badziewia, a i okazjonalne wychodzenie poza moją strefę komfortu bywa bardzo rozwojowe i interesujące. W każdym razie bardzo szanuję jego opinie i często podpytuję go o horrorowe nowości :)

    To w sumie ciekawa metoda – większość osób raczej stara się oglądać właśnie nagradzane filmy ;) Ale sądzę, że tak długo, jak oglądasz to, co ci się podoba, mniej istotne jest to, jak dane filmy znajdujesz ^^