Już nie myśl o kłopotach swych… Udany remake The Jungle Book.

Mysz w telegraficznym skrócie ocenia najnowszą produkcję studia Disneya. Jest na czym oko i ucho zawiesić!

Nowa The Jungle Book jest szalenie sympatyczna. Mysz co prawda nie ręczy za dubbing, bo była na wersji z napisami, by móc rozkoszować się głosami oryginalnej obsady, ale niezależnie od wersji językowej film jest przepiękny pod względem wizualnym. Cofam wszystkie złe rzeczy, które mamrotałam po tym, jak wypłynął trailer. Mam ochotę osobiście wytulać wszystkie pokazane tam zwierzątka, bo wyglądają tak, jakby animatorzy magicznie użyczyli prawdziwym stworzeniom umiejętności mówienia. Twórcy podjęli mądrą decyzję ograniczając do minimum motion capture i polegając głównie na świetnych efektach studia WETA Digital. Choć zdarzają się w filmie momenty, gdy ekspresyjna mimika zwierząt zahacza o uncanny valley, emocje słyszalne w głosach aktorów wyrównują poziom. Mysz uznaje to za akceptowalne ustępstwo na rzecz zwierzątek, które są sympatyczne i instantly loveable.

Uwaga techniczna: Mysz z Lubym wybrali się do IMAXa (nie ma to jak CinemaCity Unlimited) i decyzji nie żałowali – warto pójść chociażby dla końcowego żartu z pangolinem. Jeśli jednak nie macie karty CCU, seans 2D w normalnym kinie również nasyci Wasze ślepia pięknymi widokami.

Jungle_Book_2016_33 copy

We’re all connected in the great circle of life….

Na szczęście The Jungle Book nie polega wyłącznie na warstwie wizualnej. Fabularnie film odbiega od animacji – jest nieco poważniej i nieco mroczniej, ale równocześnie jest tam kilka cudownie zabawnych momentów, które polegają albo na dobrze odegranym dialogu, comedic timing albo humorze sytuacyjnym. Mysz sądzi, że duża w tym zasługa Jona Favreau, który dobrze sobie poradził z reżyserią – film nie nuży, w odpowiednich momentach sprawnie podkręcając lub spowalniając tempo. Fani Bambiego i The Lion King zauważą w historii znajome motywy; z kolei miłośnicy prozy Kiplinga odnajdą w tej wersji więcej elementów wspólnych z oryginałem (choć ostatnie sceny finału są uroczym mrugnięciem do końcówki Disneyowskiej animacji i ten element ostatecznie kupił Mysie serduszko).

Grający główną rolę Neel Sethi fantastycznie odnajduje się wśród komputerowych zwierzątek (na planie pracował z kukiełkami z pracowni Jima Hensona, czego strasznie mu zazdroszczę). Debiutujący dziecięcy aktor wypadł uroczo, naturalnie i bezpretensjonalnie, jednocześnie oddając niewinność i ufność Mowgliego, jak i jego pyskatą rezolutność, tak właściwą wszystkim dzieciom. Warto też zwrócić uwagę na dobrą charakteryzację – Myszy aż się serce łamało, jaki poobijany jest Mowgli pod koniec tego filmu. Ale przynajmniej czyhające na niego zagrożenia są dzięki temu bardziej realistyczne.

Jungle_Book_2016_36

Miło, gdy główny bohater nie tylko nie kładzie filmu, lecz jest wręcz jego jasnym punktem.

Głosowo film jest fenomenalny. Ben Kingsley jest absolutnie przecudowną Bagheerą, a Lupita Nyong’o jako wilczyca Raksha rozrywa serce na kawałki. Bill Murray jest bezbłędny jako Baloo, podobnie zresztą jak Scaaarletowo-wężowa Kaa. Idris Elba operuje złowieszczą chrypką like it’s nobody’s business, przerażając i fascynując jako Shere Khan (mimo, iż w jednym dialogu wpada w zaśpiew, który brzmi jak zerżnięty z Nolanowskiego Bane’a). W sumie najbardziej niewykorzystany pozostaje Christopher Walken jako król Louie i Mysz musi przyznać, że nie do końca jest przekonana co do tego castingu. Inspiracje mafijnym klimatem Goodfellas czy ciężkimi motywami Apocalypse Now naprawdę nie były konieczne, podobnie jak na siłę wtłoczony do filmu element musicalowy. Interesujący jest natomiast pomysł, by urealnić film, zamieniając orangutana na gigantopiteka – gatunek, który rzeczywiście kiedyś żył w Indiach, ale wymarł setki tysięcy lat temu. Podobny redesign przeszedł Baloo, który w The Jungle Book przypomina bardziej wargacza leniwego (sloth bear) rzeczywisty gatunek niedźwiedzia, żyjący na tych terenach.

A skoro jesteśmy przy niedźwiedziu: maybe it’s my shipper brain, ale The Jungle Book jeszcze bardziej niż animacja uwidacznia fakt, że dynamika relacji Bagheery i Baloo przypomina stare, dobre małżeństwo. Takie, które Kingsley i Murray mogliby z powodzeniem odegrać na żywo w jakiejś postępowej komedii. Wszak jakby na to nie spojrzeć, The Jungle Book to historia dwóch dumnych ojców wspólnie wychowujących syna ;)

Jungle_Book_2016_79

They’re totally married and you know it :D

O dziwo, największym zarzutem Myszy są piosenki niepotrzebnie wtłoczone do filmu. Wystarczyłyby same rozpoznawalne motywy muzyczne, które Debney pięknie i umiejętnie wplótł w oryginalną ścieżkę dźwiękową do filmu. Co więcej Walken ma dobry głos do śpiewania, a w filmie jego występ zbacza w stronę wymuszonej melorecytacji. Podobnie nietrafiona wydaje się decyzja twórców, by Mowgli i Baloo odśpiewali swój kultowy duet nieco fałszywie i nie do taktu. Owszem, można przyjąć wytłumaczenie, że jeden z nich to niedźwiedź, a drugi chłopak wychowany przez wilki, więc trudno oczekiwać od nich poczucia rytmu. Ale jeśli już uparliśmy się wykorzystać znane piosenki – które, mind you, średnio pasują do realistycznego klimatu filmu – niech będą one chociaż porządnie zrealizowane. Świetny jest za to cover “Trust In Me” w wykonaniu Johansson, który leci podczas napisów końcowych (do odsłuchania na Spotify – szukajcie pod “Księga dżungli” bo z jakiegoś powodu pokazuje się tylko polska wersja językowa ścieżki dźwiękowej).

All in all: warto się wybrać. Ale nie miejcie pretensji do Myszy, jeśli potem całą drogę do domu będziecie nucić “The Bare Necessities” ;)

PS. Jeśli ktoś wybierze się na dubbing niech da znać, jak wypadła polska obsada!

image_d81b01b1

Pszytul koteczka :3