W miłości i na wojnie. Recenzja „Captain America: Civil War”.

Warto było się wybrać na nocny, przedpremierowy seans najnowszych przygód Kapitana Ameryki. Film nie zawiódł Mysich oczekiwań. Prawie.

Kręcąc Captain America: Civil War bracia Russo mieli przed sobą nie lada wyzwanie. Nie dość, że musieli zaadaptować komiksową historię o „wojnie domowej” między kultowymi bohaterami w sposób, który byłby wiarygodny w ramach Marvel Cinematic Universe, dodatkowo musieli także sprostać wygórowanym wymaganiom fanów kina super-bohaterskiego. Sami się poniekąd przyczynili do podwyższenia tych wymagań – nie bez powodu Captain America: Winter Soldier pojawia się jako pierwsza pozycja w większości zestawień filmów Marvela. Co prawda fani MCU są zgodni, że po Avengers: Age of Ultron poprzeczkę zawieszono dość nisko, niemniej wciąż było wiele sposobów na które braciom Russo mogła podwinąć się noga. Adaptacja znanej komiksowej historii, umiejętne przeplecenie wątków całej grupy bohaterów, wprowadzenie kilku nowych postaci, zarysowanie konfliktów między nimi wszystkimi, do tego interesująco opracowane sceny walki i dobrze zaprojektowane efekty komputerowe, że o wiarygodnie odegranych emocjach i dawce humoru nie wspomnę… innymi słowy: było dużo checkboxów, które Russo musieli na swojej liście odhaczyć.

Mysz spieszy donieść – powróciwszy z nocnego, przedpremierowego seansu, na który w ramach spontanicznej akcji wybrała się wraz z grupą Czytelników – że na tle innych filmów Marvela CA:CW plasuje się bardzo wysoko i nie zawodzi pokładanych w nim oczekiwań… almost. Nie jest to, jak można by się spodziewać po entuzjastycznych recenzjach, film idealny (Mysim odczuciu plasuje się jednak niżej niż Winter Soldier). Pod wieloma względami bliżej mu do kolejnego etapu konsekwentnie przebieganego maratonu, niż pełnego napięcia i emocji sprintu. Niemniej jednak wciąż jest to wydarzenie, które ogląda się z ogromną przyjemnością. Nawet jeśli momentami bywa przewidywalne.

BEZSPOILEROWO
[wyraźne oznaczone spoilerowe piski pod sam koniec tekstu]

CACW (15)

Sęk w tym, że nie jest to przewidywalność z gatunku ja-wiedziałam-że-tak-będzie. Bierze się ona natomiast ze wspomnianej już konsekwencji. CA:CW to film, którego fabuła toczy się kierunku, który nakazuje nie tylko logika, ale i charaktery postaci, w przemyślany sposób rozwijane od kilku(nastu) filmów. Nie oznacza to broń Boże, że film pozbawiony jest twistów – Mysz nie raz przykłada łapki do pyszczka w niemym wyrazie zaskoczenia, lub pochylała się w fotelu z niecierpliwością oczekując kolejnego zwrotu akcji. Ale tak jak z pewnością fajnie się ogląda film, który serwuje nam nagły, zwalający z nóg zwrot, jest coś równie (jeśli nie bardziej) przyjemnego w filmie, który umiejętnie meandruje, nie tracąc przy tym stałego tempa. I choć Mysz ma do filmu kilka zarzutów, w skrytości ducha jest nim głęboko usatysfakcjonowana. Głównie dlatego, że twórcy nie traktowali mnie jak idiotki, która łyknie każdą najgorszą głupotę niczym młody pelikan, tylko dlatego, że scenarzyście nie chciało się bardziej przysiąść nad klawiaturą. Jasne, Civil War nie jest w stu procentach „Honest Trailer-proof”, ale widać tu tę samą dbałość o logikę i sensowność historii, którą już u Russo widzieliśmy w Winter Soldier.

Samo zarzewie tytułowego konfliktu jest, w gruncie rzeczy, najsłabiej uargumentowanym punktem filmu, przynajmniej w Myszy odczuciu. Twórcy nie mogli skorzystać z oryginalnego komiksowego scenariusza, w związku z tym wymyślili własną tragedię, która staje się punktem zapalnym pomiędzy Avengersami. I być może jest to nieco bezduszne podejście z mojej strony, ale w obliczu tysięcy istnień straconych w ataku kosmitów na Nowy Jork w Avengers, czy podczas bitwy w Sokowii w A:AoU, wydarzenia z początku Civil War zdają się nieomal błahostką.

Jest to jednak sprytne zagranie, z dwóch bardzo prostych powodów. Po pierwsze, sprowadza dyskusję na temat konsekwencji działań Avengers i super-bohaterskiej odpowiedzialności do bardziej realnego poziomu. Powyżej pewnej liczby ofiar, trudno jest ludziom ogarnąć umysłem (a także sercem) rzeczywisty ciężar takich strat; na emocjonalnym poziomie po prostu nas to nie rusza. Na podobnej zasadzie o wiele mocniej przeżywamy tragedię jednej osoby, nawet niekoniecznie nam bliskiej, niż setek, czy nawet dziesiątek osób.

CACW (1)

Jest jednak dodatkowy aspekt, który jeszcze bardziej sprowadza konflikt na płaszczyznę osobistą. I wbrew pozorom wcale nie mam tu na myśli drugiego wątku Civil War, który pojawia się równolegle z dyskusją na temat odpowiedzialności, czyli trudnej relacji Steve’a Rogersa i Bucky’ego Barnesa. Owszem, Bucky odgrywa istotną rolę w całej historii. Nie tylko dlatego, że bezpośrednio wpłynął na wydarzenia całego MCU, działając jako skrytobójca na usługach Hydry, ale także ze względu na to, jak osobiste sympatie Steve’a i jego chęć obrony przyjaciela wpływają na kształt konfliktu między Avengersami. Warto jednak wspomnieć, że wbrew pragnieniom pewnych fanek (w tym poniekąd yours trully) przyjaźń Capa i Bucky’ego nie jest główną osią filmu. Raczej umiejętnie splata się z pozostałymi wątkami, tworząc złożoną sieć zmiennych lojalności, wzajemnych pretensji i poczucia winy, którą fani na pewno z przyjemnością będą analizować przez najbliższych kilka miesięcy :)

Aspekt o którym wspominałam dotyczy tego, jak w zarzewie „wojny domowej” zamieszana jest Wakanda, czyli afrykański kraj będący ojczyzną króla T’Challi aka Black Panther. Mysz może się czepiać w filmie wielu drobnostek (zresztą jedna dotyczy samego T’Challi), ale wprowadzenie wątku Wakandy jest niesamowicie zręczne i staje się wdzięcznym tłem dla niezgody między Starkiem a Rogersem.

CACW (3)

No właśnie, jak rozegrany jest tytułowy konflikt?… In a word: zaskakująco. Nie będzie chyba spoilerem, jeśli Mysz powie, że trailery malują tenże spór w o wiele bardziej mrocznych, dramatycznych i kategorycznych barwach. W gruncie rzeczy rację ma Chris Evans, który w jednym z wywiadów stwierdził, że rozłam w drużynie Avengers przypomina bardziej spór podczas rodzinnego obiadu, niż rzeczywistą civil war. Oczywiście, mówimy tu o obiedzie, w trakcie którego ludzie kopią się z półobrotu i rzucają sobą o budynki, a całość rozgrywa się na tle ważnych kwestii polityczno-społecznych, dotyczących wolności osobistej, bezpieczeństwa narodowego i granic odpowiedzialności, ale w gruncie rzeczy Civil War sprawia wrażenie chwilowej sprzeczki typu „mom and dad are fighting again”, aniżeli poważnego rozwodu. Bitwa na lotnisku, którą widzieliśmy w trailerach – a z której wiele osób się śmiało – nie na darmo przypomina ustawkę dwóch grup gimnazjalistów. Co prawda w wypadku Avengers jest o niebo więcej zniszczeń i siniaków, ale w gruncie rzeczy łatwo uwierzyć, że po skończonej bójce, przeciwnicy mogliby się klepnąć po plecach i pójść razem na piwo, mając w nosie układy, traktaty i podwórkową politykę.

“I think it’s much more relatable, much more akin to [disputes] we have in life,” Evans says. “Arguments with your family can be far worse than struggles with your enemy.”

CACW (14)

Nie oznacza to jednak, że zmagania bohaterów są kompletnie pozbawione gravitas. W gruncie rzeczy cały filmowy konflikt sprowadza się do emocji. Możemy jako widzowie długo deliberować nad tym, która strona ma rację z międzynarodowego, czy też globalnego punktu widzenia (#TeamIronMan czy #TeamCaP), ale w gruncie rzeczy równie mocno kierują nami nasze osobiste sympatie – to, czy sercem jesteśmy z Capem czy z Iron Manem. Pod tym względem Civil War rzeczywiście jest fenomenalne, bo nie wartościuje, które podejście jest lepsze. Owszem, finał filmu można interpretować jako sugestię, że czyjaś racja ostatecznie była bardziej wierzchu, ale nie oznacza to, że działania drugiej strony były nieuzasadnione albo błędne. To raczej scenariusz z gatunku „zjeść ciastko i mieć ciastko”, gdzie obie drużyny dały się równie mocno ponieść emocjom, zarówno tym pozytywnym, jak i negatywnym.

Być może część z Was się ze mną nie zgodzi, ale dla Myszy konflikt między Tonym i Stevem sprowadza się do opozycji dwóch emocji: poczucia winy i miłości. W moim odczuciu, Tony, a co za tym idzie jego drużyna, działa głównie z poczucia winy. Widzieliśmy to już w A:AoU, gdzie lęki Tony’ego, że nie będzie w stanie uratować przed zagrożeniem nie tylko swoich bliskich, ale wręcz całego świata – dodatkowo podsycone przez manipulację Scarlet Witch – doprowadziły ostatecznie do powstania Ultrona i tragedii w Sokowii. W Civil War ciężar tego emocjonalnego bagażu jest jeszcze większy, a decyzja Tony’ego by poddać się kontroli rządu zdaje się bezpośrednim wynikiem jego lęku przed własną ambicją. Tony boi się tego, do czego sam może doprowadzić, jeśli nikt nie będzie go kontrolował. Przy czym sami wiemy, że Stark ma niełatwy charakter i raczej trudno jest go okiełznać; film dodatkowo podkreśla ten aspekt, sugerując konflikt między Tonym a Pepper – jedyną osobą, która do tej pory była go w stanie  utemperować. W gruncie rzeczy można odnieść wrażenie, że Tony tak naprawdę wcale nie myśli o the greater good, a wręcz przeciwnie: jest szalenie samolubny. Jedyne, co próbuje zrobić poprzez podpisanie traktatu o kontroli nad superbohaterami, to stłumić własne wyrzuty sumienia i przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego.

CACW (25)

Tym ciekawszy jest jego konflikt z Kapitanem Ameryką, którego początkowe deklaracje na temat polityki, szpiegostwa i tajnych organizacji (facet ma złe doświadczenia po rozpadzie S.H.I.E.L.D. w Winter Soldier, więc trudno mu się dziwić) z czasem coraz bardziej odchodzą w zapomnienie – wystarczy, że na horyzoncie pojawi się Bucky. Nie oznacza to, że Steve na samą wzmiankę o byłym przyjacielu kompletnie porzuca swoje wzniosłe ideały, choć nie oszukujmy się – jego działanie także nie jest pozbawione znamion samolubności czy poczucia winy (wszak wiemy, że Steve obwinia się o to, co przytrafiło się Bucky’emu). Następuje natomiast swoiste przeniesienie ciężaru z walki o dobro ogółu, na walkę o dobro jednostki. A ponieważ Steve od zawsze stawał po stronie uciśnionych, nic dziwnego, że wstawia się za swoim ciężko doświadczonym przez los przyjacielem. I choć wiem, że można dywagować na temat tego, czy uparta walka Rogersa i jego nieumiejętność oddania pola („I can do this all day”) podchodzą nie tylko pod ośli upór, ale pod przejaw jego własnych lęków związanych z ewentualnym końcem „wojny” – o którym też wiemy dzięki wizjom Scarlet Witch, i rozmowom Tony’ego i Steve’a w Age of Ultron – Mysz nie ma wrażenia, by Stevem kierował lęk. Może jestem stronnicza (#TeamCap!) ale w moim odczuciu, Capem kieruje przede wszystkim miłość. And as a motivation, love trumps fear any day :P

Nie zapominajmy jednak, że oprócz Iron Mana i Kapitana Ameryki, w Civil War mamy też mnóstwo innych postaci. Mysz podejrzewa, że pojawi się kilka głosów niezadowolenia związanych z tym, jak w sumie niewielkie role odgrywają w filmie pozostali Avengers oraz ich debiutujący koledzy, Black Panther i Spider-Man. Sądzę jednak, że bracia Russo poradzili sobie z przedstawieniem drużynowej historii o wiele lepiej niż Whedon w Age of Ultron, czy Singer w ostatnich X-menach (Days of Future Past).

Choć przy głębszym przyjrzeniu widać, że drużyna Avengers stanowi tło dla konfliktu Capa i Starka, każdy dostaje swoją etiudkę do odegrania. I niezależnie od tego, czy jest to wątek odgrywany na emocjonalną nutę – jak chociażby powoli rozkwitająca relacja Visiona i Scarlet Witch (którzy w komiksach są parą), czy nieprzewidywalna lojalność Black Widow – czy na nutę comic relief (do czego w gruncie rzeczy sprowadza się obecność w filmie Ant-Mana, Spider-Mana, Hawkeye’a i poniekąd Falcona), każda postać dostaje swoje 5 minut i nie pojawia się w filmie bez konkretnego powodu. Mysz w sumie jest zaskoczona: jak na to, że służyli za tło, to właśnie wiele scen z pobocznymi bohaterami wybija się w mojej pamięci najsilniej. Przykładowo: no one was more surprised than me, że pojawienie się Clinta sprawiło mi aż tak dużą przyjemność; tym bardziej, że przez połowę filmu kompletnie nie pamiętałam, że go brakuje… co w sumie trochę źle świadczy o roli, jaką ta postać spełnia (czy też nie spełnia) w grupie :P

CACW (7)

Równie przyjemne wypada wprowadzenie w całą historię Spider-Mana. Przy czym Mysz musi przyznać, że odczuwa pewien dysonans: z jednej strony Tom Holland wypadł fantastycznie w scenach walki, zarówno pod względem atletycznym, jak i rzucania dowcipnymi komentarzami (tu zresztą równie dobrze sprawdzał się Ant-Man). Szalenie sympatycznie wypadło też jego pierwsze spotkanie z Tonym Starkiem. Jednak, z jakiegoś powodu, dalsza rozmowa tych dwóch bohaterów wydała się Myszy… drętwa i sztuczna. Gdzieś zniknęła ta ujmująco niezręczna, frenetyczna energia, którą Holland zaprezentował na wejściu, a potem rozwinął w scenach walki na lotnisku. Mysz liczy jednak na to, że to zaledwie chwilowe drobne potknięcie. W każdym razie na obecnym etapie mogę powiedzieć, że z o wiele większą ekscytacją oczekuję solowego filmu ze Spider-Manem.

A skoro o nadchodzących solowych filmach mowa: give me the Black Panther movie, like, right now! :D
Mysz, będąc fanką MCU bez komiksowego zaplecza, nie miała do tej pory żadnych silnych uczuć związanych z obecnością T’Challi w Civil War. I jeśli mam być szczera nie spodziewałam się, by seans filmu miał wiele w tej kwestii zmienić. Wcielający się w Black Panthera Chadwick Boseman jest co prawda bardzo dobrym aktorem – a i jego background w sztukach walki dawał gwarancję imponującej choreografii – ale Mysz w konflikcie T’Challa vs Bucky (bo taki konflikt zarysowują m.in. trailery filmu) stawała twardo po stronie tego drugiego.

Tym większe i milsze było moje zaskoczenie, gdy skonstatowałam, że autentycznie szanuję króla Wakandy jako bohatera i bardzo chcę się dowiedzieć o nim czegoś więcej. Bracia Russo i Boseman umiejętnie zarysowali charakter postać króla Wakandy, dając nam jako-takie pojęcie, kim jest, a jednocześnie pozostawili Mysz z ogromnym uczuciem niedosytu. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak wątek T’Challi wpasował się w Avengersowe puzzle. I jeśli rzeczywiście miałabym wnosić o zwiększenie roli jakiejś postaci w Civil War, byłby to właśnie T’Challa – jego pobudki należą do tych najbardziej osobistych (even more than Steve’s) i z pewnością można by je bardziej rozwinąć.

CACW (16)

Mysz nie obraziłaby się także, gdyby nieco większą rolę odgrywał Bucky. I nie chodzi o to, że jest go w filmie mało, bo można odnieść wrażenie, że Sebastian Stan bił się w Civil War równie często, co Kapitan Ameryka. Chodzi raczej o to, że zarówno Winter Soldier, jak i Black Panther cierpią na podobny problem: a lot of fighting, not enough talking. Mysz wie, że zdaniem Sebastiana Stana postać ta robi największe wrażenie gdy milczy, a widzowie mogą sobie wyczytywać dowolne emocje z jego chmurnego spojrzenia zbitej pandy i malowniczo rozwianych włosów.

Myk w tym, że dla Myszy zaskakująco wiele z emocjonalnego ciężaru MCU spoczywa na barkach relacji Capa i Bucky’ego (i naprawdę nie mam w tym momencie na myśli ukochanych przez nas, fanki, konotacji romantycznych). Gdy więc w trakcie dwu-i-pół-godzinnego filmu dostaję zaledwie garść interakcji, w postaci krótkich wymian zdań i kilku porozumiewawczych spojrzeń między bohaterami, nawet moja wygłodniała fanowska wyobraźnia – który z niejednych igieł potrafi wykuć całkiem spore widły – zaczyna piszczeć, że to za mało. Oczywiście zarówno Chris Evans, jak i Sebastian Stan grają swoje postaci bezbłędnie i nawet z tych niewielkich momentów da się wiele wyczytać. Niemniej jeśli miałabym wystosować kolejny zarzut wobec Civil War, byłoby to „needs more Bucky” ;)

[im dalej w tekst, tym bardziej Myszy próba napisania obiektywnej, składnej recenzji idze się czesać, a zaczyna zamieniać się w fanowskie piski. Zaraz przejdziemy do sekcji spoilerowej, to sobie porządnie popiszczę. W punktach :D]

Równie entuzjastycznie zareagowałabym na więcej Daniela Bruhla. Z jednej strony grana przez niego postać, czyli pułkownik Helmut Zemo, to mój wymarzony bad guy: kryjący się w cieniu, powodowany osobistymi pobudkami, umiejętnie pociągający za sznurki, wykorzystujący zarówno siłę jak i słabości innych by doprowadzić do konfliktu między nimi. All in all, tak powinien był wyglądać Lex Luthor w Batman v Superman: Dawn of Justice (a myślałam, że uda mi się napisać całą recenzję bez wspominania o tym filmie :P ).

Z drugiej strony, finał do którego doprowadza jest, jakby to ująć… somewhat anticlimactic? Nie wynika to bynajmniej z jego winy – ot taką, a nie inną decyzję podjęli bracia Russo, rozpisując fabułę filmu – niemniej trudno nie odnieść wrażenia, że Bruhl nieco się w Civil War zmarnował. Miał co prawda okazję popisać się swymi zdolnościami językowymi, czego Mysz zawsze z przyjemnością słucha, ale po cichu liczę, że postać ta jeszcze kiedyś się w MCU pojawi. Bo to, że Martin Freeman, grający w CA:CW w dosłownie 2-3 scenach, powróci w Black Panther to już wiemy na pewno :)

CACW (13)

Na zakończenie kilka słów o aspektach bardziej namacalnych niż uczucia bohaterów (oraz fanowskie nadinterpretacje wymownych spojrzeń między nimi): od strony technicznej, film prezentuje się bez większych zarzutów. Jest kilka momentów w których CGI razi – co akurat w przypadku Visiona jest uzasadnione i Myszy się ten zabieg bardzo podoba, bo podkreśla jego nieludzkie pochodzenie – ale da się na to przymknąć oko.

Gorzej z pracą kamery. W Civil War sprzęt trzęsie się o wiele bardziej, przez co czasem umykają szczegóły naprawdę fantastycznie opracowanych i rozegranych walk, m.in. sekwencji, której nie powstydziłby się Netflixowy Daredevil. Biorę co prawda pod uwagę, że problemy z nadążeniem za akcją mogły wynikać z później pory i bezwiednie zamykających się ócz, ale nie tylko Myszy montaż wydał się nieco chaotyczny – zwrócił na to uwagę także Krzysiek z Myszmasza, w swojej recenzji dla portalu Avalon. Niemniej, Mysz oglądając kolejne sceny walki była pełna podziwu i zachwytu. Zresztą sądząc po ochach i achach, nie tylko mnie sceny walki wyjątkowo przypadły do gustu. Nie udaje, że się na tym jakoś wybitnie znam, ale mam wrażenie, że w kwestii opracowania interesującego i angażującego wizualnie stylu walki, filmy o Capie przodują, nawet w kontekście reszty MCU :)

Osobną kwestią jest tłumaczenie. Niestety, znów jesteśmy skazani na wysiłki imć Jana Jakuba Wecsile (Wecsile’a? Jak to się odmienia?), w związku z tym przez większość czasu napisy czyta się dobrze, po czym nagle, niczym Filip z konopii, wyskakuje zwrot kuriozalnie niedopasowany do sceny, lub na siłę przefajnowany. Mysz starała się specjalnie -nie patrzeć- na napisy, mając świadomość, że za wszystkie produkcje Marvela odpowiada ten właśnie nielubiany przeze mnie tłumacz, ale jeden z kwiatków, o których mogę donieść to np. użycie zwrotu „rusz zadeczek” w kontekście „move your ass” -__-„

CACW (23)

Podsumowując, Civil War nie jest filmem pozbawionym wad. Mimo czerpania ogromnej przyjemności z seansu i, ultimately, dużej satysfakcji z tego, jak film został skonstruowany, Mysz wbrew sobie odczuła pewien zawód. Wynika to poniekąd z wielkiej rewolty, którą obiecywali twórcy, deklarując, że CA:CW na zawsze zmieni status quo świata Marvela.

Problem w tym, że z tej zmiany niewiele zdaje się wynikać. Choć bohaterowie przez dwie i pół godziny (nieco odczuwalne pod koniec, ale być może ze względu na fakt, że była niemal 3 w nocy) naprzemiennie siedzą przy stole, gadając o polityce, uczuciach i o tym, co jest mniejszym złem, albo zawzięcie piorą się po mordach, w gruncie rzeczy Civil War niewiele zmienia z punktu widzenia osób, które liczyły na porządne emocjonalne tąpnięcie. Mysz, for one, pod koniec seansu trochę nie wiedziała co zrobić z tymi wszystkimi emocjami, które się w niej nagromadziły przez te dwa lata, więc gdy zaczęły lecieć napisy, poczułam się nieco jak balonik, z którego uszło powietrze. Wszystkie te emocje uleciały ze mnie z cichym westchnieniem zamiast – as I expected – z potokiem łez, i choć poniekąd cieszę się, że bracia Russo postanowili najwyraźniej czerpać inspirację z Doctor Who*, pozostało we mnie uczucie niedosytu.

Najadłam się tym posiłkiem i był on wielce smaczny, ale zabrakło jakiegoś wow-factor, takiego ostatecznego spełnienia. Ale kto wie, może na takie emocje przyjdzie nam jeszcze poczekać do Infinity War Title To Be Decided?… Mysz w każdym razie na pewno jeszcze nie raz obejrzy Captain America: Civil War i Wam też poleca wybranie się do kina. Chociażby dla sceny w garbusie. Poważnie: scena w garbusie jest boska. Na naszym seansie ludzie ją okaskiwali :)

CACW (4)

Na koniec Mysz uderzy w nutę osobistą: dziękuję z całego serca wszystkim Czytelnikom, którzy odważyli się w ramach spontanicznej akcji spotkać z Myszą na żywo, by wspólnie wypić kawę, poplotkować, a potem ruszyć na nocny pokaz filmu do warszawskiego Kina Atlantic. I tu największe podziękowania dla Czytelniczki Alicji, która stała się inspiracją dla całej akcji i specjalnie przyjechała do Warszawy celem wzięcia udziału w całym evencie, which makes me feel humbled, and terrified, and happy, and proud all out once ^_^ Tak więc niniejszym ją pozdrawiam i ściskam i w ogóle, bo gdyby nie ona to nic z tego nie miałoby miejsca.

A Wam, drogie Robaczki, szczerze i z całego serca radzę, byście choć raz w życiu wybrali się do kina całą fanowską grupą, na dodatek na przedpremierowy pokaz. Nikt nie reaguje na film w tak żywiołowy, nieskrępowany, natychmiastowo-zrozumiały, inside-joke’owy sposób, jak ludzie, którzy są gotowi następnego dnia rano zaspać do pracy, byle jako pierwsi obejrzeć wyczekiwany film. Mysz była wzruszona i zachwycona wszystkimi głośno okazywanymi emocjami: scenicznymi szeptami „now kiss”, jękami zawodu lub zbulwersowania, głośnymi śmiechami z łapanych w lot żartów, westchnieniami zaskoczenia, okrzykami wsparcia podczas walki, smutnymi chlipnięciami, gdy Steve mówi „I can do this all day”, czy oklaskami podczas sceny w garbusie. Jednak wisienką na czubku tortu był śmiech całej sali, gdy Mysz – kompletnie pozbawiona jakichkolwiek hamulców – na samym początku pierwszej sceny po napisach (mind you, są dwie) głośno jęknęła „awww, Bucky”. Dawno nie czułam się tak zrozumiana i zaakceptowana przez w gruncie rzeczy grupę obcych ludzi, siedzących wspólnie ze mną w ciemnej kinowej sali :)

Tak więc dziękuję wszystkim, którzy wraz z Myszą wybrali się na film, za to pierwsze – ale pewnie nie ostatnie – nietypowe kinowe doświadczenie. I przepraszam, że tak szybko zemknęliśmy z Lubym do domu. Sami rozumiecie: Mysz musiała przetrawić wszystkie feelsy ;)

SPOILEROWE PISKI

CACW (29)

  • * JUST THIS ONCE, EVERYBODY LIVES!… Were you surprised?… I was surprised.
  • Ej, ale serio – nie spodziewałam się, że nikt nie zginie. Ostatecznie, nie miałam żadnych powodów do płaczu (miałam łzy w oku na „I can do this all day” Steve’a i „I remember everyone” Bucky’ego, ale poza tym raczej obeszło się bez ogromnych emocji). I teraz nie wiem, co ze sobą zrobić O_O
  • Nawet ze śmiercią Rhodeya nas oszukali. Ale bardzo mi się podoba, że to był przypadkowy strzał typu friendly fire, a nie, że ktoś z drużyny Capa go specjalnie postrzelił. Teraz Tony może obwiniać tylko siebie :P
  • SCENA W GARBUSIE. Te spojrzenia. Te uśmiechy. POEZJA. IDEAŁ. Kwintesencja tego, co Mysz kocha w MCU, czyli wymowne, złożone relacje między bohaterami. W tej jednej malutkiej scenie porozumiewawczych uśmiechów Bucky’ego i Sama po pocałunku Steve’a i Sharon (…meh, Sharon jest spoko, ale to nie mój ship) zawarte jest TAK WIELE FEELSÓW ^__^
  • Dawno nie słyszałam tak głośnego jęku zawodu, jak w momencie gdy Steve i Sharon się pocałowali. Fanki były niepocieszone ;)
  • Vision w swetrze gotujący paprykarz, niech mnie ktoś przytrzyma, to było takie urocze :3
  • Nie wiem, po co im był w filmie ten komputerowo odmłodzony RDJ (przypomniały mi się początki jego kariery, kiedy był piękny i młody, a teraz jest tylko piękny :3 ), ale uncanny valley zawyło mi w głowie tak głośno, że mnie na moment zatchnęło. Okropność.
  • Bardzo mnie bawi, że jednym z istotnych punktów fabuły jest to, że Zemo udawał Bucky’ego. Mysz to śmieszy o tyle, że od lat twierdzi, iż zarówno Sebastian Stan, jak i Daniel Bruhl mają tzw. „misiowaty pyszczek” (czyli że rynienka podnosowa, w połączeniu z ich rysami twarzy sprawia wrażenie, jakby mieli uroczy pyszczek animowanego misia). Innymi przykładami aktorów z misimi pyszczkami są Ewan McGregor, Liam McIntyre oraz Tom Burke z The Musketeers BBC (ᵔᴥᵔ)
  • Podaj dalej: Helmut Zemo jest fanboy’em Kapitana Ameryki i z lubością pławi się w jego niebieskich oczach, z plamkami zieleni ^_^
  • mogłabym napisać epos o chmurnym spojrzeniu Steve’a Rogersa, a także creepy analizę tego, jak zaskakująco szczupły na twarzy wydaje się Chris Evans w Civil War w porównaniu z poprzednimi filmami. Czy oni go nie karmią w tym Marvelu?
  • BUCKY W BUKARESZCIE. Czy Wy to rozumiecie? Bucky pojechał się ukrywać do Bukaresztu, a to jest w Rumunii, a stamtąd pochodzi Sebastian Stan, więc jak Bucky mówi po rumuńsku, to to jest Sebastian Stan mówiący w ojczystym języku :3
  • moim największym zgrzytem fabularnym jest T’Challa wyłaniający się z chmur, śledzący helikopter Starka. Wydaje mi się to nieco naciągane fabularnie. Skąd on wiedział, żeby go śledzić?
  • drugim największym zgrzytem jest telefon Zemo do właścicielki hotelu. Mamy przez to rozumieć, że specjalnie zaaranżował, aby ktoś odkrył ciało psychiatry, który miał przesłuchiwać Bucky’ego, żeby Tony się o tym dowiedział, żeby przyleciał (sam!) na Syberię, dowiedział się o śmierci swoich rodziców z ręki Bucky’ego i żeby się wraz z Buckym i Stevem nawzajem pozabijali?… *tsk* może się czepiam, ale to wymaga naprawdę dużego suspencion of disbelief. Coś czuję, że panowie z Honest Trailers mogą się do tego przyczepić.
  • Kiedy Tony powiedział „I don’t care. He killed my mom” przez moment bałam się, że powie „Her name was Martha” :P
  • Steve i Bucky jadą windą, stojąc twarzą w twarz. Mysz, oraz dwie obce dziewczyny siedzące obok Myszy, w tym samym momencie wyciągają łapki przed siebie, delikatnie stykają je ze sobą i jednocześnie mówią „now kiss” :D
  • Gwoli wyjaśnienia: Mysz zrobiła „aww, Bucky” w scenie po napisach, kiedy widzimy Bucky’ego bez łapki :3 For some reason, wywołało to ogólną wesołość na sali :D
  • EDIT, bo zapomniałam o najważniejszym:
    Sleeping Beauty Bucky  (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧ (◡‿◡✿)
  • EDIT #2: liczę na to, że te okulary wirtualnej rzeczywistości do rozpracowywania traumy zostaną wykorzystane w filmowym kanonie by pomóc Bucky’emu uporać się z jego traumą <3
  • jednorozcosc

    to ja, czytelniczka Alicja :P też ściskam Myszę i dziękuję za tulaski, to było piękne doświadczenie :D grupowe jęki zawodu jeszcze nigdy nie były taką przyjemnością.
    to ja najpierw o zaletach: BLACK PANTHER LIKE HOLY SHIT I WANT MORE. NOW.
    poza tym Spider-man wspaniały! i Wdowa, i Scarlet Witch, i Vision, w ogóle prawie wszyscy, az nie wierzę że ten film się tak udał i choć zaraz przejdę do zarzutów to mimo wszystko uważam że jest mistrzowsko poprowadzony jak na taka ilość postaci i wątków i przede wszystkim niesie taką mase radochy jakiej naprawde dawno nie miałam w kinie <3
    to powiedziawszy, muszę się absolutnie zgodzić z Tobą: emocjonalny impakt tego filmu nawet się nie zbliża do TWS. Tam było widać i czuć jak wiele Bucky dla Steve'a znaczy, ich relacja była wiarygodna w stopniu rozdzierającym wręcz serduszko (stąd się wziął dziki szał fandomu przecież) a tutaj? ich interakcji było o wiele za mało, a to co było, nie miało głębi, której oczekiwałam. mam wrażenie że sporo ich scen mogło wylecieć z filmu, a na ich miejsce upchano jeszcze więcej Tony'ego Starka, który miał własną trylogię ale jak widać zawsze mu za mało i wciąż się niewiele posunął w rozwoju emocjonalnym. rozumiem że RDJ był kołem zamachowym MCU, kurą znoszącą złote jajka i że był konieczną postacią w tym filmie, ale uważam że dostał za wiele czasu ekranowego kosztem Steve'a; w którymś momencie tytułowy bohater został zepchnięty na dalszy plan like ??? co to ma być. a już końcówka, gdzie dostajemy ZNOWU Tony'ego z Rhodeyem, a Steve i Bucky wylatują do sceny po napisach? WHY? Powinni zamienić tę kolejność. i oglądając film byłam nawet w stanie z Tonym sympatyzować i zrozumieć jego racje, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej mnie jego postać wkurza; cała jego reakcja na to co się stało z Rhodeyem? jego stosunek do innych postaci biorących w tym udział? Tony w pigułce: błędne, niebezpieczne decyzje, obwinianie o nie wszystkich wokół, wyładowywanie się na otoczeniu SPOILER
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    przecież gdyby Falcon nie uchylił się przed promieniem to ZGINĄŁBY, a nie 'tylko' spadł jak Rhodey; Tony w zasadzie wydał rozkaz zabicia Sama! to nie jest coś, co można mu darować, ja nie potrafię. i jeszcze ten strzał kiedy Sam chciał pomóc. nie, nie nie. i jego fundamentalny brak empatii wobec Bucky'ego, nawet zanim dowiedział się prawdy o śmierci rodziców. jego rusza chyba wyłącznie to, co dotyka go bardzo bezpośrednio, i nawet podpisanie tego paktu, choć uzasadnia je chęcią wzięcia odpowiedzialności, wg mnie bierze się raczej z chęci zrzucenia odpowiedzialności, tym razem na rząd, i ze strachu przed samym sobą (w tym mu akurat przyznam rację). tak więc jego team jest kompletnie do niczego, a on sam na zawsze zostaje dla mnie Tonym Stankiem. i jestem b. ciekawa jak będą wyglądać jego relacje z resztą bohaterów bo w tym momencie wydaje się że wszyscy są już tired of Tony's bullshit. Clint zwłaszcza, jeszcze nigdy chyba go tak nie lubiłam <3 wydaje się że nikt nie ma z nim teraz dobrych stosunków, poza Rhodeyem pewnie. nawet Pepper ma go dość! kiedy wróci Bruce też nie wydaje mi się że będzie zachwycony tym to tu się poodwalało pod jego nieobecność. Tony znowu zostanie sam? szczerze mam na to trochę nadzieję bo CW tylko mi obrzydziła tę postać. czerpię więc pewną satysfakcję z faktu że nikt nie walczył po stronie Stanka bo dzielił jego przekonania, co najwyżej drogę do własnego celu, podczas gdy Kapitan ma za soba ludzi walczących o to co słuszne <3
    a co było najlepszym fragmentem filmu? zostawiam na koniec bo jednak spoiler ale SMILING LITTLE ANGEL BUCKY w białej koszulce na tle złotej poświaty <3 nie jestem zachwycona rozwiązaniem z kriokomorą, ale cały setting tutaj wygląda jak obmycie Bucky'ego z win Zimowego Żołnierza a to budzi nadzieję ;3 oraz all the feels kiedy Steve rzucił tarczę żeby odejść z Buckym <3 <3 <3
    dobra, kończę choć jeszcze o masie rzeczy nie wspomniałam ale to i tak chyba najdłuższy komentarz jaki napisałam. pozdrawiam cieplutko!
    PS romansowanie z ciotką i siostrzenicą (chociaż czy to siostrzenica? raczej nie skoro mają to samo nazwisko, może bratanica czy coś) jest creepy i nikt mi nie powie że nie. i jest niepotrzebne bo wiadomo że stucky :P

  • Izzy na tropie

    Czekałam na Twoją relację z filmu, a gdy się pojawiła, nie mam czasu, by się odnieść do wszystkiego! Ale spokojnie, jutro napiszę dłuuugi komentarz odnośnie Twoich (i moich w sumie też) pisków i w ogóle muszę pogadać z kimś o tym, bo z moich najbliższych znajomych nikt nie ma takiego fioła na punkcie MCU, a w szczególności Bucky’ego Barnesa :P
    Bo ja w nocy byłam w IMAX (rozdawali plakaty, które się okazały rozmiarowo a4, myślałam, że padnę ze śmiechu przed wejściem do sali), a teraz lecę na maraton do Multikina, więc jak jutro zwlekę się i będę po obejrzeniu CW po raz drugi, będę mogła na spokojnie tutaj się odnieść do tego wszystkiego, na co zwróciłaś uwagę :D

  • Ojej, i po co ja pisałam te cztery strony spojlerów jak zapomniałam o wszystkim o czym pamiętałaś Ty? Tekst super. A u mnie w kinie jak Cap pocałował agentkę Carter to było słychać głośne yuck! I Bucky, do something! XD

  • Nie no, wydał rozkaz, żeby zrobić z niego szybowiec – napęd by padł, ale dzięki skrzydłom mógłby delikatnie osiąść na ziemi, a przynajmniej ja tak zrozumiałam :D

    Właśnie nie wiem, skąd ta Sharon, ale wiki mówi, że to great-nice. Ale o rodzinie brata w Agentce Carter nie było, to nie wiem :(

    No i ja zbytnio Czarnej Pantery nie polubiłam, chociaż zwinnym jest koteczkiem.

  • Przyznam się: wróciłam z kina jednak rozczarowana. Nie zupełnie-zupełnie, bo sporo rzeczy mi się jednak podobało, ale scenariusz — jeśli chodzi o generowanie napięcia i opowiadanie historii — jednak kulał (i widzę i w Twoim tekście zarzuty pod tym kątem — może moje rozczarowanie wynika z tego, że jednak ze mnie taka fanka kompozycji, że jak coś zgrzyta, to automatycznie wytrąca mnie z opowiadanej historii?). Ekspozycja zwłaszcza (w sumie połowa filmu) była mocno nierówna. Ożywiło się to od połowy (bitwa na lotnisku lipskim — świetna!), ale znowu: jak już scenarzyści wygenerowali konflikt, to nie mogli się oprzeć, by go jednak nie polukrować (pokłócili się? i tak wyśle mu telefon; kogoś trzeba uszkodzić? może tego superbohatera, którego część widowni nie będzie pamiętać).

    W dodatku miałam nieustanne problemy z uwierzeniem w motywacje postaci (które się piętrzyły: ilość traum Tony’ego rosła geometrycznie). Szkoda mi było wątku Capa i Bucky’ego: czemu nie można było postawić na ich związek uczuciowy? Wątek uroczej sąsiadki-agentki można było zostawić w spokoju. Albo lepiej rozegrać wątek „Bucky to jedyne, co faktycznie zostało z przeszłości” (przecież mamy pogrzeb agentki Carter, więc zgrywa się idealnie!). A tak to te motywacje jednak kulały.

    No i właśnie: wychodzi na to, że smutno mi dlatego głównie, że ten cały potencjał tam jest, ale niepowyciągany (na przykład „zły”, który w gruncie rzeczy wcale nie jest „zły” tak po prostu).

    Za to zobaczyć dziekana Peltona, jak awansuje z Greendale na MIT — bezcenne ;).

  • Łukasz Pilarski

    „Nie wiem, po co im był w filmie ten komputerowo odmłodzony RDJ (przypomniały mi się początki jego kariery, kiedy był piękny i młody, a teraz jest tylko piękny :3 ), ale uncanny valley zawyło mi w głowie tak głośno, że mnie na moment zatchnęło. Okropność.”

    A dla mnie idealnie pasowało, biorąc pod uwagę, że był hologramem.

    „moim największym zgrzytem fabularnym jest T’Challa wyłaniający się z chmur, śledzący helikopter Starka. Wydaje mi się to nieco naciągane fabularnie. Skąd on wiedział, żeby go śledzić?”

    Mam podejrzenie, że generał dał mu cynk. Albo też król śledził go od samego początku, słusznie podejrzewając, że prędzej czy później trafi na trop Capa.

    ” Mamy przez to rozumieć, że specjalnie zaaranżował, aby ktoś odkrył ciało psychiatry, który miał przesłuchiwać Bucky’ego, żeby Tony się o tym dowiedział, żeby przyleciał (sam!) na Syberię, dowiedział się o śmierci swoich rodziców z ręki Bucky’ego i żeby się wraz z Buckym i Stevem nawzajem pozabijali?”

    Na to by wychodziło. Dopiero na Syberii mógł on odnaleźć materiały z feralnej misji, więc musiał znaleźć sposób na sprowadzenie tam obu zainteresowanych stron. Jak widać udało mu się.

    „Kiedy Tony powiedział „I don’t care. He killed my mom” przez moment bałam się, że powie „Her name was Martha””

    Fuck, ja też. Damn you DC! X)

  • Naprawdę wspominam film mocno pozytywnie, ale z premedytacją starałam się nie robić sobie wielkich oczekiwań – nie śledziłam nowych trailerów, pierwszych recenzji i ogólnych zachwytów. I w sumie dobrze, bo jak widzę teraz ten zalew pozytywnych opinii to bałabym się, że oczekiwałabym od filmu zbyt dużo. A tak dostałam po prostu świetną rozrywkę i nowy ulubiony film z MCU :D
    Ogólnie zgadzam się z większością uwag w tekście. Sama jednak nie umiem wybrać czy bardziej #TeamCap czy #TeamTony D: Jedynie wiem, że ktoś powinien mocno przytulić Bucky’ego (może to być i Cap, chemię mieli świetną. Nawet jak twórcy za wszelką cenę chcieli wmówić widzom, że oboje są hetero xD). A moim głównym shipem jest Vision i Wanda. To taki cudowny przykład nieśmiałej, miłości nastolatków (sorki Vision!) od której można dostać cukrzycy i to właśnie piękne ;u;

    Ps. Był moment w którym Bucky mówi Capitanowi, że imię jego matki to Sarah. Bardzo mnie zastanawiało czy to nie nawiązanie do Martowania w DC 8D

  • zoptymizowana

    Dokładnie tak, Vision miał strzelić w silnik, ale o zniszczeniu skrzydeł nie było mowy (czy by to wyszło, nie wiadomo, skoro był rozproszony, bo Wanda), także z tym rozkazem zabicia Sama to się nie zgadzam, poza tym jak już wspominać o „niefajnych” zachowaniach postaci, to Steve wbijający tarczę w reaktor Starka też nie był zbyt miły. Mimo, że poszłam na ten film z nastawieniem- „E, Marvel nie odważy się nikogo uśmiercić, a nawet jeśli to na pewno nie Steve’a czy Tony’ego”, to w tej scenie naprawdę bałam się, że Cap go zabije. I ja wiem, że Steve/Sharon byli już delikatnie sugerowani w WS i że to para kanoniczna komiksowo, to dla mnie nadal to jest trochę creepy. I żeby nie było, że jestem uprzedzona, bo fangirluje Stucky, ludzie obecni na sali kinowej też nie zareagowali entuzjastycznie, raczej „ewwwww, on się kochał w jej ciotce”.

  • zoptymizowana

    Ale dlaczego przepraszać Visiona za nazwanie go nastolatkiem? Chyba, że w kontekście, że jest za młody na bycie jednym :P. I moje serce rośnie do rozmiarów arbuza, gdy ktoś tylko w recenzji wspomni, że wątek Wanda/Vision był romantyczny (i mógł pozostać jedynym romantycznym w tym filmie, skoro już nie chcieli iść Stucky all the way) <3. Shippowałam ich w kinowym uniwersum od Age of Ultron and people called me mad, więc teraz mam satysfakcję, oj mam.

  • zoptymizowana

    Sleeping Beauty Bucky w zamku księcia (okej, okej, teraz już króla), który będzie próbował znaleźć sposób, by usunąć resztki Winter Soldiera z jego umysłu- toż to takie disneyowskie :D. I żeby nie było Stucky all the way (razem z Clintashą *chlip chlip chlip* i Scarlet Vision tworzy moje ukochane shippowe trio z tego fandomu), ale tak tyci, tyci zaczęłam shippować Bucky’ego z T’Challą po tym filmie. Natashę w sumie też.

  • Izzy na tropie

    Odespałam maraton, jestem troszkę jak Bucky na trybie ‚Zimowego Żołnierza’ (zwłaszcza jak o 6 rano zapomniałam zmyć sobie oczy i wstałam o 13 z czarnym maskowaniem hahaha :P), ale wleję w siebie trochę energetyka i jakoś to będzie :P Okej, mogę teraz na spokojnie odnieść się do wszystkiego, na co zwróciłaś uwagę, bo jednak obejrzenie filmu drugi raz pomogło mi nabrać mocniejszego dystansu (ale nadal będę mooocno subiektywna, moja miłość do Bucky’ego pozostanie już niezmienna i bardzo silna).
    Zgadzam się z faktem, że film wypadł prawie tak dobrze jak ‚Winter Soldier’. Ja w swoim zestawieniu mam ochotę ustawić je obok siebie na pierwszym miejscu, chociaż wiem, że byłoby to jednak troszkę nie fair w stosunku do drugiej części Capa. Tam jednak wszystko jakoś mocniej się trzymało kupy.

    !!!! UWAGA SPOILERY, JEŻELI KTOŚ NIE CHCE TEGO CZYTAĆ, TO LEPIEJ NIECH SCROLLUJE DALEJ!!!!!

    Civil War ma jeden mocny twist, po którym szczęka dosłownie mi opadła, a mianowicie, jak chyba każdy się domyśla, kilku więcej superżołnierzy. Gdy Bucky to powiedział, zamurowało mnie, a kolega, z którym byłam na pokazie nocnym w IMAX pomyślał, że to będą klony (a on wie, jak ogromną miłością darzę Bucky’ego) i jego jedyna reakcja na to była :”Jezu, ona ledwo żyje, gdy widzi jednego, a co dopiero tylu!” – to była najpiękniejsza reakcja moich znajomych na cokolwiek związanego z tą postacią, hahaha xD
    Podoba mi się w tym filmie fakt, że na konflikt składa się kilka czynników – ilość zniszczeń i ofiar działań Avengers, poczucie winy, a co najważniejsze – Bucky. Gdyby zostali tylko przy tym pierwszym, historia chyba nie miałaby aż takiego polotu, ale to wszystko składa się do uczuć – wiadomo, że przyjaźń Steve’a i Bucky’ego jest dla wielu fanów ważna, tak jak i przyjaźń Starka z Rogersem, so… Russo wiedzieli, co robić, tworząc ten film :P Każdy znajdzie tutaj dla siebie swoją warstwę uczuciową, która będzie go napędzać przez resztę seansu, więc nie musimy siedzieć i myśleć cały czas, czy zgadzamy się z Protokołem, czy nie (choć gdzieś z tyłu głowy i tak to analizujemy i stajemy po którejś ze stron).

    Jasne, konflikt między „tatą” i „mamą” Avengersów to, tak jak Chris zauważył, spór rodzinny aniżeli faktyczna bitwa, co napędza też wiele głosów zawodu, ale trzeba wiedzieć, że po takich kłótniach już nic nie będzie takie samo. Wiele osób chyba nie było w środku takiej kłótni rodzinnej (ja taką mam za sobą – co prawda nie lałam się z moją starszą siostrą xDD, jednak przez ponad rok byłam z nią na poważnie wojennej ścieżce i wiem, jak to jest, gdy ten przysłowiowy kurz wojenny opadnie), więc ja podchodzę do tego inaczej, mając za sobą pewne doświadczenie w tej kwestii. Owszem, nie pozabijali się, ale też nie będą już działać tak jak kiedyś. Ta skaza gdzieś tam w nich pozostanie, jeżeli znów się zbiorą razem, mogą zacząć kwestionować wzajemne działania, nie będą sobie tak do końca ufać i przez to może ktoś ucierpieć. Ich relacje będą chłodniejsze, nie będzie już wspólnych wypadów na imprezę, a nawet jeśli będą, to będzie trochę sztywno. Nie wiem, czy do końca wiesz, o co mi chodzi, ale po prostu wydaje mi się, że skutki Civil War będziemy mogli jeszcze oglądać w nadchodzących filmach, na przykład w Avengersach. I poniekąd trochę na to liczę, bo tak jak już mówiłam, mam lekkie doświadczenie w tego typu konfliktach i wiem, że nawet jeśli panuje potem zgoda, to relacje są na zupełnie innym, chłodniejszym i bardziej formalnym poziomie, aniżeli wcześniej.
    Ale czy miałam rację, czy nie, to będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, mimo wszystko ja nie widzę tego jako wady filmu czy zawodu – po prostu patrzę na to ze swojej perspektywy rodzinnych kłótni i perypetii :)
    O, podoba mi się to, jak ujęłaś ich konflikt – w tym filmie każdy przez chwilę zarówno dobrym, jak i złym, a ostatecznie zakończenie stara się być na gruncie neutralnym, nie wyciągając zbyt mocno „zwycięzcy”. Bo tak to właśnie wygląda w tego typu konfliktach – obie strony mają trochę winy, obie mają trochę racji i najważniejsze to znaleźć jakieś rozwiązanie. U nich jest to arcytrudne, jakby nie patrzeć, są największymi obrońcami ziemi i każdy jest w stanie przeforsować swoją rację pięściami :P
    Ponownie zgadzam się z Tobą, że konflikt Stark vs Rogers to mocno uczuciowy konflikt. Akurat tutaj nie mam nic do dodania, bo w sumie ujęłaś wszystko tak jak ja to sobie układałam w głowie – Stevem kieruje miłość, a Tonym poczucie winy i to widać, choć w obu przypadkach widać też sporo samolubności.
    Trochę irytuje mnie fakt, że ludzie tak narzekają na to, że inne postacie miały mało do grania – heloł, nie bez powodu na początku tytułu filmu jest napis „Kapitan Ameryka”. Zresztą gdyby każda postać miała dostać tyle samo czasu, siedzielibyśmy w kinie sześć godzin (ja bym w sumie nie narzekała, bo Spider-Man jest GE-NIAL-NY, a Black Panther pomimo ganiania mojego kochanego smutnego cesarza Rumunii też jest niezłym badassem), a przecież nie o to tu chodzi. Tak jak zauważyłaś, bracia i tak poradzili sobie o wiele lepiej niż Whedon w Age of Ultron, więc ja pod tym względem jestem usatysfakcjonowana i raczej niczego bym nie dorzuciła.

    Clint jest zajebisty, Renner jako Hawkeye radzi sobie doskonale i nadal nie mogę wybaczyć Whedonowi, że go tak wykastrował w Age of Ultron – lubię origin tej postaci z komiksu i takie coś mu zrobić… Liczę na to, że aktor dostanie jeszcze sporo pole do popisu, bo to naprawdę super postać, no ale pożyjemy, zobaczymy, ja tam zawsze piszczę, gdy jest na ekranie, bo to moja pierwsza ukochana postać z Marvela, jak i w MCU, dopiero potem przyszło objawienie w postaci Zimowego Żołnierza :P
    Ja to poproszę już teraz zarówno film Black Panther, jak i Spider-Man, bo obaj aktorzy mnie kupili swoimi rolami, serio! Wypadli naprawdę super, mimo że T’Challę znam trochę z komiksów i tam jakoś nie powalił mnie na kolana.

    I tak, też od początku kibicowałam Bucky’emu, bo jakżeby inaczej, co tam Black Panther – BUCKY :P Btw, mi się podoba, jak zarysowali kulturę Black Panther w filmie, te z tymi bogami po śmierci itp. Mnie zawsze takie niuanse cholernie ciekawią, więc tym bardziej czekam na solowy film, by wyłapywać takie smaczki :)
    Hej, z ust mi to wyjęłaś – więcej Bucky’ego! Sądząc po tym, jak śledziłam trasę promocyjną filmu, jak i wszystkie zapowiedzi spodziewałam się od cholery scen z nim i tak dalej, a tutaj… nie było tego tyle, co sądziłam, że będzie. Jasne, Sebastian w roli Winter Soldiera wypada rewelacyjnie i nie wiem, czy ktoś byłby w stanie tak świetnie grać jedynie mimiką twarzy, która wyraża więcej niż tysiąc słów, jednak faktycznie zabrakło mi trochę jego wypowiedzi. Na pewno uśmiechający się Bucky może być lekkim szokiem, widząc jednocześnie te długie włosy, zarost na twarzy i metalowe ramię, co do tej pory było raczej marzeniem ściętej głowy, ale please – on ma taki przyjemny głos! I tak jak zauważyłaś – to jednak relacja między Buckym a Capem jest najważniejsza (jestem chyba jedną z niewielu osób, której kompletnie nie rusza shipowanie ich jako Stucky, wolę ich jako przyjaciół na dobre i na złe), spodziewałam się wzniosłych momentów, a jednak… dostałam trochę za mało, nawet jeśli było widać między postaciami chemię na kilometr. I to jest chyba jeden z poważniejszych zarzutów wobec tego filmu z mojej strony. Bo z zapowiedzi i trasy promocyjnej wyczytałam jedno, a dostałam drugie, so… Trochę mało, trochę mało jak na to, na co nas nastawiali aktorzy.

    Zemo w tym filmie zrobił to, co miał zrobić i dlatego nie mam wobec niego żadnych zastrzeżeń – przecież nie on miał być w tym filmie najważniejszy, a co więcej, pociągał za sznurki, by samemu sobie rączek nie pobrudzić. I to było super! Nie wiem, czemu ludzie tak narzekają, ale jestem w stanie ich zrozumieć, bo są to najczęściej te osoby, które znają tą postać z komiksów.

    Z bardziej technicznych spraw – CGI czasem widać, czasem razi, ale ogółem podoba mi się strasznie u braci Russo fakt, że mimo wszystko stawiają na jak najwięcej realizmu i starają się wszystko zrobić na żywo, aniżeli komputerowo. Kamera, fakt, trzęsie się troszkę mocniej, ale oglądałam film w nocy na maratonie w 2d i muszę przyznać, że trochę lepiej to wypada aniżeli w 3d. Tam mi się obraz czasami rozmywał, w 2d było lepiej, ogarniałam to mocniej, mimo że była już 4 nad ranem :P

    Choreografia walk. Boziu, jak ja piałam, gdy ją zobaczyłam po raz pierwszy! Prawdziwy majstersztyk! Gdyby każdy film czy serial mógł się tym poszczycić, mielibyśmy więcej świetnych produkcji na mały i duży ekran! Och, każdy tam miał okazję się wykazać, ale chyba najbardziej przekonała mnie mimo wszystko Black Widow w Lagos – dała tam czadu! Jeżeli mam być szczera, to w najbliższym czasie chcę iść na ten film po raz kolejny tylko po to, by nacieszyć oczy właśnie walkami :P

    Uwierz mi, tłumaczenie Civil War nie było tak tragiczne jak Zimowego Żołnierza. Serio, tam po prostu stało się coś tak strasznego, że w pewnym momencie, mimo że nie musiałam czytać napisów, bo a) znam język, b) znam dialogi na pamięć xDD zaczęłam głośno kurwić na to, jakie błędy i głupoty tam były. Film został wykastrowany dosłownie z wielu mocnych tekstów, a tłumaczenie w najważniejszej scenie filmu, gdy Bucky ma znowu uderzyć Steve’a, a on mówi ‚Cause I’m with you ’til the end of the line” rozwaliło mnie na łopatki. Z tych nerwów nie pamiętam już, jak ten człowiek to przetłumaczył, ale to było totalnie co innego niż najważniejsza linijka w całej ich relacji i tej scenie, więc moje i koleżanki narzekania był naprawdę uzasadnione, bo to było totalne dno i wodorosty.

    Wiem, jaki jeszcze mam zarzut wobec filmu! Przypomniałaś mi przy okazji wspominki sceny w garbusie :P Która jest zresztą sceną chyba całego MCU, bo nie wiem, co mogłoby ją przebić :P W każdym razie sądząc z recenzji krytyków zagranicznych, jak i całej trasy promocyjnej, gdzie Sebastian był sparowany z Anthonym odniosłam wrażenie, że film będzie aż kipieć od komicznych scen z Buckym i Falconem, a tutaj dostajemy zaledwie… ile, dwie? Trzy? Nie tego się spodziewałam, ale to chyba po prostu trochę moja wina, bo śledziłam tych świrów przez wszystkie wywiady i nastawiałam się na to. Zwłaszcza że krytycy zwracali uwagę na tę dwójkę. Mimo wszystko czuję niedosyt, bo jakby nie patrzeć, chciałam ujrzeć na ekranie troszkę więcej tego komicznego konfliktu stary przyjaciel vs nowy przyjaciel. Zwłaszcza że Stan i Mackie naprawdę się lubią i spokojnie udźwignęliby więcej takich scen. No ale pozostaje mi liczyć na to, że będą się mogli wykazać w nadchodzących filmach.

    Ja miałam ochotę się rozpłakać, gdy Bucky powiedział „I remeber everyone”, bo to pokazuje, jak tragiczną postacią Winter Soldier jest. Jak wiele on musi udźwignąć i jak ciężko mu jest z tym wszystkim. Miałam ochotę go wtedy przytulić, pogłaskać po głowie i powiedzieć „Hej, wszystko będzie dobrze’. I życzę mu z całego serca, by teraz było już tylko lepiej.

    Scena w garbusie rządzi i nic tego nie zmieni <3
    Yep, to cholernie słodkie, że wrzucili Bucky'ego do Bukaresztu, to super ukłon w stronę Sebastiana i jego korzeni, a Sebastian mówiący po rumuńsku to coś, co nigdy mi się nie znudzi :3 A jeszcze w roli jako Bucky? Czego chcieć więcej! <33
    Bucky bez łapki jest taki smutny, taki jeszcze bardziej zachęcający do przytulenia! Btw, jestem troszkę zawiedziona jedną rzeczą związaną z Winter Soldierem, mianowicie chodzi o jego zaprogramowanie przez Hydrę. To raczej odnosi się już mocno do komiksów, ale ogółem jest sposób na 'wyłączenie" Zimowego Żołnierza, gdy wymknie się spod kontroli. Jeżeli użyje się słowa "SPUTNIK", to Bucky upada nieprzytomny na ziemię i bum, mamy taki lekki reset. Bracia Russo mocno zmylili mnie, jak i wielu fanów postaci Zimowego, bo na klapsie podczas kręcenia filmu był napis "SPUTNIK", więc wszyscy spodziewali się użycia tego motywu, ale jedynie mieliśmy zaprogramowanie słowami, a odłączenia nie było. Liczę więc na to, że moooże jakoś to wykorzystają w nadchodzących filmach.
    Okej, chyba czas kończyć, ale w sumie mogłabym rozkładać ten film na czynniki pierwsze, a czasu mało :P

    Napiszę jeszcze tyle, że strasznie chcę mieć notes Zimowego Żołnierza i gorąco liczę na to, że ktoś go zrobi i będzie w sprzedaży, bo mi się strasznie podoba :D

    I najśmieszniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła, to gdy Steve zabiera rannego Bucky'ego bez łapki i odchodzi, to ja myślałam jedynie o tym, czy Steve zabrał tę urwaną rękę, żeby mu ją potem w razie co przyczepili xD Zwalam to na brak snu i późno-wczesną godzinę poranną, ale to było komiczne – myśleć o takiej głupocie w TAKIM momencie :P

    I ostatnia rzecz – przez to, że było mało Bucky'ego, teraz oczekuję jego solowego filmu albo chociaż malutkich występów w 'Black Panther" na ten przykład. Bo Bucky'ego nigdy za wiele!

    Pozdrawiam cieplutko!

  • Izzy na tropie

    O cholera, to trochę się rozpisałam… :D

  • No bo Vision taki potężny i mądry i w ogóle człowiek ma od razu do niego taki wielki szacunek… Tylko w kwestii romantycznych wychodzi jego niedoświadczenie i to jest przecudowny kontrast <3
    Też ich shippowałam w Ultronie, ale wiedziałam wtedy już jaką mają historię w komiksach :D Ach, nie ma to jak wspierać kanoniczne pairingi <3 Tutaj przedstawiony jest idealnie, to taka miła odskocznia od tych dorosłych, często udramatyzowanych związków reszty postaci. No po prostu tona cukru <3

  • zoptymizowana

    Ich historia w komiksach jest tak bardzo pokomplikowana i dziwna, że nie byłam do końca pewna, czy w MCU zdecydują się pójść w tą stronę. Poza tym wciśnięcie shipu Nat/Bruce do AoU, sprawiło, że zaczęłam wątpić w chęć twórców kinowego uniwersum do kanonicznych shipów ;). Dla mnie shippowanie czegoś kanonicznego to jest tak rzadkie zjawisko, że aż sama się sobie dziwię, że wśród mojej floty znajdują się pary, które twórcom też przypadły do gustu :p

  • Ja mam ten problem w fandomowym życiu, że owszem, shippuję kanoniczne pairingi, ale tak mało popularne wśród fanów, że prawie nie ma do nich fanworksów :< Zawsze coś nie tak..
    Nat/Bruce, nawet mi nie mów :/ Jedna z większych pomyłek jaką zrobiono w tym uniwersum i mam ogrooomną nadzieję, że to jeszcze jakoś odkręcą. Najlepiej dla całego fandomu byłoby, gdyby Tasii dostał się Clint, ale jakikolwiek inny pairing przyjęłabym z większą radością D:

  • A mnie osobiście motyw ze Sleeping Bauty Bucky tak cholernie wkurza, że aż żałuję że nie wyszłam z seansu zaraz jak zobaczyłam napisy końcowe. To jest dla mnie tak cholernie out of character jeśli chodzi o Steve’a i ich relację, że aż mnie zbrzydziło. Tak idź sobie do zamrażarki, co mi tam. Nie ważne, że sama izolacja w takim zagubionym raju jak Wakanda by wystarczyła (plus ewentualnie zatyczki do uszu :p). Drama dla dramy i dramą pogania. Pfu!

  • Wiesz co, jakby oni oficjalnie na ekranie powiedzieli, że Cap i Bucky się kochają, to połowa sali by zemdlała ze szczęścia, ale druga by rozniosła budynek z wściekłości. Więc tego nie mówią, ale wszyscy wiemy jak jest ;).

  • Myszu, jesteś strasznie stronnicza jeśli chodzi o Capa :D. Ale ponieważ odbyłyśmy na ten temat dłuugą dyskusję napiszę tylko, że szanuję Twe zdanie, ale go nie podzielam. I nadal na myśl o Steve’ie czuję się lekko przerażona.
    Zdecydowanie przydałoby się więcej Bucky’ego (mogliby wyciąć pewnego Insekta w zamian).

  • Katarzyna Prażmowska

    Nie przeszloby mi przez glowe porownac ten konflikt do „rodzinnego obiadku”. To pozwala mi sadzic, ze moze za bardzo przezywam (wielce prawdopodobne), ale nie wygladalo to dla mnie tak, jak gdyby potem wszyscy mieli sie poklepac po plecach. Tony byl bardzo rozchwiany, mimo to probowal jakos zalagodzic konflikt, no ale z kolei Steve sie zaparl i tak w kolo Macieju. A im dalej w las, tym wiecej problemow – np. Tony musi sobie poukladac w glowie wiele spraw (smierc rodzicow, rozlam w grupie, uraz Rhodeya, odejscie Steve’a i swiadomosc, ze Bucky gdzies tam jest) i nie wyobrazam sobie, zeby mieli sie wszyscy pogodzic. Moze wszystko widze w zbyt ciemnych barwach, w czwartek podczas drugiego seansu przyjrze sie lepiej ;)

    Zdecydowanie zgadzam sie z opinia, ze jest to konflikt pomiedzy poczuciem winy a miloscia. Aczkolwiek mam problem z postawa Capa. Nie wiem, czy jest konsekwentna, czy moze wlasnie nie stalo sie przypadkiem tak, ze to uczucia wziely gore i troche zapomnial o tym, kim jest.

    Bylam zaskoczona pojawieniem sie Clinta (bo tez mi go nie brakowalo :p), bardzo fajny wystep! No i scena na lotnisku miedzy nim i Natasha – promyczek nadziei.
    Natomiast Black Panther? Jestem oczarowana. Byl dla mnie wiarygodny, rozsadny (chociaz czy czlowiek, ktory zostaje krolem po tragicznej smierci ojca, ubiera fikusny kostium i biega po dachach, moze byc rozsadny? Przyjmujemy, ze tak) i zapalalam do niego wielka sympatia. Chcialam, zeby wzial chlopakow za szmaty, posadzil i przemowil im do rozsadku. Jakos tak mi sie wydawalo, ze moglby to zrobic. Podobalo mi sie to, ze byl w swojej wlasnej druzynie. A ze czasem jego interesy pokrywaly sie z czyimis, wcale tego nie zmienia.
    Tak samo zadowolona jestem z postawy Czarnej Wdowy, co jest dla mnie o tyle ciekawe, ze nigdy nie bylam jej fanka. Teraz wreszcie ta postac do mnie przemowila.
    I Helmut Zemo wzbudzil we mnie pewnego rodzaju szacunek, bo naprawde: napuscic na siebie superbohaterow, ktorych sie nienawidzi; odmowic sobie najzwyklejszej w swiecie egzekucji, ktora pewnie skonczylaby sie tak, ze to on dostalby kulke w leb; spedzic dlugie miesiace na zmudnej pracy i planowaniu – brawo. No i ten niemiecki, mein Gott, cos wspanialego <3 Podobnie jak rosyjski, rumunski (!) i "wakandzki". Jako osoba majaca bzika na punkcie jezykow, bylam zachwycona <3

    Dzieki Twojej recenzji pojawiaja mi sie w glowie kolejne czesci ukladanki i powoli dowiaduje sie, dlaczego tak przezywam ten film. Jednym z powodow jest wlasnie za malo dialogow miedzy Steve'em i Bucky'm.
    Tez mialam wrazenie, ze kamera sie strasznie trzesie, juz podczas misji w Lagos, przez co nie jestem w stanie dokladnie zobaczyc walki o.O Zdaje sobie sprawe, ze moze taki drzacy obraz ma wzbudzic w widzu jeszcze wieksze zagubienie, ale no… chcialabym po prostu zobaczyc scene :P I jak rowniez nie jestem znawca ani fanka scen walki, tak cenie sobie choreografie, ktore potrafia mnie zainteresowac i zaskoczyc. Wtedy nie nudze sie jak na AoU. Oceniam takie sceny pod zupelnie innym katem ;)
    Co do tlumaczenia, to z poczatku trudno mi sie bylo przyzwyczaic, bo gdzies tam padlo "kapitanku", a potem "kapitanie" mala litera i poczulam sie wyrzucona ze strefy komfortu.

    Dla mnie swiat stanal do gory nogami po tym filmie, szczerze mowiac, bo nie wiem, co sie teraz stanie. Jak rozumiem, Cap porzucil tarcze, w dodatku w takich, a nie innych okolicznosciach, co jest dla mnie ciosem w samo serce i nie wiem, co teraz. Co z Buckym? Wspomnialas, ze wroci w Infinity War – no oby, bo to mi daje jakas nadzieje w tym trudnym dla mnie czasie ;) Czuje totalny rozpad, wszyscy sie bardzo skrzywdzili, duzo miedzy nimi zlych emocji, jak sadze i jest mi bardzo przykro z tego powodu. Nie ulozylo mi sie to wszystko jeszcze w glowie, musze to przegadac i przepracowac.

    Juz wiedzialam, ze bedzie ciezko, gdy Steve dostal sms-a "she's gone" – ale to dopiero wtedy, gdy niosl trumne polecialy lzy. To nawet polowa filmu nie byla, a ja juz zaliczylam lzy -.- Po seansie natomiast nie chcialo mi sie w ogole plakac, poczulam sie raczej pusta w srodku i otepiala.
    Nie spodziewalam sie, ze to powiem, ale szczerze mowiac, jestem w stanie zrozumiec, dlaczego doszlo do pocalunku S&S. Chociaz jest on dla mnie nieco creepy. I to jeszcze na oczach Sama i Bucky'ego (juz widze te analizy miny Bucky'ego – czy to byl zawod? Czy to bylo pogodzenie sie z sytuacja?) ;)
    TAK, BUKARESZT. <3

    Pewnie moglabym dodac cos jeszcze, ale czuje, ze sie znowu nakrecilam ;)

  • aHa

    Jakże ja straszliwie żałuję że nie byłam z Myszą na tym seansie i nie mogłam wspólnie popiszczeć ;) Zobaczyłam film dopiero wczoraj i trochę mnie teraz roznosi, bo naprawdę mi się podobało, może nie tak bardzo jak „Winter soldier”, ale pod takim emocjonalno-fanowskim względem ;) I jednak nie mogłam się powstrzymać, nieustannie porównywałam film do BvS – pewnie przez to też podobał mi się jeszcze bardziej, bo kiwałam głową z uznaniem przy każdej scenie, której podobną wersję zepsuł Snyder. Nawet początki filmów są podobne – Afryka, handel bronią, jakiś podejrzany typ, tajna misja – ale jak inaczej robi to Snyder i jak inaczej bracia Russo! U Snydera to jest kompletnie bez sensu i znaczenia scena – w „Kapitanie Ameryce” wprowadza postaci, podsyca napięcie, rozpoczyna konflikt, każde ujęcie niemal ma tam znaczenie – no nie można nie docenić.

    A teraz bez ładu i składu:

    W tym samym momencie o którym wspominasz, powiedziałam „Now kiss”. Czyli wszystko ze mną w porządku, uff.

    Aż dziwne, że nikt z bohaterów w filmie nie zginął. Ale zdaję sobie sprawę, że prędzej czy później to się stanie, i jak sobie o tym pomyślę, to mi się robi smutno. Trochę robi to z filmu serial, czego z jednej strony nie cierpię, ale wciąż daję się na to nabierać ;)

    Black Panther jest cudny, taki książęcy.

    Daniel Bruhl! Strasznie go lubię, jeszcze z czasów „Good Bye, Lenin”, „Edukatorów” i „Lawendowego wzgórza” (jeśli nie widziałaś tego ostatniego filmu, polecam – Daniel mówi tam po polsku „wyglądasz jak ziemniak”). I też zwróciłam uwagę na rynienkę podnosową. Z siostrą nazywamy to „dziobem” bo wg nas nadaje to wygląd podobny do pisklaczka proszącego o jedzenie. Jest jakaś korelacja między ulubionymi aktorami a dziobem, ale może nie będę się pogrążać :D

    Strasznie, ale to strasznie podobało mi się wprowadzenie Spidermana. Już pomijając fakt, że lubię tego bohatera bo jest praktycznie jedynym bohaterem Marvela którego kojarzę jeszcze z dzieciństwa z kreskówek i komiksów, a potem z filmów z Tobeyem Maguire’em, które kochałam w liceum, to jeszcze Tom Holland tak fajnie go zagrał. Rozpływam się.

    Co do tej sceny z Czarną Panterą śledzącym Iron Mana, to ja jej w ogóle nie zrozumiałam, mam wrażenie że coś było nie tak z montażem, jakaś ważna scena wypadła albo coś w tym rodzaju.

    Yyy… no dobra, bo komentarz będzie za chwilę dłuższy niż wpis :D