Hashtag rewolucja, czyli miłe zaskoczenie w postaci Bastille Day

Czasem warto się przejść na film, o którym wiemy niewiele. Bastille Day okazał się nader miłym kinem akcji.

Bastille Day to pierwszy film puszczony w ramach przedpremierowych pokazów dla posiadaczy kart Cinema City Unlimited. Mysz przyznaje, że po pierwsze kompletnie zapomniała o tej opcji „seansów dla wybranych”, po drugie nie miała o filmie zielonego pojęcia. Stwierdziłam jednak, że darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda – zwłaszcza jeśli koń z paszczy wygląda jak Richard Madden i Idris Elba – i ruszyłam do kina. Jakież było moje bezbrzeżne i przemiłe zdziwienie, gdy po kilkudziesięciu minutach wyszłam z kina z ogromnym uśmiechem na ryjku. Nie jest to może wybitne dzieło, ale to co robi, robi nader sprawnie. Momentami nawet lepiej niż inne filmy z tego gatunku.

W Bastille Day dostajemy dość schematyczną historię. Jej zamysł i realizacja są ciekawe, ale gdy już poznamy głównych graczy i podstawowe elementy, nietrudno przewidzieć dokąd zaprowadzi nas fabuła. Niemniej film stara się ograniczyć ekspozycję do minimum, dzięki czemu historia się nie dłuży, a akcja jest wartka. Tu zresztą należy się jedna z największych pochwał dla filmu – w dobie kina akcji, które albo jest perfekcyjnie dopracowanym zabójczym baletem a’la John Wick (które Mysz ubóstwia, mind you), lub chaotycznego shaky-cam w stylu Bourne Identity, Bastille Day znajduje złoty środek. Choreografia walk jest interesująca, a statyczna kamera pozwala w pełni nacieszyć się popisami kaskaderów.

bastille day (11)Co prawda nawet szybkie cięcia nie zdołały w paru ujęciach ukryć tychże kaskaderów, zastępujących głównych aktorów w co trudniejszych starciach, niemniej wszelkie walki i ucieczki w Bastille Day ogląda się z dużą przyjemnością. Tym bardziej, że twórcy zdecydowali się pokazać, że bohaterowie nie są idealni – ani grający agenta CIA Idris Elba, ani wcielający się w kieszonkowca Richard Madden nie są w swych ruchach perfekcyjni: potykają się, wpadają na ściany, biją przeciwnika czym popadnie. Wraz z ładnie, ale nienachalnie nakręconymi widokami ulic Paryża, całość nadaje Bastille Day realistycznego i bezpretensjonalnego klimatu. Biorąc pod uwagę przy jak dużej koprodukcji powstał ten film, aż dziw, że efektem jest dzieło schludne, spójne i stojące na naprawdę dobrym poziomie.

Reżyseria Jamesa Watkinsa (The Woman in Black, Eden Lake) nie wyróżnia się niczym szczególnym. No chyba, że zaliczymy do tego fakt, że kamera wyraźnie się kocha w obu głównych aktorach. Bastille Day jest tylko kolejnym piórkiem w kapeluszu Idrisa Elby, który potwierdza, że aktor ten jak mało kto nadaję się by zagrać bezwzględnego, ale momentami czarującego agenta tajnego wywiadu.

bastille day (4)

Z kolei Richard Madden, do którego Mysz ma wielką słabość, więc jest totalnie nieobiektywna, wygląda tutaj bodaj najpiękniej w swojej karierze (i wliczamy w to jego niedawny występ jako najbardziej-błękitnooki-książę w Cinderella Branagha). Dziwnym wydaje się pomysł aby obaj panowie – Anglik i Szkot – grali Amerykanów, ale panowie w miarę możliwości starają się trzymać swoich jankeskich akcentów. Co prawda Mysz w rytmie i zaśpiewie mówienia Maddena kilkukrotnie wychwyciła szkockie nuty, niemniej nie jest to coś, co wybija widza z immersji. Co najwyżej niektórym może być przykro, że nie posłuchają sobie, jak pięknie Madden zaciąga po szkocku (w tym celu polecam seans Sirens UK).

Kolejnym atutem Bastille Day jest niezaprzeczalna chemia między Elbą i Maddenem. Mysz, w przeciwieństwie do Lubego czy Zwierza, z którymi byłam na seansie, wróciła z niedawnego seansu The Nice Guys mocno zawiedziona. W filmie zabrakło polotu i rapport, który Crowe i Gosling mieli w wywiadach towarzyszących trasie promocyjnej… Na szczęście Bastille Day dało mi dokładnie to, czego oczekiwałam od The Nice Guys – umiejętnie zarysowanego kontrastu między „tym stoickim” a „tym wyszczekanym”, „tym wyjadaczem” i „tym niedoświadczonym”. No i mnóstwo wymownych męskich spojrzeń, które przekazują niekiedy więcej niż tysiąc słów ;)

bastille day (9)

Z pewnością można by do Bastille Day dopisać jeszcze mnóstwo cudownych, dowcipnych scen między bohaterami, ale to co dostajemy w zupełności wystarcza by zbudować wiarygodną relację. Ba, pozostawiło Mysz z uczuciem niedosytu – z przyjemnością obejrzałabym kolejny film o przygodach nieodpowiedzialnego agenta CIA i rezolutnego kieszonkowca. Zwłaszcza jeśli pod koniec tychże perypetii mielibyśmy ponownie dostać wokalny popis Elby – Mysz poleca przesiedzieć część napisów do Bastille Day podczas których leci utwór śpiewany (czy też melorecytowany) właśnie przez czarnoskórego Anglika.

Chociaż w sumie Mysz nie może się zdecydować, co jej się spodobało bardziej – śpiewający Elba, czy Madden w scenach kradzieży. Film umiejętnie pokazuje sceny pickpocketing, dzięki czemu nie wyglądają one jak niewiarygodna magiczna sztuczka. Poza tym miło się Myszy kojarzą z filmami o con-manach typu Ocean’s Eleven, a stąd już niedaleka droga do wyobrażania sobie sequela The Man From U.N.C.L.E., gdzie Madden gra szkockiego złodzieja-dżentelmena, którego Kuryakin i Solo muszą powstrzymać… *ekhm* Państwo wybaczą, Mysz się zapędziła w dygresji :D

bastille day (3)

Nie obyło się jednak bez pewnych potknięć. Wykorzystanie Paryża jako tła dla filmowej fabuły, która dodatkowo kręci się wokół zapachu terrorystycznego i następujących w jego wyniku zamieszek, wydaje się z jednej strony bardzo sprytne (dodaje realizmu), a z drugiej nieco tone-deaf. Zwłaszcza, że film, skupiony na zadzierzgającej się pętli intrygi zupełnie ignoruje szersze społeczno-polityczne implikacje swojej fabuły. Trudno nie odnieść wrażenia, że eskalujące nastroje paryskiej ludności są jedynie pretekstem, i że umieszczenie akcji w Paryżu nie było do końca przemyślaną decyzją. Gdy dodamy do tego wyjątkowo liberalne wykorzystanie Internetu jako narzędzia podżegania do anarchii – spiskowcy używają hashtagów, by kierować zbulwersowany lud na odpowiednie obiekty – otrzymamy film, który pod pewnymi względami folguje sobie jeszcze bardziej niż omawiane jakiś czas temu na blogu London Has Fallen.

bastille day (8)

Kolejnym potknięciem jest niewykorzystanie postaci kobiecych. Kelly Reilly, z którą Watkins współpracował przy Eden Lake to charyzmatyczna aktorka i aż przykro patrzeć, jak marnuje się w roli przełożonej CIA; równie dobrze można by ją zastąpić Przypadkową Aktorką Numer 31. Podobnie niewykorzystana jest bohaterka Charlotte Le Bon – dziewczyna jest kluczową dla fabuły postacią, a mimo to dopiero pod koniec, a i to zaledwie na moment, wyrywa się z ram typowej „damy w opresji”. I chociaż Mysz docenia, że miło musi być popłakać sobie w objęciach Richarda Maddena, jeszcze milej byłoby, gdyby w tak sympatycznym, sprawnie skonstruowanym filmie znalazło się trochę więcej miejsca dla sensownie napisanych postaci kobiecych.

bastille day (5)

Tak więc jeśli w najbliższy weekend (lub tanią środę) znajdziecie się w pobliżu kina i będziecie rozważali na co iść, Mysz poleca Bastille Day. Warto dla Elby, Maddena i scen akcji, a także nie-obrażającej inteligencji widza fabuły. No i dla muzyki – francuski rap i hip-hop świetnie współgrają z zaprezentowaną historią.