John prosto z drzewa, czyli umiejętnie odkurzona legenda Tarzana.

Imponująca próba odbrązowienia postaci Tarzana daje nadzieję na triumfalny powrót kina przygodowego starszej daty w nowej odsłonie.

Dwa lata temu narzekałam, że współczesne kino nie kręci już historii przygodowych rodem z kina lat 90. Obecnie triumfy święcą głównie kolejne ekranizacje superbohaterskich komiksów. I nie ma w tym nic złego – Mysz, jak pewnie wiecie, zalicza się raczej do fanów tego typu produkcji. Niemniej czasem trudno nie zatęsknić za klimatem adventure movies z naszej młodości. Powoli jednak sprawy mają się ku lepszemu – czy to za sprawą zapowiedzianego rebootu monster movies studia Universal (w skład których wchodzi absolutne uosobienie przygodowe kina lat 90, czyli The Mummy), czy to za sprawą sięgania producentów po znane, ale nieco zakurzone postaci. Wśród nich znalazł się Tarzan – drugi obok Mowgliego z The Jungle Book osierocony król zwierząt – tym razem w obiektywnie Davida Yatesa, reżysera 4 ostatnich filmów z serii Harry Potter. I choć wydaje się to dziwny mariaż, brytyjski reżyser zdołał uczynić z legendarnej postaci realistycznego herosa na miarę naszych, komiksowych czasów.

TheLegendofTarzan (4)

Mysz nie bez powodu nawiązała do filmu The Mummy i notki o Stephenie Sommersie. Ten niedoceniany reżyser  był swego czasu łączony z filmem The Legend of Tarzan. Sądzę, że nie bez powodu – specjalnością Sommersa są wszak widowiskowe filmy przygodowe. Studio postanowiło jednak pójść w innym kierunku i zamiast epickiej historii w stylu Pirates of the Caribbean dostaliśmy film, który owszem, podpada pod gatunek action adventure, ale przy tym zahacza również o dramat. Sądzę, że duża w tym zasługa Yatesa, znanego z miłości do realizmu, klimatycznych historii skupiających się na bohaterach, oraz tematyki społeczno-politycznej. Nic więc dziwnego, że zainteresował się scenariuszem Adama Cozarda i Craiga Brewera – w The Legend of Tarzan znajdziemy wszystkie te elementy. Jednak zależnie, czyją recenzję przeczytamy jest to albo zaleta, albo wada.

TheLegendofTarzan (17)

Fabuła w gruncie rzeczy jest prosta: Tarzan (Alexander Skarsgard), mianujący się teraz jako lord John Clayton III, wicehrabia Greystoke, wiele lat temu porzucił Afrykę na rzecz wielkomiejskiej dżungli u boku swej ukochanej Jane (Margot Robbie). Jednak w wyniku machinacji Kapitana Roma (Christoph Waltz) – wysłannika króla Leopolda, władcy Belgii, łasego na skarby Czarnego Ladu – Tarzan wraz z Jane muszą powrócić do Afryki i stawić czoła konfliktom, które dawno porzucili za sobą (m.in. Djimon Hounsou). W wyprawie towarzyszy im George Washington Willaims (Samuel L. Jackson) wysłannik rządu USA, mający zbadać podejrzane działania króla Leopolda w Kongo.

TheLegendofTarzan (7)

Interesujące jest umieszczenie Tarzana, postaci wymyślonej, w centrum rzeczywistych wydarzeń. Zarówno kapitan Rom jak i G.W. Williams to postaci autentyczne, podobnie jak okrutne i nieludzkie traktowanie mieszkańców Konga przez ludzie króla Leopolda. Nadaj to całej historii głębi – tak lubianej przez Yatesa – a tak niecharakterystycznej dla prozy Edgara Rice’a Burroughsa, oryginalnego autora historii o Tarzanie. Książki Burroughsa już w czasach jemu współczesnych były krytykowane za formulaiczność, dwuwymiarowość i drewniane dialogi. Zresztą postać Tarzana w swych kolejnych adaptacjach często balansowała na graniczy kiczowatej pulpy i kina klasy B. Stąd więc Myszy nie dziwi, że niektórym takie „upoważnienie” Tarzana może nie odpowiadać. Natomiast trudno jest mi traktować poważnie zarzuty dotyczące kolonialnego wydźwięku filmu. The Legend of Tarzan dość dobitnie pokazuje po czyjej stronie stoi racja w tym konflikcie – i bynajmniej nie jest to strona dość karykaturalnie złego kapitana Roma – a co więcej z pewnością rozpatruje kwestie kolonializmu czy niewolnictwa i rasy lepiej niż sam Burroughs, którego proza znana była raczej z dużej stereotypizacji, by nie powiedzieć jawnego rasizmu.

TheLegendofTarzan (12)

Zdaniem Myszy, rola jaką – było nie było fikcyjny – bohater The Legend of Tarzan odgrywa w realnym kongijskim konflikcie sprawia, że postać Tarzana, do tej pory przybrudzona warstewką patyny, nabiera żywszych barw. Podobnie jak umieszczenie przygód Indiany Jonesa w ramach II WŚ nadaje perypetiom bohatera bardziej realnego wymiaru i większej skali, podobnie działa odbrązowienie Tarzana. To już nie niewychowany władca małp, ani samotny podróżnik-awanturnik – to złożony bohater, kierujący się w swych działaniach wewnętrznym kompasem, który wyraźnie pokazuje, co jest moralne i właściwe. Istotą filmu nie są więc pretekstowe przygody – choć scen akcji jest w filmie nie mało i poświęca się im równie wiele czasu i pieczołowitości, co momentom dramatycznym – a zagłębienie się w istotę tego, kim jest Tarzan i dlaczego, mimo upływu lat i względnej prostolinijności oryginału, wciąż jest postacią, która ma prawo działać na naszą kolektywną wyobraźnię.

TheLegendofTarzan (14)

Moc przyciągania ekranowego Tarzana została w The Legend of Tarzan podkręcona do maksimum dzięki zatrudnieniu do roli głównej Alexandra Skarsgarda, szwedzkiego aktora znanego miłośnikom serialu True Blood czy świetnej miniserii wojennej Generation: KILL. Skarsgard to mężczyzna pokaźnej postury i imponującej budowy, więc pod względem fizjonomii idealnie nadaje się do roli szorstkiego, ale pociągającego męskiego dzikusa. Aż dziw, że fruwając wśród lian nie spadł ani razu na twarz, bo o jego kwadratową szczękę niejedno drzewo mogłoby się pociąć, a pnącza same powinny opadać w omdleniu na widok jego wciągająco-błękitnych ócz. Żarty żartami, ale Mysz naprawdę sądzi, że wybór Skarsgarda był strzałem w dziesiątkę. Już w True Blood widzieliśmy, jak umiejętnie aktor ten jest się w stanie przełączyć z grania groźnego drapieżnika, w zagubionego szczeniaczka. Także jego poza-wampirze występy wyraźnie pokazują, że Skarsgarda kryje pokaźny wachlarz środków dramatycznych. Co więcej, jeśli wierzyć wywiadom, wysoki Szwed od lat młodzieńczych żywił do postaci Tarzana dużą sympatię–nic więc dziwnego, że był gotów na niemało dietetycznych wyrzeczeń i fizycznych poświęceń, by osiągnąć wygląd godzien Władcy Małp.

TheLegendofTarzan (13)

Abstrahując jednak na moment od miłego dla oka wyglądu Skarsgarda, Mysz musi powiedzieć, że była pełna podziwu dla jego występu. Wszak niewielu jest artystów, którzy mogą się pochwalić ukończeniem kursu gry aktorskiej w szkole Wymownego Milczenia im. Toma Hardy’ego. Skarsgard w The Legend of Tarzan nie mówi wiele – większość jego gry zamyka się w spojrzeniu, wyraźnie twarzy, ruchach, czy postawie. Kwintesencją tych umiejętności jest jego pierwsze pojawienie się w filmie, gdy podczas spotkania dotyczącego wyprawy do Afryki, John Clayton siedzi u szczytu stołu i milcząco popija herbatę. Nie oznacza to jednak, że jest równie niewygadany, co niektóre z jego poprzednich wcieleń. Gdy trzeba, Clayton wypowiada się w nienagannej angielszczyźnie, a gdy trzeba w jego docinkach nie zabraknie też krzty dry humor. Także jego interakcje z innym bohaterami wypadają wiarygodnie, gdzie Skarsgard w tonie głosu, kilku słowach lub jednym geście potrafi przekazać głębię kryjących się pod tym działaniem uczuć. Mysz podejrzewa tu niemały wpływ Yatesa, bo reżyser lubi dawać swoim aktorom przestrzeń do „wgryzienia się” w grane przez nich postaci i umiejętnie wplata w filmy niewielkie intymne sceny, które potrafią wiele nam o bohaterach powiedzieć.

TheLegendofTarzan (15)

Sympatycznie wypada przede wszystkim relacja Skarsgarda z Samuelem L. Jacksonem, grającym G. W. Williamsa. Choć pod wieloma względami Williams jest typowym wygadanym sidekickiem, który ma stanowić przeciwwagę dla stoicko milczącego Tarzana, Jackson nadaje tej postaci swojego niepowtarzalnego sznytu. Nietrudno uwierzyć w to, że obaj mężczyźni zaczynają z czasem żywić do siebie coraz większy szacunek. Przy czym Mysz musi przyznać, że ostatnio tak często widywała Jacksona w rolach postaci wyrachowanych lub dwulicowych, że była miło zaskoczona tym, jak w gruncie rzeczy prostolinijną postać zagrał tym razem. Miło otrzymać przypomnienie, że Jackson to nie tylko twardy Nick Fury, czy szalony Valentine z Kingsman: The Secret Service, ale także utalentowany aktor komediowy, ze świetnym wyczuciem tego, w jakich okolicznościach najlepiej sprawdzi się zabawnie wymowne spojrzenie, a kiedy zrzędliwy słowotok.

TheLegendofTarzan (3)

Ciekawie wypadają także relacje Tarzana z jego braćmi mniejszymi. Mysz swego czasu bardzo narzekała na trailer do filmu, w którym cyfrowo wygenerowane zwierzęta dramatycznie odcinały się od reszty akcji, burząc klimat realizmu, na który silił się film. Niech jednak o jakości filmu świadczy to, że pomiędzy jedną sceną a drugą, CGI-owe zwierzęta kompletnie przestały Myszy przeszkadzać. Pośrednio wynika to z faktu, że oglądałam film w formacie 3D, do czego wszystkich zachęcam – The Legend of Tarzan nie jest nachalne w tym, jak korzysta z tego efektu, a krajobrazy Afryki (częściowo również wygenerowane przez komputer) wypadają w nim przepięknie. Po drugie, należy to podpiąć pod dobry scenariusz i aktorów, grających z podziwu godnym zaangażowaniem. Czy są momenty, gdy linia wzroku aktora nie do końca zgrywa się z cyfrowym stworzonkiem? Być może. Ale, honestly, Mysz była zbyt wciągnięta w akcję i emocje przeżywane przez bohaterów by zwracać na takie drobnostki uwagę.

TheLegendofTarzan (18)

W sumie jedynym, co przyciągnęło mój wzrok, był pewien brak. Konkretnie: brak słynnej przepaski biodrowej Tarzana. Don’t get any ideas, though. Owszem, Skarsgard kilkukrotnie występuje w filmie bez koszulki, niemniej równie często pojawia się w pięknie skrojonym garniturze lub przewiewnym stroju podróżnika. Także Yates sprytnie ustawiał kadry w taki sposób, by za czasów gdy Tarzan zwykł był jeszcze latać po dżungli commando ani razu nie pokazać więcej niż to koniecznie, sugerując jedynie nagość bohatera (a w jednej scenie czyniąc z niej przewidywalny, niemniej uroczy żart). Widać więc, że choć zwierzęta były efektem pracy komputera, twórcom zależało na tym, by możliwe urealnić świat Tarzana. Co prawda trudno powiedzieć to samo o jego czynach – niektóre sekwencje akcji są mocno naciągane – ale jeśli przyjmiemy, że Tarzan był superbohaterem na miarę swoich czasów, a jego wyczyny mogły być nieco podkolorowane ku uciesze słuchających, nietrudno zawiesić niewiarę na kołku. Ostatecznie, zdaniem Myszy, Yatesowi bardzo umiejętnie udało się pogodzić dramatyzm i realistyczne emocje bohaterów z radosnymi i nieprawdopodobnymi klimatami kina przygodowego, nawet jeśli niektórym widzom użycie flashbacków może zbyt mocno kojarzyć się z tak popularnym ostatnio kinem komiksowym. Sądzę jednak, że nie bez powodu film nosi tytuł The Legend of Tarzan – elementy legendy zobowiązują.

TheLegendofTarzan (6)

Jeśli mówimy o Tarzanie, nie możemy również zapomnieć o jego ukochanej, Jane Porter (czy też w tym wypadku Jane Clayton, gdyż para jest już po ślubie). Jak przystało na współczesną adaptację dzieła Burroughsa, także pod względem postaci Jane twórcy poszli nieco dalej niż oryginalny autor. Bo choć z naszego punktu widzenia Jane może się wydawać kolejną damsel in distress, zdanie wielu, Burroughs tworzył w swych postaciach kobiecych raczej bohaterki równorzędne z bohaterami męskimi. W The Legend of Tarzan jest podobnie, bo choć Jane rzeczywiście służy jako swoisty wytrych fabularny pt. „Uratuj damę z opresji”, nie pozwala się biernie stawiać w tej roli.

TheLegendofTarzan (1)

Owszem, momentami konstrukcja ta jest aż nazbyt oczywista – chociażby gdy Jane pluje w twarz Romowi i dobitnie oświadcza, że nie będzie dla niego krzyczeć „niczym dama w opałach” – ale Margot Robbie z właściwym sobie wdziękiem i bezpretensjonalnością sprawiła, że Jane Porter nie jest płaską, wyciętą z kartonu Strong Female Character. Jest silna, ale przede wszystkim duchem, a przy tym pragmatyczna i odważna, choć równocześnie skora do uśmiechu i luzu. Jest ying dla yang nieco pochmurnego i milczącego Johna, i nietrudno zrozumieć, czemu nasi bohaterowie zapałali do siebie miętą – oboje mają dobre serca, do których najchętniej przytuliliby cały świat, bez względu na to, czy to zwierzę czy człowiek… pod warunkiem, że na to zasłużyli. Widać między nimi prawdziwe uczucie, a nie li tylko zwierzęcy magnetyzm (choć film pokazuje nam kilka pełnych pasji pocałunków, oraz typowo filmową, 3-sekundową scenę miłosną). Mysz śmie twierdzić, że Robbie i Skarsgard wiarygodnie odegrali łączące Jane i Tarzana braterstwo dusz, a równocześnie sprawili, że łatwo zapałać do tych postaci sympatią.

TheLegendofTarzan (8)

Tak naprawdę jedynym niedociągnięciem The Legend of Tarzan jest Christoph Waltz. Hollywood naprawdę musi przestać obsadzać aktora w rolach „tych złych”. Toć nawet Mads Mikkelsen, idealnie nadający się do grania tego typu ról (Hannibal, Casino Royale) równie często gra postaci pozytywne. Dlaczego nie możemy Waltzowi dać takiej samej szansy? Tym bardziej, że kapitan Rom to, niestety, dość sztampowy zły, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę gatunek kina przygodowego czy historii tego typu rozgrywających się w kolonialnych dekoracjach. Ba, Mysz jest zdania, że gdyby w roli tej obsadzić kogoś, kto nie boi się, how they say, „żuć scenerii”, widzowie mogliby mieć z oglądani Roma o wiele większą przyjemność. Owszem, Waltz nie boi się specyficznej aktorskiej szarży – vide jego breakout role u Tarantino w Inglorious Basterds – ale być może słusznie boi się zaszufladkowania. W każdym razie na własne potrzeby, Mysz wyobraża sobie The Legend of Tarzan z Williamem Fichtnerem jako kapitanem Romem, oczywiście z obowiązkowym sumiastym wąsem. Niestety niewiele lepiej wypada Djimon Hounsou w roli Mbonga, wodza plemienia, który ma na pieńku z Tarzanem i wraz z Romem stoi za niecnym planem, by sprowadzić naszego bohatera z powrotem do Afryki. Choć trzeba przyznać, że przynajmniej z osobistymi pobudkami Mbonga nieco łatwiej współodczuwać niż z megalomańczą ambicją Roma. Ale jak wiadomo, każda potwora znajdzie swego amatora – być może kogoś argumentacja kapitana (szczątkowa, ale jednak) zdoła jakoś przekonać.

TheLegendofTarzan (2)

Mysz ostatecznie wyszła z seansu z uśmiechem na pysku. Nie sądziłam, że to właśnie przygody Tarzana zapewnią mi dawkę tak wytęsknione przeze mnie klasycznego kina przygodowego. Owszem, wciąż nie jest to ten całkowity i pozbawiony hamulców radosny kicz lat 90-tych, ale trzeba wziąć pod uwagę, że kino się zmienia. Tak jak kino superbohaterskie przeszło swoistą ewolucją od kolorowych trykotów do poważnych thrillerów o kwestiach moralnych i politycznych (przy czym Mysz stara się nie wartościować tych dwóch krańców spektrum, bo kocha je oba, jak również wszystko pomiędzy), tak kino przygodowe, jeśli chce przyciągnąć współczesnego widza, musi się pod pewnymi względami zmienić.

Być może niektórym zabraknie tej no-holds-barred pulpy, którą przyszli kojarzyć z postacią Tarzana. Mysz ma jednak nadzieję, że The Legend of Tarzan rozbudzi w Was echa miłości do klasyki adventure movies, a jednocześnie pozwoli czerpać przyjemność z jego nowego wcielenia. Ja w każdym razie mam nadzieję, że poważny, ale nienapuszony styl Yatesa zostanie zauważony przez inne Hollywoodzkie studia i że Universal, rebootując moje ukochane The Mummy, również podąży w podobnym kierunku. Niby narzekamy od dawna na tendencję Hollywood do rebootowania i remake‚owania wszystkiego, jak leci, ale wciąż jest wiele postaci i historii, które warto by w podobny sposób odświeżyć.

Co nie zmienia faktu, że Mysz nadal panicznie lęka się o remake Jumanji. Ale to już temat na inną notkę.

TheLegendofTarzan

PS. Simon Russell Beale ma w filmie niewielką rólkę, która wywołała u Myszy parsknięcie. Najwyraźniej pan Lyle z Penny Dreadful pojechał do Afryki z zupełnie innego powodu, niż sugerował serial ;)

  • Jan Kokot

    Hej! Czy Mysza widziała już nowy 8 odcinkowy serial Netflixa „Stranger Things” ? Jeżeli nie to radzę zarezerwować wolny weekend i obejrzeć – ba, dla Myszy miłośniczki lat 80 to obowiązek! Serial to połączenie ET, Goonies i To z prozą Kinga i Koontza a wszystko to w gęstym sosie muzyki, gier, filmów i gadżetów z lat 80. Akcja serialu toczy się w 1983 roku w małym miasteczku, a jej bohaterami jest grupka dzieciaków-nerdów. Już początek pierwszego odcinka z nocną sesją rpg D&D wgniata w ścianę (kojarzysz jaki hit lat 80 tak się zaczynał?). Szczerze – to najlepszy serial jaki oglądałem w tym roku, przewijałem każdy odcinek po kilka razy by wychwycić wszystkie nawiązania do mojej ulubionej epoki. Polecam!!!!

  • Mysz niejednokrotnie już słyszała o „Stranger Things”, ale – niestety – życiowe i służbowe zobowiązania chwilowo nie pozwalają poświęcić serialowi czasu. Niemniej z pewnością kiedyś do niego usiądę, więc dziękuję za polecankę :)