Nie najgorsza. Rozmyślania na kanwie „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber

Zamiast zrecenzować książkę, Mysz zagłębia się w psychologiczne dywagacje. You have been warned.

Wiecie co jest na dłuższą metę szalenie niepokojące?

Przeczytać książkę o uzależnieniach i odnaleźć w niej siebie.

Mysz z pewnością dostałaby od wielu z Was po łapach za to, jak traktuje swoje książki. Otóż gdy Mysz czyta literaturę w druku, ma brzydki zwyczaj zaginać rogi stron, na których przeczytała coś interesującego: trafne spostrzeżenie, poruszający cytat, ciekawe sformułowanie… Wyobraźcie więc sobie, jakie wrażenie wywarł na mnie debiut Małgorzaty Halber, „Najgorszy człowiek na świecie”, skoro w trakcie czytania książka zdążyła dwukrotnie zwiększyć swoją objętość.

Najgorzej piszę się o dziełach, które nam się podobały. A przynajmniej właśnie z takimi tekstami ma problem Mysz. Skrytykować i przyczepić się jest łatwo; bardzo trudno jest z kolei napisać coś o dziele, które pozostawiło nas obojętnym–to w gruncie rzeczy znane nam wszystkim i wypraktykowane przez lata spędzone w systemie edukacji „lanie wody”. Ale gdy coś mi się spodoba, gdy mną poruszy, gdy wczepi się we mnie pazurkami, piszcząc NIE PUSZCZĘ… wówczas Mysz w swych tekstach ucieka w metafory. O czym zresztą część z Was już pewnie dobrze wie.

Bohater (4)

Pisanie o takich rzeczach jest trudne, gdyż to czy coś nam się podobało zależy w dużej mierze od nas samych – od tego, jakimi jesteśmy ludźmi, i co nam w głowie i sercu siedzi. Z zachwytu, mam wrażenie, trzeba się o wiele częściej tłumaczyć niż z krytyki, bo istnieje szansa, że tylko my daną rzecz odebraliśmy w ten konkretny sposób; że tylko w nas zdołała trącić konkretną strunę.

Zawsze jednak w takich chwilach przypominają mi się moje ukochane piosenki. Te najpiękniejsze utwory, te które nas wzruszają, często mają w sobie górnolotną poetykę, a mimo to zasłuchują się nimi miliony ludzi. Laugh all you want, ale Mysz od lat utrzymuje, że jedną z najpiękniej napisanych ballad jest „Have You Ever Really Loved A Woman” Bryana Adamsa. Jest w tej piosence mnóstwo kiczowatych fraz i egzaltowanych deklaracji, a jednak z jakiegoś powodu, it still manages to ring true. Słysząc ten utwór, myślimy sobie: też tak chcę, znam to, też to czuję. Bo wbrew wszelkim pozorom i mimo dzielących nas różnic, u podstaw naszych popkulturowych wrażeń i życiowych doświadczeń leżą emocje. A te w gruncie rzeczy są wspólne.

Bohater (16)

O emocjach jest u Halber najwięcej. Choć walka z uzależnieniem jest fabułą książki – poszatkowaną, urywkową i achronologiczną, z którą Mysz jako czytelnik zmagała się z rosnącą frustracją – i rysuje obraz człowieka, z którym być może niejeden z nas mógłby się utożsamić, to właśnie wynurzenia bohaterki na temat emocji najmocniej wczepiły się w Mysi umysł.

Czy to znaczy, że kompletnie nie odnajduję się w historii o uzależnieniu od alkoholu i narkotyków?… i tak, i nie.

Mysz właściwie nie pije. Od zawsze. Alkohol mi nie smakuje, a jego efekty sprowadzają się do czegoś, czego absolutnie nie znoszę, mianowicie utraty kontroli. Pijana byłam raz w życiu i przeraziło mnie to tak mocno, że gdy tylko zdałam sobie sprawę, że bredzę i nawet nie bardzo wiem czemu, ani jak to powstrzymać, natychmiast przeprosiłam ludzi wokół, poszłam spać na 2 godziny, wstałam trzeźwiejsza i spokojniejsza i nigdy więcej się do takiego stanu nie doprowadziłam. Co, skądinąd, byłoby niesamowicie łatwe, bo tolerancję na alkohol mam zerową – trzy-cztery słabe drinki (tak słabe, że wódkę do drinka odmierzam nakrętką) i już jest mi lekko i różowo i wszystko jest nieco piękniejsze. I wystarczy. Więcej nie trzeba, dziękuję, postoję. Nie lubię się zataczać.

Bohater (6)

Za to przez 8 lat paliłam papierosy. Bo to było cool. I choć brzmi idiotycznie, taki był chyba główny powód dla którego to robiłam. Nauczyłam się podczas wakacji przed maturą i nigdy nie zapomnę pełnych zaskoczenia min moich znajomych z klasy, gdy w przerwie podczas matury z polskiego wyszliśmy wszyscy na dziedziniec i Mysz zaciągnęła się papierosem. Teraz nie jestem z tego dumna, ale, niestety, wciąż robi mi się ciepło na myśl o tym uczuciu akceptacji, o tych pełnych aprobaty kiwnięciach głów, o tych wymruczanych serdecznie „No proszę, Mysz, ty palisz?”.

Paliłam długo. Za długo. W sumie nie wiem, dlaczego. Chyba z przyzwyczajenia. Patrząc po zdjęciach z imprez – zawsze cenzurowanych przed wrzuceniem na Facebooka, by broń Boże nikt (czytaj: rodzice) mnie nie zobaczył z papierosem, chociaż przecież wszyscy wiedzieli, że palę – wcale to do mnie nie pasowało. Wyglądałam sztucznie, jak stara malutka, a papieros, mimo lat nałogu, na tych fotkach zawsze jakoś tak sztywno wystawał z mojej dłoni. Sama się oszukiwałam, paląc jak najsłabsze papierosy, w skrytości ducha patrząc z góry na własnego ojca, który od lat palił mocne Camele. Jak idiotka kolejnymi papierosami zagłuszałam lęk o nowotwór płuc mamy – odczuwany od kilku lat bez przerwy, skutkujący atakami paniki, bezsennością i brakiem woli do życia – uparcie ignorując skończonym debilizm takiego postępowania. O szkodliwości palenia na mojego Aliena nie będę wspominać. Dość, że Charlie Bronson to przy mnie małe miki i mógłby się od Myszy niejednego dowiedzieć na temat życzenia śmierci.

Przestałam palić nagle.

Nie było przemyślanej decyzji, nie było noworocznego postanowienia w stylu: „Dobra, ale teraz bądźmy poważni, to nie jest zdrowe, pora z tym skończyć”. Rzuciłam z dnia na dzień, cold turkey, bo miałam ciężki finansowo miesiąc i chwilowo nie było mnie stać, by codziennie wydawać 11,50 na paczkę papierosów. I wiecie co?… boję się myśleć, jakby to teraz wyglądało, gdyby nie tamten miesiąc, gdy musiałam zacisnąć przysłowiowego pasa.

Bohater (8)

Przez pierwszy rok niepalenia, podczas gdy wciąż kopciła większość moich znajomych, twierdziłam, że po prostu nie palę. Nie mówiłam „rzuciłam”, bo bałam się, że zapeszę. A wówczas miałabym do siebie ogromny żal.

Pamiętam swoje urodziny kilka lat temu, spędzane w jednym z warszawskich gejowskich klubów – szał ciał na parkiecie, cały stolik nasz, wszyscy się dobrze bawią… i nagle Mysz zostaje przy stoliku sama, bo wszyscy poszli zapalić do salki obok. Czułam się wtedy tak okrutnie samotna, że aż chciałam iść tam do nich, nie zważając na to, że dym papierosowy mnie drażni, że wciąż mam sny o tym, że palę (i budzę się z nich z przerażeniem, a potem ulgą, że to nieprawda), że gdy widzę, jak ktoś zaciąga się na ulicy, bezwiednie biorę wdech razem z nim… Miałam to w dupie. Chciałam, niczym hipsterska Arielka, być „where the people are”.

W tej chwili minęły już cztery lata od kiedy rzuciłam palenie. So far, so good. Ale może to dlatego, że wiem, iż do tego nie wrócę. Nie mogę. Nie chcę. A jednocześnie boję się, że to mi może wrócić. Bo czasem nadal mam sny, gdy zaciągam się papierosem. Bo gdybyście mnie zapytali, gdy jeszcze paliłam: „A dałabyś radę rzucić?”, otwarcie powiedziałabym, że chyba nie; że boję się spróbować, bo mam bardzo złe zdanie na temat swojej słabejsilnej woli. A co jeśli mi się nie uda? Lepiej nie próbować rzucać. Brak podjęcia próby oznacza brak ryzyka poniesienia porażki.

Bohater (3)

Udało się. Ale przypadkiem. I dziękuję wszystkim bóstwom, że tak się stało. Trudno, nie będę duszą towarzystwa przez całą imprezę – jej fragment, ten dziejący się w palarni, będzie mnie musiał omijać. A w nowo-wyremontowanym domu kazałam sobie wybudować balkon – głównie po to, by móc na niego wyganiać znajomych palaczy.

Po latach ukrywania się przed rodzicami z tym największym, najbardziej wstydliwym ze wszystkich moich sekretów, niedawno do wszystkiego im się wreszcie przyznałam. Był płacz – całej naszej trójki – były pytania „Dlaczego?” i moje zdruzgotane wyznanie „Bo byłam głupia”.

Podejrzewam, że teraz jestem niewiele mądrzejsza, bo też i nie w głupocie leżał problem, tylko w bezmyślności. Bezmyślna jednak będę zawsze. Nikt nie jest na tyle silny, by myśleć (i to bezbłędnie) przez 100% czasu. Ale przynajmniej nie palę. To już jest jakiś sukces.

Moją mamę fakt, iż paliłam boli tak bardzo, że do dziś nie pozwala mi o tym wspominać w rozmowie. W ogóle. Nigdy. Po prostu nie chce o tym myśleć. I ja jej się nie dziwię. Ból najłatwiej jest wyprzeć.

Zresztą czym jest uzależnienie, jak nie próbą wyparcia bólu, bycia gdzieś indziej, bycia kimś innym, czucia przez moment czegoś, co nie jest tym kłębkiem splątanych emocji, które nas męczą, a których inaczej nie umiemy się pozbyć?

Bohater (9)

Być może mój największy problem z książką Halber polega na tym, że myślę, iż jest to książka o mnie. Nie potrafię jednak znaleźć niczego, od czego sama byłabym uzależniona. Chyba, że zaliczymy do tego poczucie winy. Mysz z wyrzutów sumienia uczyniła sport olimpijski. Ale nie zdobywam w tej olimpiadzie złota. Zawsze jestem na drugim miejscu. Zawsze. W niczym nie jestem dostatecznie dobra, nawet w samoumartwieniu.

Then again, święcie wierzę w to, co autorka książki mówi ustami swojej bohaterki: „Od wszystkiego można się uzależnić”. Mysz jednak optuje za nieco inną, bardziej dwuznaczną wersją tej samej idei. Mianowicie: nie ma takiej rzeczy, do której nie można by się prędzej czy później przyzwyczaić.

Dlaczego mówi się, że czas leczy rany? Bo do bólu można się przyzwyczaić (no chyba, że ktoś uczynił z rozdrapywania własnych ran kuriozalny i masochistyczny rytuał). Gorze jednak, że można się też przyzwyczaić do rzeczy dobrych. Do radości, sukcesu, satysfakcji. Dlaczego mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają? Bo gdy cały czas jest dobrze, super i fantastycznie, tracimy skalę porównania. Bez nizin nie doceniamy wyżyn, a by osiągnąć ten sam haj zadowolenia, nagle potrzebne są coraz większe dawki tego, co kiedyś dawało taki sam efekt przy mniejszych ilościach. I nie ważne czy mówimy tu o alkoholu, adrenalinie, zakupach, pieleniu ogródka, czy jeżdżeniu sobie po udach żyletką – najważniejszy jest ten skok, ten wyż. Problem w tym, że on nie trwa wiecznie.

Bohater (14)

To jest chyba ten element, którego Mysz organicznie nie rozumie. Ja nie chcę skoków. Nie musi być cały czas zajebiście. Ale niech po prostu będzie.

Nie lubię zmian. Boję się ich. Każda zmiana, nie ważne jak mała, zmusza mnie do konfrontacji ze światem, do przetasowania tego, co już sobie w głowie ułożyłam – na temat siebie, tego co czuję, co myślę, kim jestem, dokąd zmierzam. Chciałabym po prostu być. Trwać. Bez końca.

Ale tak nie można. Chyba. W sumie, nie jestem pewna. Nie wiem, czego rzeczywiście chcę od życia (oprócz tego, żeby trwało, możliwie długo), a co mi wmówiono, że jest mi do szczęścia potrzebne. Wszędzie wokół otaczają nas historie ludzi, którzy odnieśli sukces – sprzedali dom, wyjechali na rok do Tajlandii, nauczyli się swahili, skręcili szafę z IKEA bez użycia instrukcji, wypasają owce w Szkocji z przystojnym Szkotem w kilcie, stworzyli kasową aplikację, szyją własne ubrania, wychowali dziecko, ratują bezdomne psy, nie przypalili obiadu, ktoś im powiedział że ładnie dziś wyglądają. Zawsze jest ten ktoś, kto zrobił to, czego my jeszcze nie zrobiliśmy–czasem nawet (how dare they!) zdołał zrobić to lepiej. Więc nie można po prostu być i trwać. Trzeba dążyć, trzeba szukać, trzeba próbować nowych rzeczy, trzeba się rozwijać, trzeba cieszyć się małymi przyjemnościami. Trzeba wciąż chcieć bardziej.

A ja nie chcę bardziej. I nie chcę nowych rzeczy, bo są nowe i nieznane i trzeba je poznać. A co jeśli wszystko się przez nie zmieni? Tracimy przeze nie mozolnie wypracowaną kontrolę; tracimy niszę, okupioną krwią, potem i łzami, w której zdołaliśmy się, wreszcie, na chwilę umościć. Ale nie, nie możesz tam sobie leżeć i choć na moment odetchnąć. Nikt nie zatrzyma tego pociągu, ani tego świata, nieważne, jak często Diana Krall będzie śpiewała „stop this world, it’s not making sense”.

Bohater (11)

A przecież tego właśnie chcemy, prawda? Gdy bierzemy dzień na żądanie albo udajemy przed lekarzem stan agonalny, by dostać to L4 na parę dni. Gdy odwlekamy robotę, gdy kupujemy sobie lody, gdy włączamy sobie jeszcze jeden odcinek serialu. Chcemy nagrody. Chcemy żeby ktoś nas pogłaskał po główce, powiesił świat na kołku i powiedział: „Odpocznij, zasłużyłaś, ja się tym wszystkim zajmę”.

Skąd więc w nas ten upór, by pokazywać się światu z jak najlepszej strony? Przecież o wiele więcej osób chciałoby się wczołgać pod koc i zwinąć w burrito of sadness, niż ma możliwość pojechać na festiwal w Cannes i wrzucać z tego fotki na Instagrama. Dlaczego więc tak się wstydzimy okazać słabość? Powiedzieć: „Smutno mi, że raczej nie pojadę do Cannes”. Czy bardziej lękamy się tego, że ktoś nas zarzuci hurra-optymizmem z gatunku „anything is possible”, czy bardziej tego, że wytknie nam, iż na upartego moglibyśmy do tego Cannes pojechać, tylko nam się nie chce – bo boimy się, że się nie uda; bo co jeśli nie będzie tak, jak to sobie wymarzyłem–im miałby w swoich zarzutach sporo racji?…  A co jeśli oddanie na czas zlecenia to zbyt mały sukces, by móc się nim pochwalić na Fejsie? Bo trzeba ciągle chcieć więcejbardziejharderbetterfasterstronger

… a potem się dziwimy, że jesteśmy tak zmęczeni nic-nierobieniem. Jesteśmy zmęczeni, bo nie potrafimy uprawiać błogiego dolce far niente. Zbytnio jesteśmy zajęci walką z wszechogarniającym poczuciem winy, że powinniśmy robić coś innego. Nie ważne co. COŚ.

Bohater (19)

Mysz ostatnio rozmawiała przy kawie z dwójką przyjaciół. Byłam świeżo po lekturze „Najgorszy człowiek na świecie” i mózg aż mi buzował od mądrych przemyśleń (które, naturalnie, od tamtej pory zdążyły wywietrzeć). Bardzo chciałam o nich porozmawiać. Nie chciałam rozmawiać na tematy trywialne – choć słuchanie o Pokemon Go oraz plotki o wspólnych znajomych były szalenie przyjemne. Chciałam zagłębić się w naszą psychikę, zarówno w sensie kolektywnym, jak i indywidualnym. Podejrzewam, że zbyt długo nie byłam u swojej terapeutki i chciałam przenieść na innych swoje problemy. Wouldn’t be the first time.

Ponieważ żadne z nich nie wyrywało się do zwierzeń, a Mysz (w sprzeczności do swego introwertyzmu i nieśmiałości) nie ma żadnych barier, gdy przychodzi do czynienia szczerych wyznań, przyznałam otwarcie, że moim największym problemem jest przerażająco niskie poczucie własnej wartości.

Jakie było moje zaskoczenie, gdy oboje, niemalże chórem, odpowiedzieli na to wyznanie stwierdzeniem: „Ja też”.

Bohater (21)

Cholera jasna, pomyślałam sobie, dlaczego się o tym nie rozmawia?

Gdzie mamy o tym mówić, jak nie w gronie przyjaciół: ludzi, którzy może i nas po cichu oceniają, ale nie mówią tego na głos, chyba że zapyta się ich wprost; którzy swoje oceny i pretensje potrafią schować do kieszeni, gdy poprosi się ich o pomoc; którzy mimo foszków i zaszłości w gruncie rzeczy naprawdę chcą dla nas jak najlepiej (przy czym może Mysz ma dziwną definicję przyjaźni, ale jak na razie uważam, że zebrałam wokół siebie grupę całkiem sensownych ludzi).

Dlaczego więc tak rzadko o tym rozmawiamy? Dlaczego, skoro gdy już nam się to zdarzy – zwykle późno w nocy, często po alkoholu, czasem gdy ktoś z nami zerwie albo nastąpi śmierć w rodzinie, lub gdy w trakcie spontanicznej, niezobowiązującej kawy zapadnie długa ciszą, w którą nagle ktoś wtrąci „Wiecie co? Źle mi”, a reakcją ogółu nareszcie nie będzie „Przejdzie ci” albo bezosobowe „Wszyscy tak mają”, tylko szczere „Wiesz co? Mi też”– dlaczego, skoro gdy już nam się zdarzy tak porozmawiać, nagle okazuje się, że czujemy się lepiej. Że nie czujemy się już tak samotni ze swoimi problemami, ze swoim wstydem i poczuciem winy; że lepiej się rozumiemy jako ludzie. Bo okazuje się, że inni też tak mają.

Bohater (18)

Mysz nigdy nie zapomni babskiego wieczoru, gdy po latach love-hate relationship z jedną z swoich przyjaciółek, nareszcie wyzbyła się wszystkich zacietrzewień i zaszłostek, które do niej czuła i spojrzała na nią jak na drugiego człowieka, nie-idealnego, pełnego ujmujących wad– a nie jak na niedościgniony ideał, z którym w dzieciństwie (a potem przez resztę życia) czuła potrzebę konkurować. Wiecie, jak do tego doszło?… porozmawiałyśmy o naszych związkach. I nagle okazało się, że jak tam siedzimy, wszystkie trzy mamy te same problemy. I nie ma się czego wstydzić, bo przecież nie tylko my je mamy.

Nie jesteśmy najgorsze. Po prostu nie jesteśmy najlepsze. A poczucie winy, które odczuwamy bo nie jesteśmy najlepsze bierze się stąd, że wmówiono nam, że bycie less-than jest w jakiś sposób złe.

Dlaczego? Dlaczego anything less than 100% od razu czyni z nas najgorszych ludzi na świecie? Dlaczego wmówiliśmy sobie, że skoro nie jestem najlepsza- skoro nie mogę/nie potrafię/nie chcę taka być – to automatycznie oznacza, że jestem najgorsza?

All or nothing, nie ma żadnych półśrodków.

Albo możesz wszystko, albo jesteś niczym.

Bohater (1)

Piszę cały czas „my”. Jesteśmy, myślimy, czujemy…

Ale to nie jest royal „we”. To mechanizm obronny i to dość przejrzysty. Przecież wiadomo, że to ja, Mysz, JESTEM, MYŚLĘ i CZUJĘ. Że to moje lęki, problemy, i myśli.

Ale jeśli udam, że robimy to wszyscy, to nie będę w tym sama. Nie będę musiała się wstydzić, że jestem gorsza.

I perpetum mobile wstydu zatacza kolejne koło.

Wynotowałam sobie z książki Halber 20(!) stron cytatów. Pojedyncze zdania, całe ustępy, luźne zwroty, które otworzyły mi w głowie jakąś ważną klapkę…

Ale w trakcie pisania tego tekstu postanowiłam, że nie będę Wam ich cytować. To nie wypracowanie na studiach, gdzie każdy akapit trzeba poddać analizie i dowieść „co autor miał na myśli”… Autor to autor. A Mysz to Mysz.

Jednak jedno zdanie chciałabym Wam przytoczyć. Ostatnie, które wynotowałam. I być może dlatego najważniejsze i najbardziej treściwe.

(…) Ponieważ mnie nie można lubić, można co najwyżej się ze mnie naśmiewać za moimi plecami.

Bohater (2)

Mysz podczas terapii niejednokrotnie zwracała uwagę na to, że raczej cokolwiek nietrafnie wybrała sobie życie. Jak na kogoś, kto ma takie problemy z samooceną i w tak dużym stopniu polega na zewnętrznych źródłach walidacji, że właściwie można nim tylko pogardzać, bo co to za człowiek, który nie umie sam się docenić, tylko musi patrzeć na innych, co to on, szacunku do siebie nie ma…

Jak na takiego kogoś, wybrałam sobie beznadziejne hobby i beznadziejną pracę. Zawód tłumacza polega, w Myszy odczuciu, na second-guessing, czyli stawianiu w wątpliwość tego, co napisaliśmy. Bo przecież zawsze można to było jakoś lepiej ująć.

Z kolei blogowanie polega na tym, żeby mieć na jakiś temat własne zdanie i również potrafić je możliwie najlepiej ująć.

… czy widzicie już, gdzie tkwi błąd logiczny obu tych wyborów?

A jednak obie te rzeczy kocham. Gdy na chwilę zapomnę o wszystkich związanych z nimi wątpliwościach i problemach, gdy dostanę nowy projekt i oddam go na czas z poczuciem dobrze wykonanej roboty, gdy odkryję nowy film lub serial o którym wprost nie mogę się doczekać aby napisać– it’s worth it. A potem znów przychodzi zwątpienie.

Najbardziej w sumie boli mnie to, że tych nizin jest znacznie, ale to znacznie więcej niż wyżyn. I co gorsza sama się w nie wpędzam.

Bohater (15)

Nikt nie stoi nade mną z batem. Nikt nie wylewa na mnie wiader pomyj. Tylko ja sama. Niczym ryjące w skórze, karzące pióro z Harry’ego Pottera, ryję sobie w mózgu zdanie: „Bo inni na pewno będą mnie oceniać”. Spróbujmy więc spełnić własne wyśrubowane wymagania–bo przecież tylko ja znam siebie na tyle, by wiedzieć, co rzeczywiście jestem w stanie zrobić; gdzie przebiega szczyt moich możliwości; co jest DOBRE, a co ZŁE

The irony is, że jak na kogoś, kto tak bardzo polega na zdaniu innych, stanowczo za dużo posłuchu daję własnemu wewnętrznemu krytykowi. A im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej stwierdzam, że ja chyba nie mam pojęcia, co tak naprawdę jestem w stanie osiągnąć; jaki jest rzeczywisty kres moich możliwości. Ktoś mi to chyba musi powiedzieć, bo ja nie wiem. Jestem za malutka.

Z drugiej strony, podpowiada usłużny głos wewnętrznej psychoterapeutki od siedmiu boleści, to nie może być zdrowe, by ktoś inny mówił mi, co jest DOBRE, a co ZŁE; czego MOGĘ a czego NIE MOGĘ. Nie lubisz, kiedy ktoś ci mówi, że powinnaś coś zrobić. Nie lubisz przymusów, zobowiązań, wymagań, „bo tak trzeba”. Chcesz sama decydować, chcesz mieć kontrolę.

No to się, kurwa Myszu, zdecyduj! You can’t have it both ways.

Bohater (5)

Tak naprawdę ludzie rzadko kiedy mają czas, siłę, lub ochotę kogoś oceniać.

W tej kolejności.

Potrafię tygodniami zadręczać się, że na blogu dźwięczy donośna pustka, bo nie opublikowałam żadnej nowej notki. Pół biedy, gdy powodem tego są tłumaczenia, jak ostatnio. Jeśli powodem są standardowe już u Myszy problemy natury mentalnej, zrobię sobie z sumienia jesień Średniowiecza. Bo przecież Czytelnicy czekają, bo na pewno mają pretensje, bo ten jeden unlike na fanpage’u to na pewno dlatego.

really? Sama rzadko kiedy oceniam innych blogerów. Rzadko kiedy mam do nich nawet niewysłowione pretensje o to, co sama sobie codziennie w kwestiach blogowania wytykam. Nie mam do nich żalu o to, że rzadko piszą, albo że popełnili literówkę, albo że gdzieś po drodze uciekł im sens zdania. Rozjechane formatowanie to błahostka, rozpikselowana ilustracja nikogo nie obchodzi, bo przecież nie po to tu jesteśmy, żeby zdjęcia oglądać. A czy notka mogła być lepsza?… nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym. Nie deliberowałam „co by było, gdyby”. Dostałam taką notkę i hwacit. Jak mi czegoś zabrakło, to dopytam. Jak się z czymś nie zgodzę, wejdę w polemikę. Jak stwierdzę „wow, jakie to mądre”, napiszę treściwy komentarz „#same”.

Bohater (10)

No bo kim ja jestem, żeby oceniać innych ludzi? Żeby mieć do nich pretensje? Nie wiem, jak wygląda ich życie, a nawet jeśli znam ich prywatnie czy na stopie towarzyskiej, nie wiem, jak im minął dany dzień. Nie wiem, jak się w tej chwili czują, czy coś ich nie dręczy, czy nie mają na głowie miliarda-i-jeden spraw do załatwienia… Jakie mam więc prawo wymagać od nich egzystencji na 100%?

For some reason, gdy przychodzi do zastosowania tych przemyśleń do mojej własnej osoby, nie potrafię tego zrobić. Na przeszkodzie staje mi wielki znak z napisem „LOL NOPE, Ciebie to nie dotyczy”.

Wiem, że powinnam być dla siebie bardziej wyrozumiała. Ale zbyt często o tym zapominam.

„Myśl o sobie tak, jak zwykłaś myśleć o innych” – takie powinno być Myszy motto.

Bohater (17)

Jeśli od czegoś jestem uzależniona, to są to emocje.

Mysz długo myślała nad tym, czy któraś z jej popkulturowych pasji mogłaby być uznana za uzależnienie. I doszła do wniosku, że nie. Tak bardzo jak lubię stabilizację, przyzwyczajenie się do pewnych rzeczy ma swoje wady. U Myszy zbyt częste oglądanie seriali prowadzi do zmęczenia materiału; podobnie zresztą jest w przypadku filmów, czy czytania książek. Może stąd biorą się Mysie „fazy”? Prędzej czy później stała dawka tej samej substancji przestaje nam wystarczać – trzeba więcej, inaczej. Gdy sama myśl o obejrzeniu filmu przyprawia o chęć wydrapania sobie oczu, przychodzi moment przetasowania – nagle tabunami pochłaniam seriale, a filmy idą na kilka miesięcy w odstawkę. A jeśli znudzą mi się obie te opcje, zawsze pozostaje zanurzenie się w książce, grze, lub komiksie. Grunt to znaleźć nową fabułę, nową historię, która wybije nas z marazmu i znów wywoła emocje. Nieważne jakie, byleby były.

Bo do tego w gruncie rzeczy sprowadza się dla Myszy popkultura: do emocji. Poznawanie ciekawych historii lub złożonych postaci jest bezcelowe, jeśli ich perypetie nie wywołują w nas żadnych uczuć. Nie lubimy dzieł popkultury tylko za to, jakie są, ale – być może przede wszystkim – za to, jak sprawiają, że się czujemy. Nie bez powodu powrót do ukochanej książki czy filmu traktujemy jak spotkanie ze starym znajomym; czujemy się przy nich dobrze, bezpiecznie. Wiemy, czego możemy się po nich spodziewać. Z kolei nowa lektura, która zdoła nas zachwycić jest jak niespodziewany romans – burzliwy, wybijający z codzienności, pozostawiający nas z radosnym bezdechem, mętlikiem w głowie i nowym spojrzeniem na świat oraz nas samych.

To od tych emocji uzależniona jest Mysz i to właśnie je sobie dawkuje, włączając kolejny odcinek serialu lub nowy film. To nimi zagłusza własne emocje – te z którymi akurat sobie nie radzi.

Bohater (20)

Gdy zabrano babcię do szpitala, Mysz w ogłupiałym stuporze wróciła do oglądania Władcy Pierścieni, którego seans przerwała zwabiona na parter sygnałem karetki. Nie wiedziałam, co robić. Nie wiedziałam, co czuję. Nie wiedziałam, co mam czuć. Zastąpiłam więc mętlik własnych emocji czymś znajomym. Wypełniłam pustkę.

Gdy jest mi smutno, gdy jestem zła, gdy życie wydaje mi się niesprawiedliwe… gdy dzieje się cokolwiek, co mnie przerasta, uciekam w świat fikcji. Fakt, że czytanie o cudzych przygodach odrywa mój umysł od problemu to jedno. Drugie i być może ważniejsze to fakt, że w tym czasie nie tylko myślę o czymś innym, ale także co innego czuję.

Zauważyłam, że gdy mam lepszy dzień, nosi mnie sprzed komputera. Pochłaniam wówczas mniej treści, bo o wiele chętniej działam. Wykonuję domowe obowiązki, udzielam się towarzysko… słowem robię, co jest do zrobienia. To są chyba te dni, gdy radzę sobie z tym, co czuję i myślę; gdy świat się kręci nieco wolniej, albo ja akurat lepiej za nim nadążam.

Ale gdy coś mnie przerasta, chowam się w swojej skorupce i włączam film albo serial. I na moment nie czuję strachu, poczucia winy, czy przemęczenia. Czuję radość z pocałunku zakochanych; czuję żal z powodu czyjejś śmierci; czuję lęk, bo coś zaraz na mnie wyskoczy z ciemnego kąta; czuję gniew na czyjąś zdradę.

Reszta świata przestaje istnieć. Czas przestaje mieć znaczenie. Istotne jest tu-i-teraz, bo tylko tak się odczuwa emocje: tu-i-teraz.

Bohater (7)

By przezwyciężyć napady paniki, była psycholog polecała mi skupiać się na chwili obecnej. „Gdzie jesteś w tej chwili? Co robisz? Co się dzieje dookoła ciebie?”. Jestem w pokoju, siedzę na krześle, przede mną jest komputer. Na dworze jest słonecznie i gorąco. Gdy się skupię, słyszę szum ulicy. Jestem głodna. Jestem zmęczona tłumaczeniem. Jestem zła na siebie, że tak wolno mi idzie.

… i tak do skutku. Aż panika nie przejdzie. Aż nie dojdę do sedna problemu.

Zagłuszanie swoich emocji na dłuższą metę nie jest zdrowe. Dlatego prędzej czy później każdy wstaje od komputera lub telewizora – czy to z własnej woli, czy to ciągnięty na siłę. Ale popkultura ma tę śmieszną właściwość, że zawsze jest filtrowana przez widza. Rzadko kiedy pochłaniamy ją zupełnie bezrefleksyjnie; rzadko kiedy nie wywiera na nas żadnego efektu. A to oznacza, że czasem trafimy na historię, która pokryje się z naszą. Szczegóły mogą się nie zgadzać, problemy mogą być inne, ale czasem emocje odczuwane podczas lektury lub seansu pokryją się z tymi, które próbowaliśmy zagłuszyć. I wówczas, czasami, if we’re lucky, doznajemy olśnienia.

To są te dzieła, które wywierają na nas trwały wpływ, które w jakiś sposób na zawsze nas zmieniają. Hopefully na lepsze.

I tak też było w przypadku Myszy i książki Halber.

Bohater (13)

Tych, którzy szukają rzetelnej recenzji „Najgorszy człowiek na świecie” muszę niestety odesłać do innych blogerów. Mysz do kwestii tego, czy książka Halber jest dobra, nie potrafi się ustosunkować. Ale dla mnie jest to książka ważna. Na tym etapie, powinno to być oczywiste – I’ve waxed poetic enough o swoich w związku z nią przemyśleniach. Ba, jest we mnie jeszcze cała masa przemyśleń związanych z tą lekturą–tych, które nie wywietrzały. Ale sądzę, że z nimi udam się na najbliższą wizytę do psychologa.

Was – i swoje wewnętrzne zahukane, roztrzęsione, niedopieszczone chucherko, które udaje, że jest poczuciem własnej wartości, a tak naprawdę jest malutkim „OJEJKU” opatulonym w foczą skórkę, jak selkie – pozostawię z taką myślą:

Lektura „Najgorszy człowiek na świecie” dała mi do myślenia. Dużo. Bardzo dużo. I sądzę, że Wam też może dać. O tym, do jakich wniosków dojdziecie, musicie jednak przekonać się sami.

Mysz w każdym razie doszła do wniosku, że nie jest najgorszym człowiekiem na ziemi.

Ba, nie jest nawet najgorszym człowiekiem w tym pokoju, a akuratnie siedzi w nim całkiem sama.

Nie jestem najgorsza.

Jestem nie najgorsza.

OJEJKU.

Bohater (12)

  • Och, Myszu. Jaki to jest dobry wpis. Ile tu jest wszystkiego. Ile tu jest Myszy. Prawdę mówiąc nie wiem, czy chcę przeczytać tę książkę, która była przyczynkiem do Twoich przemyśleń, bo była ona dla mnie raczej drugoplanowym bohaterem tej notki, ale na pewno wiem, że chcę jeszcze lepiej poznawać Mysz, bo to, co piszesz/mówisz, jest z jednej strony strasznie ciekawe jako perspektywa innej osoby, która umie opowiadać o swoim odczuwaniu, i którą to perspektywę można dzięki temu poznać; a z drugiej strony jest to tak podobne do tego, co często sama gdzieś tam sobie myślę, ale nie mam śmiałości wyrzucać, bo ‚przecież pewnie nikt tak nie ma’.

    I jeszcze bezpośrednio odniosę się do fragmentu: „Bo do tego w gruncie rzeczy sprowadza się dla Myszy popkultura: do emocji.”
    TAK. Tak bardzo #same. Odpowiadam dokładnie tak samo, jeśli np. ludzie spoza fandomu/blogosfery pytają mnie, a na cholerę ja tyle czasu poświęcam/marnuję na czytanie, oglądanie, granie i inne takie. Dany tytuł może być zły, może być dobry, pisarz mógł pisać wybitnie, reżyser mógł być partaczem, gry nie zoptymalizowali dobrze… Nieważne. Można to zauważyć, jasne, zawsze lepiej widzieć/wiedzieć więcej niż mniej. Można to pochwalić czy zganić w recenzji, pewnie, można poanalizować czy poporównać, bo to i miłe intelektualnie, i frajdę często daje. Ale na końcu i tak jesteśmy my i nasze emocje kontra dzieło. Co odkrywam np., gdy muszę wymienić zaledwie kilka filmów, dajmy na to trzy, które zrobiły na mnie w życiu największe wrażenie i które cenię najmocniej, i dziwnym trafem w każdym z nich się w jakimś sensie – emocjonalnie – odbijam.

    A na koniec mogę tylko sparafrazować: Lektura wpisu Myszy dała mi do myślenia. Dużo. Bardzo dużo. Dzięki, Myszu! :)

  • Sabina Joeck

    Myszu, dziękuje ci za ten wpis, bo przypomniałaś mi dlaczego tak bardzo polubiłam książkę Halber. Ja też mam podobny mechanizm. Jest mi smutno jak myślę o moich podstawówkowych dniach „chorobowych”, które przesiedziałam wpatrzona w filmy uniwersum Barbie – bo tam wszystko było miłe i różowe, a czasem nawet śpiewające.

  • Kudos za wyznania.

  • Łukasz Świniarski

    Myszo jestem pod wrażeniem tego tekstu, który stworzyłaś. Miałem plan uzewnętrznić się tutaj i napisać o tym co mnie boli na co dzień odnosząc się do fragmentów twojego tekstu lecz nie mam w sobie na tyle odwagi. Jest wiele spraw, które chciałem poruszyć. Twój tekst w moim mniemaniu wymagał sporej odwagi w podzieleniu się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, obawami. Cieszę się, że na co dzień masz z kim porozmawiać o swoich smutkach, problemach dnia codziennego. Taka rozmowa zapewne wiele Ci daje. Ja często nie mam z kim pogadać na żywo, więc nauczyłem się całe dnie milczeć.

  • Łukasz Świniarski

    Myszo przypomniało mi się. Jest bardzo dobry serial na Nefliksie opowiadający o zmaganiu się z depresją oraz presją otoczenia i własną dotyczącą tego by być we wszystkim najlepszym. Chodzi mi dokładnie o produkcję pt. BoJack Horseman. Polski dubbing fenomenalny! Polecam!

  • Komentowanie emocjonalnych i osobistych wpisów bardzo średnio mi wychodzi, zawsze mam wrażenie, że wykazuję się taktem i empatią chorego hipopotama. Napiszę więc ogólnie, że wpis zrobił na mnie dużo wrażenie i skłonił do przemyśleń. Oraz, że w wielu kwestach, zwłaszcza tego że popkultura=emocje, masz absolutną rację :).

  • 100% Myszy w Myszy ;)

    Mam wrażenie – zresztą jeśli pamięć nie myli, rozmawiałyśmy o tym – że gdyby więcej osób otwracie mówiło o swoich uczuciach, o wiele więcej ludzi zdałoby sobie sprawę, że nie są sami ze swoimi problemami; że nie tylko oni „tak mają”. A wydaje mi się, że poczucie izolacji – i to przekonanie, że to właśnie my jesteśmy najgorszym człowiekiem na świecie – tylko i wyłącznie pogarsza nasze kiepskie samopoczucie. Stąd cieszę się, że przynajmniej w ten sposób, uzewnętrzniając się na temat swoich problemów, mogę przynajmniej pośrednio pomóc innym poczuć się lepiej :)

    O to to! Obiektywna jakość danego dzieła może być ciekawym przyczynkiem do dyskusji, ale ostatecznie, ważniejsze dla danej osoby będzie jak subiektywnie na ten film reaguje. Każdy ma prawo odnaleźć (elementy) siebie nawet w najgorszym dziele. I w sumie uważam, że na tym polega jedyna rola widza – by szukać koneksji i elementów wspólnych z dziełem, bez względu na jego domniemaną jakość. Nawet z kiepską książką można poczuć więź, jeśli uderzy we właściwe struny. Nawet z fatalnego filmu można wynieść jakieś korzyści, itd.

  • Cała przyjemność po mojej stronie ^^
    Smutek, jak sądzę, też jest ważną emocją. Mysz z własnego doświadczenia poleca czasem – np. własnie w okresie choroby – powrót do filmów z dzieciństwa, z którymi mamy silne skojarzenia. Taka konfrontacja potrafi nas czasem doprowadzić do istotnych wniosków :)

  • *płoni się niczym piwonia*

  • Niestety BoJack Horseman to zupełnie nie mój styl animacji – w sumie odrzuca mnie od większości tzw. „dorosłych” animacji. Ale dziękuję za polecenie :)

  • Wbrew pozorom rozmowa nie zawsze jest kluczem do zrozumienia swoich problemów, choć czasem pomaga. Introspekcjonizm bywa równie ważny. Jeśli czujesz potrzebę porozmawiania z kimś na temat swoich problemów, być może warto się rozejrzeć, czy w Twojej miejscowości jest psychologa, który przyjmuje w ramach NFZ-u? Mysz chodzi do właśnie takiego lekarza, za darmo, i choć przyznaję, że trudno jest czasem trafić na kogoś z kim się dogadujemy, warto samemu zadbać o swoje zdrowie psychiczne. Pójście do psychologa to duży krok i nie każdy jest na niego gotowy, ale nie będziemy wiedzieli, czy to nam pomoże, póki nie spróbujemy. W każdym razie Mysz trzyma kciuki za poprawę samopoczucia. Wszyscy miewamy lepsze i gorsze dni i mam nadzieję, że tych lepszych będzie więcej.

  • Sądzę, że mimo problemów warto próbować mówić o swoich emocjach – komunikacja, nawet taka najeżona nieumyślnymi pomyłkami czy potknięciami, jest (zdaniem Myszy) bardzo ważna. Tak więc zachęcam hipopotama do kroczenia tą drogą – chore hipopotamy też zasługują na miłość <3

  • Łukasz Świniarski

    Chodziłem do punktu psychologicznego w ośrodku zdrowia nie w mojej gminie (bo nie chciałem chodzić do swojej gminy- psycholog przyjmuje w Urzędzie Gminy, ale godziny mi nie pasowały i był tylko 2 razy w miesiącu i nie chciałem by inni mieszkańcy wiedzieli). Znałem tą grupę psychologów oraz terapeutę z pewnego kursu zawodowego w, którym brałem wcześniej udział w ramach dofinansowania z Unii Europejskiej. Raz (na jednym z pierwszych spotkań z psychologiem w tym punkcie) usłyszałem tekst, który mnie bardzo zdziwił i zdołował. Cytuje: „Łukasz ludzie, którzy mają raka nie marudzą tak jak ty”, przez chwilę myślałem, że wyjdę i trzasnę drzwiami. Chodziłem tam do tego bezpłatnego punktu (właśnie chyba w ramach NFZ, nie musiałem nigdzie się zapisywać, wpisywać czy podpisywać czegokolwiek) i rozmawiałem z kilkoma psychologami (przez ponad pół roku), bo była rotacja i w sumie brakowało mi bardzo jednej osoby, która by mnie poprowadziła w ramach nazwijmy, to terapii. Każda osoba miała zgoła inne podejście do mnie, które raz mi pasowało a raz nie. Bardziej chyba pomogły mi rozmowy z psychologami dyżurującymi na bezpłatnej infolinii 116123 – dość trudno się tam dodzwonić ale mi bardzo pomogli. http://www.psychologia.edu.pl/kryzysy-osobiste/telefon-kryzysowy-116123.html U mnie samopoczucie wynika z autoimmunologicznej choroby, mocne huśtawki nastrojów dzięki wielu rozmowach z psychologami i najbliższymi, zamieniły się w coś na kształt uczucia stałego przygnębienia z , którym potrafię sobie poradzić – zazwyczaj. Z ekstrawertyka zamieniłem się w introwertyka, któremu zwykle nie przeszkadza bycie samemu, sam siebie najlepiej rozumiem. Co nie znaczy, że nie nie pomagam innym (rodzinie), doszedłem jednak do pewnych wniosków czasem warto być trochę egoistą i pomóc sobie, dopiero wtedy można starać się pomagać innym ale nie każdy zasługuje na moją pomoc, o czym przekonałem się dość boleśnie na przykładzie zakończenia prze ze mnie wieloletniej przyjaźni.

    Dzięki Myszo za trzymanie kciuków :D Dużo mi daje czytanie Twoich osobistych przemyśleń tu na blogu, często się z nimi identyfikuje :D

  • Łukasz Świniarski

    Ja by odreagować oglądanie BoJacka Horsemana puściłem sobie składankę najlepszych fragmentów Pingwinów z Madagaskaru, Król Julian rządzi! :D To taki mocny odstresowacz od czasem szarej rzeczywistości, że polecam każdemu w dużych dawkach ;)

  • Dziękuję w imieniu wszystkich hipopotamów <3
    Komunikacja jest ważna, ale ja się zawsze boję, że zrobię komuś przykrość. A sprawianie przykrości komuś, kto zdecydował się tak otworzyć i pokazać miękkie kawałki wydaje mi się bardzo niefajne.

  • Chciałam się odezwać pod postem o prokrastynacji, ale odkładałam i w końcu zarzuciłam, bo co mogę odkrywczego napisać poza „przeraża mnie, jak bardzo to jest o mnie”. (Ten komentarz wyślę zanim zdecyduję, że nie jest „good enough”. Ach, to robienie rzeczy zrywami, dopóki się czuje, że się potrafi, bo jak się zastanowię, to dojdę do wniosku, że nie wyjdzie, ciężko się tak żyje.) A co chciałam napisać, to jak ważne są dla mnie Twoje notki i słowa mówiące o tym, jak się czujesz. Te, które budzą od razu uczucie „ja też!”, ale nie tylko one, bo – no właśnie – wydaje się, że o pewnych rzeczach nie powinno się mówić. Te myśli, z którymi się budzimy i idziemy spać, tego się nie mówi nikomu. Więc usłyszeć od kogoś kawałek szczerego „jak się czuję”, bez kreacji literackiej, motywu („jak ktoś mówi, że komuś źle, to zawsze chodzi o pieniądze”), to jest coś rzadkiego, co mam ochotę objąć łapkami i ostrożnie obserwować, i nie profanować komentarzem na temat własnych odczuć.
    Ale nie mogę nie powiedzieć, jak bardzo podzielam odczuwanie popkultury poprzez to, jak sprawia, że się czuję. To jest dla mnie definicja fana – oglądam nie dlatego, że wszyscy oglądają albo mi zapłacili za recenzję, tylko dlatego, że to na mnie oddziałuje emocjonalnie, odnosi się w jakiś sposób do mojego życia. I fajnie jest poczytać, co w danym dziele widzą inni, ale gdy znajdę kogoś, kto w nim widzi to, co ja, kto czuje to, co ja, to to jest tak jakbyśmy mieli wspólny kawałek duszy. A to takie budujące dowiedzieć się, że ktoś inny też ma podobny lęk, pragnienie albo doświadczenie… Z drugiej strony, dołączenie do fandomu i uświadomienie sobie, że nawet tam twoje uczucia są nierozumiane, to jedno z najgorszych doświadczeń internetowych. Tak bardzo potrzebna mi możliwość, jeśli nie napisania w komentarzu, to chociaż powiedzenia do siebie „ja też!/ to ktoś inny niż ja też!”.

    (Masz rację, używanie w przypadku mówienia o sobie liczby mnogiej samo się pcha na klawiaturę.)

    Uśmiechnęłam się na koniec wpisu. Ale nie wiem, czy chcę przeczytać tę książkę.

  • Pingback: Karnawał Blogowy #32 - Bobrownia()