Zagubiony legion, czyli co nie działa w Suicide Squad.

Zgodnie z obawami fanów, najnowszy produkcja ze świata DC nie dorasta do pięt swoim komiksowym konkurentom. Nie jest też jednak całkiem tragicznie…

RECENZJA NIE ZAWIERA SPOILERÓW

Gdy tylko zdjęto embargo na recenzje Suicide Squad, Internet aż się zagotował, zarówno od pyszałkowatych I-told-you-so, jak i (w przypadku fanów DC) tzw. righteous indignation, czyli poczucia niesprawiedliwej krzywdy. Recenzje najnowszej produkcji Warnera nie były bynajmniej tak zjadliwe, jak te po premierze Batman v Superman: Dawn of Justice, ale studio które, zdaniem wielu, ledwo podniosło się po klapie letniego blockbustera – a jeśli wierzyć pogłoskom spanikowało na tyle, by z Suicide Squad stworzyć film-składak, robiony w panice i prędkozanimdotrzedonasżetobezsensu – także w tym wypadku nie bardzo ma się czym chwalić. Przynajmniej jeśli nie liczymy kolorowej warstwy wizualnej i wciśniętej kolanem świetnej ścieżki dźwiękowej, której ktoś za grosz nie umiał dobrze wykorzystać. Ot, taka kinowa wata cukrowa, która usilnie stara się zachwycić ludzi swoimi kolorkami, słodyczą i fikuśnością. Dobrze chociaż, że – w przeciwieństwie do BvS:DoJ – nie próbuje udawać ciężkiego, a przez to niestrawnego gulaszu.

Recenzenci za główną wadę filmu podają jego chaotyczną fabułę, pocięty scenariusz, kulawe dialogi i płaskie postaci… i nie bez powodu. Bo choć Mysz bawiła się na filmie wcale nieźle, ze smutkiem musi przytaknąć właściwie każdej krytyce wystosowanej pod adresem produkcji. Tak bardzo jak chciałam móc jej z otwartym sercem kibicować, tak, niestety, muszę spuścić z tonu i odszczekać wiele pochwał, które wypowiadałam pod adresem filmu po pamiętnych i naprawdę fajnie skonstruowanych trailerach (zwłaszcza tych wykorzystujących “Bohemian Rhapsody” czy “Ballroom Blitz”).

SuicideSquad (13)

Początek filmu wrzuca nas dość bezceremonialnie w środek historii, dopowiadając brakujące elementy – np. szczątkowe backstory postaci – w krótkich flashbackach, pociętych w szybkim montażu. Jest to zresztą trik, który kilkukrotnie będzie się w filmie pojawiał, z mniejszą lub większą skutecznością. Co prawda fajnie, że tego typu format nie umarł wraz z Deadpoolem, który mimo wszystko skorzystał z niego lepiej, ale problem tkwi w tym, że wiele z urywków pokazanych w tych flashbackach jest (lub wydaje się) ciekawszych niż historia, którą ostatecznie otrzymujemy. Z jednej strony chwali się twórcom filmu, że nie próbowali poświęcić cennego czasu na origin story każdej postaci. Ale skoro Snyder mógł nam pokazać po raz n-ty śmierć rodziców Bruce’a Wayne’a, myślałby kto, że także i tutaj dostaniemy odrobinę wprowadzenia.

Widać tego fragmenty – Mysz, przykładowo, była bardzo zaintrygowana okruszkami historii Dr June Moon (czyli ludzkiego wcielenia Enchantress, złowieszczej i magicznej wiedźmy) czy Harley Quinn i Jokera. Problem w tym, że film próbuje jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko. Dostajemy więc kalejdoskop scenek, które mają służyć za origin story i przedstawienie bohaterów, a jednocześnie silnie próbują się odżegnać od jakiejkolwiek konsekwentnie przedstawionej historii tego, jak nasi anty-bohaterowie stali się tym, kim są. Mysz akurat nigdy nie była członkiem obozu “mamy dosyć origin story, po co nam kolejne” – zwłaszcza w przypadku postaci, o których przeciętny kinowy widz będzie wiedział niewiele, jak Killer Croc, czy Slipknot. Niestety neonowe kolorki i montaż MTV to za mało, by stworzyć więź między widzem, a postaciami, którym ma kibicować.

SuicideSquad (29)

Zresztą trudno kibicować postaciom, które są pokazane w tak łopatologiczny sposób. Jest kilka drobnych scen, w których można wychwycić kilka niuansów ich charakterów, ale w gruncie rzeczy to zbieranina płaskich postaci, których jedynym wyróżnikiem jest to, jaką rolę spełniają: czy są comic relief, eye-candy, liderem, gościem od one-linerów, błaznem, szaleńcem, groźnym bysiem, złoczyńcą o dobrym sercu, obligatoryjnym pyskaczem, niechętnym sprzymierzeńcem, nieczułym bad-assem lub mięsem armatnim.

W gruncie rzeczy jedyny powód dla którego obdarzamy tytułowy “legion samobójców” sympatią wynika stąd, że pozostałe postaci – te które w domyśle mają nie być “złe” – są jeszcze gorszymi ludźmi, niż spuszczeni ze smyczy bad-guy’e. I choć film usilnie stara się wmówić nam, że między naszą grupą złoczyńców nawiązuje się nić przyjaźni i szacunku – w dialogach pada nawet mało subtelny toast “to honor amongst thieves” – trudno nie parsknąć śmiechem, słysząc deklaracje przyjaźni i wzajemnego wsparcia. Relacja ta zwyczajnie nie ma kiedy się rozwinąć do tego stopnia, by jakiekolwiek poświęcenie – czy to w imię wyższych idei, czy towarzyszy z grupy – było usprawiedliwione i zrozumiałe.

SUICIDE SQUAD

Mysz nie sądzi jednak, że winą za to należy obarczać aktorów. Każdy próbuje ugrać jak może i choć scenarzysta (i reżyser w jednym) w wielu miejscach skutecznie kładzie im kłody pod nogi, zdaniem Myszy większość z nich wychodzi z tego starcia obronną ręką. Największe laury, jeśli o dawaniu laurów może być mowa, należą się Willowi Smithowi i Margot Robbie. Smith świetnie odnalazł się jako Deadshot, niechybiający celu zabójca na zlecenie, który z marszu bierze na siebie rolę umownego lidera grupy złoczyńców. Być może wynika to stąd, że jest to postać, która ma najbardziej rozbudowaną backstory – zwłaszcza pod względem uderzania w emocjonalne struny, w których Smith, jako ojciec, wcale ładnie się odnajduje – ale nietrudno było Myszy poddać się charyzmie Smitha. Zwłaszcza że dowcipne uwagi i celne riposty swej postaci dostarcza z właściwym sobie wdziękiem i humorem. Z byciem bad-guy’em jest Smithowi do twarzy i sceny, w których niczym nieczuła maszyna celnie strzela do kolejnych przeciwników robią duże wrażenie.

Z kolei Robbie wychodzi obronną ręką z całkiem niewdzięcznego zadania. Mysz zgadza się z Lubym, że Harley dla wielu może być najbardziej denerwującym elementem filmu – scenariusz wyraźnie stara się tę postać przefajnować, każąc jej “dowcipnie” komentować niemal każde wydarzenie.

SuicideSquad (24)

Gorzej, że nie ma w tej postaci złożoności, o której w wywiadach wspominała Margot Robbie. Owszem, Harley jest postacią, która nawet swoich towarzyszy broni potrafi zirytować i zmusić do reakcji, ale trudno doszukiwać się w tym ech dr Harleen Quinzel – genialnej i dociekliwej pani psycholog, która lubowała się w rozgryzaniu ludzi i “naciskaniu ich guzików”. Harley Quinn wydaje się tutaj o wiele bardziej bezmyślna i Bogowie jedni raczą wiedzieć, czy jest to wina jej niewątpliwego szaleństwa, czy niekonsekwentnego prowadzenia postaci. Trzeba jednak przyznać, że urok Robbie daje o sobie znać i mimo tych wad, Harley jest jedną z fajniejszych postaci z Suicide Squad.

Przy czym dla Myszy przeważającym czynnikiem był tu związek Harley i Jokera. Choć jest to, quite famously, bardzo niezdrowa relacja – tu zarysowana w tak szczątkowy sposób, że naprawdę trudno zrozumieć, co dr Quinzel kiedykolwiek zobaczyła w Jokerze – Mysz jest pod tym względem łatwa i łyka tę całą tragic, torturous love story z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kupuję nawet nie tyle okoliczności ich relacji i to, jak bohaterowie się wobec siebie zachowują (przy czym w tym wcale nie pomaga poszatkowany scenariusz), ale drzemiące za tym emocje. Kupuję tę chemię i to chorobliwe, niezdrowe uczucie, które ich łączy. Gorzej, że nie wiem, czy łykam drugą miłosną relację, którą film próbuje nam wcisnąć. I autentycznie nie wiem, czy kupuję także samego Jokera.

SuicideSquad (23)

Wielu widzów prawdopodobnie wymieni Jareda Leto jako czołową wadę Suicide Squad, ale Mysz nie jest pewna, czy może się z nimi zgodzić. Po wyjściu z kina wciąż nie jestem pewna, czy występ ten mi się podobał, czy nie. Jest on tak oderwany od… właściwie od czegokolwiek, że trudno go jednoznacznie określić. Tak bardzo, jak znana jest nam postać Jokera – liczne przeróżne historie narodzin postaci, a także jego dalszych losów – tak wcielenie Leto właściwie trudno umieścić. To postać, która unosi się w próżni, bez większego kontekstu, jeśli nie liczyć jego związku z Harley. Być może właśnie dlatego Mysz tak się uczepiła tej relacji–bo to jedyny określnik Jokera, jego jedyna emocjonalna kotwica. Trudno kupić jego szaleństwo, gdy sprowadza się ono do śmiechu w przypadkowych momentach, niepokojącej, ale kuriozalnej mimiki i zachowań, które nie mówią nam o postaci nic, oprócz tego, że jest nieprzewidywalny.

Gorzej, że w tej swojej nieprzewidywalności (unless we’re talking about Harley), Joker wcale nie jest straszny. Jest… nijaki. A momentami jest wręcz denerwujący. Myszy trudno jest nie darzyć Leto szacunkiem – cokolwiek ludzie ostatecznie powiedzą o Jokerze, Leto to wciąż naprawdę zdolny aktor – i poniekąd widzę ile czasu Leto poświęcił, by wejść w rolę. Szkoda tylko, że cała ta praca poszła na marne i Joker miota się po ekranie w tę i we w tę, niczym pozbawiona talii karta ze smutnym klaunem niesiona porywami huraganu.

SuicideSquad (13)

Ciężko jest też powiedzieć coś o innych postaciach. Viola Davis fantastycznie gra twardą i nieporuszoną Amandę Waller, najgorszą zarazę w filmie pełnym zabójców i szaleńców, which is saying a lot. W miarę sympatycznie wypada też Joel Kinneman jako Rick Flagg – komandos zawiadujący tym płonącym burdelem na kółkach. Mysz jednak przyznaje, że u niej sympatia ta brała się głównie stąd, że Flagg przez 1/3 filmu wygląda jakby miał zatwardzenie, przez 1/3 ma minę zbitego szczeniaka, a przez resztę walczy sam ze sobą, nie mogąc podjąć decyzji, czy lepiej wywracać oczami aż dostanie zeza, robić facepalm z powodu własnej głupoty, czy po prostu się zastrzelić.

Reszta Suicide Squad… no, cóż… jest. Przewija się w tle. Czasem powie coś śmiesznego albo smutnego. Czasem zawarczy złowieszczo. Czasem groźnie łypnie okiem. A czasem da komuś w paszczę lub rzuci bumerang. Ale poza tym nie oczekujcie od nich wielkiego udziału. A szkoda, bo Mysz z dużą sympatią patrzyła na Jaia Courtneya, który po nieudanych występach w kilku wysokobudżetowych produkcjach, w Suicide Squad mógł wreszcie wykorzystać odrobinę zadziorności, z której kojarzyłam jego rolę w serialu Spartacus. Miłym, acz nieistotnym dodatkiem była też obecność Jima Parracka, znanego fanom True Blooda jako Hoyt Fortenberry, w roli tajemniczego (i zdaniem Myszy karygodnie niewykorzystanego) pomagiera Jokera.

SuicideSquad (9)

Świetnie też, zdaniem Myszy, wypada Cara Delevigne jako Enchantress – mimo niedźwiedziej przysługi, jaką wyrządził jej scenariusz i reżyser, każąc jej się ruszać jak paralityczce na dyskotece i grać niczym dwunastolatka w pierwszych szkolnych jasełkach. Tu jednak dużą rolę odgrywa design tej postaci i jej, w zasadzie nieograniczone, moce (film nigdy konkretnie nie wyjaśnia ich zakresu ani możliwość; w ogóle magia jest w tym filmie kompletnie niewytłumaczona).

Mysz byłaby o wiele bardziej ciekawa filmu o początkach Enchantress, czy chociaż większego zagłębienia się w relację między Dr June Moon, a Enchantress, z którą Moon dzieli ciało. Tak jak w scenach między Harley i Jokerem był potencjał na jakąś realistyczną relację, tak w scenach gdy Delevigne gra June widać materiał na ciekawy konflikt. Film jednak prześlizguje się po opętaniu Moon i wykorzystuje ją jako bezwolną marionetkę. W sumie, gdyby Mysz miała pokazać palcem najbardziej pretekstową postać w filmie (poza Slipknotem) byłaby to właśnie biedna June. A szkoda, bo Mysz naprawdę lubi Delevigne, a i do samej postaci poczuła iskrę zainteresowania. A tak dostaliśmy kolejną papierową wydmuszkę, której jedyną motywacją jest bycie złym. Bo tak kazał scenariusz.

SuicideSquad (3)

Zresztą umówmy się: scenariusz jest, obok montażu, największą wadą filmu. Na montaż można zwalić chaos i niezdecydowany ton filmu, który skacze między ultra-powagą BvS, a klimatami rodem z neonowego, popkulturowego kiczu, które nie powstydziłby Matthew Vaughn. Jeśli zresztą wierzyć informacjom, wynikało to z zakusów studia, które zmartwione miażdżącą krytyką Batman v Superman, postanowiło przerobić poważny-i-mhoczny film Davida Ayera na coś lżejszego i bardziej zabawnego, takiego jak teasery i trailery filmu, które tak spodobały się fanom.

Problemem jest jednak także sama historia. Nieważne jak potniemy film i ile razy będziemy próbowali wepchnąć w niego kolanem fajne, ale źle umiejscowione piosenki, jeśli historia nie trzyma się kupy, rzadko kiedy pomoże nawet najlepszy montaż. A abstrahując od poszatkowanej historii, montaż jako taki jest zupełnie w porządku – sceny akcji (zresztą bardzo fajne) ogląda się bez bólu i bez mdłości, a i za choreografią walk czy who’s-shooting-who łatwo bez problemu nadążyć. Z drugiej strony czego się spodziewać po filmie, w którym tajne rządowe organizacje mają niezaburzony obraz na wszystkie atakowane przez wroga obiekty. Pytanie tylko: kto im to, do wuja pana, kręci?!?!

SuicideSquad (18)

Kuleje natomiast sama historia, która sprowadza się do przedziwnego stój-wróć-idź-czekaj, niczym Mysz, gdy ma gorszy dzień i w wychodząc do pracy 5 razy wraca się do domu po zapomniane szpargały. Tempo, w początkowych minutach filmu wręcz nieugięte, potem zaczyna zwalniać i przyspieszać bez żadnego ładu ni składu, wywołując przede wszystkim politowanie dla głównego bad-guy‘a (którego Niecne Plany, jakże conveniently, wymagają mnóstwa czasu, tak aby bohaterowie zdołali dotrzeć na miejsce w samą porę). Głównie jednak wywołuje skojarzenia z nieumiejętnie poprowadzoną kampanią RPGa, gdzie najpierw mamy segment “zanim wyruszysz w przygodę, musisz zebrać drużynę”, a potem wszyscy rozchodzą się do domów, bo jest już późno, a jutro trzeba iść do poważnej pracy.

Potem z kolei Mysz miała wrażenie, że Mistrz Gry za szybko postawił przed graczami bossa, z którym mają walczyć, a potem cierpliwie podtykał im pod nos kolejne deus ex machin-owe rozwiązania, bo ci, zamiast zgodnie ruszyć na cel, bawią się w bezsensowne side-questy i bezcelowe kłótnie, które nic do przygody nie wnoszą–nawet rozwoju charakteru. Mysz naprawdę jest pełna podziwu, że filmowy villain zechciał poczekać, aż Suicide Squad się do niego łaskawie pofatyguje. Ba, w filmie jest nawet uroczo kuriozalna scena, w której villain walczy z całą naszą dzielną ekipą, mimo iż z łatwością mógłby ich rozbroić jednym pstryknięciem palców. Fani i krytycy mogą namiętnie porównywać adaptacje Marvela i DC, ale jeden element filmy mają wspólne – Złole wychodzą im raczej fatalnie.

SUICIDE SQUAD

Konfrontacja z villainem to zresztą nie jedyna scena, która wywołuje wywracanie oczami albo pełne konsternacji drapanie się po głowie. Także dialogi momentami szwankują i to bardzo. Są wręcz w filmie całe wymiany zdań, które wydają się zupełnie pozbawione kontekstu (że o sensie nie wspomnę). Pojawia się też jednak kilka zabawnych momentów, choć szkoda, że większość z nich zdążyliśmy już zobaczyć w trailerach.

Na Myszy seansie – pełnym blogerów i vlogerów, a więc (I’m assuming) ludzi obytych z popkulturą – był dosłownie jeden moment słyszalnego rozbawienia. I niestety wynikał on z usilnych starań tłumacza, by dodatkowo przefajnować filmowe dialogi. Nie wiem na ile specjalnie przetłumaczył on pewne zdanie na “Wyjmuję dużego” – dość że widownia była tym lapsusem bardzo rozbawiona. Szkoda tylko, że takie tłumaczenie bardziej filmowi zaszkodziło niż pomogło. I nie wynikało to wcale z tłumaczenia “obok” filmu (co ostatnio zdarza się coraz częściej), czy niezrozumienia pewnych elementów (filmowy “loaf” to nie “chleb”, jak chciał tłumacz, ale meatloaf, czyli pieczeń), ale właśnie z chęci zaimponowania, jaki to tłumacz jest fajny i czego to on nie wymyśli. Niemniej, Mysz wciąż jest ciekawa polskiej wersji językowej i jeśli wystarczy mi samozaparcia, wybiorę się na Suicide Squad z dubbingiem. Kto wie, może w tej wersji film nieco zyska?

SuicideSquad (25)

Strona dźwiękowa jest zresztą jednym z mocniejszych aspektów filmu, chociaż i tu twórcy (studio?) mocno skiepściło sprawę. Choć doborowi piosenek Mysz nic nie może zarzucić (pisnęłam z zachwytu, gdy usłyszałam “Come Baby Come” K7, bo mam słabość do tej piosenki od czasu filmu Stick It!), po seansie miałam wiele krytycznych uwag wobec tego, jak te utwory zostały wykorzystywane. Przykładowo, w pierwszych 20 minutach filmu twórcy wyprztykali się z przynajmniej połowy swojego budżetu na soundtrack, wrzucając utwory jeden po drugim, jakby pod presją czasu, nie dając im nawet szansy porządnie wybrzmieć. If I didn’t know any better, pomyślałabym, że muzyką zajęli się ci sami ludzie, którzy zmontowali filmowe trailery. Tłumaczyłoby to szybkie tempo następowania po sobie utworów.

Byłoby to jednak dziwne, bo choć wiemy, że Warner Bros. rzeczywiście wynajęło tęże firmę, by nieco zaingerowała w film Ayera nadając mu brakujące lekkości i polotu, zmontowane przez nich trailery umiejętnie wykorzystywały muzyczne beaty. A jednak w samym filmie ktoś wyraźnie zaspał podkładając utwory pod konkretne sceny – zamiast podkreślać lub puentować fajne momenty, muzyka często rozpoczyna się zbyt wcześnie (lub od niewłaściwego taktu), psując cały efekt. Myszy zdaniem, ktokolwiek zajmował się muzyką w Suicide Squad powinien iść na kurs doszkalający u ekipy Jamesa Gunna.

SuicideSquad (26)

Do zalet Mysz może dorzucić warstwę wizualną. Design postaci, zwłaszcza Enchantress, naprawdę fajnie w filmie wypada (choć wygląd Jokera wciąż jest dla mnie mocno niezrozumiały), podobnie jak widowiskowa katastrofa, z którą nasi dzielni anty-bohaterowie muszą się zmierzyć. Myszy przypadła do gustu zwłaszcza efekty mocy głównego villaina, a zwłaszcza oleisto-tęczowe, pirytowe formacje, które po sobie pozostawiała, bo były nie tylko ładne wizualnie, ale także przyjemnie komponowały się mroczno-neonową kolorystyką całego filmu.

Tych neonowych rozbłysków barw Mysz zresztą zamierza zaciekle bronić, bo bardzo jej się podobały. Nawet jeśli twórcy nieco się spieszyli i wyświetlając “pomocne” skrócone biografie swoich postaci – również w neonowych barwach – nijak nie dawali widzowi czasu na zapoznanie się z nimi. Naprawdę można było te informacje przekazać w lepszy sposób, albo, here’s a thought, kompletnie z nich zrezygnować. Podobnie wepchnięte na siłę wydają się cameo postaci znanych nam z innych filmów ze świata DC (we all know who I mean), a także scena w trakcie napisów. Widać, że twórcy próbowali przypodobać się fanom komiksów i Zamaskowanego Mściciela. Zamiast jednak zaserwować nam scenę, która autentycznie zaintryguje widzów co do kolejnych nadchodzących produkcji z DC Universe, twórcy dali nam coś, co już widzieliśmy w Comic-Conowych trailerach. Innymi słowy nie po raz pierwszy widać, że ludzie stojący za ekranizacjami DC nie mogą się zdecydować, w jakim kierunku chcą iść. Paniczne dokrętki i zmiany, wprowadzone do Suicide Squad po tragicznych recenzjach BvS są tego kolejnym przykładem. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne filmy z tej komiksowej stajni pójdą w inną stronę. All our hopes rest on Wonder Woman ;)

SuicideSquad (22)

… hm. Mysz tak patrzy na tę swoją recenzję i ku własnemu zaskoczeniu odkrywa, jak, w gruncie rzeczy, nieudanym filmem jest Suicide Squad. Jest to cokolwiek dziwne, bo w trakcie oglądania filmu jakoś tego nie odczuwałam. Owszem, głos wewnętrznego krytyka dość często się odzywał, ale jego uwagi nie zmniejszały wymiernej przyjemności, którą czerpałam z seansu. Bawiłam się na filmie dobrze, czego z pewnością nie mogłam powiedzieć o BvS.

Pytanie tylko, czy film zniesie próbę “drugiego razu” – wczoraj wybraliśmy się do IMAXa, zaproszeni na ostatnią chwilę przez kino CinemaCity, a dziś wybieramy się na film po raz drugi, wraz z  grupą Mysich Czytelników, którzy wyrazili chęć na wspólny wypad do kina. Mysz obiecuje meldować na fanpage’u, czy Suicide Squad za drugim razem również dostarcza odpowiednio dużą dawkę rozrywki, czy może jednak jest to film jednorazowy. Ale o tym, czy Wam nowy film Warner Bros. podpasuje, musicie przekonać się sami. Patrząc po konsensusie wśród krytyków, szanse są niewielkie, ale kto wie? Może to Wy właśnie będziecie jedną z tych osób, którym Suicide Squad naprawdę się podoba :)

PS. Bardziej spoilerowe omówienie filmu znajdziecie w poniedziałek w nowym odcinku podcastu Myszmasz.

  • Łukasz Świniarski

    Myszo, który z wizerunków Jokera jest Ci najbardziej bliski i dlaczego? Ten animowany, z filmów Tima Burtona a może z filmu Nolana? Czy jakiegoś złoczyńcę z komiksów, filmów Marvela i DC darzysz ogromną sympatią?

  • Trailery mi się bardzo podobały, ale im więcej czytam o tym filmie, tym bardziej się go boję i odkładam wyjście do kina. Zwłaszcza, odkąd niedawno obejrzałam w końcu “Batman vs Superman” i usłyszałam, że tutaj jest tylko niewiele lepiej. Pewnie będę to odkładać, aż zapomnę o oczekiwaniach i łatwiej będzie ten film przełknąć ;)