Należało zebrać drużynę. The Magnificent Seven po raz drugi. Albo trzeci.

Najnowsze dzieło Antoine Fuqua to średni film akcji pod przykrywką westernu. Fani gatunku mogą być zawiedzeni.

First things first, zanim przejdę do recenzji: Mysz nie widziała The Magnificent Seven z 1960 roku, ani Seven Samurai Kurosawy.

Jest to jeden z tych wstydliwych faktów, do których trudno się przyznać publicznie w obawie przez krzywdzącą oceną, byciem zakrzyczanym lub, co gorsza, zignorowanym. Jednak Mysz z biegiem lat nauczyła się doceniać takie popkulturowe „blank slates”, które może na własną rękę zapełnić. Głównie dlatego, że w dyskusjach popkulturowych często ogromną rolę odgrywa nostalgia. Ktoś może oceniać film z 1960 roku lepiej niż remake nie dlatego, że jest on obiektywnie lepszy (a pamiętajmy, że gdy film miał premierę krytycy dość zgodnie uznali go za wtórny i niedorównujący Kurosawie), ale dlatego, że oglądał go w młodości. Mysz nie ma tego problemu.

Przyznaję, że rzadko kiedy było mi po drodze z westernami. Obok kina wojennego jest to ten gatunek, do którego podchodzę z największym wahaniem. Być może dlatego, iż preferuję te nie do końca poważne, jak Maverick, The Quick and the DeadBlazing Saddles czy Back to the Future III; tych poważnych nie umiem… cóż, traktować poważnie. Zawsze czekam, aż ktoś zacznie śpiewać, bo trudno mi wytrzymać to natężenie napięcia, które zwykle pojawia się między mieżącymi się wzrokiem rewolwerowcami. A ponieważ preferuję śpiew (lub humor) nad przemoc, trudno się dziwić, że moim ulubionym westernem ostatnich lat był The Lone Ranger. I nie, nie mówię tego ironicznie.

TM7_7

Biorąc to wszystko pod uwagę, byłam poniekąd ciekawa, jakich wrażeń dostarczy mi produkcja Antoine Fuqua. Cieszyłam się, że będę mogła do niej podejść na świeżo oraz, w dalszej perspektywie, porównać film z dwójką poprzedników. Niestety, po premierowym seansie czuję, że mimo mojego wahania wobec westernów oraz braku nostalgii do oryginału, wersja z 1960 roku – lub Kurosawa – mogą bardziej przypaść mi do gustu.

Jeśli pominąć kwestię tego, czy robienie remake’u The Magnificent Seven w ogóle miało sens – a jeśli wierzyć krytykom, odpowiedź raczej brzmi „nie” – należałoby przede wszystkim spojrzeć na film, jako na dzieło niezależne. I tu zaczynają się pierwsze schody. Choć w oglądanym przez Mysz wywiadzie z Geeking Out Fuqua twierdził, że wiele jego dotychczasowych filmów to tak naprawdę westerny w przebraniu (Training Day ma dwóch policjantów w samochodzie, zamiast dwóch kowbojów na koniu), można odnieść wrażenie, że reżyser nie do końca rozumie w czym tak naprawdę tkwi, lub powinien tkwić urok historii o grupce wojowników, którzy ratują biedną wioskę przed najazdami wstrętnych bandytów.

TM7_9

Zdaniem Myszy istotnych powinno być kilka elementów:

  1. musimy zebrać drużynę – najlepiej złożoną z bohaterów o przeróżnych charakterach i umiejętnościach, ale niekoniecznie nieskazitelnej moralności;
  2. sceny ich werbunku muszą nam coś o bohaterach powiedzieć; dobrze żeby między niektórymi postaciami występowały tarcia;
  3. mile widziany jest montaż z uczenia wieśniaków metod obrony przed bandytami; dobrze żeby w tych scenach pokazać zacieśniające się więzy i to nie tylko między bohaterami, ale także między nimi a wieśniakami–do tego stopnia by widz uwierzył, że z chęcią oddadzą za siebie życie;

… dodajcie do tego brytyjski akcent i macie Robin Hood: Men in Tights.

Wszystkie te elementy u Fuqua występują (poza brytyjskim akcentem). Problem jednak w tym, że każdy z nich potraktowany jest po łebkach. Choć film pięknie ukazuje tableau Dzikiego Zachodu, w istocie jest filmem akcji w przebraniu westernu. Poza scenami strzelanin, w których trup ściele się gęsto, acz realistycznie, co jest dość odświeżające po zalewie kina superbohaterskiego, w którym bohaterowie zawsze wychodzą ze starć bez szwanku, mimo zrównania z ziemią połowy miasta, remake The Magnificent Seven wypada nadzwyczaj płasko.

TM7_2

Mimo zebrania imponującej obsady – wśród której znaleźli się naprawdę dobrzy aktorzy pokroju Denzela Washingtona, Ethana Hawke’a. Vincenta D’Onofrio czy Chrisa Pratta – Fuqua i Pizzoletto (scenarzysta, twórca True Detective) zapomnieli nadać swoim bohaterom charakteru. Wszyscy co do jednego to postaci kartonowe, a przez to przewidywalne. Mamy więc strażnika prawa o mrocznej przeszłości (Washington), wiecznie wstawionego kanciarza-śmieszka (Pratt), strzelca wyborowego który widział w życiu zbyt wiele śmierci (Hawke), mrukliwego Azjatę-assasyna rzucającego nożami (Byung-hun Lee), dowcipkującego Meksykanina który nie lubi gringos (Manuel Garcia-Rulfo), bogobojnego trapera skalpującego Indian (D’Onofrio) i drapieżnego Komancza który nie mówi po angielsku (Martin Sensmeier).

Jeśli mam być szczera, każdą z tych postaci chętnie poznałaby bliżej. Był w nich potencjał. Był czas by rozwinąć te postaci (film trwa 133 minuty!) i sprawić, by widzowi zaczęło na nich zależeć; by uwierzył w powoli rodzącą się między nimi zażyłość. Wystarczyło wyciąć kilka przedstawiających krajobrazy dłużyzn i skrócić przeładowane sceny akcji.

Mamy wszak w drużynie trapera, który poluje na czerwonoskórych oraz członka plemienia Komanczów. Wypadałoby, aby wystąpił między nimi jakiś konflikt, prawda?…. Nope. To może chociaż konflikt między dwoma Indianami po dwóch przeciwnych stronach walki dobra ze złem? Albo konflikty na linii „zabobonni farmerzy” kontra „Indianin, Azjata, Meksykanin i czarnoskóry stróż prawa”?… a gdzie tam.

TM7_3

Twórcy filmu kompletnie ignorują każdy choć trochę intrygujący motyw. Zmarnowaną postacią jest Cajuński strzelec wyborowy, grany przez Ethana Hawke’a, którego zmagania z PTSD są jedynie pobieżne zarysowane, przez co jego późniejsze change of heart właściwie nie ma szansy wybrzmieć. Z drugiej strony, twist ten naprawdę łatwo przewidzieć, nawet jeśli nie zna się oryginału – film nosi wszak tytuł The Magnificent Seven a nie „The Magnificent Six”. Zmarnowany jest bogobojny traper, którego wiara nigdy nie jest wytłumaczona. Zmarnowani są dwaj comic-reliefs (Pratt i Garcia-Rulfo), których jedyną rolą jest rzucić czerstwym dowcipem.

Irytujące jest nie tylko to, że postaci nie wchodzą ze sobą w oczywiste konflikty – nie rozwijają także nowych więzi. W przeciwieństwie do Star Trek Beyond, gdzie postaci rozdzielono i sparowano w interesujący sposób, by pozwolić im nawiązać nowe relacje, w The Magnificent Seven bohaterowie albo pozostają samotnymi wilkami, albo trwają w przyjaźniach, że tak to ujmę „wyjściowych”, takich, które scenarzysta wygodnie zawarł w ich przeszłości. Przez cały film mamy właściwie tylko jedną scenę wiarygodnej camraderie między bohaterami. Reszta to wyrwane z kontekstu scenki, które niewiele dają, jedynie sugerując, co moglibyśmy dostać, gdyby tylko scenarzysta je lepiej rozpisał, lub reżyser dał im nieco więcej czasu na ekranie. Podobnie przedstawiają się relacje bohaterów z farmerami, których bronią – do końca filmu zdaje się to co najwyżej niechętną współpracą, a nie czymś wzniosłym, co ma szansę w jakiś sposób zmienić charakter naszych bohaterów (albo w jakikolwiek sposób wpłynąć na emocje widzów).

TM7_4

Nie oznacza to jednak, że film jest źle skonstruowany. Wręcz przeciwnie – trzyma się formuły momentami aż do granic absurdu, przez co np. główny zły, grany przez Petera Sarsgaarda (aktora, który chyba ze względu na skandywsko-brzmiące nazwisko  świetnie sprawdza się jako Czarny Charakter, niczym zaginiony brat z klanu Mikkelsen) wypada jak przeciwnik z pastiszu, a nie poważnego westernu. Do kompletu brakuje mu jedynie karykaturalnego śmiechu, bo obowiązkowo-złowieszczy wąs (i bródkę) prezentuje z właściwą tylko sobie godnością. On też, imaginujcie to sobie, został przez Fuqua karygodnie zmarnowany.

Mysz ma wrażenie, że największy problem The Magnificent Seven leży w tym, że film nie przedstawia sobą niczego nowego. W czasach, gdy ekranowe westerny raczej nie mogą liczyć na wielki sukces (za wyjątkiem True Grit czy Django Unchained), musiał istnieć dobry powód, dla którego Antoine Fuqua postanowił podjąć się opowiedzenia tej historii na nowo. Jeśli jednak mam być szczera, ja tego powodu nie widzę.

352

Być może Fuqua chciał nakręcić kolejny ensemble movie o grupie legendarnych bohaterów, jak King Artur. Może znudził mu się Denzel i Hawke na tle samochodów i postanowił zmienić setting na nieco bardziej romantyczny. Być może po prostu chciał dać współczesnym widzom Siedmiu Nieco-Bardziej-Zróżnicowanych Wspaniałych. Jednak zmienienie obsady z siedmiu białych aktorów na eklektyczną zbieraninę nazwisk z różnych kręgów kulturowych, czy dodanie kobiety w fabularnie istotnej roli to trochę za mało, by poczytać ten remake za sukces. Ba, to za mało by ten remake choć trochę usprawiedliwić.

Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że poza doborem obsady film pozbawiony jest jakiegokolwiek społecznego komentarza, czy podtekstu. Co jest o tyle dziwne, że wydaje się, iż twórcy nie bez powodu zmienili postać Sarsgaarda z przypadkowego rabusia na chciwego przedsiębiorcę, który zrównuje kapitalizm z Bogiem. Jednak nawet ten motyw zostaje w filmie jedynie zarysowany, by szybko zniknąć w chmurze pyłu, przytłoczony konną szarżą i ładną, ale bezsensowną strzelaniną, która mało kogo obchodzi.

TM7_6

Czy występują jakieś redeeming qualities? Owszem, jednak jest ich zaledwie garstka. Jedna to Chris Pratt, który wyraźnie dobrze się bawił na planie – mimo że The Magnificent Seven ma bardzo mało scen, które rzeczywiście bawią – i który w kowbojskim kapeluszu tak bardzo przypomina Indianę Jonesa, że pozostaje tylko wręczyć mu bicz, dać kilka ciętych one-linerów i patrzeć, jak leci bilon.

Druga to ogólny poziom aktorstwa – przy takiej obsadzie naprawdę nie należy się spodziewać wyrobnictwa i choć postaciom zabrakło mięsa, miło było na zebraną przez Fuqua drużynę popatrzeć (chociaż nadal nie rozumiem decyzji D’Onofrio, by jego traper mówił tak dziwnym głosem).

Trzecia to muzyka śp. Jamesa Hornera, który zmarł zanim skończył komponować ścieżkę do filmu. Jego przyjaciel, kompozytor Simon Franglen, dokończył dzieła i powstała w ten sposób muzyka ładnie komponuje się z pejzażami Dzikiego Zachodu. Co prawda nie jest równie pamiętna, jak motyw z 1960 roku – uroczo zresztą wpleciony w ostatnią scenę filmu, a potem lecący w trakcie napisów – ale umiejętnie korzysta ze skojarzeń z muzyką Ennio Morricone i klasycznych westernów, by wywołać lekki powiew nostalgii.

TM7_5Na koniec parę słów o samym formacie. Mimo Mysiej sympatii do seansów w sali SKODA 4DX, The Magnificent Seven tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że aby cieszyć się tą formą rozrywki potrzeba nie tylko dużego dystansu – trzęsące fotele, szumiące wiatraki i migające dmuchawy niektórych niepotrzebnie wybijają z immersji – ale także właściwie dobranego filmu. 4DX (jak sama nazwa wskazuje), najlepiej sprawdza się jako ten dodatkowy, „czwarty wymiar”, przy filmach trójwymiarowych. Co więcej, choć kule świszczą koło uszu, a jazda konna trzęsie, trudno nie odnieść wrażenia, że format ten najlepiej nadaje się do filmów, w których jest naprawdę dużo akcji i pościgów, a nie tylko strzelania do siebie zza węgła. Stąd Mysz radzi, by do SKODA 4DX wybierać się przede wszystkim na filmy kosmiczne lub samochodowe – seanse Jupiter: Ascending czy Mad Max: Fury Road to wciąż jedne z moich fajniejszych kinowych doświadczeń ostatnich lat.

Jeśli liczyliście na to, że The Magnificent Seven będzie godnym następcą westernowej tradycji, Mysz sądzi, że się zawiedziecie. Jeśli natomiast liczyliście na przyzwoicie zrealizowany popcornowiec z kilkoma scenami akcji i niezłymi aktorami – by all means, lećcie do kina. Mysz, mimo wszystko, zostanie przy The Lone Ranger. Moje westerny mogą być głupie, ale niech przynajmniej mają bohaterów, których mogę naprawdę polubić. Wówczas rzeczywiście będę miała powód, by nazwać ich „wspaniałymi”.

Film obejrzałam w Cinema City Arkadia, w sali SKODA 4DX dzięki uprzejmości sieci kin Cinema City, za co po Mysiemu dziękuję zamaszystym ukłonem.

  • noble

    Zobaczyłam ostatnio plakat tego filmu i miałam nieuchronne skojarzenie z „Nienawistną ósemką”. A więc to to jest – „Nienawistna siódmka”? (suchar obowiązkowy)
    A tak na poważnie, zastanawiałam się, czy warto – i chyba jednak zaufam recenzjom.

  • Myślę, że przewagą „Hateful Eight” jest fakt, że film nakręcił Tarantino, tak więc mamy połączenie westernu i jego niepowtarzalnego stylu. Fuqua kręci dobre filmy, ale nie odcisnął na „The Magnificent Seven” na tyle wyraźnego piętna, by film się w jakikolwiek sposób wyróżnił.

  • Wait, what? Zrobili remake Siedmiu Wspaniałych i to tak na poważnie? A potem zdziwienie, że ludzie podchodzą do remaków jak pies do jeża, zwłaszcza jeśli są takie jak opisywany przez Ciebie film :|
    Być może kiedyś go obejrzę gdy trafi na Netflixa, ale sama mam ogromne zaległości w dobrym i uznanym materiale, który ma priorytet. Akurat zarówno film z 1960 jak i wersję Kurosawy widziałam i oba mi się bardzo podobały (na tyle się różnią, że można), ale doskonale rozumiem Cię z niemieniem takich „klasyków” zaliczonych i nie uważam, żeby był to powód do wstydu. W moim przypadku wręcz przeciwnie, obejrzałam kilka rzeczy za wcześnie i to głupich, pozbawionych wiedzy opinii wtedy wygłoszonych bardziej się teraz wstydzę.

  • „Zdaniem Myszy istotnych powinno być kilka elementów:
    1.musimy zebrać drużynę – najlepiej złożoną z bohaterów o przeróżnych charakterach i umiejętnościach, ale
    niekoniecznie nieskazitelnej moralności;
    2.sceny ich werbunku muszą nam coś o bohaterach powiedzieć; dobrze żeby między niektórymi postaciami występowały tarcia;
    3.mile widziany jest montaż z uczenia wieśniaków metod obrony przed bandytami; dobrze żeby w tych scenach
    pokazać zacieśniające się więzy i to nie tylko między bohaterami, ale także między nimi a wieśniakami–do tego stopnia by widz uwierzył, że z
    chęcią oddadzą za siebie życie;

    … dodajcie do tego brytyjski akcent i macie Robin Hood: Men in Tights.”

    albo jeden z odcinków Merlina. Merlin wygrywa tym, że uzbrojono i dopuszczono do walki także kobiety (po tym jak zrobiły awanturę, że one też chcą walczyć).
    PS. jeśli westerny ze śpiewaniem, polecam filmografię Johna Wayne’a, zwłaszcza Rio Bravo.

  • Jiima Arunsone

    Tak ściślej mówiąc, to zmień język na japoński (jeszcze wyłącz kolor) i masz Samurajów. Tam to jest zrobione Dokładnie Tak Jak Trzeba.
    (Chociaż fakt, Twi oglądało ten film, podobnie jak reszte Kurosawy w dawnych czasach młodości)