Serce rozbite, albo życiowe kintsugi.

Myszy zdarza się czasem pisać o czymś innym niż popkultura. Dziś jedna z takich osobistych notek.

Dziewięć lat temu kolega ze studiów wyciągnął mnie na karaoke do klubu rockowego. W pierwszej chwili chciałam odmówić, bo Mysz, wyobraźcie to sobie, jest raczej zwierzęciem aspołecznym i nietowarzyskim, i najchętniej zakopałaby się w swojej Mysiej norce z nosem w książce albo niedawno odkrytym serialu Supernatural. Ale byłam wówczas nieco zawiedziona swoim dotychczasowym życiem i stwierdziłam, że muszę coś z tym zrobić. Muszę otworzyć się na nowe możliwości; muszą zacząć częściej mówić “tak” (oddly enough, film Yes Man z Jimem Careyem wyszedł dopiero rok później).

W owym rockowym klubie poznałam grupę jego znajomych. Początkowo siedzieliśmy w niezręcznym milczeniu wokół stołu, wstając tylko by przynieść sobie kolejnego drinka (Mysz-abstynent jak zwykle piła colę) lub zaśpiewać karaoke. Nawet yours truly, ze swoim lękiem przed występami publicznymi spróbowała swoich sił, wykonując “Killing Me Softly” The Fugees. I jeśli jest coś, co zapamiętam na długie lata z tamtego wieczoru to jest to grupka długowłosych, nienajmłodszych-już bikersów śpiewająca mi chórki do piosenki. Nie jest to jednak jedyna rzecz, którą pamiętam z tego wieczoru.

Gdy wyszliśmy z czeluści klubu – umieszczonego w jednym z warszawskich podziemnych bunkrów – i odetchnęliśmy świeżym (a w niektórych przypadkach zadymionym) powietrzem, rozmowa wreszcie nabrała tempa. W efekcie spędziłam przemiły wieczór, dyskutując z rozmówcami głównie o stand-up comedy (ze szczególnym uwzględnieniem Robina Williamsa na Broadwayu i jego skeczu o tym, jak to Szkoci wymyślili grę w golfa). To właśnie dzięki tej rozmowie odkryłam geniusz takich programów jak Who’s Line Is It Anyway? czy QI, oraz całe mnóstwo brytyjskich komików, których z resztą ubóstwiam po dziś dzień :)

kintsugi-4

Wiedziona wstydem spuszczę zasłonę milczenia na to, jak późną nocą męska część tejże grupy odprowadzała do domu mnie i koleżankę, i jak w wyniku dziwnej dygresji zawędrowaliśmy na plac zabaw dla dzieci, gdzie wraz z koleżanką rozegrałyśmy kilka rund “kto pierwszy spadnie z równoważni”. W wersji rozbieranej. Ach, młodość durna i chmurna…

Wśród poznanej wówczas grupy było dwóch chłopaków, którzy zwrócili moją uwagę. Jeden z nich, bodaj już następnego dnia, zaprosił mnie na randkę, wydębiwszy mój numer od swego kumpla, wyżej wspomnianego Mysiego kolegi ze studiów. Poszliśmy na kawę, a potem dżentelmeńsko odprowadził mnie do domu, przez całą drogę – z buta, z Centrum na Mokotów – dyskutując ze mną o filmach, muzyce i o tym, jak cudowne jest Singin’ In The Rain.

Jednak gdy Mysz jakiś tydzień później nudziła się podczas wyjątkowo długiego szkolenia BHP i wysłała sms do dwóch spotkanych tamtego wieczoru chłopaków, ten drugi z nich odpisał jako pierwszy. Dziś już nie pamiętam skąd ani dlaczego miałam numer tego drugiego chłopaka. Otchłanie Mysiej pamięci dźwięczą echem wspomnienia, że sama poprosiłam kolegę ze studiów o jego numer. Po co? Tego echa nie podpowiadają. Ale najwyraźniej coś było na rzeczy.

kintsugi-2

Zaczęliśmy smsować i od od słowa do słowa, od żartu do żartu, nasza rozmowa zboczyła na wymyśloną naprędce kuriozalną krotochwilę, w której główną rolę odgrywał przykuty do kaloryfera Hitler i (bodajże) stepujący doktor Moreau. Mysz nie pamięta szczegółów, ale gdzieś wśród remontowych kartonów powinien być notatnik w kratkę, w którym rozmowa ta została skrzętnie zapisana. Dla potomności i chichotów losu.

Zostaliśmy przyjaciółmi. To jemu żaliłam się na swojego faceta, to z nim rozmawiałam o Żonie, studiach, rodzicach, lękach, marzeniach, imionach dla przyszłych dzieci, tym co mnie ekscytuje i denerwuje, tym co mnie smuci i martwi. Pisaliśmy do siebie długie epistoły na GaduGadu (those were the good ol’ days), oglądaliśmy wspólnie filmy i odcinki seriali (także wirtualnie, koordynując przez GG jednoczesne puszczenie klipu), chodziliśmy do kina… Gdy wyjeżdżaliśmy na wspólne wyjazdy ze znajomymi (ie. poznaną przeze mnie wówczas grupą), często kończyłam wieczór z nogami na jego kolanach, lub siedząc w jego objęciach. I jeśli pamięć nie myli, robiłam to nawet w czasach, gdy byłam z kimś innym. Konkretnie: jego przyjacielem. Niektórzy śmiali się, że jesteśmy jak stare małżeństwo. Myślę jednak, że po prostu wiedzieli to, czego my sami nie umieliśmy przyznać.

kintsugi-3

To on mnie pocieszał, gdy chłopak ze mną zerwał po roku związku. To on ze mną rozmawiał, gdy odsunęłam się od grupy, lecząc złamane serce. To on przekazywał mi plotki o naszych znajomych, w tym o nowym związku mojego byłego.

Gdy rok później pocałowaliśmy się po raz pierwszy, zrozumiałam, co to znaczy zobaczyć fajerwerki; z emocji aż brakowało mi tchu. Gdy niedługo potem zaprzepaściłam swoją szansę, byłam przekonana, że bezpowrotnie złamałam serce jednej z najbliższych mi osób. Sądziłam, że nigdy więcej go nie zobaczę. Nie mogłam sobie tego wybaczyć.

Gdy ponad rok później to on mi wybaczył, zrozumiałam, że niezbadane są ścieżki losu. Że niczym w kintsugi, pewne rzeczy są piękniejsze, właśnie dlatego, że zostały rozbite i ponownie złożone w całość.

Gdy pocałowaliśmy się po raz drugi, w dzień moich 23 urodzin, zobaczyłam nie tylko gwiazdy, ale i wszystkie galaktyki. Wróciwszy do domu popłakałam się ze szczęścia, zsuwając się po drzwiach mieszkania na podłogę niczym bohaterka komedii romantycznej, co mieszkająca ze mną Żona przyjęła z podziwu godnym spokojem i niemałym rozbawieniem. Rozumiała, dlaczego jestem taka szczęśliwa.

kintsugi-5

Dzisiaj mija 9 lat, odkąd poznałam Lubego. Pozapominałam wiele z naszych wspólnych przeżyć i przebojów, choć wciąż posiadam dokumentację wielu z nich. Czasem wracam do nich i serce mi się ściska, bo nie poznaję ludzi, którzy pisali tamte słowa, zarówno te chłodne, wykalkulowane, jak i te tchnące uczuciem. Nie poznaję tych ludzi, którzy leżąc przytuleni późnym wieczorem święcie wierzyli, że nikt nigdy nie kochał drugiego człowieka tak mocno, jak oni kochają siebie.

Tamte uczucia rozbiła codzienność – dorastanie, obowiązki, wspólne mieszkanie, standardowe górki i dołki znane każdemu związkowi. Nie jesteśmy już tamtymi ludźmi, w swoim mniemaniu idealnymi, niezniszczalnymi, bez rys i skaz. Rozbiliśmy się nawzajem, by ukształtować się na nowo. Jesteśmy wyszczerbieni, nadkruszeni, niezdarnie złożeni do kupy, sklejeni na wielkie nadzieje i słowo honoru. Musieliśmy załatać nasze złamania wyrozumiałością, cierpliwością, gestami dobrej woli, chęcią niesienia pomocy, małymi przyjemnościami, dowcipnymi uszczypliwościami, wizjami wspólnej przyszłości. To była nasza decyzja i chyba jej nie żałujemy, chociaż tak naprawdę mogę mówić tylko za siebie.

Dziewięć lat temu poznałam pewnego chłopaka, bo powiedziałam “tak” na propozycję wyjścia na karaoke.

Za rok bierzemy ślub. I myślę, że tym razem też powiem “tak”.

Kto by pomyślał, że to brzydkie, rozbite serduszko kiedyś złoży się w coś tak fajnego?

PS. Jaki z tego morał?… I don’t know if there is one. Chyba nie chodzi o to, by za wszelką cenę nie tracić nadziei. Raczej o ty, że należy być szczerym – zarówno wobec innych, jak i samego siebie. I że czasem warto chodzić na karaoke ;)

  • Majka

    Aż się wzruszyłam… <3

  • O jak ładnie! Zawsze z wielką przyjemnością czytam to, co napiszesz, ale z tego tak tryska prawdziwym szczęściem, ciepłem, miłością i przyjaźnią, że poprawiłaś mi od razu humor:)

  • Izabela Pandora Próchniak

    To bardzo piękna historia po prostu :). Skądś dobrze znam bardzo podobną, więc tym cieplej mi się na sercu zrobiło czytając.

    Powodzenia!

  • Miło dzielić tę wyjątkową okazję z innymi. Cieszę się masz dobry humorek :)

  • *podaje chusteczki*

  • Nie dziękuję na wszelki wypadek, by nie zapeszyć ;) Ale fajnie wiedzieć, że nie tylko my mieliśmy różne mniej lub bardziej wesołe przeboje na naszej wspólnej drodze :D

  • Mysza, swoją historię ujęłaś tak pięknie i bezpretensjonalnie, że czytam już kolejny raz.

    Biorąc pod uwagę Twoje wcześniejsze wpisy, gdzie pokazałaś wysokiej klasy umiejętność opisywania rzeczywistości różnego kalibru (od poważnych i refleksyjnych po zabawne i autoironiczne) – zaczynam sobie wyobrażać Twoją książkę.

  • Mysz, jak pewnie wiele osób o zapędach twórczych, niejednokrotnie myślałam nad napisaniem -jakiejś- książki. Myk w tym, że żaden pomysł nie chwycił na tyle, by coś się z tego urodziło ;) Niemniej dziękuję za przemiłe słowa – jest mi od nich ciepło i puchato ^_^

  • :)

  • Maja Córka Zegarmistrza

    <3