Nieudany eksperyment, czyli The Rocky Horror Picture Show 2016.

Najnowsza musicalowa adaptacja stacji FOX nie spełniła oczekiwań i zawiodła fanów. Ale nie wszystkich.

Są takie filmy, które nie wiadomo dlaczego odnoszą sukces i stają się kultowe.  Dla wielu takim dziełem jest The Rocky Horror Picture Show z 1975 roku, oparty na musicalu scenicznym pod tym samym tytułem. To jedno z tych dzieł, którego klimat albo się natychmiast kupuje i instynktownie kocha, albo z miejsca nienawidzi i dyskredytuje. Mysz poczytuje sobie za szczęście, że znalazła się w tej pierwszej grupie–choć przyznaję, że sympatia do TRHPS nie była wcale ani tak natychmiastowa, ani tak silna, jak można by się spodziewać.  Abstrahując nawet od jego przewrotnej tematyki, sama koncepcja spektaklu/filmu jest na tyle szalona i chaotyczna, że stawia przed widzami wysoki próg wejścia. Innymi słowy, jeśli komuś nie po drodze z subwersywnym campem i medleyem przedziwnych piosenek, może nie być w stanie przymknąć oka na pretekstową fabułą.

rhps2016-28

Niepowtarzalny oryginał z Timem Currym (1975)

Nietrudno domyślić się, że trudno będzie powtórzyć sukces dzieła, które pod wieloma względami zdefiniowało pewną epokę i nurt kulturowy. Mimo to stacja FOX, na fali popularności musicali wystawianych na żywo w telewizji (The Sound of Music Live!, Peter Pan Live!, Grease Live! The Wiz Live!) postanowiła połasić się na ten ciężki do zgryzienia orzech. Niestety, zdaniem wielu, połamali na nim zęby. Nie tylko nie udało im się dorównać niedoścignionemu oryginałowi, ale nawet zbliżyć się do poziomu wystawionego uprzednio – i nie bez powodu szalenie chwalonego – Grease Live!. Mysz jednak w ocenie nowej adaptacji nieco odstaje od reszty krytyków.

Przyznaję, że czerpałam z oglądania The Rocky Horror Picture Show: Let’s do the Time Warp Again wiele frajdy, nie oznacza to jednak, że podchodzę do tej adaptacji całkiem bezkrytycznie. Jedną z jego największych wad jest brak zdecydowania ze strony twórców. Z jednej strony postanowili wyłamać się z dotychczasowej tradycji, by wystawić spektakl liveTRHPS2016 został nagrany wcześniej, a aktorzy zamiast na żywo śpiewali z playbacku. Tym samym na własne życzenie pozbawili się niepowtarzalnej, frenetycznej energii wynikającej z presji czasu, lęku przed pomyłkami i żywiołowych reakcji publiczności.

rhps2016-36

Z drugiej jednak strony do musicalu – zaaranżowanego jako nocny seans filmowy, wyświetlany w starym kinie – wprowadzono przebitki na reakcje publiczności. Nie jest to jednak, tak jak to było w przypadku Grease Live! publiczność zgromadzona w studiu, ale aktorzy grający role widzów. Jest to oczywiste i całkiem urocze nawiązanie do tradycji midnight showing’s, podczas których od lat wystawia się TRHPS, czemu zazwyczaj towarzyszy narosły z biegiem lat rytuał, polegający na wykrzykiwaniu w stronę ekranu konkretnych formułek czy używania odpowiednich rekwizytów (ryż sypany podczas sceny ślubu, gazeta na głowę podczas deszczu, itd.). Taka szkatułkowa formuła jest interesującym zabiegiem, ale jedynie uwypukla sztuczność całego przedsięwzięcia. Co więcej wprowadza niepotrzebne zamieszanie dla nowych widzów, którzy mogli zasiąść do seansu TRHPS2016 nie znając oryginału, ani jego fanowskiej otoczki.

rhps2016-34

Braki w energii, a konkretnej jej nierówny poziom,  również stanowią jedną z wad współczesnej adaptacji. Mysz nie pokłada tu co prawda całej winny w Kennym Ortedze, który zasiadł na stołku reżysera, bo oryginalny TRHPS również przeplata żywiołowe, spektakularne utwory ze spokojniejszymi (by nie powiedzieć momentami nudnymi) balladami. Szkoda jednak, że Ortega nie był w stanie dostrzec, jak bardzo niektóre sekwencje się dłużą, i odpowiednio je pociąć. Natomiast Mysz bez wahania obarcza Ortegę winą za choreografia TRHPS2016. Choć jest kilka układów, które robią wrażenie – tancerze zgromadzeni na podłodze wokół stóp Magenty w „Time Warp”, czy interesujące wykorzystanie łóżka w „Touch-a, Touch-a, Touch-a, Touch Me” – cała reszta wydaje się dość przypadkowa, niedopracowana, a momentami wręcz leniwa. Po Ortedze, którego Newsies czy High School Musical wciąż po dziś dzień oglądam z przyjemnością, spodziewałam się więcej.

rhps2016-22

Podsumowując, fakt, że musical nagrano jako film stwarza niekorzystny paradoks: wszystko wygląda na zbyt dopracowane, a jednocześnie irytująco przaśne. Część uroku TRHPS wynika z jego przesterowania i sztuczności, które wymagają od widza przymknięcia oka na kartonowe dekoracje i kiepskie efekty specjalne. Jednak w momencie gdy całość TRHPS2016 sprawia wrażenie kiczowatego, ale precyzyjne zaaranżowanego pokazu high fashion, trudno zignorować wyraźne niedociągnięcia.

Przykładowo, spektaklowi wystawianemu na żywo Mysz mogłaby wybaczyć ograniczoną choreografię; filmowi, który ma czas i możliwość dokładnie wszystko rozplanować, zaaranżować i nagrać (multiple takes!) – już nie. Innym przykładem tego jest fakt, że lipsyncing aktorów czasem nie zgrywa się z dźwiękiem. No sorry, ale albo robimy wielki, spektakularny, wystawny show, dopracowany do najmniejszego szczegółu, albo idziemy na żywioł, spontaniczność i nieuniknione, ale urocze w swej nieporadności niedociągnięcia. You can’t have it both ways.

rhps2016-12

Widać, że TRHPS2016 miał znacznie większy budżet niż oryginalny film i pod pewnymi względami wyszło mu to na dobre. Wrażenie robi zamek Frank-N-Furtera dublujący jako zaniedbane kino; ucztą dla oka jest także sekwencja finałowa, skapująca od złota i production value. Warto też zwrócić uwagę na kostiumy, przy czym akurat Mysz jest fanką tego co zrobił William Ivey Long i była zachwycona ilością cekinów, kolorów, krojów, stylów i fasonów.

Jednak bujna warstwa wizualna nie wystarczy. TRHPS polega przede wszystkim na aktorach, którzy sprawiają, że nie można oderwać oczu od ich postaci. Istnieje cienka granica między występem rozmyślnie przesadzonym, a zwyczajnie złym. W przypadku TRHPS2016 niestety nie wszystkim udało się na niej balansować.

rhps2016-41

W Myszy osobistym odczuciu w nowej wersji sprawdziło się całkiem sporo decyzji castingowych. Sympatycznie wypadła Ivy Levan jako usherette – zblazowana pracownica kina, oprowadzająca nas po przybytku X Muzy w początkowej sekwencji. Swoją drogą był to chyba jedyny nowy element w stosunku do filmu (choć nie wersji scenicznej) i Mysz z ręką na sercu przyznaje, że był to jeden z jej ulubionych momentów. W sumie na takim homage dla spuścizny kultowego oryginału w zupełności by mi wystarczył i bez namysłu wycięłabym wstawki z publicznością zgromadzonej na kinowej sali. Myszy faworytką była także Annaleigh Ashford (Masters of Sex) i to bynajmniej nie dlatego, że swego czasu Columbia była moim go-to przebraniem*. Ashford pop prostu idealnie zagrała tę na poły niewinną, na poły sardoniczną postać, pokazując chyba najwięcej życia i energii z całej obsady, że o uroczo niebieskim języku nie wspomnę.

*Mysz zawsze ma pod ręką mysie uszy, flanelową piżamę i rude włosy ;)

rhps2016-7

Zupełnie poprawnie, jeśli troszkę płasko, wypadła Victoria Justice (Victorious). Niemniej należy zwrócić uwagę, że rolą Janet – nawet jeśli nieco uładzoną na potrzeby telewizji w stosunku do oryginału – Justice wyrwała się z imidżu niewinnej gwiazdki Disneya, który jej przypisano. Z tegoż samego imidżu o wiele sprawniej wyrwał się Ryan McCartan (Liv & Maddie), również gwiazdor ze stajni Disneya. Mysz wcześniej nie miała z tym aktorem do czynienia i była sceptycznie nastawiona do jego castingu, ale teraz jestem gotowa odszczekać swoje wątpliwości. W roli Brada McCartan był fantastyczny, zarówno na początku, w wersji ugrzecznionej, jak i później, w wyuzdanej finałowej stylizacji. Mysz tutaj bezwstydnie powtórzy to, co konsekwentnie mówi od kilku lat: więcej przystojnych mężczyzn powinno występować w makijażu. McCartan na szpilkach, błyszczący się od złotego brokatu, to na pewno widok do którego wielokrotnie będę wracać z niemałą przyjemnością #sorrynotsorry

rhps2016-6

Swoją drogą jestem pełna podziwu, że FOX zdołał ugrzecznić TRHPS2016 jednocześnie nie pozbawiając spektaklu wszystkich seksualnych podtekstów. Owszem, wiele rzeczy jest tu pokazanych bardziej subtelnie, ale jednocześnie inne elementy we współczesnej wersji wypadają wyraźniej niż w oryginale. Dla Myszy takim elementem był np. fakt, że w TRHPS2016 postać Brada wydaje się o wiele niechętniej opuszczać zamek Frank-N-Furtera niż miało to miejsce w oryginale. Być może za dużo w to wczytuję, ale nietrudno doszukiwać się tu korelacji wobec współczesnej młodzieży, która o wiele swobodnej traktuje temat własnej seksualności. W każdym razie miło było zobaczyć, że młodzi aktorzy Disneya nie boją się wyjść z grzecznych ram i pokazać nieco pazura – nie tylko dlatego, że chcą widza zaszokować, ale dlatego, że wydają się autentycznie dobrze czuć w swojej skórze, nie ważne czy akurat mają na sobie garnitur, jedwabną halkę, czy złoty gorset i szpilki.

rhps2016-19

Z reprezentantów płci przystojnej mieliśmy także Staza Naira (Game of Thrones), prezentującego imponującą fizjonomię, jako Rocky. Szkoda jednak, że aktor nie umiał z tejże fizjonomii w pełni wykorzystać. W scenach śpiewu oraz finałowym tańcu bardzo się Myszy podobał, ale udawanie nieporadnego chodu Rocky’ego, z jego sztywnymi, robotycznymi ruchami moim zdaniem przekraczało granicę sztuczności, którą nawet TRHPS2016 był w stanie znieść. Fenomenalnie za to wypadł Reeve Carney (Penny Dreadful) jako Riff Raff, bezbłędnie naśladując to, co z rolą oryginalnie zrobił Richard O’Brien. Mysz normalnie miałaby duże obiekcje przed tak bezpardonowym kopiowaniem występu innego aktora, ale w tym wypadku uważam, że Riff Raff może być grany tylko w bardzo konkretny sposób i cieszę się, że Carney nie postanowił tu za wiele zmieniać.

rhps2016-40

Rola dr. Scotta przypadła w udziale Benowi Vereenowi, weteranowi Broadwayowskiej sceny. Trudno jednak wiele o tym występie powiedzieć – let’s be honest, rola dr. Scotta jest w spektaklu dość ograniczona. Ciekawie natomiast wypadł Adam Lambert jako Eddie wcielając się w postać, którą w oryginale zagrał inny znany wokalista, Meatloaf. Lambert w czarnych bokobrodach stwarzał całkiem wiarygodnego rock’n’rollowca – jakby nie było, to urodzony showman – ale trudno mi się oprzeć wrażeniu, że piosenkarz o wiele lepiej odnalazłby się w roli Frank-N-Furtera.

rhps2016-38

To dochodzimy niestety do bardziej nietrafionych decyzji obsadowych. Mimo całej sympatii do Laverne Cox (Orange Is The New Black) i nowej warstwy subwersji, którą jej obsadzenie wprowadziło do i tak już odważnego spektaklu, muszę przyznać, że nie był to występ za którym mogę się w 100% opowiedzieć. Cox w scenach śpiewu i tańca wypadała sztywno i nienaturalnie, o wiele lepiej bawiąc się rolą w dialogach i interakcjach z innymi postaciami. Co prawda jej akcent oscylował między południową damą w typie Scarlett O’Hary, a wyraźnym naśladownictwem Tima Curry’ego, ale niepodważalny magnetyzm Cox nie raz zdołał Myszę ująć i rozbawić.

Kontrowersje związane z obsadzeniem transgenderowej aktorki w roli transwestyty, standardowo granej przez mężczyznę, w niewielkim stopniu wpłynęły na Myszy ocenę. Zdaniem niektórych recenzentów taki casting odbiera filmowi element szoku, dla mnie jest on jednak mniej istotny. Chociażby z tego powodu, że seksualne przebudzenie Brada i Janet jest przewrotne i realistyczne, niezależnie od tego, czy przeżywają je z kobietą czy mężczyzną.

rhps2016-26

Owszem, mamy tu do czynienia z całą kwestia zrównywania transwestytyzmu z transgenderyzeem – współcześnie należałoby się tego wystrzegać, bo nie są to zbliżone zjawiska – ale skoro Cox czuła się komfortowo w tej roli, nie Myszy oceniać słuszność jej decyzji. Mogę jedynie ocenić, jak wypadła w danej roli. A niestety, mimo niezaprzeczalnego talentu aktorskiego, w roli Frank-N-Furtera Cox po prostu… stopiła się z tłem. A tego Frank-N-Furter nigdy nie powinien robić. Ostatecznie pojawienie się Frank-N-Furtera w TRHPS2016 przymula cały spektakl, zamiast go ożywić i winą należy tu obarczyć Cox. Mysz może jedynie żałować, że Adam Lambert, któremu tę rolę zaproponowano w pierwszej kolejności, postanowił odmówić. Sądzę, że byłby w tej roli fantastyczny.

Decyzje nietrafione zamyka Christina Milian jako Magenta. Mysz nigdy nie przepadała za tą wredną, dwulicową postacią. Jej brat, Riff Raff, miał tę zaletę, że reprezentował dead-pan delivery, które Mysz bardzo lubi, natomiast Magenta jest po prostu szalona. Jednak, parafrazując poetę, „w tym szaleństwie musi być metoda”, a Milian jej nigdzie nie było – jej występ był chaotyczny, irytujący i przeszarżowany. A gdy coś w TRHPS jest przeszarżowane, to wiesz, że coś się dzieje ;)

rhps2016-16

Problem TRHPS2016 tkwi także w tym, że połączenie dobrych występów z nierównym tempem prowadzenia narracji i inherentnym rozgardiaszem, który stanowi clu spektaklu, prowadzi do tego, że wszyscy aktorzy operują na innym poziomie energii. Nie ma równomiernie rozłożonego napięcia związanego z obawą przed występem live, gdzie każdy chce dobrze wypaść. Tutaj widzimy, że choć aktorzy świetnie się bawią – zresztą właśnie ta frajda zdołała Myszę kupić i zapewnić jej rozrywkę – nie zależy im aż tak bardzo, by każdy gest, minę, ruch i dźwięk odegrać perfekcyjnie. „Bo zawsze można zrobić kolejne ujęcie”. Pozbawienie TRHPS2016 napięcia i ryzyka był wyraźnym strzałem w stopę. Dobrze chociaż, że wokalnie i muzycznie spektakl wciąż daje radę.

rhps2016-3

Trzymając się co do joty kultowego filmu z Timem Currym, twórcy TRHPS2016 narazili się na nieuchronne porównania z oryginałem i to z niekorzyścią dla swojej współczesnej wersji. Owszem, obecność Tima Curry’ego w roli Narratora/Kryminologa wielu widzom nieco przytępiła ból zawodu, ale sam Curry to za mało. Fani klasycznego musicalu i filmu mają pełne prawo kręcić nosem na tę nową adaptacje. Mysz jest jednak przede wszystkim ciekawa reakcji nowego pokolenia – tego, które nie zna oryginału. Czy są oni w stanie kupić ten pozornie niekontrolowany, bezsensowny, kiczowaty chaos? Czy wywołuj on taki sam szok i żywiołowe reakcje, jak swego czasu wywoływał oryginał–czy może nowe pokolenie nie takie rzeczy już widziało, i nic nie jest go już w stanie zaskoczyć? Czy są dzieła, których sukces jest rzeczywiście niepowtarzalny?

Szkoda, że tym razem zabrakło iskry, która tchnęłaby życie w ten glam-rockowy, niepowtarzalny, kapiący od campu i brokatu twór. I tak jak Rocky nie był do końca udanym eksperymentem Frank-N-Furtera, tak The Rocky Horror Picture Show: Let’s Do The Time Warp Again nie jest do końca udanym musicalem. Miło na niego popatrzeć, ale ciężko oczekiwać, by ktoś chciał z nim spędzić więcej niż jedną noc. Nawet jeśli, tak jak w przypadku Myszy, była ona całkiem rozrywkowa ;)

rhps2016-2

  • zofronija

    Myszo, a widziałaś Cox jako Deathy w ,,Grandma”? Maleńka rólka, ale śliczna. (Ogólni film bardzo udany. I imię ,,Deathy” jest wyjątkowo czarujące. ;) ).

  • Nie miałam jeszcze przyjemności obejrzeć, ale czeka na wolniejszy moment :)

  • i_am_keyser_soze

    Przypełzłem tu od Ichaboda żeby ucieszyć się, że ktoś jeszcze podziela moje zdanie o Cox i decyzji Lamberta, której nie mogę odżałować, bo wiem że dałby radę, wystarczy zobaczyć jak potrafi zagrać śpiewając Killer Queen, albo niektóre swoje kawałki jak Fever.

  • Mysz w ogóle jest wielką fanką możliwości Lamberta i tak jak latami twierdziłam, że Freddie Mercury jest niezastąpiony, Lambert w występach z Queen sprawdza się świetnie, jednocześnie będąc w 100% sobą i składając piękny hołd Freddiemu :)
    „Fever” bardzo lubię, ale najbardziej zawsze rozwala mnie „Soaked”.

  • i_am_keyser_soze

    Byłem na jego koncertach z Queen i na solowym i jestem fanem. Przekonał mnie w 100%. Lubię jego płyty, szczególnie ostatnią, ale na żywo to jest dopiero uczta. Lambert to artysta totalny, liczy się wszystko od mimiki do tego, że w zasadzie praktycznie nigdy nie śpiewa tego samego kawałka tak samo. Jego głos na żywo! Nagrania tego nie oddają IMO.

  • Bardzo zazdroszczę możliwości zobaczenia i posłuchania Adama na żywo – mnie jednak nieco zatchnęła cena biletów zarówno na jego koncerty solowe, jak i te z Queen. Nie słuchałam też jeszcze nowego albumu (choć Ghost Town, puszczane w kółko w radiu bardzo szybko mi się przejadło), ale na pewno dam mu szansę :)

  • i_am_keyser_soze

    Bardzo polecam, gdybyś miała akurat możliwość i środki (wiem jak jest, czasem kultura musi ustąpić), bo mogę zagwarantować, że nie będziesz żałowała wyjścia na koncert. A płyta jak każda jego, różnorodna i momentami bardzo zaskakująca.

  • Teraz jestem w nieco lepszej sytuacji finansowej, więc mam nadzieję, że gdy następnym razem Adam przyjedzie do Polski, będę mogła przeżywać zachwyty na żywo :)