Po piórach go poznacie. Recenzja “Fantastic Beasts and Where To Find Them”

Najnowszy film ze świata J. K. Rowling to zarówno rozrywkowa, samodzielna historia, jak i sympatyczny dodatek do spuścizny Pottera.

Mysz na wstępnie pragnie zaznaczyć, że choć uważa się za fankę świata stworzonego przez J. K. Rowling, od lat obserwowała u siebie powolny, ale stały spadek uczuć wobec znanych i lubianych bohaterów. Czynny wpływ miały na to kolejne filmy, które mimo posiadania wielu fanów oraz, jeśli wierzyć opiniom, prezentowania coraz wyższego poziomu, z biegiem czasu zaczęły Mysz po prostu nudzić. Z tym większym wahaniem podchodziłam do premiery najnowszego filmu z Potterowej “stajni”, tym bardziej, że za jego reżyserię znów miał odpowiadać David Yates – twórca, którego wkład najmniej mi odpowiadał ze wszystkich reżyserów, którzy do tej pory maczali palce w magicznym kociołku. Ale z tym większą przyjemnością mogę niniejszym całe swoje wahanie odszczekać – a nawet odmiauczeć – a Was zapewnić, że Fantastic Beasts and Where To Find Them to kawał szalenie sympatycznego, porządnie zrealizowanego kina. To coś więcej niż wyrachowany skok na kasę, albo sztuczna próba podtrzymania magii. Tutaj ta magia jest autentyczna.

CZĘŚĆ BEZSPOILEROWA

fantastic-beasts-3

Choć dopiero jeden z przedostatnich trailerów do filmu zdołał wywołać we mnie jakiekolwiek zainteresowanie – czy wręcz lekkie uczucie oczekiwania i ciepła, wyczuwalnego pod serduchem – od początku pokładałam w filmie jedną, niezachwianą nadzieję. Wiedziałam, że Eddie Redmayne będzie świetnym Newtem Scamanderem. Ten brytyjski aktor – znany przede wszystkim w ostatnich latach z nagradzanych ról w głośnych, acz trudnych filmach – Myszy kojarzy się przede wszystkim z nieśmiałym, lekko zafrasowanym chuchrem, które pamiętam z takich filmów jak Powder Blue czy The Yellow Handkerchief.

Mam zresztą wrażenie, że jest to inherentna cecha Redmayne’a, który w wywiadach prezentuje ogromną ilość uroku, ale także ujmującej niezręczności i wdzięku patyczaka, tańczącego kankana. Jako aktorowi trudno mu zarzucić brak wszechstronności, ale z jakiegoś powodu wyjątkowo dobrze pasuje do ról odrobinę chaotycznych, nieskoordynowanych outsiderów, rozczulających w swym nieogarstwie i spojrzeniu nieśmiałego szczeniaka. Casting Redmayne’a w tej konkretnej roli wydaje się tym bardziej trafny – nikt chyba nie mógł lepiej wcielić się w najbardziej znanego badacza magicznych stworzeń, tyleż zakochanego w swoich pupilach, co wycofanego ze świata ludzimagów.

fantastic-beasts-15

Fani Pottera z pewnością kojarzą książkę “Fantastic Beasts and Where To Find Them”, wydaną niejako jako dodatek do siedmioksiągu (wraz z “Quidditch Through the Ages) i swoisty smaczek. Książka, a raczej książeczka, bo jej objętość jest wybitnie licha, wydana jest jak bestiariusz, czy też podręcznik do nauki opieki nad magicznymi stworzeniami. Mała Mysz, wówczas w pełni zanurzona w Potterowym świecie, z lubością i wypiekami na twarzy czytała wszelkie opisy magicznych stworzeń, których Harry i Spółka nigdy nie mieli okazji poznać. Tego typu poszerzanie świata do dziś jest jednym z moich ulubionych aspektów światów fantasy, więc w sumie sama dziwię się swojemu wahaniu na wieść o planowanej ekranizacji książki–czy też adaptacji, bo umówmy się: nie bardzo było co ekranizować.

Tu należy się druga pochwała dla filmu. Mysz mogła kokieteryjnie deklarować, że Redmayne byłby w stanie udźwignąć na swoich barkach nieważne jak byle-jaki film, ale choć aktor jest w moim odczuciu szalenie utalentowany i pociągający (seriously, he’s so pretty, I want to cry), jego uroda i talent could only get the movie so far. Wiele zależało od scenariusza i w tym wypadku Mysz powinna wystosować list pochwalny pod adresem Rowling, który świetnie sprawdziła się jako debiutująca scenarzystka. W Fantastic Beasts mamy historię, która sprawnie łączy wiele wątków, znajdując między nimi satysfakcjonującą równowagę.

fantastic-beasts-14

U podstaw wszystkiego drzemie wątek polityczno-społeczny, związany z postacią Grindewalda (znaną fanom Potter-świata) – wielkiego maga, mającego niecne plany związane z wy-outowaniem magów z przysłowiowej szafy i objęciem należnego im miejsca nad ludźmi, przed którymi do tej pory się ukrywali. W opozycji do poglądów Grindewalda, mamy New Salem Philanthropic Society (lub Second Salemers) – “stowarzyszenie” nawiedzionych fanatyków, którzy wierzą w istnienie wiedźm i czarodziejów, i chcą zrobić co w ich mocy, by ich zidentyfikować i zaszczuć.

Mamy wątek naszego głównego bohatera, Newta Scamandera, badacza magicznych stworzeń, który przyjeżdża z Wielkiej Brytanii do U.S.A. i natychmiast wpakowuje się w kłopoty – zarówno ze względu na walizkę stworzonek, które wszędzie ze sobą wozi, jak i różnice kulturowe między społeczeństwami brytyjskich a amerykańskich magów. W tychże przygodach towarzyszą mu siostry-czarownice Porpentina (Tina, zwana Teenie) oraz Queenie, oraz mugol/no-maj Jacob Kowalski – będący swojskim akcentem dla polskiego widza pracownik fabryki konserw, który marzy o otworzeniu własnej piekarni.

fantastic-beasts-4

Jest też wątek kontrastujący z ww. elementami społecznego komentarza ujętymi w ramy magicznej społeczności, czy akcentami humorystycznymi, zapewnianymi przez nieco awanturnicze perypetie Newta w pogoni za kolejnymi stworzeniami, uparcie uciekającymi z walizki. Jest to wątek strasznej i niepokojącej istoty, zagrażającej mieszkańcom Nowego Jorku, wprowadzający do filmu niemal thrillerowo-horrową aurę. Myszy mocno kojarzyła się ona z klimatem Prisoner of Azkaban (mojego ulubionego filmowego Pottera) i dlatego wymieniam ją jako zaletę filmu.

Fakt, że w Fantastic Beasts wszystkie te wątki, akcenty i tony – raz poważne, raz wesołe, raz straszne, innym razem naprawdę wzruszające – są nie tylko dobrze rozpisane, tak że mają czas odpowiednio wybrzmieć, ale także umiejętnie się wzajem przeplatają, świadczy o tym, że Rowling naprawdę nie bez powodu osiągnęła sukces jako pisarka. Owszem, tak jak w książkach o Potterze, także i tu są szczegóły do których możnaby się przyczepić, czy to w rozplanowaniu twistów, czy wytłumaczenia (i logiki) pewnych zjawisk, ale są to drobnostki, które w Myszy odczuciu nijak nie psują autentycznej frajdy, którą można wynieść z seansu.

fantastic-beasts-24

Sama rozrywka, jak powiedzieliby niektórzy, to jednak za mało, tym lepiej więc, że w Fantastic Beasts mamy do czynienia z czymś więcej. Po pierwsze: konstrukcja postaci. Jak słusznie zauważył artykuł w The Guardian, obecnie mamy modę na filmy superbohaterskie, których bohaterowie to w dużej mierze napakowani milionerzy z żurnalową urodą. I jasne, Eddie Redmayne był modelem i dla niektórych jest ucieleśnieniem piękna, ale trudno nazwać Newta typowym bohaterem. To chuderlawy, troszkę opryskliwy Brytyjczyk, a zamiast ponętnego eye-candy płci żeńskiej i równie napakowanego sidekicka, sypiącego z rękawa one-linerami, towarzyszą mu dwie nieco pechowe, ale sympatyczne siostry, oraz równie pechowy i ujmujący “przeciętny Kowalski”. To jednak jest właśnie w filmie cudowne. Fantastic Beasts pokazuje nam inny rodzaj bohatera niż większość obecnych blockbusterów.

Dla Myszy cudowne jest także to, że mimo sympatii do Newta/Eddiego, że pod koniec filmu to właśnie do postaci Jacoba Kowalskiego przywiązałam najbardziej i to jego wątek uważam za najfajniejszy. Duża w tym zasługa Dana Foglera (Fanboys), który świetnie odnalazł się w roli oczarowanego (#badpun #sorrynotsorry) magicznym światem zwyczajnego człowieka. W gruncie rzeczy wpisanie “normalnego” człowieka w świat magii to prosty zabieg, by widz/czytelnik automatycznie się z nim identyfikował – zwłaszcza gdy wspólnie z nim dopiero poznaje ten świat (mimo wszystko inny od znanego nam, brytyjskiego świata magii) – ale tym większe pochwały należą się Foglerowi, który natchnął tę postać niewymuszonym urokiem i prawdziwym sercem.

fantastic-beasts-13

Tak jak Foglera Mysz kojarzyła z innych ról, tak obie aktorki grające magiczne siostry Goldstein były Myszy obce, choć nie należą do debiutantek. Katherine Waterson (Inherent Vice) wciela się w Tinę vel Teenie – nieco buńczuczną, a jednocześnie stłamszoną aurorkę, która niechcący wmiesza Newta w sam środek politycznych przepychanek między Nowojorskimi magami i narastające napięcia między normalnymi a czarodziejskimi obywatelami miasta. Z kolei Queenie, bardziej rozkojarzoną i rozmarzoną z sióstr, gra Alison Sudol, której Mysz w ogóle nie kojarzyła… póki nie sprawdziła na Wikipedii, że aktorka jest też wokalistką znaną jako A Fine Frenzy (możecie przede wszystkim kojarzyć jej utwór “Almost Lover”). Przy czym najbardziej ujmującą cechą Queenie nie jest wcale jej uroda, a jej optymizm i serce–tak wielkie, że z łatwością przyćmiewa jej urodę.

Fakt, że obie panie są nieco mniej znane w Myszy wypadku sprawił, że nie musiała się niejako “otrząsać” z ich poprzednich ról; przyjęła siostry Goldstein at face value, natychmiast pałając do obu silną sympatią. Szalenie podobają mi się różnice między siostrami – zarówno te wyraźne, fizyczne, jak i charakterologiczne – ale także to, że mimo tych różnic bez problemu wierzymy, że jest między nimi prawdziwa, kochająca relacja i zrozumienie. Duża w tym zasługa chemii między aktorkami, a także ich relacji z dwójką panów, z którymi rozbijają się po mieście. W gruncie rzeczy relacja całej czwórki – między siostrami, mężczyznami do których ich ciągnie, czy oboma panami, zetkniętymi w nietypowych okolicznościach – jest fantastycznie pokazana i nietrudno uwierzyć, że nawiązała się między nimi prawdziwa przyjaźń. Mysz przyznaje, że pod koniec filmu autentycznie wycierała łzy z pyszczka (I can’t help it – when Eddie cries, I cry!). Bardzo się zżyłam z tymi bohaterami i z przyjemnością jeszcze kiedyś poobserwuję ich perypetie.

fantastic-beasts-20

Oprócz naszej głównej czwórki, największą rolę w filmie odgrywa Colin Farrell, który wciela się w Percivala Gravesa – wysokiego rangą aurora z MACUSY (amerykańskiego odpowiednika Ministerstwa Magii), który zdaje się, jak to mówi angielskie porzekadło, have his fingers in many pies. Od początku jesteśmy w stanie wyczuć, że z panem Gravesem jest coś nie tak, ale film do samego końca nie zdradza na czym w istocie polega jego rola i jakie są szczegóły jego planu. Są przesłanki, by się tego domyślić (więcej o tym w części spoilerowej), ale dla wielu widzów będzie to niespodziewany twist. Pytanie tylko: na ile potrzebny? I na ile rzeczywiście sugerujący dalszy rozwój fabuły?

Tak po prawdzie Mysz była nieco zdziwiona tym, jak bardzo niedookreślone jest otwarte zakończenie filmu. W momencie w którym kończymy fabuła może iść właściwie w dowolnym kierunku, ale Fantastic Beasts nie daje nam konkretnych przesłanek, by gdybać, co będzie dalej. Owszem, kolejne newsy od Rowling, Yatesa i Warner Bros. karzą nam się domyślać, co jeszcze nas czeka – wszak seria (bo zapowiedziano 5 filmów) ma opiewać lata wzrostu potęgi Grindewalda, aż do jego słynnego pojedynku z Dumbledorem, więc im dalej, tym bardziej ma szansę wpasowywać się w świat znany nam z przygód Pottera – ale sam film zostawia nas w gruncie rzeczy z wielką niewiadomą. I szczerze? Myszy się to bardzo podoba. Brak taniego cliffhangera na koniec, a także sama konstrukcja filmu – będącego samodzielną opowieścią, z jedynie garstką smaczków dla fanów Potterowego świata – oraz jego wysoka jakość świadczą o tym, że film nie powstał wyłącznie dla pieniędzy. Stał za nim jakiś głębszy zamysł, który twórcy zdają się konsekwentnie i mądrze realizować.

fantastic-beasts-7

W tym zakresie należy poruszyć możliwe interpretacje polityczno-społecznej warstwy filmu. Wątki pro-ekologiczne, które w oczywisty sposób reprezentuje Newt i jego poglądy na kwestie magicznych stworzeń, są dość oczywiste. I przy tym mało subtelne – zarówno podkreślanie nieszkodliwości tych stworzeń, jak i dobitny komentarz Newta, że to “ludzie są prawdziwym zagrożeniem”, brzmią w filmie nieco wymuszenie. Ciekawa jest natomiast interpretacja, jakoby magiczne pupilki Newta były metaforą dla społeczności LGBTQ+, która jest niezrozumiana przez resztę świata.

W Fantastic Beasts mamy o wiele bardziej oczywistą metaforę dla mniejszości i nie są to wcale zwierzęta Newta, ale sami czarodzieje. I to zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę o wiele ostrzejsze amerykańskie przepisy, których rygor i bezlitosny elitaryzm nieraz sprawiają, że człowiek zaczyna tęsknić za Ministerstwem Magii. Walka między frakcjami magów, gdzie jedni chcą zrezygnować z ukrywania się, a drudzy utrzymać status quo za wszelką cenę, jest dodatkowo zaogniona przez frakcję ludzi, którzy ich prześladują–nawet jeśli robią to dość nieudolnie.

fantastic-beasts-18

Tu jednak w odczuciu Myszy pojawia się kilka zgrzytów. Ze znanych nazwisk w Fantastic Beasts występuję także Samantha Morton (Minority Report), Ezra Miller (We Need To Talk About Kevin) i Jon Voight (Midnight Cowboy) i niestety cała trójka wydaje się dość niewykorzystana – przy czym Voight chyba najbardziej. Nie chodzi o to, że są źle obsadzeni, bo zarówno Morton jako fanatyczna, sadystyczna matrona, jak i Ezra Miller, jako jej zahukany, naiwny syn, wcielają się w swoje postaci bezbłędnie. Trudno jednak empatyzować z losem tych postaci, gdyż ich wątek, choć istotny in the long run, dostaje najmniej czasu antenowego. I choć Mysz z przyjemnością patrzyła jak oszczędnymi środkami aktorskimi operowali Morton i Miller by przekazać wiele z tego, co dzieje się w głębi ich postaci, żałuję, że nie pozwolono im szerzej rozwinąć skrzydeł.

Z kolei wątek postaci Voighta – prasowego potentata, który zostaje wplątany w świat czarodziejów – już w ogóle wydaje się kwiatkiem do kożucha. Then again, patrząc na konstrukcję Fantastic Beasts, a także tendencję Rowling do rozpisywania backstory dla wszystkich, nawet wybitnie pobocznych postaci, zaczynam podejrzewać, że być może pomniejsi bohaterowie filmu mają szansę odegrać większą rolę w przyszłości. Here’s hoping.

fantastic-beasts-27

Nie jest to jednak jedyny zarzut, który Mysz mogłaby wystosować pod adresem filmu. Jest też kwestia wykorzystania CGI. Don’t get me wrong – efekty komputerowe stoją w filmie na bardzo wysokim poziomie, a wykreowane dzięki nim stworzenia są absolutnie cudowne. Ogromną sympatią można zapałać do takiego np. niuchacza (niffler) czy nieśmiałka (bowtruckle), nie tylko dlatego, że są ono ładnie opracowane i wyrenderowane na ekranie, ale także dlatego, że twórcy nie zapomnieli nadać im charaktery, a także w kilku uroczych scenach zawrzeć ich relacje z Newtem, ich opiekunem i obrońcą (by nie powiedzieć “niańką”).

W ogóle cały magiczny świat wykreowany w Fantastic Beasts, w dużej mierze nowy, a z drugiej przyjemnie znajomy, zasługuje na pochwałę. W sumie jedyne do czego mogę się w tej kwestii przyczepić to to, że większość z tych elementów pojawia się na za krótko, lub w przejściach kamery na tyle szybkich, że aby je dojrzeć – a co dopiero docenić – należałoby oglądać film z pilotem w ręku. Sądzę jednak, że wpłynie to pozytywnie na sprzedaż filmu na nośnikach. Mysz, for one, sama z chęcią obejrzy wszystkie behind the scenes o kręceniu filmu, bo jest tam kilka scen, których proces kręcenia wydaje mi się cokolwiek niemożliwy, by nie powiedzieć magiczny.

fantastic-beasts-25

Jest też jednak druga strona medalu. Nie chodzi nawet o to, że w pewnym momencie, przy takim natłoku efektów specjalnych nasze suspension of disbelief idzie się czesać szczerbatym grzebieniem. Wszak wkraczamy w świat magii, w którym wiele – jeśli nie wszystko – jest możliwe. Problemem jest natomiast zachowanie proporcji. W ostatnich latach Mysz często zmuszona jest zarzucać filmom z elementami CGI nie kiepską ich jakość, ale zbyt entuzjastyczne wykorzystanie; wystarczy wspomnieć nadmiar CGI i green screenu w The Hobbit.

W Fantastic Beasts również mamy do czynienia ze zbytnim entuzjazmem, zwłaszcza w ostatnim akcie filmu, który niemal cały jest rozbudowanym, pełnym zwrotów akcji i magicznych popisów finałem. Tu Yates, do tej pory świetnie balansujący różne nastroje i akcenty, niejako zapomina, że widz musi być w stanie się połapać, co tak właściwie widzi na ekranie. Jeśli nie wiemy, co się z bohaterami dzieje i na czym polega czyhające na nich zagrożenie, trudno zaangażować się emocjonalnie w oglądaną scenę. Na szczęście tu kawał roboty odwalają aktorzy, pozwalając nam sympatyzować ze swoimi bohaterami nawet w najbardziej chaotycznych scenach magicznych potyczek. Inna kwestia to to, na ile chaos ten potęguje format 3D i ogromny IMAXowy ekran. Mysz przyznaje, że siedziała nieco bliżej ekranu, niż uznaje za wygodne, i momentami jej wzrok nie nadążał za śledzeniem szybszych sekwencji akcji. Trudno jednak nie zachwycać się jakością pokazanych efektów – te stoją na naprawdę wysokim poziomie, zarówno pod względem designu, jak i realizacji. No i dostajemy Rona Perlamana w cudownym cameo goblina :)

fantastic-beasts-5

Równie umiejętnie klimat filmu budują kostiumy, dekoracje i muzyka. Umieszczenie akcji w latach 20. w Nowym Jorku dało twórcom dużo okazji do pokazania charakterystycznej mody i architektury tego okresu. Dla Myszy jednak przeważającym czynnikiem w tworzeniu nastroju była muzyka Jamesa Newtona Howarda. Słucham jej teraz, pisząc ten tekst i każdy utwór wywołuje w słuchaczu/widzu upragnione emocje, przywodząc na myśl konkretne filmowe sceny. Hedwig’s Theme wplata się okazjonalnie w ścieżkę dźwiękową, ale Howard korzysta tu także z wielu innych, choć równie oczywistych odniesień: mamy miejski jazz lat 20. w “Macusa Headquarters”, motyw “A Close Friend” wyraźnie inspirowany Elfmanem, a także baśniowe instrumenty dęte (flety, trąbki) przywodzące Myszy na myśl zarówno muzykę Williamsa do Hooka, jak i rozwiązania, których Howard użył już z powodzeniem w soundtracku do Peter Pan z 2003 r. (jednej z Myszy ulubionych baśniowych ścieżek muzycznych, obok The Chronicles of Narnia).

Do tego dodajmy szczyptę magii, którą Williams natchnął świat Pottera, a którą kolejni kompozytorzy starali się skopiować z mniejszym lub większym powodzeniem, i otrzymujemy przepis na naprawdę świetny soundtrack. Już otwierający film motyw główny totalnie Myszę kupił – od początkowego nawiązania do Pottera, przez rytmiczne, zapadające w pamięć magiczne cymbałki, przez narastające bębny nadciągającej konfrontacji, aż po późniejsze smyczki Wielkiej Przygody, nieco przywodzące na myśl Władcę Pierścieni. What I’m trying to say is: muzyka w filmie jest świetna :)

fantastic-beasts-23

Mysz musi przyznać, że po obejrzeniu Fantastic Beasts o wiele przychylniejszym okiem patrzy na perspektywę zapowiedzianych czterech kolejnych filmów w tym odprysku głównego Potterowego uniwersum. Świat Rowling ma ogromny potencjał na więcej historii niezwiązanych z przygodami Wybrańca i jeśli twórcy i producenci będą nadal podchodzić do materiału z taką pasją i skillem, jak w przypadku Fantastic Beasts, Mysz jest naprawdę dobrej myśli w kwestii powodzenia tej franczyzy. Tym bardziej, że jak wspominałam wcześniej, jest to nieco inna wizja heroizmu niż ta, którą ukazują nam kolejne ekranizacje komiksów Marvela czy DC.

Przy czym zwróćcie uwagę, że oprócz Marvela, DC, oraz szeroko rozumianego świata Pottera, jedyna inna tak duża franczyza to Gwiezdne Wojny – czyli seria prezentująca sobą podobne rozrywkowo-przygodowe wartości, co Fantastic Beasts. Gdy dodatkowo weźmiemy pod uwagę fakt, że Marvel i Star Wars należą do Disneya, a DC oraz świat Pottera do Warner Bros., Myszy z ciekawością będzie obserwowała kierunek, w którym dalej podąży seria o fantastycznych stworzeniach. Biorąc pod uwagę wątpliwą (jak do tej pory) jakość adaptacji komiksów DC, można zadać sobie pytanie, czy Warner Bros. zacznie w większej mierze polegać na sukcesie kolejnych historii ze świata magii, a nie superbohaterów. Time will tell.

fantastic-beasts-28

Podsumowując: Fantastic Beasts and Where To Find Them to fantastyczny (^_^”) dodatek do świata J. K. Rowling, z powodzeniem funkcjonujący jako osobny film, a jednocześnie bez problemu wpisujący się w ramy Potterowego uniwersum. To niegłupia, a przy tym dobrze zrealizowana i zagrana historia przygodowa, pełna ciepła, serca i sympatycznych postaci, które, I have no doubt, widzowie pokochają na równi ze starymi bohaterami. Tak więc idźcie do kina, drogie Robaczki. Dajcie się oczarować prawdziwej magii ;)

HERE BE SPOILERS

If you were wondering, są trzy elementy, które pozwalają rozgryźć finałowy twist dotyczący prawdziwej tożsamości obskurusa oraz Percivala Gravesa. Myszy zdaniem twórcy wykorzystali je w pełni rozmyślnie, ale trudno mi nie odnieść wrażenia, że były to nieco zbyt oczywiste zagrania. Then again,  wiem że nie wszyscy te twisty przewidzieli.

Po pierwsze: obsadzenie Ezry Millera w malutkiej roli od razu sugeruje, że jest on o wiele istotniejszą postacią, than the movie would lead you to believe. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę to, jak Miller zagrał postać Credence’a, z jej wszystkimi nerwowymi tikami, widocznym napięciem i cichą furią.

Po drugie: nacechowanie relacji Percivala Gravesa i Credence’a homoerotycznym podtekstem pozwala się domyślić finałowego twistu, jeśli ktoś pamięta kanon (or is it fanon?) według którego Grindewald z premedytacją wykorzystał fakt, że Dumbledore był nim zauroczony. Zresztą Mysz oglądając relację Gravesa i Credence’a w pierwszej chwili myślała, że ma omamy i że jej slashowy mózg znowu coś wyolbrzymia. Musiałam aż nachylić się do Oceansoul w trakcie seansu z pytaniem:

M: Is it just me, or is this gay?
Oceansoul: Very gay.
M: … so it’s not just me.

Przy czym powiem szczerze, że wątek ten bierze mnie nieco pod włos. Fakt, że relacja Gravesa i Credence’a w pierwszej chwili wydaje się synowsko-ojcowska, by potem przetransformować w coś niepokojąco nasyconego erotycznym podtekstem wydaje mi się nie na miejscu. Bynajmniej nie dlatego, że jest to, w gruncie rzeczy, wciąż film dla młodego widza. Rowling nie raz pisała już o manipulacji, fanatyzmie i o tym, jak bardzo silnym pragnieniem jest chęć przynależności (co zresztą pięknie stawia postać Jacoba w kontraście do Credence’a – Jacob dobrowolnie rezygnuje z pozostania w świecie magii, a Credence za wszelką cenę chce do niego dołączyć). Chodzi mi raczej o to, że mamy tu do czynienia z tropem villification of homoeroticism, którego jako kultura powinniśmy raczej próbować się wyzbyć. Liczę jednak na to, że było to nienaumyślne – albo po prostu bezmyślne – przeoczenie ze strony Rowling, i nie będę się dłużej nad tematem znęcać.

Po trzecie: fryzura Colina Farrella. No sorry, ale jeśli na początku filmu pokazujecie mi tył blond-głowy Grindewalda (Johnny Depp) z wygoloną fryzurą, a potem w takich samych włosach paraduje Colin Farrell jako Graves, obnosząc się ze swoim podejrzanym zachowaniem, to dość szybko wpadnę na to, że ta korelacja jest istotna. Owszem, można to spisać na karb tego, że Graves jest po prostu poplecznikiem idei Grindewalda (i jego fanboyem), ale come on: jeśli dodamy fryzurę i homosexual undertones do dość samowolnego zachowania Gravesa, trudno nie podejrzewać, że za jego fanatyzmem kryje się coś więcej.

fantastic-beasts-2

  • Czuję się bardzo zachęcona! Wrócę na pewno do części spoilerowej po seansie :)

  • W takim razie czekam na wrażenia i trzymam kciuki, żebyś się dobrze bawiła :)

  • Elka17

    Jutro idę drugi raz :D

  • zoptymizowana

    SPOILERSPOILERSPOILERSPOILER Mnie chyba tak zafascynowała cała historia i te wszystkie piękne zwierzęta, że naprawdę dałam się nabrać na to, że obskurusem (nie mam pojęcia, jak to dokładnie się pisze) jest ta mała dziewczynka. Credence’a uznałam za charłaka i gdy Graves mu to powiedział, czułam się taka mądra, że sama na to wpadłam, a tu później- jednak nie. A to, że Miller jest znanym aktorem dla mnie nie jest żadną poszlaką, w serii filmów o Potterze, była cała rzesza znanych aktorów, z których większość naprawdę grała role drugoplanowe, czy wręcz epizodyczne, so… A jeśli chodzi o fryzurę- dosłownie pięć minut przed ujawnieniem tożsamości Gravesa, stwierdziłyśmy razem z koleżanką, że jak fanboy, że nawet fryzurę kopiuje, bo w sumie miałam jakieś tam przeświadczenie, że Grindewald siedzi w Europie i tam raczej manipuluje nastrojami społecznymi, bo kurcze, chyba za bardzo jego działalność zespoliła mi się z tym wątkiem II wojny światowej i stwierdziłam, że tak bezpośrednio nie sprowokuje Ameryki. Villification of homoeroticism jest chyba jedyną rzeczą, która mi się w tym filmie nie podobała. I Rowling powinno się za to oberwać, mogła wprowadzić wątki LGBT do świata potterowskiego, np. w postaci jakiejś pary na drugim/trzecim planie, np. Dean i Seamus czy Remus i Syriusz (w ogóle Remus byłby takim pięknym bi reprezentantem), nie musiałoby być to od razu drarry (still problematic ship) czy Albus/Scorpius (a girl can dream), zamiast tego walnęła to w wątek Albusa i Grindewalda i wyszło jak wyszło. I’m so angry. Cieszę się, że dość wcześnie odkryłam fandom do Pottera i mogłam własną wyobraźnią dodać różnorodność, bo inaczej czułabym się z tą serią naprawdę źle. I nie zgadzam się, że ponieważ wątek Credence’a był tak okrojony, to nie dało się wczuć w historię tej postaci, mnie bardzo cała ta historia wzruszyła, ale duża w tym również zasługa Tiny. I wgl, kocham Jacoba, Newt był cudowny, bardzo mariuszowy (ech, zbyt długo siedzę w fandomie Les Mis), ale Jacob <3. On i Queenie- moje OTP z tego filmu. Newt i Tina- byli uroczy, zwłaszcza te ich niby nieflirtowanie na koniec, ale Jacob i Queenie doprowadzili mnie niemal do łez, cieszę się, że jednak Rowling dała im swoisty happy end.

  • Mentha spicata

    Pierwsza rzecz od dawna do której unikam spojlerow! Idę dopiero za dwa tygodnie, ale Twój tekst był wyczerpujący, piękny i niezwykle zachęcający. Do spojlerów wrócę na pewno! :D Na razie niecierpliwie przebieram nóżkami :)

  • I jak wrażenia? :)

  • Szalenie mi miło, że przeczytałaś recenzję,mimo unikania spoilerów. Chociaż po nóżkach widzę, że nijak nie trzeba było Cię zachęcać do potuptania do kina ;) Koniecznie daj znać, jak Ci się film podobał ^_^

  • Mysz podejrzewa, iż Credence wzbudził moją podejrzliwość dlatego, że oglądając sporo seriali kryminalnych i proceduralnych nauczyłam się patrzeć spode łba na wszystkich “guest starów”, których grają znani aktorzy, a którzy nie mają dużej roli. Stąd od pewnego momentu zwracałam na postać Millera pilniejszą uwagę ;)
    Niestety, wątek Albusa/Grindewalda jest bardzo skomplikowany – zwłaszcza gdy weźmiemy deklaracje Rowling, jakoby Albus po manipulacjach Grindewalda w ogóle zrezygnował z życia romantycznego/erotycznego, stając się aseksualny. To nie tak działa i niestety nie jest to pierwszy raz, gdy Rowling (raczej przez niedopatrzenie niż złe intencje) porusza tematykę LGBTQ+ pozostawiający sporo do życzenia. Dobrze chociaż, że tak jak piszesz, fani mogą dodawać swoje interpretacje i wątki, by dalej poszerzać i rozwijać ten świat.
    A co do Credence’a – to strasznie fajnie, że Ty odnalazłaś z tą postać więź. Być może to tylko Myszy zabrakło tam jakiś większych emocji ;)

  • Madix

    Pani Rowling niesamowicie mi imponuje – jej droga do sukcesu była bardzo kręta, a mimo tego – nie poddała się i zdecydowała się robić to, co kocha :)