Sympathy for the Devil. Analiza serialu Lucifer. Sezon pierwszy.

Mysz dogłębnie omawia serial “Lucifer”.

lucifer s1

Wstęp – Sezon 1 – Sezon 2 – Sezon 3 – Sezon 4


(SPOILERY DO SEASON 1)

Na wstępie z kronikarskiego obowiązku chciałabym zaznaczyć, że zbinge’owałam cały serial w przeciągu ok. 2 tygodni. Oznacza to, że pewne wątki/motywy mogły mi się rzucić oczy bardziej (lub mniej) niż w przypadku oglądania odcinka-na-tydzień. Jeśli więc Mysi odbiór różni się od Waszego, być może wynika to stąd. Albo po prostu mamy inną wrażliwość. Bywa ¯\_(ツ)_/¯

Zacznijmy z grubej rury. Początkowo uważałam Lucifera za fatalnie napisany serial 😆

Podczas maratonu pierwszego sezonu bezapelacyjnie największą wadą był dla mnie cały aspekt policyjnego procedurala.

Nie mam problemu z samym formatem “policjant/detektyw/agent + nadnaturalna istotna rozwiązują razem zbrodnie”. Ba, jest to motyw tak popularny (i pełen potencjału), że gdybym go nie lubiła, musiałabym spisać na straty 1/3 seriali emitowanych w ostatnich latach. Nie przeszkadza mi też bardziej podstawowa wersja tego pomysłu, czyli “detektyw/policjant + cywilny konsultant”. To również widzieliśmy niejednokrotnie w całej rzeszy produkcji, że wymienię tylko Castle‘a, Bones, Perception, i Deception (RIP), czy lecący od zeszłego roku Instinct z Alanem Cummingiem.

The Devil is in the details

Problem w tym, że w Lucifer tzw. case of the week rzadko kiedy są ciekawe. A mimo wszystko w policyjnych proceduralach czy szeroko pojętych serialach kryminalnych, element ten powinien stać na przyzwoitym poziomie. Stanowi wszak oś wokół której kręci się cała fabuła… zwłaszcza w przypadku seriali emitowanych w formacie “jeden na tydzień”.

Myk w tym, że zdaniem Myszy policyjny “uniform” to w przypadku Lucifera tylko niewygodna dekoracja. Ale podczas gdy jego osią jest coś zupełnie innego, “uniform” pozostaje elementem najbardziej widocznym. Tym na który stacja FOX najbardziej naciskała, ze znaczną szkodą dla serialu. Z wywiadów jasno wynika, że showrunnerom zależało przede wszystkim na zgłębianiu osobistych wątków bohaterów i wewnętrznej mitologii serialu. Co w przypadku produkcji o DIABLE rozwiązującym zagadki kryminalne ma sens. Wszak jeśli już doprawiamy policyjny procedural szczyptą niebiańskiego fantasy, dobrze byłoby ją jakoś wpleść w sprawy tygodnia. To jednak miało miejsce rzadko. W efekcie przez pierwszy sezon (czy wręcz pierwsze dwa) łatwo wytknąć kolejne policyjne sprawy jako najsłabsze ogniwo produkcji.

Sytuację pogarsza fakt, że Lucifer niezmiernie nonszalancko traktuje tzw. police procedures, czyli procedury, które muszą być przestrzegane podczas prowadzenia policyjnego dochodzenia. Siadając do serialu nie oczekiwałam case‘ów na poziomie CSI czy właśnie Castle‘a. Ale jednak pretekstowość policyjnego sztafażu skutecznie psuła mi przyjemność z oglądania.

Patrzyłam z rosnącym opadem szczęki, jak współpracująca z Lucyferem det. Decker pozwala mu zastraszać kolejnych świadków i rzucać sprawcami zbrodni o ściany. Frustracja była tym większą, że miałam w w pamięci niezliczone prawnicze i policyjne seriale, które ubóstwiają podkreślać z jaką łatwością np. złe obchodzenie się z dowodami, kontaminacja miejsca zbrodni, czy napastowanie osób związanych ze śledztwem może negatywnie na nie wpłynąć.

Przejście do porządku dziennego nad absurdalną skutecznością duetu Lucyfer-Chloe w rozwiązywaniu kolejnych spraw zajęło Myszy naprawdę dużo czasu. Podobnie jak pogodzenie się ze scenariuszową arbitralnością tego, kiedy Lucyfer używa swego hipnotycznego uroku. Naturalnie, nasz bohater nie może każdej napotkanej osoby pytać o ich najgłębsze pragnienia – sprawy rozwiązywane byłyby stanowczo za szybko. Niemniej gdzieś z tyłu głowy zawsze pojawiała się myśl, o ile prostsze byłyby niektóre śledztwa, gdyby Lucyfer stosował swą sztuczkę częściej.

Tu być może należałoby spojrzeć na seriale, w których policjant/detektyw współpracuje z osobą stojącą nieco poza prawem. Na myśl przychodzą zwłaszcza White Collar* czy Psych albo Deception.

*skojarzenie z White Collar jest o tyle zasadne, że Joe Henderson, showrunner Lucifera, był tam co-executive producerem. Pracował też zreszstą przy Almost Human <3 Nic dziwnego, że tak lubię jego obecną twórczość. Z kolei drugi showrunner, Ildy Modrovich, pracowała przy Forever. Zaczynam podejrzewać, że ta dwójka wspólnie się zmówiła, aby stworzyć idealny serial dla Myszy! 😆

W owych produkcjach wymogiem czerpania przyjemności z serialu jest uwierzenie w jego podstawowy zamysł: osoba naginająca prawo robi to za przyzwoleniem osoby przestrzegającej prawa, bo w ten sposób pomaga rozwiązywać zbrodnie. Z drugiej strony tamte seriale nie wymagają od nas, żebyśmy uwierzyli, iż całe LAPD (z przyległościami) ignoruje fakt, że ich konsultant:

  • bez przerwy pije “na służbie”
  • na 99% podkrada materiały dowodowe jeśli akurat są nimi narkotyki
  • publicznie znęca się nad podejrzanymi lub zastrasza świadków
  • i prawdopodobnie jest kimś w rodzaju fixera czy nawet, niczym Red Reddington z The Blacklist, swoistym concierge of crime dla wszelkich szemranych mieszkańców LA.

Zresztą porównanie do The Blacklist wydaje się tu jednym z najtrafniejszych skojarzeń. Zarówno Red Reddington jak i Lucyfer nie kryją się ze swoją wątpliwą moralnie działalnością i znani są z wyrafinowanych manipulacji. Co prawda nasz brytyjski Szatan dopuszcza się nominalnie nieco mniej złowieszczych czynów niż Red, ale wynika to z (mimo wszystko) lżejszego tonu jego serialu. Wiemy, że z jego usług “quid pro quo” korzystają nie tylko ludzie moralnie źli, a przede wszystkim ci naprawdę zdesperowani. Samemu Lucyfer również zdarza się spieniężać winne mu przysługi w dobrych intencjach, choć często w moralnie szarych okolicznościach.

W gruncie rzeczy diabelskie przysługi – tak jak hipnotyczna umiejętność Lucyfera, by wyciągać z ludzi ich skryte pragnienia – to scenariuszowy wytrych. Skrót fabularny; wygodne ostrze, które przecina gordyjskie węzły przeciwności, jakie napotykają bohaterowie. To łatwa ucieczka z koziego rogu albo przypadkowego dołka, w który zapędzą się scenarzyści. Fakt, że korzysta się z “diaboliczności” Lucyfera niemal wyłącznie, gdy jest to scenarzystom na rękę – o wiele częściej zapominając, że nominalnie LAPD współpracuje z kryminalistą – zdaje się to potwierdzać.

Devil (not so) in Disguise

Ale to wszystko i tak blednie w obliczu największego problemu. Mianowicie w kontekście świata przedstawionego i rozpisanych tam interakcji, Lucyfer, najzwyczajniej w świecie, jest STRASZNYM BUCEM XD

Oczywiście, można wysnuć argument, że np. Shawn Spencer z Psych czy ogrom serialowych “geniuszy” również posiada denerwujący charakter. Jest jednak w postaci Lucyfera swoiste “zapomnienie” (abandon), nader adekwatne dla biblijnego Diabła i nieśmiertelnej istoty będącej ponad ludzkimi problemami i emocjami, które sprawia, że jego wypowiedzi i zachowanie zdają się jeszcze bardziej ostentacyjne.

We play safe. Most of us do, most of the time…but Lucifer doesn’t know the meaning of safe, and he never bothers to look down at the tramlines. He does whatever the hell he likes, picks his fights where he finds them and generally wins…following [his] own will and [his] own instincts to the very end of the line, no matter what the obstacles are.

Mike Carey, autor komiksu “Lucifer” o swym bohaterze. Prawda, że pasuje też do serialowego?

Innymi słowy, mówiąc brzydko: Lucyfer ma autentycznie wyjebane.

Oczywiście nietrudno z biegiem serialu zorientować się, że jest to po pierwsze celowy (i logiczny) zabieg scenarzystów, a po drugie mniej lub bardziej świadoma poza postaci.

Lucyfer, jako istotna nieśmiertelna, nie musi podlegać ludzkim konwenansom czy zasadom dobrego wychowania. Jako uosobienie buntu, ma (charakterologiczne) prawo mącić, bez oglądania się na cudze uczucia. Trzeba też do tego dodać spuściznę kulturową, jaką niesie ze sobą rola Diabła (której Lucyfer jest w pełni świadomy i często o niej wspomina) – istoty, zależnie od interpretacji: czarującej, wyrafinowanej, uwodzicielskiej, okrutnej, narcystycznej, psotnej… Ot, jaki jest diabeł, każdy wie. I niegrzeczny gentleman devil w wykonaniu Toma Ellisa z pewnością się w te szerokie ramy wpasowuje.

Z nadaniem bohaterowi takiego charakteru wiąże się oczywiście głębsza warstwa: jeśli zaczynamy z Lucyferem jako nieczułym, zapatrzonym w siebie bucem, mamy gdzie tę postać rozwinąć. Zaczynając z punktu A(sshole) dajemy sobie miejsce na poprowadzenie Lucyfera do punktu B(ut not a total asshole), a potem heeeeeen aż do punktu L(oveable asshole).

Wspomniałam jednak, że jest też inny aspekt, mianowicie poza postaci. I tu już zagłębiamy się w tzw. “mięsko”, czyli to, co Mysz jako fangirl lubi najbardziej: psychologię fikcyjnych bohaterów :3

Oglądając kolejne odcinki dość szybko można wychwycić u Lucyfera pewne cechy charakteru i rodzaje zachowań, które będą wielokrotnie w serialu powracać, m.in. jako clu jego terapii. Jedną z podstawowych jest wyparcie.

Lucyfer wielokrotnie powtarza, że nie jest “zły” – to ludzie przypisali mu taką łatkę. Jest kozłem ofiarnym dla ludzkich grzechów i roli tej organicznie nie cierpi, co nagminnie podkreśla. Jest w tym jednak element “the lady doth protest too much“. Powodem tak silnej emocjonalnej reakcji na tę łatkę jest najprawdopodobniej jakieś wewnętrzne przekonanie, że w gruncie rzeczy na nią zasługuje; że jest zły–że musi być zły, skoro wszyscy go tak traktują. Lucyfer jest jak pitbul, do którego wszyscy pochodzą z rezerwą, obawą albo zwyczajną wrogością. Nic więc dziwnego, że jego reakcją jest takie, a nie inne obejście. Szorstkość czy wręcz obcesowość i obracanie wszystkiego w żart to mechanizm obronny.

Można na to wyparcie spojrzeć też z innej strony. Umiejętność Lucyfera, by wydobywać na światło dzienne ludzkie sekrety (get it? He’s the Lightbringer? Eh? EH? :D) wpasowuje się w jego charakter. Jak sam podkreśla: “Nigdy nie kłamie”. Nie znosi kłamstwa i obłudy. Jego obcesowość jest tego częścią – po co bawić się w konwenanse? Zamiast owijać w bawełnę, lepiej przejść do sedna.

Każdy jednak wie – i widzi – że to nie do końca prawda. Lucyfer jest zręcznym manipulatorem, więc z łatwością porusza się w szarej strefie tego, co jest kłamstwem, a co “częściową prawdą”. Dodatkowo każdy, kto choć trochę liznął psychologii, natychmiast zauważy, że Lucyfer wszystko, co się wokół niego dzieje, interpretuje po swojemu. Takie mentalne manipulowanie rzeczywistością to naginanie prawdy “pod siebie”.

And do you know the funny thing about people who are good at manipulating the truth?… They’re usually surprisingly good at lying to themselves 😉
Tak więc Lucyfer, za wszelką cenę dążąc do wydobywania prawdy od innych, jednocześnie mistrzowsko okłamuje sam siebie. Oh, the sweet, sweet irony <chefs kiss>

Jeszcze w kwestii ironii: po angielsku istnieje słowo, które idealnie podsumowuje charakter i zachowanie Lucyfera – “irreverent”. Oznacza kogoś lekceważącego, prześmiewczego czy zuchwałego; kogoś kto nie traktuje z szacunkiem rzeczy wobec których należy zachować powagę. Myk w tym, że słowo to pochodzi od frazy “not revering God” (nie okazujący szacunku Bogu, bezbożny). No, powiedziecie: czy istnieje lepszy przymiotnik dla bilbijnego Lucyfera? :3

Wróćmy jednak do samej “bucerii” Lucyfera. Tym, co niewątpliwie trzyma ten aspekt w ryzach – i ostatecznie stanowi największą kartę przetargową serialu – jest Tom Ellis.

Aktor ten, znany większości widzów jako uroczy love interest z brytyjskiego serialu Miranda, próbował już wcześniej zrobić karierę w Stanach. Serial Rush, w którym Ellis (z amerykańskim akcentem!) grał uzależnionego od narkotyków “prywatnego” lekarza dla hollywoodzkich celebrytów skasowano po pierwszym sezonie. Jednak dzięki temu aktor zaistniał po drugiej stronie oceanu, a wkrótce w jego ręce wpadł scenariusz Lucifera. I dzięki Bogini, że tak się stało, bo Tom Ellis wcielający się w Diabła to jeden z czołowych przykładów porzekadła “właściwy człowiek na właściwym miejscu”.

Wychowany w głęboko religijnej rodzinie (ojciec, wujek i siostra są pastorami) w towarzystwie trzech sióstr (more on why this is important later), Ellis zjadł zęby na brytyjskich serialach komediowych. Ma więc komediowe wyczucie, ale i dramatyczne zacięcie, a do tego mnóstwo naturalnej charyzmy. Miło też zawiesić na nim oko, co w przypadku postaci, która jest stworzonym przez Boga aniołem, choćby i upadłym, ma niejakie znaczenie. Do tego liczne wywiady i występy na konwentach (cicho, I’m obsessed 😊) wskazują, że jest to szalenie ciepły, bystry i dowcipny człowiek. Przy czym nawet bez tej świadomości z łatwością widać, że aktor świetnie się bawi w swojej roli.

Niewielu aktorów ma na tyle charyzmy, wdzięku i poczucia humoru, by poradzić sobie z czytaniem tego, co też ludzie o nich wypisują w Internecie. Tom robi to z podziwu godnym dystansem i błyskotliwością <3

W efekcie Ellis sprawia, że Lucyfer, wręcz nieznośny na papierze, w gruncie rzeczy wypada jak czarujący łobuz-prowokator. Nie bez znaczenia była także decyzja Ellisa, by zagrać tę postać z brytyjskim akcentem*. Słusznie wywnioskował, że Brytyjczycy mają w USA fory. I że dowolna rzecz wypowiedziana z brytyjskim akcentem będzie natychmiast łatwiejsza do przełknięcia. Jak mów Ellis w wywiadach: “As an American, he just sounded like an asshole”.

*jeden z odcinków w późniejszym sezonie mówi explicite, że Lucyfer przez wieki przybierał różne akcenty, ale drogą eksperymentów doszedł do wniosku, że brytyjski jest “superior” niż reszta 😆

An idle mind is the Devil’s playground

Nie bez znaczenia w “odkupieniu” nieznośnego bohatera jest też wspomniany we wstępie motyw terapii.

Po pierwsze niesamowicie ważne z punktu widzenia całego serialu jest to, że Lucyfer chodzi na nią z własnej woli. Nie został tam skierowany wyrokiem sądu – sam chcę zgłębić swoją (i ludzką) psychikę. To interesująca decyzja, biorąc pod uwagę wspomnianą wyżej tendencję Lucyfera do stosowania wyparcia. Nominalnie, skoro jest szczęśliwy i pogodzony ze sobą, nie powinien czuć takiej potrzeby.

Wiemy jednak, że to akceptacja diabelskiej roli to poza. Lucyfera ubiera więc swoją decyzję w ramy znudzenia – terapia to nowa, ciekawa forma rozrywki. Potem zostaje ubrana w ramy narzędzia – głównie po to, by zrozumieć det. Decker i to, co ich łączy. Nietrudno jednak zauważyć, że w relacji ze swoją terapeutką, Lucyfer podświadomie szuka więzi z drugą istotą. Więzi wykraczającej poza ramy obowiązku (demonica Maze), rodzinnych animozji (Amenadiel), czy potencjalnego romansu (Chloe).

Po drugie, samo to, że bohater uczęszcza na terapię, daje nam jako widzom nadzieję na jego powolną przemianę (o Bogowie, jakże powolną 😆). Jednak przede wszystkim daje nam bezpośredni wgląd w jego rozterki i problemy. A tych ma mnóstwo, jak można się spodziewać po postaci z biblijną przeszłością i tysiącletnim fochem na cały świat.

Przy okazji wątek terapii już w pierwszym odcinku wprowadza Dr Lindę Martin (Rachael Harris). Postać o tyle ciekawą, że nie wpasowującą się w ramy stereotypowej statecznej terapeutki.

Zapewne ku przerażeniu wielu psychologów, Linda już w pierwszym odcinku łamie patient-doctor confidentiality… w zamian za seks z Lucyferem. Następnie zgadza się prowadzić jego terapię, pobierając zapłatę “w naturze”. Oczywiście stwarza to morze etycznych i moralnych problemów.

Tu warto zaznaczyć, że serial wyraźnie sugeruje, iż Chloe jest jedyną kobietą, której nie pociąga nadnaturalny czar Lucyfera. Co prawda nie usprawiedliwia to dr Lindy, ale nieco ją rozgrzesza (ha!). Przy czym należy oddać Szatanowi co szatańskie (bo już słyszę szum ewentualnych wątpliwości). Lucyfer, jako naczelny piewca roli, jaką u istot ludzkich w podejmowaniu “grzesznych” decyzji odgrywa wolna wola, nikogo do seksu nie zmusza. Jest po prostu nieodparcie pociągający. Tym ciekawsze jest więc, że już w połowie sezonu [1×08], Linda kategorycznie wykreśla seks z ich relacji, czyniąc ją stricte profesjonalną. A Lucyfer, po kilku zwyczajowych dla siebie żartach, w pełni jej decyzję uszanowuje.

Można dowolnie interpretować, co ma wpływ na jej decyzję. Podejrzenie, że Lucyfer zaczyna żywić cieplejsze uczucia do detektyw Decker? A może konstatacja, że jej pacjent – otwarcie podający się za Diabła, ba! szczerze w to wierzący – potrzebuje realnej pomocy? Wszak uparcie trzyma się tej biblijnej metafory. A taki mechanizm obronny, taka utrata kontaktu z rzeczywistością, często ma podłoże w traumie. Pacjent jest też mizantropem, narcyzem i ma szereg zupełnie realnych problemów w relacjach zarówno społecznych jak i rodzinnych (ojciec, brat). A co najgorsze jest absolutnie clueless w kwestii działania zarówno cudzej, jak i własnej psychiki.

Zresztą warto od razu zaznaczyć, że kompletnie emocjonalna tępota Lucyfera – a także innych nadnaturalnych bohaterów serialu – w obliczu życia na ziemi, wśród istot ludzkich, to jeden z najciekawszych, a jednocześnie najbardziej frustrujących wątków. Trochę tak, jakbyście mieli przyjaciela, który wciąż prosi Was o radę, a potem wciąż popełnia te same błędy. Najwyraźniej według twórców Lucifera, anioły (i demony) są nie tylko kompletnie narcystyczne i przekonane o własnej nieomylności, ale także niezmiernie oporne w nauce 😉

Jakiekolwiek by nie były powody dr Lindy, jej decyzja, choć słuszna, wbrew pozorom wcale nie pozbawia ich relacji pewnych etycznych wątpliwości. Z biegiem czasu w jej orbitę wpada coraz więcej postaci z otoczenia Lucyfera, przez co cała wzajemnie splątana sieć zależności zaczyna się zacieśniać, prowadząc zarówno do scen przejmująco smutnych, jak i szalenie zabawnych. W głównej mierze prowadzi jednak do tego, że dr Linda staje się ważną osobą w życiu Lucyfera. I choć implikacje relacji z terapeutą, która przekształca się w prawdziwą przyjaźń, wciąż mogą u niektórych wywołać opad witek, jest to przyjaźń niesamowicie ważna z punktu widzenia głównej osi serialu. Bo nie tylko przybliża nam wewnętrzne zmagania Lucyfera, ale także, przede wszystkim, go uczłowiecza.

As an aside, Mysz pragnie nadmienić, jak odświeżający jest fakt, że w Luciferze mamy kobietę po 40-stce, która nie jest matką(!) ani żoną(!), jest spełniona zawodowo oraz aktywna seksualnie, a na dodatek pokazana jako godna pożądania. I na dodatek gra ją tak utalentowana aktorka, jak Rachael Harris. To istna ludzka petarda w kieszonkowym opakowaniu (she’s tiny, I love her :3). Idealnie łączy wyważone wypowiedzi profesjonalnej terapeutki z nieco bardziej rozrywkową, czy wręcz szaloną stroną swojej postaci. Stanowi kotwicę dla zagubionych w morzu emocji bohaterów, ale przy tym sama daje się niekiedy miotać burzliwym porywom serca. I patrząc na 67 odcinków serialu oraz to, jakim opornym pacjentem jest Lucyfer, ma też anielską cierpliwość 😆

A skoro mowa o aniołach, let’s talk about Amenadiel.

Angel of God, my guardian dear…

Rodzinne przepychanki Lucyfera i Spółki to temat rzeka, z którego serial chętnie czerpie, zwłaszcza w późniejszych sezonach. Stąd w pełni zagłębimy się w nie przy okazji season 2 i tamtejszych wątków. Chwilowo interesuje nas starszy brat Lucyfera, Amenadiel (D.B. Woodside), Boży Posłaniec i najstarszy z aniołów

Poza upartym charakterem (który najwyraźniej jest rodzinny), pierwszym, co rzuca się w oczy jest zadufanie i świętoszkowatość Amenadiela. Drugim jest reakcja zdziwienia, z jaką się spotyka, gdy przedstawiany jest jako brat Lucyfera.*

Żart ten pojawia się na tyle często, że zdaje się świadomym zagraniem ze strony scenarzystów. Oto mamy bohatera, który gorliwe zapewnia wszystkich, że jest Diabłem? Spoko, seems legit. Fakt, że ma czarnoskórego brata? SZOK I NIEDOWIERZANIE. Jest to bodaj jedyny sposób, w jaki serial porusza wątki stricte rasowe. Ale nawet tak lekkie zarysowane zdziwienia, jakie wywołuje idea “multiracial family” wiele mówi o sytuacji polityczno-społecznej w USA. Tym bardziej, że akcja dzieje się w LA, jednym z najbardziej multikulturowych i wieloetnicznych miast w Stanach. Jest to też przedsmak zaskakująco bieżącego w swej tematyce wątku rasowego, który jeszcze się pojawi. Ale dopiero w 4-tym sezonie.

*ich reakcja jest prawie tak silna, jak moje rozbawienie za każdym razem, gdy Amenadiel mówi do Lucyfera “Luci” :3 Gorzej, że osoby tworzące angielskie napisy do serialu nie mogą się najwyraźniej zgodzić co pisowni, więc czasem zamiast “Luci” dostajemy “Lucy”… Co w sumie bawi mnie jeszcze bardziej 😆

Patrząc na charakter Amenadiela oraz kroki, jakie jest w stanie przedsięwziąć, by osiągnąć swój cel (odesłać Lucyfera do Piekła), nietrudno zgadnąć dokąd jego historia się potoczy. I zdaniem Myszy nie jest to wada. Przewidywalność upadku Amenadiela oznacza li tylko i jedynie, że twórcy dobrze ją podprowadzili i uargumentowali. Gdy Amenadiel sprzymierza się z demonicą Maze, by wspólnie uknuć, jak odesłać Lucyfera “do domu”; gdy z wyrachowaniem wykorzystuje dr Lindę, by wypytać ją o sekrety, które Lucyfer zdradza podczas terapii; wreszcie gdy sprzymierza się ze skorumpowanym policjantem, którego przywrócił do życia po to, aby ten zabił Lucyfera… Obserwując kolejne decyzje Amenadiela, kolejne granice, jakie przekracza, słusznie oczekujemy, że jego działania będą miały swoje konsekwencje. To, że serial nam ich dostarcza, zarówno na stopie metafizycznej jak i psychologicznej, jest ogromną zaletą. I choć największe reperkusje widzimy dopiero w kolejnym sezonie, już w pierwszym mamy ich zalążki.

Co ciekawe, łatwo byłoby wysnuć wniosek, że jednym z powodów nieuchronnego upadku Amenadiela jest relacja, jaka rodzi się między nim a Maze [1×11 “St. Lucifer”]. Takie zresztą były spekulacje, zanim serial zagłębił się w swą metafizykę w późniejszych sezonach. Anioł uprawiający seks z demonicą? Toż to materiał na jakiś parujący hormonami fanfik <wachluje się łapką>. W oczywisty sposób łamie to też swoistą “anielską czystość”, której każdy z nas podświadomie się spodziewa po celestialnych postaciach.

Parodia “Titanica” bardzo na propsie.

Ale Mysz ani razu nie odniosła wrażenia, aby serial zrównywał seks z czymś złym czy grzesznym.

Po pierwsze serialowy Lucyfer byłby takim wnioskom przeciwny. Po drugie, relacja Maze i Amenadiela przede wszystkim służy jego humanizacji. Podobnie zresztą jak jego przyjaźnią z dr Lindą – nawet jeśli wyrosła ona z wyrachowanych pobudek. Owszem, w Amenadielu budzą się nowe, obce uczucia. Ale to, że musi je przepracować – i że część trajektorii jaką w tym celu przyjmuje jest moralnie wątpliwa – nie oznacza jeszcze, że serial zrównuje seks z czymś grzesznym.

Tym bardziej, że o wiele istotniejsza w relacji Maze i Amenadiela (a także Lucyfera, która jako szef/podopieczny Maze i brat Amenadiela jest w tym emocjonalnym trójkącie ważnym wierzchołkiem) jest kwestia manipulacji i oszustwa. Dążenia do celu po trupach (dosłownych i metaforycznych). Zdradzanie czyjegoś zaufania. Traktowanie drugiej osoby przedmiotowo.

Tak więc seks z Maze nie jest krokiem na drodze do upadku Amenadiela – jest nim za to próba wykorzystania jej dla własnych celów. Manipulacja bliskimi i kłamstwo to zresztą motyw, który niejednokrotnie się w serialu pojawia – i to zawsze jako coś negatywnego. Pod tym względem zresztą, w relacji z Maze, Lucyfer także ma sporo za uszami. Chociaż on (teoretycznie!) niżej już nie może upaść 😉

A skoro już jesteśmy przy Maze…

Mazikeen (Lesley-Ann Brandt), wspomniana już córka Lilith, będąca ochroniarzem i pomocnicą Lucyfera (i technicznie rzecz biorąc zarządcą jego klubu), jest niestety traktowana bardzo przedmiotowo. I to zarówno przez otaczające ją postaci, jak i piszących ją scenarzystów.

Nie jest tak, że w ogóle nie ma swoich wątków. Jest jednak pewna prawidłowość, według której Maze w fabule serialu (właściwie w każdym sezonie), kończy “na lodzie”. Poświęcenia, których dokonuje, albo trudne okoliczności, z którymi się boryka, są przez bohaterów ignorowane. Naturalnie prowadzi to do ciekawych konfliktów między postaciami, ale oznacza także, że Maze często kończy na pozycji chwilowego antagonisty. Lub kogoś, kto w wyniku nieporozumienia doprowadza do fabularnego nieszczęścia.

Co się twórcom chwali, nie jest to kompletnie bezpodstawne. Droga Maze, z czysto metafizycznych powodów, jest być może najtrudniejszą w serialu. Amenadiel i Lucyfer, mimo różnych problemów, pozostają aniołami; Maze jest demonem. Co za tym idzie, o wiele trudniej jej zrozumieć samych ludzi, jak i coraz większe zainteresowanie, jakie z czasem okazuje im Lucyfer. Dla Maze ludzie to zabawki – w Piekle była wszak ich dręczycielką, wymyślającą kolejne okrutne tortury. Nic więc dziwnego, że jej reakcje są tak wybuchowe i często skrajne. I łatwo zrozumieć, dlaczego żywa fascynacja Lucyfera jego własną przemianą tak bardzo Maze niepokoi.

Niemniej dla mnie postać Maze jest szalenie smutna. Owszem, lubię jej przewrotną relację z Lucyferem; doceniam jej niezachwianą lojalność–nawet kiedy Lucyfer zachowuje się wobec niej jak dziecko znudzone ulubioną zabawką. Przede wszystkim jednak bardzo kibicuję jej potrzebie bycia her own person, niezależnie od Lucyfera. Z tego powodu szalenie mnie ujmuje jej systematyczny rozwój w kolejnych sezonach. To jak wpierw wbrew sobie, a potem z własnej woli, zaczyna nawiązywać więzi z kolejnymi postaciami.

A bądźmy szczerzy: mało jest postaci w Luciferze, którym scenarzyścibohaterowieżycie rzuca pod nogi tyle kłód. To zawsze ona coś dla kogoś poświęca, to zawsze ona zostaje zraniona, to zawsze ją spycha się na boczny tor, gdy tylko przestaje być potrzebna. A przecież nasza demonica, pod skórzaną garderobą (#fashiongoals) i asortymentem noży, skrywa bardzo delikatne wnętrze.

She deserves to be happy, dammit!

Knockin’ On Heaven’s Door

Fakt, że tyle miejsca poświęciłam dotąd niemal wyłącznie nadnaturalnym bohaterom Lucifera nie bierze się znikąd. Z jednej strony powodem jest złożona psychologia serialowych postaci; z drugiej – celestialna otoczka, która każdej relacji i animozji nadaje dodatkowej głębi.

Serialowa mitologia stanowi wygodny skrót dla scenarzystów. Każdy wie, kim jest Lucyfer i z kim ma kosę (I’ll give you a clue: it’s an anagram of “dog”). Wszyscy mniej więcej wiemy, jakie role spełniają anioły i demony. Owszem – używając znanych nam niebiańsko-piekielnych dekoracji, scenarzyści Lucifera korzystają z utartych klisz. Ale przede wszystkim je przełamują. Ich Lucyfer nie jest z natury ZŁY (wiele z tego, co o nim wiemy, to propaganda 😉 ), tak samo jak ich anioły nie są z natury DOBRE (choć pewnie gdyby je zapytać, szły by w zaparte, że tak). Najogólniej rzecz ujmując: w serialu nic nie jest takie, jak nam się z Biblii wydaje.

Z drugiej strony, jak wspomniałam, warstwa celestialna nadaje wszystkiemu głębi. Każdy emocjonalny problem naszych nieśmiertelnych bohaterów, każdy konflikt między nimi ma drugie, niebiańskie dno. Lucyfer, at first glance, jest zbuntowanym synem, wściekłym na swego ojca-manipulanta. Ale to też LUCYFER wściekły na Boga za niezasłużoną karę, jaką otrzymał. Podobnie Amenadiel – to starszy brat, próbujący wywrzeć swój wpływ na młodszym rodzeństwie i tym samym przypodobać się ojcu. Ale jednocześnie to anielski posłaniec, chcący za wszelką cenę spełnić wolę Boga i naprawić niebiański porządek rzeczy.

Bezapelacyjnie najmocniejsze momenty serialu to te, gdy “boskość” (czy też “piekielność”) naszych bohaterów wychodzi na pierwszy plan. Odcinki “Favorite Son” i “Wingman” [1×06/1×07] są tego najlepszym przykładem. W nich case of the week dotyczy… skradzionych skrzydeł Lucyfera, które ten odciął (ale zachował, y’know, for nostalgic reasons), gdy postanowił osiąść na Ziemi.

Pomijam już, jak pięknym wizualne elementem są anielskie skrzydła, a zwłaszcza perspektywa Toma Ellisa w tychże (jestem łatwa, cicho). W tym odcinku podejmowane są decyzje, istotne zarówno przez ich osobiste implikacje, jak i ich wydźwięk w kontekście metafizyki świata przedstawionego. Stanowią one bowiem zalążek motywów i dylematów, które będą powracać przez cały serial i jeszcze nieraz wywołają w widzach emocje.

Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno skrzydlata “sprawa tygodnia”, jak i o wiele bardziej mroczny ton tych dwóch odcinków były bardzo nie na rękę FOXowi. Stacja naciskała, aby twórcy wycięli ten wątek, żeby zachować klimat lekkiego policyjnego procedurala. Niestety nie jest to ostatni raz, gdy FOX będzie w ten sposób strzelał sobie w stopę i próbował utrudniać showrunnerom życiepracę.

Tu drobna dygresja: “Favorite Son” [1×06] to także pierwszy odcinek, w którym Lucyfer śpiewa. I to wcale dobrze, co jest niemałą sztuką, biorąc pod uwagę, że wykonuje utwór Niny Simone “Sinnerman” (get it? ^_^).
Tym, którzy aż kwikli z radości na myśl o śpiewającym Tomie Ellisie spieszę donieść, że nie jest to ostatni raz, gdy słyszymy jego wokal. Ale temat śpiewającego Toma rozwinę przy season 2.

Need more examples? W odcinku “A Priest Walks Into A Bar” [1×09], nasz dzielny diabelsko-policyjny duet prowadzi śledztwo, w które zamieszany jest pewien ksiądz. Lucyfer, jak przystało na pamiętliwego upadłego anioła, natychmiast podejrzewa go o nieczyste sprawki. Wszak każdy, kto stoi po stronie Boga musi mieć coś na sumieniu. Tym bardziej zaskakująca i ujmująca jest nić porozumienia, która między tymi postaciami się nawiązuje.

“Ha! I remember at one point, we were kind of told there was too much talking; I remember that very vividly. We’re like, ‘Yeah, but it’s good talking!’ My favorite scene is where Lucifer sits at the piano with the priest and they play some blues together. Again, in typical cop procedural manner, every scene has to drive that procedural story forward. That scene didn’t. It was actually flagged to be cut. Joe and I had to advocate for it as a character beat. We’re a cop procedural, but this is also a character show. We believed it could be better than just a cop procedural. And I feel like that piano scene turned out to be one of the iconic moments in the show.”

Ildy Modrovich, showrunnerka serialu

To kolejny przykład na to, że stacja FOX naprawdę nie miała pojęcia, jaka perełka wpadła im w ręce. Uparcie próbowali wtłoczyć Lucifera w utarte ramy policyjnego procedurala, nieświadomi, że to właśnie postaci i cały niebiańsko-piekielny kontekst są prawdziwą siłą serialu.

As an aside: Mysz musi przyznać, że wątki teologiczne fascynują mnie w tej produkcji (jak i wielu innych) z bardzo osobistych względów. Miałam swego czasu różne przejścia z religią – od ateizmu, przez agnostycyzm, aż po ignostycyzm. Z biegiem lat – a zwłaszcza pod wpływem niedawno rozbudzonej pasji do grania w Dungeons&Dragons – odkryłam, że jest to temat do którego mimo wątpliwości ciągle wracam. Nie sądzę przy tym, aby wewnętrzna walka z zagadnieniem wiary była czymś wyjątkowo “mysim”. Każdy z nas na swój sposób poszukuje sensu życia albo duma nad istnieniem jakiejś Siły Wyższej. Podejrzewam, że to nieuchronna część bycia ludźmi, mocno związana z filozofią, moralnością i psychologią.

Ale tym bardziej cieszę się, gdy temat ten pojawia się w telewizji; zwłaszcza w takim serialu jak Lucifer. Nawet jeśli akurat ichnia teologia jest bardzo świecka 😉 Ale ten wątek rozwiniemy później.

Devil in Her Heart

No dobra. Omówiłam już niemal wszystko. Mamy głównego bohatera, jego terapeutkę, jego brata, jego pomocnicę… o kim to ja… a, tak 😅

Detective Chloe Decker.

Tak po prawdzie, istnieje bardzo prosty powód, dla którego zwlekałam z omówieniem postaci Chloe aż do tej pory. Otóż, widzicie… ja tak strasznie ją shipuję z Lucyferem (ꈍ ꒳ ꈍ✿).

Nie chciałam, żeby co poniektórzy pomyśleli sobie, że zachwalam Lucifera tylko ze względu na fanowskie feelsy, jakie produkcja we mnie wzbudza. Owszem, wątek umiejętnie poprowadzonego will they/won’t they stanowi niemały procent mojego entuzjazmu wobec serialu. Ale nie dajcie się nabrać – this isn’t your normal love story. Relacja Lucyfera i Chloe jest nieodzownie wpleciona w treść serialu i stanowi jego emocjonalną oś. A także przyczynek przejmujących zmian, które w obojgu zachodzą.

Having said that, przyznam, że początkowo Chloe jako romantyczna partnerka dla Lucyfera wypadała w moich oczach cokolwiek blado. W przypadku Lucyfera, powód jego fascynacji panią detektyw jest oczywisty – jest odporna na jego uroki, włącznie z diabelską mocą wydobywania mrocznych sekretów na światło dzienne. Jest czymś nowym i nieznanym w jego życiu; stanowi wyzwanie.

Ale z punktu widzenia Chloe, początkowo trudno zrozumieć, czemu w ogóle pozwala Lucyferowi kręcić się w pobliżu. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę jego naprawdę trudny charakter i ciągłe smalenie cholewek. I guess he’s nice to look at? ¯\_(ツ)_/¯

Niby w końcówce pilotażowego odcinka Lucyfer ratuje Chloe życie, ale postaci dopiero się poznały. Widzów ich relacja nie musi jeszcze obchodzić. Dlatego pod wieloma względami przełomowy jest odcinek “Manly Whatnots” [1×04].

Po pierwsze mamy tam swoiste wyznaczenie granic cielesnych*. Choć bohaterowie mają okazje zobaczyć się w tym odcinku nago, ku zaskoczeniu Lucyfera, Chloe wyraźnie odrzuca jego próby awansów. Ale co ciekawe, nie jest to jedyna wyznaczona granica. Ton sceny, w której Lucyfer obnaża się przed panią detektyw zmienia się ułamku chwili, gdy Chloe zauważa blizny na jego plecach. Jej zmartwienie jest ujmujące, ale nie tak jak nagła bezbronność (vulnerability), którą w tym momencie okazuje Lucyfer. Obnaża się w inny sposób – emocjonalnie. Nie jest na to gotów – słychać drżenie w jego głosie, gdy prosi, by nie dotykała jego blizn.

To pierwsza scena, w której naprawdę widać emocjonalną chemię między postaciami (a także pierwsze świetne “liryczne” występy Lauren German i Toma Ellisa).

*Równie kluczowy pod względem wyznaczania “łóżkowych” granic ich relacji jest odcinek “Pops”. Lucifer odrzuca w nim awanse wstawionej Chloe, która w ramach odreagowania chce mu wskoczyć do łóżka. Oczywiście potem jego “wspaniałomyślność” totalnie uderza mu do głowy i myśli, że jest świętym, ale cóż… to Lucyfer. Ten typ tak ma 😉

Ale to nie koniec ciekawych paraleli w tym odcinku (będącym próbką tego, jak mądrze pod względem character development pisany jest serial) – oto na zakończenie dowiadujemy się, że Lucyfer, do tej pory nieśmiertelny, może być zraniony. Nagle bohater staje się nie tylko bezbronny emocjonalnie, ale także fizycznie.

O dziwo, Lucyfera to nie martwi (czyżby znów wyparcie?). W kolejnych odcinkach widzimy, że owszem, próbuje dociec, co jest tego powodem – czyżby jego bratanie się z ludźmi? – ale także specjalnie wystawia się na niebezpieczeństwo. A biorąc pod uwagę jego devil may care attittude (ha!) w kontekście zarysowanej psychologii postaci, można to odbierać jako swoisty masochizm… albo nawet formę samoniszczenia (self-sabotage).

Zupełnym przypadkiem (not!) w odcinku “St. Lucifer” [1×11], gdzie Lucyfer dosłownie śpiewa piosenkę “Devil May Care”, otrzymujemy kolejny puzel do relacji Chloe+Lucyfer. Oto bohater odkrywa, że to obecność pani detektyw jest tym, co czyni go bezbronnym i pozbawia nieśmiertelnej odporności. Co jednak ważniejsze, rozmowa między nim a Chloe uświadamia Lucyferowi, że ich relacja się pogłębia. Może więc wystawianie na próbę własnej śmiertelności nie jest najlepszym pomysłem? 😅

Oczywiście wielu widzów prawdopodobnie wiedziało już od czwartego odcinka (gdy zaczął się wątek “utraty nieśmiertelnej odporności” Lucyfera), że to Chloe jest powodem tych fluktuacji mocy. Miło czasem wpaść na coś szybciej, niż serialowy bohater, prawda? (◠‿◠)

Niby to nic trudnego – Lucyfer jest emocjonalnie rozgarnięty jak kupka piasku. Pod względem interpretowania jego relacji z Chloe i tego, jak na niego wpływa, widzowie mają nad Lucyferem znaczną przewagę. Z drugiej strony… to trochę nie jego wina. Im dłużej się Lucifera ogląda, tym bardziej widać, że sami nieśmiertelni bohaterowie mają nikłe pojęcie o zasadach rządzących metafizyką ich własnego świata. Pod względem wiedzy na temat tego, jak działa Piekło, Niebo, “boski plan”, czy nawet ich własna fizjologia (że o psychologii nie wspomnę), są jak dzieci błądzące w mgle. Momentami daje to widzowi satysfakcję, bo może coś rozgryźć przed nimi. Ale też potrafi być niezmiernie frustrujące, zwłaszcza w późniejszych, dłuższych sezonach.

Wróćmy jednak do Chloe, bo jej postać nie jest li jedynie love interest dla Lucyfera. Pod wieloma względami, det. Decker wypada o wiele ciekawiej jako niezależna od niego postać. Jest być może nieco papierowa w swym zamyśle – twórcy starają się zaznaczyć przy niej niemal wszystkie boksy z listy “nie jestem zwykłą panią detektyw”. Mamy więc bycie samotną matką – przy czym jej córka, Trixie (Scarlett Estevez), to akurat jasny promyk tego serialu. Oglądanie jej sprawia nieodmienną radochę, bo mała jest świetnie obsadzona i gra bezbłędnie 😊

Do tego Chloe pochodzi z showbiznesowej rodziny – jej mama była słynną aktorką kina klasy “B”. A i sama pania detektyw ma dość niechlubną przeszłość związana z wielkim ekranem. Oczywiście odbija się to na jej pracy, którą dodatkowo utrudnia fakt, że pracuje na jednym posterunku ze swoim byłym mężem, Danem (Kevin Alejandro). Ale mimo tego nieco pretekstowego backstory, w przypadku Chloe wszystko się jakoś ładnie zazębia – głównie dlatego, że każdy z wymienionych elementów ma realny wpływ na to, kim ta postać jest. A dodatkowo procentuje z czasem. Przy tym wszystkim Chloe jest także bystra, zdeterminowana, oraz całkiem urocza, i nie daje Lucyferowi wejść sobie na głowę (za bardzo 😉).

Tak naprawdę najbardziej stereotypowa jest jej początkowa animozja z Maze, która zdaje się typowym zagraniem w stylu “dwie samice biją się o jednego samca”. Lucifer nadaje jednak tej relacji nieco głębszej motywacji.

Maze być może w jakimś stopniu jest zazdrosna o Lucyfera, ale jedynie w niewielkim stopniu ma to podłoże seksualne. W istocie problem leży w tym, że Maze jest z natury zaborcza, co podkreślają kolejne sezony. Tym na czym jej zależy w wypadku Lucyfera jest jego uwaga i wsparcie (Maze bardzo chce wrócić do Piekła), a także jego bezpieczeństwo. Nie rozumiejąc jego fascynacji ani ludzkością, ani tym bardziej Chloe, Maze interpretuje ją jako zagrożenie; coś wobec czego należy być podejrzliwym.

Szalenie ujmujące jest więc rozwiązanie scenarzystów, aby zacząć ocieplać relacje obu kobiet poprzez postać Trixie. Córka Chloe dość szybko zaprzyjaźnia się (nieco jednostronnie 😆) z Lucyferem; Maze także przypada jej do gustu. Urocze jest to, że w przypadku Maze sympatia ta jest odwzajemniona, a mała dziewczynka i wredna demonica nawiązują autentyczną nić porozumienia.

BTW: Rebecca De Mornay jako guest star w roli matki Chloe, Penelope, zrobiła mi dzień. Kocham się w Rebecce od czasu The Three Musketeers <3

Highway to Hell

Chloe ma jednak jeszcze jeden osobisty wątek – tzw. “Sprawę Palmetto”, która powraca przez cały pierwszy sezon i kładzie się cieniem na jej pracy. As if being a female detective isn’t hard enough already, biorąc po uwagę jej aktorski “dorobek” sprzed policyjnej kariery 😆

O co chodzi: przed akcją serialu, Chloe prowadziła śledztwo w sprawie (prawdopodobnie) skorumpowanego gliniarza, Malcolma Grahama. Gdy próbowała nakryć go na gorącym uczynku w magazynie przy ulicy Palmetto (stąd nazwa), Grahama postrzelił tajemniczy sprawca. Chloe, mimo nacisków ze strony rodziny pogrążonego w śpiączce Grahama, wciąż bada sprawę. Ku niezadowoleniu innych policjantów, w tym swego byłego męża Dana, uparcie twierdzi, że Graham jest winny.

Brzmi znajomo? Czyżby jak większość podobnych wątków w serialach kryminalnych? Macie rację – to ograny motyw. Zresztą zgodnie z konwencją dość prędko okazuje się, że nie tylko Chloe ma rację co do Grahama, ale za całą konspiracją stoi ktoś, kogo Chloe zna. Rozwiązanie tej zagadki jest o tyle przewidywalne, że tylko wówczas ten wątek ma odpowiednią wagę dla serialu*. To, że sprawcą okazuje się Dan – nice job gaslighting your ex-wife, btw – nie jest być może wielkim zaskoczeniem. Ale to, jak potraktowano tę postać już tak.

*a na tym etapie zdążyliśmy już wydedukować, że jest on pisany przez sprawnych scenarzystów, więc jeśli coś ma mieć emocjonalny pay-off dla widza – i bohaterów – to będzie go miało.

W cudownie poetycki sposób, biorąc pod uwagę tematykę winy i odkupienia, która się w Luciferze przewija, Dan nie jest jednoznacznie złą postacią; miał powody, by zrobić to, co zrobił. Mysz przyzna, że była takim obrotem spraw zaskoczona – w pierwszej chwili wzięłam go za kolejnego stereotypowego skorumpowanego glinę. To było jednak zanim zrozumiałam bardzo istotny element scenopisarstwa Lucifera. Mianowicie wszystkie głównie postaci w serialu, choć przechodzą istotne przemiany, mają kilka niezbywalnych, niezmiennych cech, które stanowią ich rdzeń. Dan też tej zasadzie podlega i choć zbacza z prawej ścieżki, serial nie spisuje go na straty. Dostaje swą szansę na odkupienie – powolne, ale satysfakcjonujące.

Zaskoczyło mnie to tym bardziej, że Dan w pierwszej chwili wydawał się (podobnie jak Chloe) nieco papierowy. Aha, bohaterka pracuje z byłym mężem, są w separacji, ale wspólnie wychowują córkę? Były mąż traktuje nowego faceta, który się wokół niej kręci jak zagrożenie i pewnie będzie chciał ją odzyskać?… ZIEEEEW.

Tak jednak nie jest. Owszem, Dan jest postacią drugoplanową, więc scenarzyści niekiedy traktują go po macoszemu. Wciąż jednak stworzyli w nim ciekawą, złożoną postać, której dobre serce, ale niekoniecznie prawe metody stanowią ciekawe (krzywe) zwierciadło dla postaci Lucyfera. Duża też w tym zasługa Kevina Alejandro (True Blood). Sprawia on, że wielofasetkowość Dana zyskuje na wiarygodności. Mysz jest pełna podziwu, jak aktor ten potrafi w jednej scenie odegrać ciepłą cynamonową bułę, a w kolejnej skonfliktowanego detektywa.

Choć sprawa Palmetto przewija się w tle całego pierwszego sezonu, serial znacznie przyspiesza, gdy wątek ten wysuwa się na pierwszy plan. To zresztą kolejny raz pokazuje, jakim błędem ze strony FOXa było naciskanie na odcinki case of the week. Trzeba było pozwolić twórcom skupić się na postaciach, głównym story-arcu i fantastycznym świecie, w którym żyją bohaterowie.

Naturalnie, serial o tak absurdalnym premise jak Lucifer potrzebował nieco czasu, by przyzwyczaić (i przekonać) do siebie widzów. Nie mógł od razu wskoczyć w całą serialową mitologię. Ale wiemy też, że FOX robił co w jego mocy, aby skierować serial na tory bardziej tradycyjnego, cotygodniowego cop procedurala. Wielokrotnie ze szkodą dla serialu.

Rzecz w tym, że w przypadku supernatural procedurala, którym nominalnie Lucifer jest, wewnętrzna metafizyka i mitologia serialu jest ważna. Bo to właśnie ONA zmienia znaną policyjną konwencję oraz wpływa na życie (i rozwój) bohaterów.

Spójrzmy na takie seriale jak Grimm czy Sleepy Hollow. Mamy policjanta i element nadnaturalny, czy to w postaci specjalnych mocy tegoż policjanta, czy to w osobie jego partnera/partnerki. Do tego mamy cały worldbuilding – nasi bohaterowie nie istnieją w próżni, elementy fantasy tworzą szerszy świat. Ale, perhaps most importantly, seriale te mają konstrukcję monster of the week, a nie case of the week.

Oznacza to, że niemal każda zbrodnia związana jest z magią/mitologią serialu w którym się rozgrywa. W Luciferze… tak nie jest. Zbrodnie w większości popełniają zwykli ludzie. Jedynym “magicznym” elementem jest postać Lucyfera. Gdyby nie jego współpraca z LAPD, nie byłby w sprawy zamieszany. A gdyby nie jego diabelska “moc”… byłby po prostu nieznośnym, ale czarującym szalonym Brytyjczykiem, który pałęta się policji pod nogami. I często więcej przeszkadza w dochodzeniu niż w nim aktywnie pomaga.

Podobnie jakiekolwiek niebiańskie konflikty pozostają w Luciferze w dużej mierze oddzielne od spraw ludzkich. Co je ewentualnie łączy? You guessed it: Lucyfer.

W skrócie oznacza to, że przez część pierwszego sezonu (i część całego serialu) jego trzy główne elementy – ludzkie śledztwa, emocjonalny bagaż bohaterów, niebiańska metafizyka – nie występują jednocześnie. A nawet jeśli są wszystkie trzy, nie splatają się w schludną całość.

Nie oznacza to, że pierwszy sezon Lucifera w ogóle nie jest w stanie dobrze poprowadzić tych wątków. Dobre scenopisarstwo widzimy w odcinkach takich jak “Favorite Son”/”Wingman” [1×06/1×07], gdzie mamy dylemat emocjonalny Lucyfera wpleciony w konflikt z Amenadielem (i ich Ojcem), rozgrywany na tle śledztwa w sprawie kradzieży skrzydeł.

A najlepszy przykład tego, jak pięknie trójdzielna struktura Lucifera się splata gdy jest robiona dobrze, widzimy w drugiej połowie sezonu. Wtedy, gdy sprawa Palmetto wychodzi na pierwszy plan i poprzez działania Amenadiela łączy sięz wątkiem nadnaturalnym. Dopiero wówczas nagle wszystko zaczyna w serialu wybrzmiewać: prywatnie umotywowane śledztwo Chloe, moralny upadek Amenadiela, humanizacja Lucyfera, wątek jego uczucia do Chloe i tego, co jest w stanie dla niej poświęcić… ba, nawet niebiańsko-piekielne komplikacje znajdują tam swoje miejsce!

Bo widzicie, Lucifer jako serial jest najlepszy wtedy, gdy wszystkie trzy jego elementy – psychological drama, celestial fantasy, crime procedural (w tej kolejności) – działają razem. Trudno to jednak zauważyć, oglądając serial z tygodnia na tydzień, bez kontekstu całości. Zwłaszcza gdy FOX naprawdę robił wszystko, by go niechcący pogrążyć.

Finał serialu ostatecznie serwuje widzom kilka miłych rozwiązań… a także parę niespodzianek. Amenadiel, uświadomiwszy sobie, jak daleko zapędził się w swoim queście, by wysłać Lucyfera do Piekła, sprzymierza się z bratem, aby powstrzymać zmartwychwstałego Malcolma. Ten w swym szaleństwie stanowi już zagrożenie nie tylko dla Lucyfera, ale także dla Chloe i jej rodziny; Lucyfer rusza więc na pomoc. Maze poświęca swój “bilet do domu” (zachowane ze skrzydeł Lucyfera pióro), by wyleczyć rannego Amenadiela, mimo że obaj anielscy bracia zachowali się wobec niej okrutnie. Dan nie tylko pomaga Chloe oczyścić z zarzutów Lucyfera, którego Malcolm wrobił w morderstwo, ale dobrowolnie oddaje się w ręce policji (he’s a dirty cop, remember?). Niemal każdy wątek dostaje tu swoje zwieńczenie – swoisty emocjonalny pay-off.

Jednak najważniejszym wątkiem finału jest śmierć Lucyfera w obronie det. Decker. Jest to zagranie przewidywalne, biorąc pod uwagę rodzące się między nimi uczucia. Co więcej, powoli postępującą przemiana Lucyfera z nonszalanckiego łobuza w kogoś, kto troszczy się o swych bliskich, także fabularnie wymaga dużej ofiary. A czy mogłoby być większe poświęcenie dla Lucyfera, niż dobrowolny powrót do Piekła i tym samym spełnienie woli jego Ojca?

Tym większym zaskoczeniem dla Myszy były dwa elementy finału: fakt, że serial w ogóle Piekło tak szybko pokazał, i fakt, że Lucyfer niemal od razu wraca do życia, na dodatek z nową misją od Najwyższego.

Udanie się do Piekła już w finale s1 – w serialu, który tak wzbraniał się przed własna mitologią (damn you, FOX!) – to naprawdę nieliche ryzyko ze strony scenarzystów. Pragnę przypomnieć, że takie np. Supernatural pokazało Piekło (i Niebo) w znacznie późniejszych sezonach. I jasne, to trochę jak porównywać jabłka i pomarańcze, ale fakt faktem pozostaje. Showrunnery Lucifera w finale zdecydowanie zaserwowali nam “go big or go home”or, y’know, take Lucifer home 😉

Jednak o wiele ważniejsze jest to, jak wiele w serialu zmienia natychmiastowy powrót Lucyfera. Po pierwsze widzimy, że wiele postaci myliło się co do roli, jaką Lucyfer odgrywa w Boskim Planie. Po drugie, zmienia to stosunek Lucyfera do jego Ojca – ich związek staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Po trzecie, wpływa to też na dynamikę miedzy anielskim braćmi – nagle Amenadiel kwestionuje nie tylko własną moralność, ale także swoje miejsce w świecie, swoją przyszłość. A jakby tego było mało, dodatkowo zakończenie serialu zmienia jego środek ciężkości. Nagle nieistotne jest: “Co się stanie, jeśli Lucyfer wróci do Piekła?”. Zamiast tego zarówno widz jak i bohaterowie muszą sobie zadać pytanie: “Co oznacza piekielny jailbreak?”. Stawka, jakby na to nie patrzeć, rośnie. A do celestialnej obsady i niebiańskiej rodziny dołącza nowy, niespodziewany gracz–ka.

But that’s a whole other story 😊


…no. <bierze głęboki wdech ulgi>

Patrząc na to, jak długo rozwodziłam się nad elementami Lucifera – a skupiam się przecież tylko na pierwszym sezonie, który ma zaledwie(!) 13 odcinków – widać już chyba, że to naprawdę coś więcej niż głupiutki police procedural z elementami urban fantasy. To przewrotnie inteligentny dramat psychologiczny w fantazyjnym sztafażu i z teologicznym zacięciem, który prawie pogrążyła formuła lekkiego procedurala o diable rozwiązującym zagadki kryminalne 😆

Serio. Im dłużej nad o tym myślę – zwłaszcza w kontekście przetasowań w season 2 i 3 – tym bardziej stwierdzam, że to cud Pański, że Lucifer jest tak dobrym serialem, no bo URWAŁ NAĆ, Fox robił wszystko, żeby ich pogrążyć. Brawa dla twórców, którzy na każdym kroku walczyli niczym lwy o swoją wizję. Sądzę, że to właśnie ta determinacja przesądziła o systematycznym wzroście jakości serialu. Dzięki temu zyskali świadomość, które wątki stanowią siłę serialu i jak je mądrze rozwinąć w kolejnym sezonie.

Ale o tym porozmawiamy sobie już w analizie season 2.


Uwaga na koniec: jeśli zabrakło Wam omówienia jakiegoś istotnego elementu, istnieje duża szansa, że podejmę jego temat przy okazji kolejnych sezonów. Inaczej ten tekst byłby jeszcze dłuższy 😉 Ale jeśli myślicie, że o czymś KONIECZNIE warto wspomnieć – czekam na Wasze komentarze.

Tylko pamiętajcie, żeby oznaczać SPOILERY do kolejnych sezonów!

Wstęp – Sezon 1 – Sezon 2 – Sezon 3 – Sezon 4

W ramach ciekawostki: Mysz na bieżąco live-tweetowała swoje wrażenia z oglądania kolejnych sezonów. Jej mocno żywiołowe tweety (po angielsku) możecie przeczytać tutaj: SEASON 1.
Przykładowo widać tam, że na początku Mysz bardzo psioczyła na niski poziom scenopisarstwa w serialu. Oh, boy, was I wrong 😅


Jeśli dobrnęliście aż tutaj – dzięki ❤️ Cudnie mieć takich wytrwałych Czytelników.

Since I have you here, drobne pytanie: czy wolicie, aby analiza kolejnych sezonów była w podobnym formacie, skacząca od zagadnienia do zagadnienia, luźno przedstawiająca serialowe wydarzenia? Czy lepiej, żebym leciała w kolejności odcinków, skupiając się na istotnych elementach fabuły i robiąc analityczne dygresje, gdy będzie trzeba?

Będę wdzięczna za Wasz input, bo przy 15 stronach tekstu czasem sama się w swoich przemyśleniach gubię 😅