Król jest tylko jeden. “Godzilla: King of the Monsters”.

Mysz krótko podsumowuje wrażenia na świeżo po przedpremierowym seansie “Godzilla: King of the Monsters”.

Godzilla: King of the Monsters

Poszliśmy z Małżem przedpremierowo na Godzilla: King of the Monsters, bo Myszy się wielce swego czasu spodobała część pierwsza*, a trailery do sequela zapowiadały naprawdę widowiskowy film. Spieszę donieść, że się nie zawiodłam ^_^

*to był taki cudowny film o miłości :3 (MUTO – pamiętamy 😢)

Tekst nie zawiera spoilerów

(jeśli się widziało trailery)

Małżowi podobało się nieco mniej, ale Mysz wyszła z seansu bardzo zadowolona. Film jest jednocześnie zły i dobry, a przy tym zapewnia przyjemną dla oka, choć nieco chaotyczną rozrywkę z gatunku “naparzające się kaiju”. Jak zauważył Małż, concept artist musiał się mocno przy KOTM napracować, bo w filmie jest mnóstwo ślicznych pocztówek jednego/kilku potworów, zwykle na tle mgły, chmur, nieba lub wody, które z przyjemnością można by sobie powiesić na ścianie. Wizualnie film naprawdę nie boi się pokazywać, co tam ma ładnego… a ładne ma pięknie wyrenderowane w komputerze (i fajnie odegrane*) potwory. Polecam Waszej uwadze zwłaszcza Godzillę otrząsającą się z pyłu jak kot, najpiękniejszą puchatą królową kaiju, czyli Mothrę, i lewą głowę Ghidoraha (his name is Kevin; he’s a dumbass, we love him).

*tak, dobrze czytacie, kaiju były odgrywane przez aktorów w motion capture. T. J. Storm jest takim boskim Godzillą <3

Ponownie, jak przy Godzilli, za dużo w filmie ludzi. Nikogo nie interesują mrówki biegające pod stopami bijących się monstrów. Przez to pierwsze 30 minut filmu wlecze się niemożebne, a i potem trudno żeby nam zależało na losach ludzkich bohaterów… nawet jeśli wśród obsady znajdziemy mnóstwo znanych i lubianych twarzy. Choć rzeczywiście jest jeden piękny moment, gdy Mysz się strasznie wzruszyła.

Na szczęście potem film rusza z kopyta i choć ostatecznie czuć te jego dwie godzinki, Michael Dougherty zaserwował nam rozrywkową “monster operę”, z mnóstwem smaczków i ukłonów dla fanów filmów Toho, a nawet filmoweg MonsterVerse (w którego skład wchodzi King Kong z “Kong: Skull Island”, o czym totalnie zapomniałam).

Dziwi mnie, że za obie Godzille odpowiadali reżyserzy o stosunkowo niewielkim dorobku, wywodzący się z horroru. Nie dlatego, że uważam horror za gatunek pośledniejszy – wręcz przeciwnie. Horror to gatunek, który jak mało który uczy kreatywności, umiejętnego wykorzystani filmowych narzędzi (od scenariusza, przez muzykę, aż po pracę kamery) i pracy na niewielkim budżecie. To co mnie dziwi, to fakt, że przy pierwszej części wielu narzekało, że jest tam “za mało Godzilli w Godzilli”, mimo że Gareth Edwards postąpił słusznie – operował tam napięciem i pokazywał nam potwora oszczędnie, dbając także o to, by zawsze ujmować Godzillę w sposób, który oddawałby jej skalę.

W przypadku Godzilla: King of the Monsters widzę trochę wpływów Doughertyego, który nakręcił jeden z moich ulubionych horrorów, czyli Trick’R’Treat oraz znośny Krampus sprzed paru lat. Dougherty oba te filmy napisał i choć są to horrory, mają one komediowe zacięcie i mnóstwo czarnego humoru. W KOTM widać przebłyski tego humoru – to jak niektóre sceny są nakręcone, jak wybrzmiewają pewne dialogi. Ale przede wszystkim widzę w tym filmie dużo nieskrępowanej niczym zabawy. Gość chciał zobaczyć widowiskową walkę wielkich potworów i ją pokazał… kiedy akurat nie była ukryta w chaosie CGI i komputerowo szalejącej pogody.

Ale gdzieś w tym wszystkim zabrakło mi horroru – budowania napięcia, potęgowania go. Można na palcach jednej ręki policzyć sceny, w których Dougherty w ogóle próbuje się tym bawić. Przy tym jedna z tych scen – dziejąca się we względnej ciszy, ale równie dobrze można by pod nią podłożyć motyw ze Szczęk Williamsa – jest rzeczywiście fantastyczna. Dougherty sam porównuję swój film i Edwardsa mówiąc, że Godzilla to Alien, a KOTM to Aliens. I rzeczywiście, zmiana tonu z filmu na film zdaje się to naśladować.

Małż się ze mnie śmieje, że jako wielka miłośnicza filmów Rolanda Emmericha (unironically, I might add), najwyraźniej lubię patrzeć, jak świat płonie. I coś w tym jest. Może dlatego tak dobrze się na sequelu Godzilli bawiłam. Świat rzeczywiście płonie malowniczo, nawet jeśli powód dla którego tak się dzieje jest rozbrajająco pretekstowy. Być może, gdybym totalnie nie olała ludzkich bohaterów, obeszłoby mnie to, że wiele jest napisanych źle albo leniwie, od typowej sztancy filmów około-katastroficznych. Ale ludzie, zgodnie z filmowym przesłaniem, zresztą bardzo na czasie i pro-eco, są tu nieistotni – istotne są potwory. A te są śliczne.

Zwłaszcza Mothra. O rany, królestwo za pluszową Mothrę!

godzilla: king of the monsters

Mam wrażenie, że ten rozdźwięk między wątkami ludzi ,a potworów, i tym, którym poświęca się więcej uwagi wynika z tego, że twórcy nie do końca wiedzą z czym mają do czynienia. Bo jak czytam wypowiedzi jednego ze scenarzystów.obu Godzilli, Maxa Borensteina, że w pierwszym filmie nie obchodzi nas los MUTO, zastanawiam się, czy oboje widzieliśmy ten sam film. Podobnie, omawiając scenariusz KOTM, Borenstein powiedział:

“You don’t immediately invest emotionally in something that looks like a giant dragon or lizard”.

No chyba kurde ty 😆 Ja natychmiast kibicuję Godzilli i czuję z nim ogromną więź emocjonalną. My chonky boi :3

Z drugiej strony skupienie się na bohaterze grupowym, jakim są członkowie organizacji Monarch – zamiast na pojedynczej postaci jak w “Godzilli” – pozwoliło pokazać więcej lore‘u Tytanów. Dodatkowo zabieg ten sprawił, że Mysz całą fabułę – no wiecie, grupa ludzi próbująca nie zginąć i uratować postronnych w obliczu ataków wielkich przedwiecznych potworów, wyłażących z głębin ziemi – odbierała w gruncie rzeczy jako jedną wielką epicką sesję Dungeons&Dragons. Serio – Ghidorahowi brakuje dwóch głów do bycia Tiamat :D

Jeśli w sumie mam jakiś osobisty zarzut wobec filmu to to, że było w nim wręcz ZA MAŁO lore‘u. Mysz ma ostatnio fisia na punkcie worldbuildingu i to, jak MonsterVerse wplotło swoje kaiju w nasze mity i legendy, jak obecność potworów wpływa na znany nam świat i jak się ma do naszej historii i mitologii… jara mnie to. I to bardzo. Nawet jeśli wiele ukłonów w stronę kanonu “gojira and friends” muszę sobie doczytywać w Internecie, bo jestem wstydliwie niedoinformowana.

Fakt, że film jest ensemble piece sprawia, że każdy ma okazję co nieco zagrać. A jest z kogo wybierać pod względem talentu: Kyle Chandler, Vera Farmiga, Millie Bobby Brown, Bradley Whitford, Ken Watanabe, Zhang Ziyi, Charles Dance, Aisha Hinds… ba, fani Hamiltona zauważą też w niewielkiej rólce Anthony’ego Ramosa. Gorzej, że żadna z tych postaci nie zapisuje się w pamięci na dłużej – imiona trójki głównych bohaterów pamiętam głównie dlatego, że przez cały film są przez chwilę wykrzykiwane, jakby scenarzyści bali się, że zapomnimy, o kim mowa. Zresztą mam wrażenie, że postaci jest ostatecznie tyle, ilu było scenarzystów w writer’s roomie KOTM. Jedynym wyjątkiem jest postać Kena Watanabe, jako jedna z niewielu przeniesiona z Godzilli; o niej trudno zapomnieć.

To co jednak jest w filmie bezdyskusyjnie najlepsze to muzyka Beara McCreary’ego (Battlestar Galactica, The Walking Dead, intro Black Sails). Wziął sobie do serca słowa Doughtery’ego o “monster operze” i uczynił z soundtracku powalającą mieszankę motywów zapożyczonych od Akiry Ifukube (autora słynnego motywu Godzilli, and many more), tradycyjnych japońskich instrumentów i chorów, oraz rockowego pierdolnięcia. Do tego dorzucił całe morze inspiracji muzyką klasyczną, czym niezmiernie ujął Mysz za serduszko.

W motywie Rodana słychać oczywiste nawiązania do baletu “Ognisty ptak” (zwłaszcza, gdy widzimy narodziny Rodana, mocno przywodzące na myśli segment z filmu Fantasia 2000 Disneya), czy “Święta wiosny” Igora Strawinskiego (zresztą też wykorzystanego przez Disneya z kolei w pierwszej Fantasia w sekwencji z dinozaurami). Ale są tam też wpływy innych rosyjskich kompozytorów, jak Siergieja Prokofiewa, czy Modesta Musorgsky’ego i jego “Nocy na Łysej Górze”. Na upartego może i parę nutek “W grocie króla góra” Edwarda Griega czy “Planet” Gustava Holsta też by się tam znalazło :3

Dość powiedzieć, że tak jak co roku Mysz znajduje sobie 2-3 filmowe soundtracki, których potem słucha w kółko na Spotify, tak w tym roku na listę na pewno trafi właśnie Bear McCreary i Godzilla: King of the Monsters. Also: o rany, jaki podczas napisów końcowych jest epicki cover “Godzilla” Blue Öyster Cult <3

Innymi słowy: jeśli lubicie kolorowe kaiju movies, gdzie wielkie potwory widowiskowo się naparzają na tle ładnych widoczków, a w tle przygrywa zajebista muzyka, Mysz film poleca.


PS. Jestem bardzo ciekawa, jaki ton będzie miał Godzilla vs Kong, biorąc pod uwagę, że reżyseruje go kolejny gość od horrorów (Adam Wingard), ale scenariusz do filmu napisał autor wszystkich pięciu filmów o Piratach z Karaibów. Czyżby Legendary Pictures szło z serią w bardziej przygodowym kierunku?