Mysz TOP 5: Back to the 80’s – straszne filmy

W ramach cyklu o wartych uwagi produkcjach z lat 80-tych, Mysz przełamuje swoje lęki i poleca kilka strasznych filmów.

Czwarta część cyklu “Back to the 80’s“. Po filmach John Hughesa, filmach “dla dzieci” oraz komediach, pora na “straszne” filmy.

Tak jak w przypadku filmów “dla dzieci” tak i przy tej kategorii Mysz musi się tłumaczyć. Choć obiecałam sobie, że będę omawiać horrory przez zupełny przypadek na liście znalazły się raczej „filmy strachliwe” czyli takie, które mogą ale nie muszą być straszne, a tak naprawdę to sprawnie mieszają wątki mroczne z czarnym humorem.

W sumie nie wiem dlaczego wybrałam takie, a nie inne filmy. Może uważam, że klasyczne horrory z lat 80-tych – wszystkie Koszmary, Piątki i inne Halloweeny – otrzymały już wiele pochwał, recenzji i wysokich miejsc we wszelkich rankingach gatunku. Poniższe filmy nie należą dzieł wymienianych jednym tchem z Nightmare on Elm Streetł, ale  niemniej zasługują one na uwagę/uznanie. Po prawdzie wybrałam tu głównie filmy, które z takiego czy innego względu wciąż na mnie w jakiś sposób wpływają – straszą, intrygują, bawią, zachwycają… okej, są one raczej mało horrorowe. Ale przynajmniej w wypadku Myszy po dziś dzień wywołują one silniejsze reakcje niż Freddy, Jason i Michael Myers razem wzięci. Howgh!


Zapraszam wiec do zapoznania się z listą “strasznych” filmów z lat 80-tych. A Was jakie filmy z tego okresu przerażały lub wciąż przerażają?

Część czwarta:
Straszne filmy

Jaws 3 (1983)

“Na Florydzie trwają ostatnie przygotowania do otwarcia wielkiego wodnego parku rozrywki. Nad bezpieczeństwem czuwa jednostka policji, którą dowodzi Mike Brody, syn zmarłego szeryfa Martina Brody’ego. Z wizytą przyjeżdża do niego młodszy brat, Sean.Wkrótce zaczyna dochodzić do dziwnych rzeczy. Zwierzęta są bardzo niespokojne i na dodatek ginie jeden z pracowników parku. W dość tajemniczy sposób znikają kolejne osoby. Okazuje się, że wszystkiemu winien jest mały rekin, który dostał się na teren parku. Biolodzy postanawiają go odłowić. Michael Brody wolałby zabić stworzenie. Ma bowiem bardzo nieprzyjemne wspomnienia związane z rekinami. Niebawem podczas sekcji zwłok jednej z ofiar okazuje się, że sprawcą ataku był o wiele większy ludojad niż ten, który został znaleziony. Na domiar złego wskutek zaniedbań mały rekin ginie w parku wodnym. Na wolności jednak znajduje się olbrzymich rozmiarów matka, która od tej pory będzie się mściła za śmierć “syna”.
[źródło: Filmweb]

Jako że oryginalne Jaws wyszły w połowie lat 70-tych, nie mogą się zaliczyć do tej toplisty. ALE… są jeszcze Jaws 3 (czy też Jaws 3-D), drugi z sequeli do filmu Spielberga. Szczęki 3D pojawiły się na fali popularności filmów trójwymiarowych, które oglądało się przy zastosowaniu pamiętnych czerwono-błękitnych, kartonowych okularków. Szkoda, że efekt można było zaobserwować tylko w kinie, bo w telewizji sceny mające potęgować wrażenie trójwymiarowości (m.in. unoszące się w wodzie szczęki rekina) wyglądały raczej śmiesznie niż strasznie.

Powiedzmy sobie szczerze: Jaws 3jest fatalnym filmem. Kiczowatym, z kiepskimi efektami, żenującymi dialogami i fabułą, która nie ma żadnego sensu (matki rekinów nie bronią swoich młodych!). Joe Alves, który wcześniej był całkiem niezły scenografem przy poprzednich Szczękach, kompletnie nie sprawdził się jako reżyser, czego dowodem Jaws 3, które są zarówno jego pierwszym jak i ostatnim filmem.

A jednak… Mysz się wciąż, po wielu latach, boi się oglądając ten film. Możliwe, że działa tu efekt oryginalnych Szczęk, które obejrzałam mając lat 5 i które przeraziły mnie tak, że zaczęłam wierzyć, iż czarna kratka na dnie osiedlowego basenu – mieszkałam wtedy w USA – jest w rzeczywistości czającym się rekinem. Ach, ta dziecięca wyobraźnia. Fakt, że pół roku później przeżyłam autentyczne spotkanie z rekinem też może mieć na to jakiś wpływ. Jednak najbardziej w Jaws 3 rusza mnie miejsce, w którym film się dzieje – park wodny SeaWorld w Orlando na Florydzie.

Otóż Mysz, dziecięciem będąc, ten park odwiedziła. Była w tych podwodnych tunelach i widziała tamtejsze rekiny. Pan Bór łaskaw, że film obejrzałam dopiero po wycieczce do SeaWorldu, bo inaczej chyba bym wpadła tam w katatonię. Nawet teraz, mimo iż minęło wiele lat, na samo wspomnienie tych podwodnych tuneli i automatycznego nawiązania do Szczęk, którego mój mózg dokonuje, przechodzi mi po kręgosłupie zimny dreszcz. Poza tym Mysz panicznie boi się morskich głębin – bo ciemno, zimno, i w dowolnym momencie z każdej strony może cię coś zaatakować. Te lęki są o tyle smutne, że Mysz całe życie pragnęła być syrenką. Nevermind. Dodajmy jeszcze do Mysiej traumy słynny motyw Johna Williamsa – oraz przyzwoitą muzykę Alana Parkera, który zorkiestrował Jaws 3 – i otrzymujemy kiczowaty, żenujący, absolutnie fatalny film, który mimo swych niezliczonych wad wciąż mrozi mi krew w żyłach. Poza tym w filmie gra Dennis Quaid. Lubimy Dennisa Quaida.

Ciekawostka: choć motyw ze Szczęk uznawany jest za jeden z najlepszych motywów muzycznych ever, także cały soundtrack z oryginalnych Jawszasługuje na uwagę i uznanie. Mysz lubi go przede wszystkim dlatego, że sekcje smyczkowe ścieżki dźwiękowej szalenie przypominaj „The Rites of Spring” Igora Strawińskiego

Here’s Bruce!
——————————————————————————————————–

  An American Werewolf in London (1981)

 “Dwóch amerykańskich studentów udaje się na wycieczkę po Anglii. Pewnego razu jednak zostają zaatakowani przez wilkołaka. Jeden z nich ginie, drugi zostaje poturbowany. Zabija on także wilkołaka. Zabite monstrum powraca do ludzkiej formy, a lokalna ludność zaprzecza jego istnieniu. Wkrótce jednak poturbowanemu studentowi śnią się koszmary. Dowiaduje się z nich, iż będzie musiał pomóc przyjacielowi (i nie tylko), który w wyniku nienaturalnej śmierci utknął między światami…
[źródło: Filmweb]

Mysz dopiero w zeszłym roku obejrzała po raz pierwszy An American Werewolf in London. I dobrze się stało. Jestem przekonana, że gdybym obejrzała ten film wcześniej, zamieszkałabym już na stałe pod swoim łóżkiem. Co gorsza, nie byłabym w stanie docenić wielu wspaniałych elementów z których składa się ten film. Na mój obecny zachwytem nad filmem ma także wpływ to, że absolutnie nic o nim nie wiedziałam, oprócz tego że to klasyka horrorów i że zawiera jedną z najlepszych scen wilkołaczych transformacji (totally true).

Po pierwsze: An American… jest świetnym horrorem. Jest suspense, jest monstrum, są sceny pełne niepokoju i sceny pełne krwi. Jest też seks. Całkiem sporo seksu. Po drugie: film jest świetnie napisany i nakręcony. Tu obie zasługi przypadają Johnowi Landisowi, o którym mówiłam przy okazji Clue. Dzięki Landisowi film jest jak na horror niespotykanie zabawny. Mysz byłaby skłonna określić film mianem black comedy horror, bo choć humor w An American… się pojawia, jest on wspaniale wyważony, a także dość mroczny (powracają zza grobu postać Jacka Goodmana mnie kompletnie rozbroiła). Po trzecie są efekty specjalne, courtesy of Rick Baker. To co ten facet w tym filmie zrobił przerasta Mysie pojęcie. Wielokrotnie sobie odtwarzałam scenę przemiany Davida w wilkołaka i nadal nie jestem w stanie pojąć, jak oni to nakręcili. Oczywiście wspaniały występ aktorski Davida Naughtona tylko przydaje scenie poczucia autentyczności. I choć widzę podobieństwa między tą sceną przemiany, a tą zawartą w filmie The Company of Wolves (1984), An American… wychodzi z tego porównania o niebo lepiej. Może to dlatego, że An America… odnalazł cienką granicę między byciem śmiesznym, a braniem się na serio. O The Company of Wolves nie można tego powiedzieć, niestety. But I digress.

Po czwarte mamy absolutnie przewspaniałą muzykę. Pomysł by wykorzystać w filmie dość skoczne, wesołe piosenki ze słowem „moon” w tytule wydaje się o tyle banalny i kiczowaty, co genialny w swej prostocie. Właśnie kontrast poważnej, strasznej sceny przemiany ze słodkogorzkim wykonaniem „Blue Moon” Sama Cooke’a nadaje filmowi jego specyficzny śmieszno-straszny charakter. Także inne księżycowe piosenki pojawiające się w filmie – „Bad Moon Rusing” Cleardance Clearwater Revival, „Moondance” Van Morrisona (podczas sceny erotycznej; genialne!), czy dwie inne wersje „Blue Moon” w wykonaniu Bobby’ego Vintona oraz grupy The Marcels – tylko dodają An American… uroku.

Po piąte, mamy wspaniały pomysł Landisa by zamiast nudnych scen ekspozycji dać Davidowi „duchowego przewodnika”, który wszystko jemu – a także widzom – tłumaczy. Fakt, iż tym przewodnikiem jest poszatkowany i poharatany Jack, który niedawno zginął jest jednym z najfajniejszych rozwiązań scenariuszowych, jakie Myszy zdarzyło się kiedykolwiek widzieć.

A na koniec dodajmy jeszcze kontrast między kulturą i społecznością Wielkiej Brytanii a odwiedzających ją amerykańskimi turystami i już wiemy, że An American Werewolf in London to absolutny must-see. Przynajmniej zdaniem Myszy.
Uwaga: Mysz kategorycznie odradza „sequel” do filmu, An American Werewolf in Paris powstały w 1997 roku. To badziew totalny. Na miłość boską, wypuścił go Disney! O_O 

PS. Mysz nie widziała wciąż Wolfen i The Howling, dwóch innych wilkołaczych filmów, które wyszły mniej więcej w tym samym czasie co An American…i także są uznawane za klasykę filmów o lykantropach. Ale wkrótce zamierzam je nadgonić. Reviews to follow shortly.

 
David Naughton jako David i Griffin Dunne jako Jack

  

 ———————————————————————————————————-

Cat People (1982)

Irena i Paul są osieroconym rodzeństwem, wychowywali się oddzielnie. Po latach dochodzi do ponownego spotkania: dziewczyna zostaje odnaleziona przez brata. Co prawda jego zachowanie jest dosyć dziwne, a na dodatek pewnego dnia po prostu znika bez uprzedzenia. Zagubiona w obcym miejscu Irena podczas wedrówki po mieście, trafia do ZOO, gdzie poznaje sympatycznego pracownika, w którym się zakochuje. Jednak wtedy w jej życie ponownie wkracza jej brat, który wyjawia jej straszną prawdę o jej pochodzeniu: należą do kazirodczego rodu leopardów. Pobudzeni seksualnie, zamieniają się w wielkie koty. Aby wrócić do ludzkiej postaci, muszą zabijać…”
[źródło: Filmweb]

Cat People – remake filmu pod tym samym tytułem z 1942 roku – znalazł się na tej liście nieprzypadkowo.

  •  Po pierwsze to horror, ale erotyczny, co czyni z filmu rzadko spotykane zwierzę łączące dwa kontrowersyjne gatunki.
  • Po drugie w filmie gra Malcom McDowell, który mimo iż Mysz nie widziała The Clockwork Orangenieodmiennie mnie przeraża. Nie ważne, jak często McDowell gra dobrotliwego staruszka Mysz zawsze go podejrzewa o niecne zamiary.
  • W filmie występuje też zjawiskowa Nastassja Kinski (Tess), której gra aktorska co prawda się Myszy średnio podoba, ale nie mogę zaprzeczyć, że na Nastassję bardzo przyjemnie się patrzy.
  • Po czwarte tytułową piosenkę do filmu – „Cat People (Putting Our Fire)” – śpiewa David Bowie. Co ciekawe utwór ten ostatnio wykorzystał Tarantino w Inglourious Basterds.
  • Po piąte, głównym wątkiem filmu są kotołaki – czyli takie wilkołaki, tylko że zamiast wilków zamieniają się w koty (w tym wypadku czarne pantery).
  • Po szóste w filmie gra młody John Heard, czyli tata Kevina z Home Alone.
  • Dodajmy jeszcze do tego kontrowersyjny wątek kazirodczej rodziny, wspaniałe – jak na tamte czasy – efekty specjalne (echa An American Werewolf in London) i mamy osiem powodów dla których warto Cat People obejrzeć. Mysz film widziała w życiu tylko raz, ale głęboko utkwił on w mojej pamięci. Nie jakimiś konkretnymi scenami, ale bardziej swym niepokojącym, dusznym, ociekającym mrokiem, niebezpieczeństwem i seksapilem klimatem, tak podobnym w swej istocie do klimatu Nowego Orleanu (gdzie dzieje się akcja; dziewiąty powód dla którego warto oglądać!).
A dlaczego Mysz widziała film tylko raz?… Mysz naprawdę nie lubi Malcolma McDowella.

 

Śliczna Nastassja.

———————————————————————————————————

  The Lost Boys (1987)

 “Kiedy dwóch braci przeprowadza się wraz z matką do Santa Carla nie wiedzą, że zwyczajne z pozoru miasteczko skrywa mroczną tajemnicę. Część jego mieszkańców to wampiry, którzy szybko zarażają starszego z nich, Michaela, i wciągają go do swego grona. Na szczęście młodszy z rodzeństwa, Sam, wie jak poradzić sobie z tym problemem. Jego nowi kumple to zwariowani maniacy komiksów o wampirach, z czego Sam podśmiewa się za ich plecami. Teraz okazuje się, że ich pomoc stanowi jedyną szansę na odzyskanie starszego brata …”

[źródło: Filmweb]

Kolejny przykład cudownie nakręconej komedii horrorowej. The Lost Boys to dla Myszy absolutnie kultowy film lat 80-tych, głównie ze względu na obsadę (o której za moment), a także ich cudowne fryzury. Spójrzcie na plakat – takich włosów już się nie robi!

Mysz absolutnie kocha wszystko w The Lost Boys – inteligentną fabułę ze świetnym twistem na końcu, postacie, dialogi, obsadę, designfilmu, ścieżkę dźwiękową („People Are Strange” The Doorsów w wykonaniu wspaniałych Echo & the Bunymen), efekty specjalne… WSZYSTKO.
Ale przecież miało być o obsadzie. Mamy więc Jasona Patrica, którego większość może kojarzyć z jego ostatnich ról w The Losers (jako Max) i w My Sister’s Keeper (jako Brian Fitzgerald). Jest też Edward Herrmann, którego Mysz kojarzy przede wszystkim jako Richarda Gilmore’a z cudownego serialu Gilmore Girls. Mamy też Kiefera Sutherlanda w absolutnie kultowej roli Davida, przywódcy bandy nastoletnich wampirów. Ten głos, te tlenione włosy… Mysz nigdzie nie lubi Kiefera tak bardzo jak właśnie w The Lost Boys. No, może poza The Three MusketeersDisneya, ale zbaczam z tematu. Mamy też Diane Wiest (Hannah and Her Sisters) w roli matki dwóch głównych bohaterów.
Gdzie się podziały takie fryzury?
Film znany jest także z tego, że połączył dwóch Corey’ów – popularnych wówczas aktorów dziecięcych, Corey’a Feldmana (Stand By Me, The Gooneis) i Corey’a Haima (Lucas, Silver Bullet) – w słynne “The Two Corey’s”, parę najlepiej opłacanych młodych aktorów lat 80-tych. Efektem ich wieloletniej przyjaźni, która narodziła się na planie The Lost Boys był cały ciąg filmów, w których wspólnie wystąpili lub które razem nakręcili. Niestety obaj Corey’e – jak wielu młodych aktorów tamtych czasów – popadło w uzależniania od narkotyków. Feldmanowi udało się pokonać nałóg. Haim był uzależniony praktycznie całe swoje życie. Zmarł prawie dokładnie trzy lata temu, bez pieniędzy, bez domu, zapomniany przez fanów. Zawsze gdy oglądam The Lost Boys i patrzę na radosne miny dwóch młodziutkich Corey’ów gdzieś w środku aż mnie ściska na myśl, że tacy młodzi, zdolni chłopcy musieli przejść takie piekło. Aktorstwo to jednak niewdzięczny zawód.

Do zalet The Lost Boys dochodzi jeszcze cudowna, organowa muzyka Thomasa Newmana oraz bezbłędna reżyseria Joela Schumachera. Wiem, że wszyscy mamy mu za złe Batman Forever, ale Joel miał poza tym naprawdę kilka świetnych filmów (St. Elmo’s Fire, The Client, wspaniałe Flatliners z Sutherlandem i Kevinem Baconem, Phone Booth czy The Phantom of the Opera)i The Lost Boys z pewnością należą do grupy udanych filmów Joela.

Nie zmienia to jednak faktu, że Joel Schumacher jest powodem, dla którego The Lost Boys nie stali się tym, czym mieli być w oryginalnym zamyśle. Mysz – może niesłusznie – twierdzi, że film o Piotrusiu Panie i jego gangu Zagubionych Chłopców (stąd tytuł filmu; polski tytuł “Straceni Chłopcy” choć fajny, trochę na tłumaczeniu traci), którzy próbują skorumpować braci Michaela i Johna, ukrywając się przed czujnym okiem ich matki, Wendy, byłby równie dobry jeśli nie lepszy niż ostatecznie powstałe The Lost Boys. W filmie pojawiają się oczywiście nawiązania do Piotrusia Pana – sam tytuł filmu, grupa latających, nigdy nie starzejących się chłopców, oraz pies Nanoook (nazwany na cześć psa Nany z oryginalnej powieści J.M. Barriego). Jednak zdaniem Myszy film byłby jeszcze lepszy, gdyby Joel Schumacher zachował oryginalny kształt scenariusza. A może ktoś mógłby współcześnie nakręcić taki film? Piotruś Pan i jego Chłopcy jako wampiry, a’la Let Me In?… trzeba koniecznie sprzedać ten pomysł do Hollywood!

Ciekawostka: bracia Frog – które są, jakby ktoś nie wiedział, postaciami absolutnie kultowymi – noszą imiona na część Edgara Allan Poe (Edgar i Alan).

Od lewej: Jamison Newlander, Corey Haim i Corey Feldman.

———————————————————————————————————

The Witches of Eastwick (1987)

 “Trzy przyjaciółki z prowincjonalnego miasteczka w Nowej Anglii. Alexandra, Jane i Sukie, czekają na mężczyznę swojego życia. Kiedy w okolicy niespodziewanie pojawia się Daryl Van Horne, bogaty i ekscentryczny nieznajomy, przyjaciółki upatrują w nim ucieleśnienie swoich marzeń. Daryl po kolei uwodzi trzy kobiety i sprowadza je do swojego pałacu, gdzie życie upływa pod znakiem czarodziejskich zabaw i wystawnych przyjęć. Tymczasem w miasteczku ma miejsce seria niewyjaśnionych i mrocznych wypadków.”
[źródło: Filmweb]

Obecność Czarownic z Eastwick na liście może dziwić, ale nie gdy weźmie się pod uwagę fakt, że Mysz widziała ten film w stosunkowo młodym wieku. Wymiotowanie pestkami wiśni, upiorna przemiana Daryla pod koniec filmu, Alexandra w łóżku pełnym węży, czy nawet scena opętańczego grania Jane na wiolonczeli szalenie utkwiły w pamięci młodej Myszy. Jasne, film jest także nieokiełznanym hymnem na część kobiecej siły, feminizmu i „magii” jak drzemie w kobietach. Jednak nie od dziś wiadomo, że Jack Nicholson potrafi być na tyle upiorny, iż z łatwością przyćmi dowolny filmowy zamysł. Co jest tym dziwniejsze, że Nicholson był przede wszystkim chwalony za talent komediowy, jaki w filmie przedstawił. Owszem, Mysz bardzo lubi śmieszną i ujmującą stronę Witches of Eastwick, ale nic nie poradzi na to, że postać Daryla wciąż ją jednak przeraża. Wszak to Diabeł, a Diabła należy się bać. Chociażby tak na wszelki wypadek.
 
“Czarownice” nie są stricte horrorem, co nie zmienia faktu, że potrafią być filmem szalenie niepokojącym. Tu głównie zasługa Veronici Cartwright jako Felicii Alden, której występ po dziś dzień wywołuje u mnie ciarki. Nie gorszy jest Richard Jenkins jako jej mąż, Clyde – jego walka z powolnym szaleństwem żony jest absolutnie hipnotyzująca i za każdym razem tak samo łamie mi serce.
Do tego dodajmy trzy wspaniałe boginie ekranu – Cher, Susan Sarandon i Michelle Pfeiffer – i otrzymamy jedną z najlepszych adaptacji książek ever. Mysz zaczęła kiedyś czytać książkę Johna Updike’a, na której oparto The Witches… Nie zdzierżyłam – nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Film jest sto razy lepszy, a to wszystko dzięki staraniom Michaela Cristofera (scenariusz; Halling In Love, The Bonfires of Vanities, Casanova z Heathem Ledgerem) i George’a Millera (reżyser; wszystkie Mad Maxy, włącznie z nowym; oba filmy o śwince Babeoraz oba animowane Happy Feet). A fakt, że od lat kocham się we wszystkich trzech grających w filmie paniach nijak ma się do moich nad filmem zachwytów. Przysięgam ^__^

——————————————————————————————————–

Na koniec wspomnę jeszcze o trzech filmach, które choć bardziej należą do nurtu filmów „strachliwych” niż „strasznych”, czuję się zobowiązana na liście umieścić. Mowa tu o Gremlins, Beetlejuice i Heathers.

Gremlins (1984)

 “W szykującym się do świąt Bożego Narodzenia schludnym amerykańskim miasteczku narwany wynalazca kupuje synowi tajemniczą puszystą istotę. To mogwaj imieniem Gizmo. Chiński sklepikarz ostrzega: mogwaja trzeba chronić przed ostrym światłem i wodą, nie wolno go karmić po północy. Zakazy zostaną oczywiście złamane, a potomstwo Gizmo – wrzaskliwe i bezczelne gremliny – opanuje miasto, splądruje i zdemoluje wszystko, co napotka na swej drodze, wda się nawet w walkę z ludźmi.
[źródło: Filmweb]

Mysz tak naprawdę chciała umieścić na liście Gremlins 2: The New Batch, ale ponieważ to film z 1990 roku, muszę się zadowolić o wiele mroczniejszą jedynką. Chrisowi Columbusowi o którym pisałam przy okazji The Goonies) udało się w Gremlins połączyć mroczny horror z kinem familijnym – niespotykanie połączenie. Oczywiście w związku z tym film wywołał wiele kontrowersji, ale ostatecznie stał się zarzewiem istotnych zmian w amerykańskiej kinematografii*.
Do tego możemy dodać Spielberga jako producenta oraz Joe Dante jako reżysera (Piranha, The Howling). Mysz niezmiernie lubi filmy o Gremlinach także dlatego, że gra w nich Zach Galligan, w którym swego czasu Mysz się kochała. O cute factor Gizmo już w ogóle nie wspominam. Dość powiedzieć, że Myszy Furby naziwał się właśnie Gizmo. Tak z ciekawości: ktoś jeszcze pamięta te zabawki??
* Kontrowersja wokół Gremlins oraz Indiana Jones and the Temple of Doom sprawiła, że amerykańskie stowarzyszenie MPAA stworzyła nową kategorią wiekową: PG-13 (parents strongly cautioned). Dzięki temu powstała kategoria filmów, które były zbyt mroczne na kategorię PG (parental guidance suggested), ale nazbyt łagodne by podpadać pod kategorię R (restricted). Głównym źródłem powstania ratingu PG-13 była m.in. scena gremlina wybuchającego w mikrofalówce.

 ——————————————————————————————————–

  Beetlejuice (1988)

 “Małżeństwo Adam i Barbara Maitlandowie dopiero wprowadzili się do wielkiego domu, gdy przytrafia im się śmiertelny wypadek. Jako duchy są skazani na pobyt w domu, do którego wprowadza się rodzina Deitzów z Nowego Jorku, kompletnie go przebudowując. Z uwagi na to, że nikt poza córką Deitzów ich nie widzi, postanawiają wezwać bio-egzorcystę Beetlejuice’a, który wypędzi żywych z ich domu, ale jego metody straszenia są z natury niebezpieczne. Gdy Maitlandowie chcą się go pozbyć, okazuje się to niezbyt łatwe do wykonania…
[źródło: Filmweb]

Soku z żuka chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Tim Burton, Michael Keaton, Winona Ryder, Catherine O’Hara, do tego młodziutki Alec Baldwin *ślini się* i młodziutka Geena Davis *ślini się*, piosenki Harry’ego Belafonte, muzyka Danny’ego Elfmana (motyw główny z Beetlejuice’a przez wiele lat służył Myszy za dzwonek na jej matkę; dreszcz na plecach gwarantowany za każdym razem gdy dzwoniła)… wszystko to składa się na absolutnie kultowy i chyba Myszy ulubiony film Burtona. Jedynie Big Fish jest wyżej, ale to dlatego, że kocham Ewana McGregora ponad życie.

Czuję się zobowiązana także by wspomnieć, że miłośnicy Betelgeuse’a mają ogromny dług wdzięczności u Warrena Skaarena (scenarzysta Batmana), który wprowadził istotne zmiany w oryginalnym scenariuszu Michaela McDowella. Wersja McDowella była definitywnie zbyt straszna i to Skaarenowi możemy podziękować za większość kultowych już scen – piaskowe glizdy, zaświaty jako biurokracja, itd. Jemu właśnie należy dziękować za stworzenie ostatecznej wersji Beetlejuice’a jakiego znamy i kochamy. 
Ciekawostka: Miał powstać sequel filmu, Beetlejuice Goes Hawaiian. Dzięki Boru, ten plan nie wypalił! Interesujące dla Myszy jest jednak, że Burton zatrudnił Daniela Watersa jako scenarzystę do tego filmu, gdyż Waters jest także scenarzystą ostatniego filmu na tej liście, Heathers. Ostatecznie jednak Waters napisał scenariusz do innego filmu Burtona, Batman Returns.
Obecnie Seth Grahame-Smith (autor „Pride and Prejudice and Zombies” oraz „Abraham Lincoln: Vampire Hunter”, a także scenarzysta Dark Shadows) pisze scenariusz do sequela Beetlejuice’a – tym razem już bardziej na poważnie. Film ma się dziać prawie 30-lat później, we współczesnym świecie. O fabule nic na razie nie wiadomo, ale podejście Smitha do mającego powstać filmu daje nadzieję, iż sequel Soku z Żuka nie będzie kompletną pomyłką.

Alec Baldwin i Geena Davis jako małżeństwo Maitlandów.

  
———————————————————————————————————

  Heathers (1988)

 “Ekskluzywna szkoła średnia w miasteczku Sherwood. Znaczący wpływ na resztę szkolnej społeczności ma paczka czterech przyjaciółek, tzw. “Heathers: Heather Chandler, Heather McNamara, Heather Duke oraz Veronica Sawyer. Liderką grupy jest Heather Chandler, bezlitośnie tępiąca i wykpiwająca wszystkich którzy nie pasują do narzuconych przez nią standardów. Jej dowcipy najmniej bawią Veronicę, która nie znosi Heather. Pewnego dnia Veronica poznaje Jasona Dean’a, który nie tylko nosi przy sobie broń, ale miewa makabryczne pomysły.
[źródło: Filmweb]

 

Ostatni film na liście jest tutaj chyba najbardziej na wyrost, ale nie wiedziałam gdzie indziej go wstawić. Film jest trochę zbyt mroczny i cyniczny na zaliczenie go do komedii (choć Wikipedia określa Heathers jako czarną komedię). Nie wiem jak innych widzów, ale Heathers mnie w ogóle nie rozbawiło, więc ja tego filmu do komedii nie zamierzam zaliczać. Muszę jednak przyznać, że Heathers wciąż – mimo upływu wielu lat daje mi do myślenia. I mimo najszczerszych chęci nie umiem tego filmu ostatecznie rozgryźć.
Według scenariusza Daniela Watersa (o którym już dziś wspominałam, a który także napisał Hudson Hawk, które Mysz kocha właśnie za kiczowatość) i w reżyserii Michaela Lehmanna (m.in. Hudson Hawk, 40 Days and 40 Night) Heathers to – teoretycznie – czarna komedia o peer pressure, buncie przeciwko „sile rządzącej”, którą w tym wypadku jest grupa popularnych, wrednych dziewczyn, oraz nieszczęśliwej miłości. A przynajmniej tak Mysz odbiera ten film.
Nie wiem, gdzie dokładnie film mi zgrzyta, ale za każdym razem gdy go oglądam mam silne wrażenie, że coś mi umyka. Jakiś ważny wątek, czy przesłanie… może stąd problemy z interpretacją filmu?

Wszystko wątpliwości wynagradza mi jednak młody Christian Slater, którego – jak to mówi moja przyjaciółka – „ruchałabym jak dzika kuna w agreście” (pardon my french).
PS. Mysz woli polskie tłumaczenie tytułu – „Śmiertelne zauroczenie” – niż jego oryginał. Polska wersjaprzynajmniej daje do zrozumienia z czym mamy do czynienia.
Ciekawostka: Heathers został przerobione na musical przez Andy’ego Fickmana. Fickman jest także odpowiedzialny za wielokrotnie wychwalany przez Mysz Reefer Madness. Kolejna ciekawostka: rolę J.D. w musicalu “Heathers” grał Jeremy Jordan, którego Mysz wychwala także w swoich cotygodniowych skrótach serialowych za jego rolę Jimmy’ego w Smash.


———————————————————————————————————

I to na razie tyle. Przepraszam za tak późne zamieszczenie posta, ale gdzieś mi ten Dzień Kobiet uciekł dzisiaj. Ani się obejrzałam a było po 21-szej. Jeśli macie jakichś swoje ulubione “straszne filmy”, koniecznie się nimi podzielcie.

W przyszłym tygodniu część 5taBack to the 80’s: filmy animowane!


 
Thanks to Erica for being my 80’s guru. You are – as they say – a gentleman and a scholar. I salute you.