Jajka w kokilkach, czyli co pichci Hannibal?

Recap (“recapitulate” = rekapitulacja, streszczenie) odcinków 1×04 oraz 1×05 serialu “Hannibal”.

 
Internet to jednak genialny wynalazek. Dzięki niemu, mimo bezsensownej i niezrozumiałej dla mnie decyzji stacji NBC by nie puszczać czwartego odcinka serialu Hannibal, można go było zobaczyć online (co prawda z koreańskimi napisami; fajne mają te krzaczki, ale strasznie dużo pierdół im się w trakcie oglądania pojawia na ekranie).
Dla tych, którzy tak jak ja mieli okazję zapoznać się z czwartym – oraz puszczonym od razu w Stanach piątym – odcinkiem, zapraszam do przeczytania Mysich wynurzeń.
Ogólnie mówiąc w Hannibalu pociągają mnie trzy aspekty: złożona psychologia postaci i relacje między nimi, psychologia oraz pomysłowe M.O. (modus operandi) kolejnych morderców, oraz strona wizualna serialu. Obejrzawszy pięć odcinków mogę odetchnąć z ulgą bo zaobserwowałam jedynie stałą, stabilną poprawę wszystkich tych trzech aspektów w kolejnych odcinkach (czego nie można było po pięciu odcinkach powiedzieć chociażby o Bates Motel).
Mysz jest zwierzęciem dość strachliwym, ale z biegiem czasu – i lat – wytresowała się na tyle, że jest w stanie oglądać większość horrorów, thrillerów i innych filmów z zabójstwem w tle. Tym milszym zaskoczeniem był Hannibal, który jest klasycznym thrillerem: nie ma trupów wyskakujących z szafy, jedynie subtelne, pełne niuansów sugestie, że gdzieś, w czyjejś szafie – choć nie wiadomo czyjej – możliwe, że kiedyś był trup. Wszystko jest pięknie zawinięte w kokardę psychologii, badania socjopatii, psychopatii i źródła ludzkiego “zła”. Tak więc wszystkim tym, którzy wzbraniają się przed oglądaniem Hannibala z jakiś niewysłowionych obaw z gatunku lękowo-strachliwych spieszę uspokoić: Hannibal nie jest serialem do bania się. Jest za to serialem bardziej niż lekko obrzydliwym, zwłaszcza dla ludzi o słabych żołądkach. Może tak: jeśli obejrzeliście więcej niż jedną część Saw i takie kino Wam nie przeszkadza, a gore wywołuje raczej śmiech niż mdłości, jesteście kryci. Wszelcy fani Criminal Minds, CSI czy innych seriali policyjno-kryminalnych, gdzie obrzydliwość ludzkiej śmierci i zwyrodnienia jest pokazywane w całej okazałości w Hannibalu odnajdą wszystko to, co lubią. A nawet więcej, bo tam gdzie inne seriale zwyczajnie pokazują śmierć, Hannibal się w niej lubuje. Wizualnie.
Tym słowem wstępu chciałam zachęcić wszystkie boi-dudki, które jeszcze nie sięgnęły po Hannibala, by dały serialowi szansę. Jestem przekonana, że aspekty wizualno-psychologiczne serialu wynagrodzą wszelkie drobne dreszcze, które możecie (jakimś nieznanym mi cudem) poczuć. Mysz w każdym razie ani razu się jeszcze Hannibala nie przestraszyła. Czeka za to na niego co tydzień z utęsknieniem.

 

Hannibal 1×04 – Ceuf

“Ceuf” czyli po francusku “jajko” subtelnie odnosi się do tematu przewodniego odcinka, czyli rodziny, a konkretniej rodziny Abigail.
Wcześniej wspomniałam, że nie rozumiem czemu stacja NBC zdecydowała się usunąć z ramówki ten konkretny odcinek. Według źródeł dokonano tego ze względu na ostatnie wydarzenia w Bostonie oraz dość drastyczną tematykę “Ceuf”. Mysz jednak nie widzi ŻADNEGO związku między tragedią w Bostonie a tematyką odcinka. Co mają mordercze dzieci do aktu terroryzmu? Uważam to za kolejny przykład na nadwrażliwość Amerykanów, ale ponieważ nie mieszkam – już – w tym kraju i moje słowa mogą być poczytane za nieczułe, więcej na ten temat nie powiem.
Żałuję jednak, że fani serialu ze Stanów nie mogli zobaczyć “drugiego” wątku odcinka (“pierwszy”, czyli część dotyczącą Hannibala i Abigail, otrzymali w formie webseries, by nic ich nie ominęło z rozwoju tej relacji, co się akurat twórcom bardzo chwali). Choć fabularnie dochodzenie w sprawie dzieci mordujących swoje rodziny nie wnosi wiele do samego serialu, tworzyło bardzo – moim zdaniem – ważną klamrę w tym konkretnym odcinku. Przedstawienie wątku poszukiwania rodziny przez osieroconą Abigail w kontekście mordowania własnej rodziny by stworzyć nową (dzieci) było moim zdaniem bardzo sprytnym, mocnym rozwiązaniem ze strony scenarzystów. Rozpisanie tych wątków w takiej równowadze – ze śmierci w życie, i z życia w śmierć – szalenie mi się spodobało i naprawdę uważam, że amerykańscy fani serialu powinni mieć możliwość ujrzenia tego na własne oczy. Omówmy się: oczywiście ci, którym będzie zależało i tak odcinek w nienaruszonej, niepociętej formie obejrzą. Ale chodzi o zasadę, the principle. Miejmy nadzieję, że NBC nie wytnie więcej takiego numeru fanom.
– jak zwykle serial imponuje cudowną, choć zaburzoną estetyką. Scena “rodzinnego obiadu” – maggots included – była cudownie skomponowana. Czyli w Hannibalu wszystko jak na razie po staremu *szczeżuja*
– odniesienia do Piotrusia Pana, Zagubionych Chłopców (i matczynej postaci Wendy, o której szkoda, że nikt nie pamiętał) były cudownym – i zadziwiająco trafnym – smaczkiem. Mysz, która jest wielką fanką popkulturalnego impaktu jaki niesie ze sobą postać Piotrusia Pana była tym porównaniem bardzo uradowana.
– intrygują mnie stosunki Hannibala i Alaną. Z jednej strony widać, że się przyjaźnią (nachodzenie Hannibala w jego gabinecie), ale z drugiej przecież to Hannibala – wiadomo, że jego relacja z Alaną jest na każdym kroku kalkulowana i poddawana chłodnej ocenie. Tym bardziej dziwi mnie to, że Alana nie wydaje się traktować Hannibala jako “tego starszego”, tego z autorytetem. Niby się z nim wciąż spiera i wykłóca jak uczennica, ale z drugiej strony wie, że ma rację. To, że Hannibal i tak zrobi po swojemu może być dla Alany powodem niekończącej się frustracji, ale nie zmieni jej przekonania o własnej nieomylności. Pytanie tylko czy rzeczywiście wynika to z pewności siebie, czy raczej pójścia w zaparte, “ja wiem lepiej i tyle”. Mój kolejny problem z Alaną polega na tym, że nieważne czego by nie mówiła – o psychologii, leczeniu traumy, etc. – Mysz jakoś nie potrafi uwierzyć ani jednemu jej słowu. Podejrzewam, że jest to – niestety – kwestia młodego wieku. Szkoda, bo mam wrażenie, że przeszkadza mi to naprawdę zaangażować się w losy tej postaci.
– ale skoro o postaciach mowa: bardzo mi się podoba, że dowiadujemy się coraz więcej o członkach zespołu BAU. Pochwalam decyzję twórców by ukazywać Jimmy’ego, Briana i Beverly we wspólnych scenach w laboratorium, w których nie występują ani Willa ani Jack Crawford (postacie niejako czołowe). To daje nam szansę by poznać postacie takimi jakie są, a nie przez pryzmat jednego z bohaterów. Choć a’propos tego: zauważyłam, że Will stopniowo coraz częściej patrzy pozostałym członkom zespołu w oczy. To znaczy, że zaczyna się do nich przekonywać; czuć bezpieczniej. Cieszy mnie również to, że Beverly wydaje się być osobą, która traktuje Willa “najnormalniej” – nie jest nim zainteresowana ze względu na jego skomplikowaną psychikę (Hannibal, Alana, Jack), czy jego “dziwność” (choć ją szanuje), ale zwyczajnie chce być dla niego miła, jak dla każdego innego człowieka. Uważam, że w serialu takim jak Hannibal, gdzie każdy ma jakieś ukryte motywy, taka dość “prosta” postać jest bardzo potrzebna. Co prawdopodobnie oznacza, że w rzeczywistości Beverly jest jakąś zwyrodniałą morderczynią, bo Mysz bardzo często się myli w swojej początkowej interpretacji postaci. Cóż robić: naiwna ze mnie bestia.
– cały wątek z Abigail był świetnie zagrany (brawa dla młodej Kacey Rohl, która z odcinka na odcinek gra coraz lepiej), ale herbatka z grzybków nawet mnie wprawiła w lekką konsternację. Oczywiście rozumiem zabieg Hannibala by – dzięki positive reinforcement, które zapewniły grzybki – utwierdzić Abigail w tym, że Hannibal i Alana są jej “rodziną”, ale autentycznie dziwię się Abigail, że w ogóle tę herbatkę wypiła. Z całym szacunkiem dla twórców serialu, ale jest bardzo niewiele osób, które byłyby mnie w stanie przekonać do spożycia grzybków i psychiatra z pewnością do nich nie należy. Rozumiem naturalnie, że sytuacja Abigail jest wyjątkowa – a poza tym dziewczyna próbowała udowodnić Hannibalowi, że mu ufa – but still… grzybki? Really?
– Z ukłonów w stronę oryginału Harrisa: znów mamy nawiązania do przeszłości Willa i jego miłości do naprawiania motorów łódek (gdy Hannibal przychodzi nakarmić jego psy – naprawdę, Hanny? Kiełbasą? Gdzie Chappy albo inne suche żarcie? – w kącie pokoju stoi stary motor zdjęty z motorówki)
– ciekawe, że w odcinku wspomniano, że jeden z lekarzy sądowych – Jimmy Price – ma brata bliźniaka. Mysz bardzo ale to bardzo chciałaby, żeby okazało się to sprytnym foreshadowing.

Hannibal 1×05 – Coquilles

“Coquilles” czyli po naszemu “kokilki”. Mysz akurat kilka razy w życiu pomagała Mamutowi Żeńskiego przygotowywać potrawy w kokilkach, więc nie potrzebowała pomocą wujka Google by zrozumieć tytuł odcinka. Nie wiem co prawda jak tytuł odnosił się do fabuły – kokilkowe połówki muszelek przypominają skrzydła? – ale jego swojskość, a także tematyka bliska memu sercu sprawiły, że bardzo mi się ten odcinek podobał. Chyba nawet bardziej niż poprzedni.
– Powody dla Will’owego lunatykowania wciąż nie są dla mnie ani jasne ani zrozumiałe. Wierzę jednak, że albo temat ten subtelnie odejdzie w cień – zauważyłam, że w Hannibalu, ze względu na zawiłości psychologicznie, łatwiej jest taki manewr wyprowadzić – albo zostanie wkrótce dokładniej wytłumaczony.
– rozbroiło mnie zdanie Lecter: “my kitchen is always open to friends“. Nie wiedziałam, że Hannibal już uznaje Willa za przyjaciela. Then again może to być sprytny wybieg, który ma podświadomie przekonać Willa, że Lecter istotnie jest jego przyjacielem, tym samym zwiększając zaufanie, które w Lecter pokłada Will.
– ogromnie Myszę cieszy, że nareszcie poznaliśmy bliżej Phyllis (aka. Bellę), żonę Jacka, którą powściągliwie, ale z mocą gra Gina Torres (Firefly). Nie spodziewałam się co prawda, że Phyllis od razu zgłosi się na terapię do Hannibala, ale wątek ze zdradą był do przewidzenia. Szokiem natomiast – zresztą nie tylko dla mnie – był wątek jej nowotworu. Zarówno Torres jak i Fishburne wspaniale wypadają we wspólnych scenach. Po pierwsze dlatego, że relacja Jacka i Phyllis jest świetnie rozpisana – ich rozmowa w łóżku, gdy Jack się pyta czy może jej w jakikolwiek – fizyczny (seks), emocjonalny lub intelektualny – sposób pomóc niezmiernie mnie ujęła swoją bezpośredniością, a jednocześnie ogromem uczuć, jaki się pod nią krył. Po drugie sceny te są potężne ze względu na parę aktorską, która w nich gra. Fishburne to istny geniusz (któż nie pamięta Othello), ale Torres dzielnie dotrzymuje ich kroku. Ostateczna rozmowa państwa Crawford w gabinecie Hannibala była wspaniała, straszna i poruszająca. Definitywnie jedna z najmocniejszych interpersonalnych scen, jakie w serialu do tej pory widzieliśmy
– skoro o interpersonalnych scenach mowa narastający konflikt między Jackiem i Willem bardzo mnie martwi. Mysz zdążyła się już niejako zżyć z postaciami, a mimo świadomości, że bez konfliktów życie jest nudne, nie lubię gdy lubiane przeze mnie postacie się kłócą. Najgorsze jest to, że Hannibal ma rację – Jack ma do Willa bardzo, moim zdaniem, samolubne podejście. Oczywiście, jako widzowie wiemy, że Hannibal może jedynie chcieć podburzyć Willa przeciwko Jackowi. Nie zmienia to faktu, że w jego słowach – i działaniach Jacka – jest wiele okrutnej prawdy. Tym bardziej poruszająca jest scena pod koniec odcinka, gdy Will, mimo brutalności Jacka w ich wspólnych stosunkach, jest dla niego niemym wsparciem; jest dla niego przyjacielem. Mam szczerą, fanowską nadzieję, że Jack po przeżyciach tego odcinka zacznie się wreszcie odnosić do Willa jak do człowieka, a nie osobistej maszyny do rozwiązywania morderstw skrzyżowanej ze świnką morską.
– przy recenzowaniu poprzedniego odcinka (powyżej) wspomniałam o równowadze między wątkiem mordowania rodziny, a poszukiwania rodziny. Także w tym odcinku widzimy tę równowagę w wątku żony, która porzuca męża chorego na nowotwór (the Angel-Maker o którym szerzej za moment), oraz męża, który postanawia mimo wszystko wspierać chorą żonę (Jack i Phyllis). Zwróćcie zwłaszcza uwagę na to, jak ta równowaga jest przedstawiona w scenie, gdy żona Angel-Makera opowiada o chorobie męża, a na twarzy Jacka widać powolne, straszne olśnienie. Tu kolejna pochwała dla Lawrence’a Fishburne’a, który zagrał te subtelne zmiany na twarzy Jacka wprost zjawiskowo. Mysz nie mogła od jego gry aktorskiej oderwać oczu i tak jak na początku nie była przekonana do Fishburne’a w roli Crawforda, teraz nie mam wątpliwości, że był to dobry wybór.
Angel-Maker czyli dość klasyczny manewr z chorym na raka mózgu mordercą, który “widzi” zło w ludziach i próbuje je przekuć w – w jego pojmowaniu – dobro. Mysz już kilka razy widziała podobne zagrania fabularne w serialach/filmach, ale trzeba przyznać, że jak zwykle Hannibal, dzięki bezpardonowej, niemalże groteskowej warstwie wizualnej sprawia, że stare zagranie wydaje się… cóż, ponownie “krwiste”. Choć Mysz miałaby kilka istotnych pytań technicznych do twórców odnoszących się do tego jakim cudem Angel-Maker zdołał się sam powiesić/zanielić. Ale tak tylko się czepiam, żeby czegoś się czepiać.
-Nie wyobrażacie sobie jaki pisk radości wydała z siebie Mysz, gdy w odcinku padł absolutnie KULTOWY (dla fanów postaci Hannibala) cytat odnośnie wody kolońskiej Willa – w butelce ze statkiem – i tego, że Will dostaje tę samą wodę kolońską od lat na Gwiazdkę. Fani serii Harrisa oraz filmów Manhunter oraz The Red Dragon z pewnością kojarzą ten fragment, bo pojawia się on za każdym razem, gdy mamy do czynienia z Willem Grahamem w duecie z Lecterem. Ale fakt, że w serialu Hannibal autentycznie nachyla się by Willa powąchać, a Will to zauważa z dość spokojnym, niezbulwersowanym zdziwieniem totalnie mnie rozbawiła. Takiego ujęcia tej sceny jeszcze nie widzieliśmy. Takie drobne smaczki i odniesienia do “kanonu” Hannibala są jak idealnie dobrana przyprawa – bez niej potrawa (serial) straciłaby na uroku.