Chodź, zekranizuj mi świat…

Mysz rozpisuje się o swoich ulubionych literackich krainach.

Ostatnio oglądając Game of Thrones naszła mnie myśl: fani serii Martina to mają szczęście.

Podobnym stwierdzeniem mogłabym obdarzyć fanów Lord of the Rings Tolkiena. Dlaczego mają oni szczęście?… bo zarówno miłośnicy Westeros jak i Śródziemia zobaczyli już na własne oczy świat, który do tej pory nosili tylko w wyobraźni. Więcej, wciąż mogą je oglądać – czy to w formie kolejnych Hobbitów czy sezonów Game of Thrones.

Mimo całej mojej sympatii dla Tolkiena, jak i Martina, nie uznaję się za hardcore’ową fankę ich twórczości. Owszem, bardzo lubię ich kinematograficzne wcielenia, ale literackie pierwowzory są mi, poniekąd obce. „Władcę pierścieni” od ponad 7 lat stoi na półce z zakładką wciąż między księgą trzy a cztery i dalej ani rusz. Utknęłam także czytając drugi tom Sagi Lodu i Ognia. Ale jest wiele innych fantastycznych, literackich krain, które z chęcią bym kiedyś odwiedziła. Niektóre to niemalże typowe high fantasy, inne bardziej podpadają pod urban fantasy, a jeszcze kolejne to już kompletny miszmasz gatunków. Mają jednak jedną wspólną cechę: przedstawiony w nich świat jest na tyle ciekawy, złożony lub po prostu pociągający, że Mysz chętnie by się tam przeniosła, by móc go na własne oczy zobaczyć. Nie chodzi nawet o przeżywanie przygód wspólnie z książkowymi bohaterami – czasem naprawdę wystarczyłoby pozwiedzać opisane krainy, miasta i porty, by poczuć się… cóż, jak w domu poza domem.

Niby nie powinnam narzekać. Wiele fajnych światów zostało już przeniesionych na ekran kinowy lub telewizyjny. Mamy właśnie Game of Thrones i True Blooda, na ekranach królują (i królować będą) The Hunger Games i jego kontynuacja Catching Fire, czeka nas także wycieczka do świata Shadowhunterów w filmie The Mortal Instruments: City of Bonesczy futurystyczny świat w planowanej ekranizacji Divergent. Zauważcie, że wiele z nich – zaliczając do tego także serię Twilight czy inną ekranizację Meyer, The Host – to przeniesiona na ekran literatura młodzieżowa. Mysz się broń Boru nijak przed nią nie wzdraga. Hell, przeczytałam nawet cztery tomy serii „The Mortal Instruments”, żeby wiedzieć o co jest ten cały hałas. I rzeczywiście ukazany tam świat ma  sobie coś… pociągającego. Więc naprawdę nie chodzi o to, czy film powstaje na bazie wybitnej literatury czy klasyki gatunku (jak w wypadku Tolkiena czy Martina). Chodzi o pewne wrażenie, które film jest w stanie wywołać w widzu – jeśli oglądając go nagle przenosisz się do –tego- konkretnego świata, nieważne czy jest to współczesny Nowy Jork z demonami, czy średniowieczni rycerze wywijający mieczami, to znaczy, że film spełnił chociaż część swej roli. Bo Mysz jest wyznania, że filmy są przede wszystkim swoistym teleportem, który nie dość, że przenosi nas z dala od naszych problemów, to w tym samym czasie przenosi nas także do innego świata.

I tak, oglądając Game of Thrones, pomyślałam sobie: „ileż to światów wyobrażałam sobie czytając książki… ile z nich pragnęłabym zobaczyć na ekranie”.

Sporządziłam więc listę swoich „drugich” domów – krain do których pragnęłabym kiedyś trafić, chociażby dzięki magii kina. Z przyjemnością poznam też Wasze wymarzone krainy!


[Od razu zaznaczam, że nie wymieniam praktycznie żadnych książek z gatunku „teen fantasy” bo doszłam do wniosku, że te najfajniejsze i tak zostaną prędzej czy później zekranizowane.]

 

1. Krynn (i wiele innych) – z serii książek „Dragonlance” Margaret Weis i Tracy’ego Hickmana

Jest coś magicznego i wyjątkowo pociągającego w krainie, która narodziła się jako „grywalny świat”. Te cechy sprawiają, że Mysz ma tym większą ochotę w ten świat wejść.

Dragonlance, wywodzące się ze świata Role Playing Games spod szyldu Dungeons&Dragons, czyta się zupełnie jak przygodę postaci graczy, bawiących się wspólną rozgrywką.

W mojej głowie tkwi bardzo wyraźna wizja tego, jak powinien wyglądać świat Dragonlance. To skrzyżowanie rozmachu i realizmu LotRa z absolutnie nieprawdopodobnym high fantasy, a’la okładki książek z serii o Smoczej Lancy. Wiem, że taki kontrast realizmu i – poniekąd – kiczu może się wydawać bezsensowny, ale myślę, że w właściwych rękach mógłby to być niesamowity efekt. Taki.. hm, trochę jak w filmach fantasy z lat 80-tych, jak Willow, The Labyrinth czy Excalibur.

Poza tym kto nie chciałby choć raz w życiu zobaczyć karczmy „Ostatni dom” umieszczonej w ogromnym drzewie vallen?
 

2. Terre d’Ange – z podwójnej trylogii Kusziela autorstwa Jacqueline Carey

Już słyszę te protesty: „ale Myszu, przecież Terre D’Ange to po prostu dawna Europa tylko ubrana w fikuśne, fantazyjne ramki”.

Okej, zgadzam się. Lubię jednak to, jak Carey podzieliła Terre D’Ange na wyraźne, różniące się wyglądem i charakterem prowincje. Chciałabym móc kiedyś zobaczyć te różnice na własne oczy – jabłkowe sady Azalii, surowe piękno Kuszetu, górskie piękno Siovale, przepych Miasta Elui, perły prowincji L’Agnace… jednak najbardziej zawsze ciągnęło mnie na zielone pola Alby oraz chorwacki urok Ilirii. Wiem, że basically oglądałbym wybrzeża Anglii i Chorwacji, ale… no właśnie – byłabym tam dodana ta szczypta magii, która sprawia, że w Lord of the Rings Nowa Zelandia –staje się- Śródziemiem.

Poza tym, biorąc pod uwagę ile krain Carey dała radę w swoich (pokaźnych objętościowo) książkach opisać, naprawdę nie można by narzekać na nudę. Podróży tam więcej niż we wszystkich Indiana Jonesach razem wziętych!
 

3. Wiedźminland – czyli świat Geralt z „Sagi o Wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego
 

Nie, cholera. Nie będę się z tego tłumaczyć. Pomijam już, że filmy o wiedźminie, które dostaliśmy są kijowe. Także pokazany tam świat wydaje się taki… bezbarwny, szary i nudny. Zupełnie jak fabuła i konstrukcja filmu *oh, burn*

Ale wyobraźcie sobie gdyby ktoś z takim rozmachem, wyczuciem i budżetem jak HBO wziął się za wiedźmina… czyż to nie byłoby cudowne?
 

4. The Elder Isles – Vance, „Lyonesse”
  

Tego wyboru też nie umiem w pełni wytłumaczyć. Głównie dlatego, że mam ogromny problem z książka Vance’a (na razie przeczytałam tylko właśnie „Lyonesse”). Mianowicie książka mi się absolutnie nie podobała. A jednocześnie… nie mogłam.przestać.ją.czytać. Serio: byłam jak zaczarowana. Krzywiłam się niemiłosiernie, przewracając kolejne strony; klęłam wręcz w żywy kamień. A jednak wciąż zdarzają mi się sny, które rozgrywają się w krainie, która bardzo przypomina moje wyobrażenie o Lyonesse (zwłaszcza ogrodu Sundrun). Biorąc pod uwagę, że Vance uznawany jest za wybitnego pisarza (Mysz osobiście nie wie dlaczego, chyba że właśnie za magiczny chwyt, jakim jego książki potrafią złapać nawet zniechęconego czytelnika), jego książki wydawałaby się naturalnym źródłem do jakiejś ekranizacji. Z pewnością ogromnie spłyconej, bo trudno byłoby przekazać wszystkie zawiłości fabuły oraz detale prozy Vance’a, ale mimo to myślę, że fajnie byłoby Lyonesse na ekranie kiedyś zobaczyć..
 

5. Królestwo Troy, królestwo Arkach, cesarstwo Luan – czyli krainy z „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego

Tu podobna sytuacja jak w wypadku wiedźmina – Mysz po prostu -wie-, że gdyby za ekranizcję „Achai” wziął się ktoś mądry i majętny, dostaliśmy wspaniałą, zachwycającą wizualnie, epicką sagę. Ogromne wrażenie zrobiłaby zwłaszcza bogata, przepyszna stolica cesarstwa, Syrinx, i Wielki Las, oddzielający Królestwo Arkach od krainy Chorych Ludzi.

No i kto nie chciałby choć raz usiąść pod drzewem, gdzie Meredith doznał swojej wizji?… Mysz w każdym razie by chciała.

6. Tailchaser’s World – ze wspaniałej i nietypowej hero fantasyjakim jest „Tailchaser’s Song” Tada Williamsa
Mysz wie, że Williams stworzył ciekawsze światy w swoich seriach „Otherworld”, „Shadowmarch” czy nawet „The War of Flowers”, ale właśnie świat kota o imieniu Tailchaser ujął mnie za serce.

Może wynika to stąd, że zawsze lubiłam filmy kręcone z perspektywy zwierząt – zarówno te bardziej dokumentalne jak L’Ours jak i Homeward Bound: The Incredible Journey. A połączenie zwierzęcej perspektywy z piękną mieszanką kreacji świata i elementów high fantasy jakie w swej książce prezentuje Williams jest – przynajmniej dla Myszy – niesamowicie pociągające. Z autentyczną przyjemnością przeszłabym się po lesie Ratleaf lub poszwendała się w królewskiej siedzibie kotów, Firsthome. A gdybym jeszcze przy tym mogła być kotem to już w ogóle padłabym ze szczęścia.
 

7. Kraina Kota i Wielkie Królestwo – z książek Doroty Tyrakowskiej „W krainie kota” oraz „Córka czarownic”

Trudno wytłumaczyć moją miłość zarówno do książek Tyrakowskiej jak i przedstawionych przez nią światów.

Z książkami Tyrakowskiej jest trochę jak z bardzo barwnym, „żywym”, realistycznym snem, który czasem się zdarza jeśli ktoś jest… hm, „pod wpływem substancji odurzających”. Po obudzeniu nie pamiętamy wiele, ale jeśli kiedyś jeszcze raz do tego świata ze snu powrócimy, natychmiast czujemy się tak jak w domu. Chłodnym, okrutnym i brutalnym, ale jednak domu, właśnie przez to jeszcze bardziej pociąganym, że z trudem wywalczonym.

Wiem, brzmi jak poetyckie brednie. Ale nie pierwszy raz piszę o książkach Terakowskiej i nie pierwszy raz mam z tym problemy. Dość powiedzieć, że serdecznie polecam jej dzieła. Wierzcie mi na  słowo: wymyślonych przez nią światów trudno się potem pozbyć z głowy.
 

8. Świata Tkacza Iluzji – Ewy Białołęckiej
 

Mysz jeszcze rok temu nie znała żadnej książki Białołęckiej, ale będzie musiała te zaległości nadrobić, bo dawno tak cieniutka książeczka nie zrobiła na niej aż takiego wrażenia. Białołęcka ma w piórze talent porównywalny z LeGuin, która oszczędnymi środkami potrafiła nakreślić bardzo jasny, przejrzysty obraz świata, w którym poruszali się jej bohaterowie.

I choć świat ten może wydawać się prosty, Mysz ogromnie chciałaby kiedyś zobaczyć Smoczą Archipelag. Czułabym się tam zupełnie jak Robinson Crusoe.

Honorable mention: „Załatwiaczka” i „Podatek” Mileny Wojtowicz.

Jeśli dziwni nieobecność na liście Gaimana i jego American Gods albo Neverwhere, wynika to jedynie stąd, że Mysz za Gaimanem… nie przepada. Lubię jego opowiadania i lubię go jako człowieka, ale jego powieści?… meh.

Jeśli dziwi nieobecność Ziemiomorza Urszuli K. Leguin, Amberu Rogera Zelaznego, Fionavaru Gabriel Kaya wynikają one jedynie z tego, że Mysz jest dopiero w trakcie zapoznawania się z nimi i póki książek nie skończy, nie chce się wypowiadać (z „Lyonesse” nie miałam tego problemu, bo szczerze wątpię bym kiedyś do książek Vance’a wróciła).

 

No dobra, a jakie są Wasze wymarzone, utęsknione krainy? Czy lubicie nutkę high fantasy, jak Mysz, czy może ciągnie Was raczej do współczesnych miast? A może jeszcze dalej – w przyszłość i w kosmos?… 


PS. Jutrzejszy wpis będzie króciutki, bo Mysz idzie na dzień do szpitala. Bez obaw – to tylko awariabadania kontrolne :)