Don’t psychoanalyze me, czyli o ludzkiej psychice. Part 1

Wyliczanka wyszukanych przez Myszę najciekawszych filmów o ludzkiej psychice. Część pierwsza.

 
Zagryzając zęby i walcząc z bólem nadgarstka postanowiłam wreszcie napisać wpis, który od tygodnia siedzi z tyłu Mysiego mózgu i piszczy „wybierz mnie, pani! Mnie wybierz!”. Tak więc będzie o ludzkim umyśle, jego zwichrowaniach i przedstawieniu tychże w kinematografii.

Tu disclaimer: oprócz obserwowania na co dzień co pewne choroby psychiczne potrafią zrobić z człowiekiem (i jego rodziną), nie roszczę sobie żadnych praw do posiadania udokumentowanej wiedzy na temat psychologii, psychiatrii i niepełnosprawności intelektualnej. Jeśli opinie, które wyrażę na temat poniższych filmów ktoś z wykształceniem w kierunku psychologii/psychiatrii uzna za błędne i/lub obraźliwie, bardzo przepraszam i prosiłabym, żeby mi to pokazać palcem. Mysz nie lubi popełniać wielokrotnie tych samych błędów i chciałaby ich, możliwie, na przyszłość uniknąć. 

Having said that, zaznaczę również, że na poniższej liście starałam się wymienić filmy „mniej” znane. Mówię tu o filmach o których nie słyszałam nigdy wcześniej, dopóki nie napatoczyłam się na nie sama. Nie znaczy to, że są to filmy niszowe czy indie – choć kilka mogłoby się do tej kategorii zaliczyć. Ogólnie chciałam Wam, Drodzy Czytelnicy, przedstawić filmy, które dotyczą ludzkiego umysłu, a są – moim zdaniem – bardzo ciekawym ujęciem tematu i/lub zbyt mało znane.

Do filmów o szeroko pojętej ludzkiej psychice i niepełnosprawności intelektualnej zaliczamy wiele filmów. Zarówno dość oczywiste ujęcia tematu takie jak One Flew Over the Cuckoo’s Nest czy Girl, Interuppted (oraz inne filmy dziejące się w szpitalach psychiatrycznych), jak i bardziej subtelne takie jak Donnie Darko, Sucker Punch czy chociażby K-PAX. I tak, ten ostatni wymieniony film autentycznie zaliczam do tej kategorii. Jasne, nie jest on wybitny, a niektórzy twierdzą, że jest to wręcz zły film, ale Mysz go lubi, a zmagania z psychiką w nim ukazane uważam nie tylko za sprytne fabularnie, ale i piękne wizualne. Do klasyki tego gatunku – jeśli filmy o ludzkim umyśle można nazwać „gatunkiem” – zalicza się także takie wspaniałe filmy jak Rain Man czy A Beautiful Mind, gdzie jeden aktor, wcielając się w rolę osoby chorej jest w stanie zatrzeć granicę między grą aktorską a nad wyraz realistycznym ucieleśnieniem postaci. Do takich filmów zalicza się także chociażby What’s Eating Gilbert Grape (wspaniała rola młodego DiCaprio – Mysz była mała gdy oglądała ten film po raz pierwszy i wówczas, nie wiedząc kim jest DiCaprio, była przekonana, że naprawdę jest on osobą niepełnosprawną intelektualnie), Forrest Gump czy ostatnio The Soloist. Ale żeby nie było nudno, „kino ludzkiego umysłu” nie ogranicza się jedynie do filmów około-biograficznych czy opartych na prawdziwych wydarzeniach. Wątki zmagań z własnym umysłem otrzymujemy także w takich niszowych, kultowych perełkach jak Fight Club lub 12 Monkeys (co ciekawe w obu gra Brad Pitt). A ostatnio nawet można za takie filmy otrzymać Oscara (The Silver Linings Playbook).

No dobrze, Myszu – powiecie. – Ale przecież we wszystkich tych filmach główne postacie cierpią na poważne zaburzenia psychiczne albo niepełnosprawność intelektualną. Trudno żeby nie zaliczać tych filmów do tego „gatunku”. – 

Jednak czy rzeczywiście? Wszak gdy mowa o Sucker Punch, pierwszym co przychodzi na myśl wcale nie jest „film o ludzkiej psychice” tylko „komiksowa napierdalanka wielkookich lolitek w krótkich spódniczkach”. A jednak dla upartego widza – lub uważnego, jak kto woli – w Sucker Punch można znaleźć wątki walki z własną psychiką. Osobiście nie uznaję zmagań Babydoll za chorobę psychiczną, tak samo jak po dziś dzień nie uważam by główna bohaterka Girl, Interuppted była naprawdę chora psychicznie, a jedynie zagubiona. Właśnie to zagubienie we własnych uczuciach, odczuciach, myślach i reakcjach uważam za istotę filmów „psychologicznych” (tu rozumiane jako: o ludzkim umyśle). Nie chodzi jedynie o przypadki poważnych chorób (choć takich filmów jest stosunkowo więcej, ma wrażenie), ale także te, gdzie występują jedynie „zwichrowania” (te wątki pojawiają się zwłaszcza w filmach z młodszymi, często nastoletnimi bohaterami).

Jednak głównym kryterium, które kierowało mną przy wyborze filmów do tej listy były dwie rzeczy: aktorstwo i ujęcie tematu. Jeśli aktor grający osobę chorą był w stanie na moment sprawić, iż zapominałam o tym, że oglądam film fabularny, a nie dokument, film ten znalazł się na poniższej liście. Podobnie: jeśli film był w stanie ująć temat chorób, zaburzeń psychicznych i niepełnosprawności intelektualnej w poruszający/ciekawy/nienachalny sposób, również znalazł się na liście (w wielu z wymienionych filmów te dwa kryteria się pokrywają). Co do zaś nieobecności na liście filmów, które wymieniłam wyżej – jak mówiłam, chciałam omówić filmy mniej znane. 

Na koniec powtórzę jeszcze raz: Mysz nie zna się absolutnie na zagadnieniach psychiatrii i psychologii. Wiem, że niektóre z podanych przeze mnie filmów ukazują raczej wygładzone – a czasem wręcz błędne – wersje tego, jak to jest żyć z zaburzeniami psychicznymi lub niepełnosprawnością intelektualną (przykładowo: tu, tu oraz tu macie artykuły po angielsku, wyliczające całą masę mitów, propagowanych przez popkulturę – na przykładzie filmu Sybil dotyczących multiple personalisty disorder). Sądzę jednak, że oswajanie przeciętnego widza z tymi zagadnieniami poprzez obrazowanie go w lżejszy, sfikcjonalizowany sposób jest równie ważne, co późniejsze, samodzielne doedukowanie się na tenże temat. I choć oczywiście najlepiej by było gdyby filmy o chorobach i zaburzeniach psychicznych były nie dość że dobrymi filmami, to jeszcze w 100% prawdziwe, czasem trzeba przystać na półśrodki.

Tak więc oto przed Wami subiektywna, nie-znająca-się-na-rzeczy, Mysia lista filmów o zawiłościach ludzkiego umysłu.

„Hello, my name is….”

I Am Sam (2001)

Mysz trafiła na ten film po raz pierwszy wiele lat temu. Sądząc, że sięgam po komedię romantyczną (okładka mnie zmyliła, a jakoś nie przeczytałam tyłówki), byłam mocno zawiedziona filmem i nigdy go nie skończyłam. Dopiero niedawno do filmu wróciłam. Dobrze się stało, bo dzięki temu kompletnie zmieniłam o filmie zdanie.

Nie oszukujmy się: historia Sama (Sean Penn) -niepełnosprawnego intelektualnie, samotnego ojca, który próbuje wychować dorastającą córkę, Lucy (Dakota Fanning) – jest melodramatyczna i szalenie naiwna. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę postać oziębłej prawniczki (Michelle Pfeiffer), która pro bono zajmuje się sprawą Sama, gdy opieka społeczna zabiera mu Lucy.

Ze względu na swoją tematykę film, wbrew wszelkie logice, musi mieć szczęśliwe zakończenie. Tak to już jest, że kinematografia dotycząca zaburzeń psychicznych i chorób umysłowych stara się zawsze dostarczyć widzom optymistyczny finał. Nie wiem na czym to polega, wiem jedynie, że w wypadku I Am Sam drażni to bardziej niż przy innych filmach. Mimo ogromnej sympatii dla postaci Sama, widz nie może oprzeć się wrażeniu, że „ci źli” w filmie mogą mieć trochę racji – Sam nie do końca nadaje się na odpowiedzialnego rodzica. A mimo to serce – i twórcy filmu – każą nam Samowi kibicować.

Tu duża zasługa Sean Penna, którego pozbawiona wstydu i zahamowań gra aktorska świeci wyjątkowo jasno. Co prawda do dziś podnoszą się głosy, że Penn „pojechał po bandzie”, ale Mysz się z tym kompletnie nie zgadza. Jego występ w I Am Sam jest poruszający i na swój sposób piękny. Co więcej, Akademia się z tym podejściem zgadza bo Sean Penn dostał za tę rolę nominację do Oscara.

Tak więc film warto obejrzeć dla popisu Penna, zaskakująco sympatycznej roli Michelle Pfeiffer oraz wspaniałej młodziutkiej Dakoty Fanning.

Temple Grandin (2010)

Biograficzny film telewizyjny stacji HBO, opowiadający o Temple Grandin – autystycznej kobiecie, która zrewolucjonizowała traktowanie i ubój bydła na ranczach i w rzeźniach – jest absolutnym majstersztykiem. W tej kwestii nie ma żadnych wątpliwości a multum nagród Emmy oraz Golden Globe dla Claire Danes za tytułową rolę zdają się to potwierdzać.

Danes nie jest zresztą jedynym jasnym punktem filmu, choć jej gwiazda świeci najjaśniej. Widać, że ekstensywny research oraz spotkania z prawdziwą Temple pomogły jej stworzyć 100% realną, kompletną postać. Także pojawiający się w filmie David Strathairn, Julia Ormond i Catherine O’Hara dodają swojego talentu i pasji do i tak już solidnego dzieła.

Duża w tym zasługa producentki Emily Gerson Saines, której chory na autyzm syn stał się katalizatorem i motywatorem dla projektu, którego ukończenie zajęło ponad 10 lat.

Mysz z czystym sercem poleca Temple Grandin każdemu. Jest to film, który ogląda się zarówno umysłem jak i sercem. Poza tym każdy powinien poznać Temple i przekonać się, jak wspaniałą jest ona osobą.

 

Sybil (1976)*

Mysz obejrzała ten film wczoraj i jest pod jego ogromnym wrażeniem. Do tej pory kojarzyłam Sally Field jako mamę Forresta Gumpa i żonę Robina Williamsa w Mrs. Doubtfire. Jednak od teraz, gdy ktoś się zapyta o najlepszą rolę Sally Field, bez wahania odpowiem: Sybil.

Jest to 3 godzinny (!!) film, który najpierw puszczono w telewizji jako dwuodcinkową miniserię. Oparty na książce pod tym samym tytułem autorstwa Flory Rhety Schreiber, film opowiada o młodej, nieśmiałej studentce, która w wyniku dziecięcej traumy cierpi na osobowość mnogą (multiple personalisty disorder, obecnie nazywane dissociative identity disorder, czyli zaburzenie dysocjacyjne tożsamości). Nie chcę zdradzać całej fabuły – bo jej powolne odkrywanie i domyślanie się wszystkiego jest jedną z największych zalet filmu – ale dość powiedzieć, że Sally Field naprawdę dostała w roli Sybil pole do popisu. W filmie gra ponad 10 różnych alterów, czyli osobowości i każda z nich jest równie prawdziwa, co sama Sybil. Field za swoją rolę w tym filmie otrzymała z resztą nagrodę Emmy.

Tu również należy wspomnieć, że drugą wspaniale zagraną i istotną w filmie rolę – dr. Cornelii Wilbur, psychiatry Sybil – gra Joanne Woodward. Woodward w ’57 roku wystąpiła w filmie The Three Faces of Eve, gdzie grała… kobietę cierpiącą na osobowość mnogą i za tę rolę otrzymała Oscara. Mysz co prawda filmu nie widziała, ale zamierza go upolować by móc porównać Woodward w dwóch przeciwnych rolach.

*Istnieje też wersja z 2007 roku z Jessicą Lange jako dr. Wilbur i Tammy Blanchard jako Sybil, ale powszechnie jest uznawana za gorszą.

Frankie and Alice (2010)

Kanadyjski dramat oparty na faktach dziejący się w latach 70-tych, opowiadający o czarnoskórej tancerce go-go/striptizerce, która cierpi na osobowość mnogą. W tej roli Halle Berry, a jej lekarza gra Stella Skarsgard.

Umówmy się: Mysz nie jest jedną z tych osób, które uważają Halle Berry za przereklamowaną aktorkę. Wręcz przeciwnie: jej rola w Monster’s Ballbyła wstrząsająca, a nawet w lżejszych filmach – Die Another Day czy X-men– Mysz panią Berry lubi. Ale może nie powinniście sugerować się moją sympatią, bo ja autentycznie lubię Catwoman i choć wiem, że to jest zły film, strasznie lubię Halle Berry także za to, jak zareagowała na otrzymaną za ten film Złotą Malinę.

Choć Frankie and Alice nie jest filmem wybitnym, warto go obejrzeć. Pojedynek aktorski Berry i Skarsgaarda jest absolutnie fascynujący, choć to właśnie Berry zasługuje na główne brawa. W jej rękach Frankie – oraz jej alter, Alice – stają się szalenie poruszającymi, pełnowymiarowymi postaciami. Warto film obejrzeć by ponownie zobaczyć, jak Berry zagłębia się w mroczne zakamarki kobiecej psychiki.

Dodatek: United States of Tara – serial, który ogromnie polecam, a który również porusza temat osobowości mnogiej. Wspaniała rola Toni Collette (nagrodzona za postać Tary nagrodą Emmy oraz Złotym Globem).
Oraz inne filmy o osobowości mnogiej: Peacock (genialna rola Cilliana Murphy’ego), The Fisher King, identity (jeden z najlepszych thrillerów, jakie Mysz widziała w życiu), Fight Club, Psycho
 

Snow Cake (2006)

Snow Cake jest dość ciekawym filmem na tej liście, ponieważ nie pokazuje wyłącznie życia osoby chorej (jak w Temple Grandin), ani nie opowiada o jej związku (jak wymieniony niżej Adam), a raczej skupia się na dziwnej przyjaźni między osobą chorą, a zdrową. Fakt, że role te grają kolejno Sigourney Weaver i Alan Rickman jedynie dodaje filmowi wagi.

Scenariusz do Snowcake został napisany z myślą o Rickmanie i to właśnie on namówił Sigourney do wzięcia udziału w projekcie. Dobrze się stało, bo Weaver jako Linda jest zniewalająca. Rickman w roli Alexa, który zaprzyjaźnia się z Lindą po tym, jak niechcący doprowadził do śmierci jej córki w wypadku samochodowym jest równie wspaniały. Wynika to jednak z bardzo sprytnego zabiegu, który polegał na tym, że Rickman nie robił żadnego researchu odnośnie autyzmu (w przeciwieństwie do Weaver). Dzięki temu jego reakcje na  zachowania Lindy są autentyczne. Wysoki poziom aktorstwa (także w wypadku drugoplanowej roli Carrie-Anne Moss) oraz oszczędnie, schludnie napisany scenariusz sprawiają, że Snow Cake będąc filmem niezależnym jest również filmem wartym obejrzenia. Chociażby dla jednego z Myszy ulubionych tekstów w kinie, dotyczącym śniegu i orgazmu. Ale musicie film sami obejrzeć, żeby przekonać się o co chodzi.

„Love is madness”

Adam (2009)

Czytelnicy, którzy podczytuję MyszaMovie mogą kojarzyć, że przy okazji recenzji kolejnych odcinkach serialu Hannibalwspomniałam o filmie Adam, w którym główną rolę gra Hugh Dancy (czyli serialowy Will Graham).

Adam to komediodramat o chorym na zespół Aspergera młodym mężczyźnie, miłośniku nauki i kosmosu, który nawiązuje niezręczną przyjaźń z nową sąsiadką, Beth. Przyjaźń wkrótce przeistacza się coś więcej, ale zarówno schorzenie Adama, jak i problemy w rodzinie jego ukochanej, nie ułatwiają im i tak trudnego związku.

Nie jest to pierwsza tego typu historia, ale różnią ją od innych dwie rzeczy: niespotykane (bo nie koniecznie szczęśliwe) zakończenie oraz szczere, bezpardonowe ujęcie tematu. Nie jest to film, w którym z osoby chorej na zespół Aspergera próbuje się zrobić uroczego, nieszkodliwego ekscentryka. Adam wielokrotnie rani Beth i fakt, że robi to zupełnie niechcący – z winy swojego schorzenia – nie jest w filmie usprawiedliwiany. Jest natomiast pokazane, jak nieporozumienie na poziomie podstawowych ludzkich emocji i odczuć wpływa na życie dwójki ludzi. Dla Myszy fakt, że film nie kończy się happy endem jest w tym przypadku ogromną zaletą. Wszak życie z chorobą to nie jest urocza, ekscentryczna bajka, jak próbują nas przekonać niektóre filmy. To po prostu życie – trudne, niezrozumiałe i bolesne. Często zwłaszcza dla tych, którzy nie w pełni rozumieją jego zawiłości.

A jeśli to Was nie przekonuje do obejrzenia Adama to zróbcie to dla wspaniałego występu Hugh Dancy’ego w tytułowej roli. Zrozumiecie wtedy dlaczego tak ogromnie się nim zachwycam w roli Willa Grahama.
Dodatek: Inne filmy o zespole Aspergera: The Girl with the Dragon Tattoo.

 

Benny & Joon (1993)

Komedia romantyczna z gatunku „miłość pokona wszystko, nawet chorobę psychiczną”. Oczywiście dramatyzuję, ale nie da się okryć, że choroba głównej bohaterki (schizofrenia, choć nigdy nie nazwana po imieniu) jest w filmie ukazana dość łagodnie. Mimo pewnej naiwności i umizgiwania się do widza, Benny & Joon udaje się utrzymać sporą dawkę prawdziwej, wzruszającej ekranowej „magii”. Jedna to nie Mary Stuart Masterson w roli chorej Joon jest najjaśniejszym punktem filmu, ani opiekujący się nią brat, Benny (w tej roli Aidan Quinn). Gwiazdą filmu jest młody Johnny Depp w roli Sama – ekscentrycznego miłośnika filmów, który wiedzie życie naśladując brawurowe i komiczne zachowania Bustera Keatona, Charliego Chaplina i innych Wielkich niemego kina. To właśnie Sam jest katalizatorem dla zmian w życiu rodzeństwa i to on sprawia, że Joon zaczyna wychodzić ze swojej skorupy.

Naturalnie takie zagrania nie pierwszy i nie ostatni raz w kinie widzimy. Jedna dzięki niezaprzeczalnemu urokowi Depta oraz stonowanym, nie nazbyt sentymentalnym rolom Masterson i Quinna, Benny & Joon pozostaje szalenie czarującą opowieścią o leczniczej mocy miłości. I choć Depp nie pierwszy i nie ostatni raz gra w kinie ekscentryka, postać Sama wydaje mi się z nich wszystkich wyjątkowo warta poznania.
Dodatek: Inne filmy o schizofrenii: Spider, The Talented Mr. Ripley, A Beautiful Mind, The Soloist, wspaniałe The Butcher’s Boy

   

 
Mozart and the Whale (2005)

Film ten jest o tyle wyjątkowy, że ukazuje związek dwóch osób z zaburzeniami. Donald (Jose Hartnett) i Izabelle (Rhonda Mitchell) poznają się na spotkaniu grupy wsparcia dla osób cierpiących na zespół Aspergera. Choć ich schorzenie wielokrotnie staje im na drodze do porozumienia i szczęścia, są oni w stanie odnaleźć łączącą ich, wspólną nić.

Podobnie jak w wypadku filmu Adam, ukazanie zespołu Aspergera jest w Mozart and the Whalefascynujące. Choć Hartnettowi i Mitchell w Myszy opinii daleko do Dancy’ego, ich zaangażowanie w grane role widać na pierwszy rzut oka.

Tym co jednak Mysz w tym filmie fascynuje jest tzw. uczucie second-hand embarrasment. Część z Was pewnie wie o co chodzi: jest to uczucie wstydu, którego widz doznaje niejako „w imieniu” bohatera, gdy ten popełni jakąś gafę lub błąd. W wypadku Mozart and the WhaleMyszowe second-hand embarrasmentosiągnęło niespotykane dotąd wyżyny, a mimo to nie byłam się w stanie od filmu oderwać. Jest coś takiego w relacji tych dwóch postaci, że widz z całych sił pragnie żeby Donald i Izabelle się rozstali, a jednocześnie chce by byli razem. Nie wiem, czy chodzi tu o ślepą wiarę w prawdziwą miłość – taką, która pokona każde przeciwności, nawet ludzką psychikę – ale ten kontrast uczuć sprawia, że Myszy trudno o tym filmie zapomnieć.

W filmie wspaniałe jest także to, że Donald i Izabelle w trakcie swojego związku przechodzą przez naprawdę wiele problemów. Nie jest to więc jeden z tych romantycznych filmów, gdzie miłość „leczy” chorobę, a raczej jest to w miarę prawdziwa historia o tym, jak dwoje ludzi z problemami odnajduje w sobie coś, o co warto walczyć i dlaczego warto się starać.

A jeśli chcecie zobaczyć jak nie należy kręcić filmów tego typu, polecam The Other Sister (1999). Takiego marnotrawstwa fabuły, talentu (Giovanni Ribisi, why??) i pomysłu dawno nie widziałam. Wstyd, panie Gary Marshall. WSTYD.

 

Lars and the Real Girl (2007)

Obecność na tej liście filmu o mężczyźnie, którego umysł obdarza życiem erotyczny gadżet (tzw. „prawdziwą lalkę”, RealDoll) może się wydawać dziwna. Ale przestaje taka być, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że złudzenia Larsa wynikają z psychicznego mechanizmu obronnego, który służy do radzenia sobie z trudną rzeczywistością. Niektórzy ludzie w takich okolicznościach wypracowują osobowość mnogą – Lars zamiast tego obdarza życiem plastikową lalkę.

Jednak nie to jest w filmie najbardziej zaskakujące. Fascynujący jest wpływ, jaki lalka (o imieniu Bianca) ma na małe miasteczko, w którym żyje Lars. Cała społeczność, mając na względzie dobro Larsa, postanawia traktować Biancę jak prawdziwą osobę. W wyniku tego, Bianca zaczyna mieć prawdziwy wpływ na ich życie, a także na powolne wyjście Larsa ze skorupy samotnego odludka. To niesamowite, jak wielkie wsparcie i tolerancję mieszkańcy miasteczka okazują Larsowi i jego „zwichrowanej” psychice.

Myślicie sobie pewnie: to musi być jakiś strasznie dziwny, niezręczny film. Ale Lars and the Real Girl wcale taki nie jest. Mimo tematyki, film nigdy nie zbacza w stronę naśmiewania się, sentymentalizmu, czy niewybrednych żartów, a za to balansuje na cienkiej granicy niewinnego uroku i moralitetu o tolerancji. Zalety filmu podkreśla nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz.

Z pewnością jest to najbardziej indie film na tej liście, ale chociażby dla roli Ryan Goslinga – a także reszty towarzyszącej mu obsady (Emily Mortimer, Liev Schreiber) – warto film obejrzeć. Może nawet skusicie się by zajrzeć na stronę RealDoll. Mysz bywała tam parokrotnie.

 

Don Juan de Marco (1995)

…czyli when the inmates take over the asylum.

Oczywiście żartuję, ale jak się nad tym zastanowić, to młody człowiek podający się za Don Juana (Johnny Depp), który trafia do szpitala psychiatrycznego i próbuje podczas sesji terapeutycznych przekonać dr. Micklera (Marlon Brando) o prawdziwości swych słów, podpada poniekąd pod tę kategorię. Choć film każe nam się zastanawiać, czy John nie jest jedynie zbłąkanym, cierpiącym na złudzenia młodzieńcem, razem z dr. Micklerem w pewnym momencie zaczynamy pragnąć, by opowieść Johna okazała się prawdą; by naprawdę okazał się on Don Juanem – najwspanialszym kochankiem świata.

Mysz lubi ten film przede wszystkim za sam początek (poradnik dla każdego faceta: jak uwodzić i traktować kobietę) a także towarzyszącą filmowi piosenkę Bryana Adamsa „Have You Ever Really Loved A Woman” (jedna z najpiękniejszych ballad miłosnych EVER), ale nie może zaprzeczyć, że film każe się zastanawiać nad mocą ludzkiej psychiki. Czy rzeczywiście jest ona na tyle silna, by nie tylko przekonać Johna i dr. Micklera, ale także widzów, że historia Don Juana jest prawdziwa. A może końcówka filmu to jedynie złudzenie, tym razem dzielone przez Johna i Micklera?… interpretacji finału Don Juan de Marco jest wiele. Niech każdy sobie dobierze podług potrzeb i gustów. Ale film pozostaje ciekawym ujęciem tematu potęgi ludzkiej psychiki. A także miłości. Te dwie rzeczy zdają się w filmach często iść w parze.




Tak oto kończy się część pierwsza listy. Jutro ciąg dalszy, czyli filmy o “zwichrowanej” młodzieży oraz rodzinach, które muszą wspólnie zmierzyć się z choroba psychiczną.
A czy Wy macie jakichś swoich faworytów w tym temacie? A może jakiegoś filmu na Mysiej liście zabrakło? Inquiring minds want to know ^^