Mysza: Geek-neza.

Mysz przybliża swoje geekowskie korzenie i tłumaczy jak to się stało, że zainteresowała się popkulturą.

Zainspirowana dzisiejszym nagraniem do podcastu oraz tym wpisem na blogu Wila Wheatona, postanowiłam króciutko przedstawić Wam swój “geek origin“, czyli opowiedzieć o tym, skąd się we mnie wzięła miłość do szeroko pojętej popkultury.
Moje zamiłowania z pewnością wzięły swój początek w osobie mojego taty, który to pragnąc wychować ukochaną córeczkę na syna, którego nigdy nie miał, w już bardzo młodym wieku przedstawił mnie takim panom jak Indiana Jones, Luke Skywalker i James Bond. To właśnie Mamut Męski po raz pierwszy pokazał mi Amaduesa, The Name of the Rose, Dead Poets Society, to Mamut chodził ze mną na kolejne bajki Disneya i filmy familijne (typu Stuart Malutki). To on puścił mi po raz pierwszy Fiddler on the Roof i West Side Story – choć tu głoś miał także Mamut Żeński.
Także z domu rodzinnego wyniosłam ogromną miłość do książek i muzyki. Obie te rzeczy były na porządku dziennym w Mysim domu, by nie powiedzieć “porządku wieczornym”, gdyż każdego wieczora, przed pójściem spać, któreś z rodziców czytało mi książkę, a potem puszczało kasetę z bajką. Z biegiem czasu przekształciło się to w samodzielne czytanie przed snem oraz zasypanie przy puszczonej muzyce (do dziś czasem zasypiam lepiej przy muzyce).

Bez wątpienia więc to rodzice byli źródłem mojej miłości do popkultury. Jednak to nie oni byli katalizatorem ważnych zmian w Mysim życiu; to nie oni wpłynęli na to, że stałam się tym, kim się stałam. Czyli geekiem.
Pierwszym “punktem zapalnym”, który rozpoczął moją przygodę z szeroko pojętym geekostwem były dwie książki, które gdy miałam lat 9 wręczyła mi ciocia. Były to “Miecz przeznaczenia” i “Ostatnie życzenie” Andrzeja Sapkowskiego. Choć wcześniej przeczytałam wiele książek, była to moja pierwsza styczność z klasyczną fantastyką (nawet “Hobbita” przeczytałam później). I choć nie wszystko rozumiałam, a pewne rzeczy wręcz mnie wówczas zaszokowały czy przeraziły, książki te – a później Saga – wywarły na mnie niezatarte wrażenie. Sapkowski jest powodem dla którego fantastyka jest moim ulubionym gatunkiem literackim. Dzięki ogromnej miłości jaką wywołał we mnie świat wiedźmina, w trakcie lat późniejszych poznałam setki innych, równie fascynujących światów. Dzięki Sadze Wiedźmińskiej zrozumiałam, że istnieją książki poza lekturami szkolnymi; że literatura ma do zaoferowania coś więcej niż tylko Janków Muzykantów i Chłopców z Placu Broni.
Co więcej saga Sapkowskiego była także katalizatorem dla mojej pierwszej prawdziwej przyjaźni. To właśnie dzięki książce Sapka, leżącej w trakcie przerwy na mej szkolnej ławce, poznałam w podstawówce swoją najlepszą przyjaciółkę.
Więcej: dzięki przygodom wiedźmina Geralta wciągnęłam się – wiele lat później, bo dopiero w liceum – w RPGi. Tak, dobrze czytacie: pierwszą Myszy przygodą z grami fabularnymi był “Wiedźmin” (grałam driadą i do dziś trzymam w segregatorze kartę tej postaci, a na komputerze dziennik, który moja “postać” wówczas prowadziła).
Kolejnym, drugim, punktem zapalnym był film. Dwa lata po zapoznaniu mnie z Geraltem, ta sama ciocia przyszła któregoś wieczoru do mnie do domu, by posłużyć moim rodzicom jako darmowa babysitterka. Tak się złożyło, że tego dnia, późno w nocy, leciał w telewizji film, który moja ciocia bardzo chciała obejrzeć. Uznawszy najwyraźniej, że 11-stolatka, która panicznie boi się ciemności to właściwe towarzystwo, pozwoliła mi ów film wspólnie z nią obejrzeć. Był to – wielokrotnie już wspominany na tym blogu – Interview with the Vampire. Choć film ten niesamowicie mnie przestraszył, ogromnie mnie też zafascynował. Do tego stopnia, że dowiedziawszy się iż oparto go na książce, natychmiast po nią sięgnęłam.
Tak zaczęła się moja – wciąż silna – miłość do wampirów. A także pierwsze, jeszcze nieśmiałe próby pisania własnych tekstów (które, wówczas tego nie wiedziałam, były w istocie fanficami). Sympatia do krwiopijców sprawiła także, że wiele lat później zakochałam się w – kolejnej po “Wiedźminie” – grze fabularnej, czyli “Wampir: Maskarada”. Także dzięki wampirom poznałam drugą moją najlepszą przyjaciółkę – podczas integracyjnej wycieczki w liceum zgadało nam się w autokarze, że obie kochamy książki Anne Rice.
Trzecim zwrotnym punktem w życiu Myszy – która wówczas była jeszcze na etapie “geek noob” – był film The Boondock Saints. Zakochawszy się na amen w jednym z grających w filmie aktorów – Normanie Reedusie – postanowiłam znaleźć w Internecie jak najwięcej jego zdjęć. W tamtych czasach Internet służył mi głównie do szwendania się po raczkującym Filmwebie, sprzedawaniu tomów “Strasznej historii” na Allegro i gadaniu z ludźmi ze szkoły na GaduGadu. Aż tu nagle, szukając zdjęć Normana, trafiłam na Livejournal. Większość z Was wie co to, a dla tych nieuświadomionych powiem, że Livejournal przypominał mieszankę różnych forów tematycznych z – późniejszym – Grono.net. Właśnie na Livejournalu trafiłam na grupkę podobnych jak ja miłośników Normana. I nagle doznałam olśnienia: istnieją na świecie ludzie, którzy kochają to samo co ja! Radość, jaką wtedy odczułam trudno z czymkolwiek porównać.
Livejournal i The Boondock Saints byli także Myszy pierwszą stycznością z fanficiem. Więcej: moją pierwszą stycznością z fanficiem był tzw. slash, a konkretniej incest slash (niewtajemniczeni raczej nie powinni Google’ać tych terminów, chyba, że chcą mieć na zawsze skrzywioną psychikę, i stracić do mnie resztki szacunku *szczeżuja*). Mimo dość… “drastycznej” formy mojej inicjacji w świat fanfiction, nagle zrozumiałam, że znalazłam się “wśród swoich”. Wśród ludzi, którzy nie dość, że równie mocno kochają ten sam film i tego samego aktora co ja, to jeszcze piszą opowiadania osadzone w świecie tego filmu. I to jakie opowiadania! Miałam niezmierne szczęście, że trafiłam na taki, w sumie dość niszowy i kultowy fandom, gdzie istniały prawie wyłącznie dobre teksty.
Od The Boondock Saints i coraz prężniejszej działalności na Livejournalu zaczęła się także moja – wstyd przyznać – do dziś trwająca sympatia do serialu Supernatural. Dwie znajome, poznane na Livejournalu, tak długo wierciły mi dziurę w brzuchu bym obejrzała Supernatural, że w końcu się poddałam. Śmieszna historia: pierwszy odcinek wcale mi się nie spodobał. Drugi ani trzeci też nie. Olśnienie przyszło dopiero przy odcinku 11stym (Scarecrow). A wtedy… cóż, przepadłam na zawsze.
Odkryłam cały wielki świat fanficów, fanartów i szeroko pojętego fandomu zebranego pod parasolem Supernatural*. Zrozumiałam, że nie jestem jakimś dziwadłem, że są ludzie, którzy myślą, czują, piszą i kochają to co ja. Że mam się z kim dzielić nie tylko swoją ubóstwieniem dla Supernatural i The Boondock Saints, ale także innych filmów, muzyki, książek, gier… Dzięki fandomowi zaczęłam poszerzać swoje horyzonty: oglądać kolejne seriale, sięgać po filmy, które w innym wypadku ominęłabym szerokim łukiem, czytać książki, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Zaczęłam też dzielić się swoimi przemyśleniami, swoja wiedzą i swoimi “piórem” z szerokim, internetowym światem.
Z biegiem czasu, dzięki Livejournalowi, a potem szeroko pojętemu Internetowi, zaczęła się kształtować osoba, którą jestem obecnie. Dzięki popkulturze, pochłanianej via Internet, nawiązałam wiele wspaniałych przyjaźni – z czego jedna wzięła się z mojego szerzenia miłości Supernaturalowej. Dzięki fandomowi i popkulturze poznałam także Lubego. Wychodzi więc na to, że mniej więcej 75% tego kim dziś jestem – sobą, Myszą, geekiem i nerdem – zawdzięczam popkulturze i trzem jej dziełom: Wiedźminowi, Interview with the Vampire oraz The Boondock Saints.
…a jak było z Wami, Drodzy Czytelnicy? Co było Waszym punktem zapalnym czy momentem zwrotnym? Co, według Was, zrobiło Was tym, kim jesteście dzisiaj?
Bóg Nerdów, Wil Wheaton, radzi.

*Tu dygresja: właśnie przez to, że moją inicjacją w slash był incest w The Boondock Saints nigdy nie przeszkadzał mi tzw. Wincest.