Wampir wampirowi nierówny – Byzantium.

Mysz jako fanka wampirów i dzieł popkultury o nich ma kilka(naście) uwag do najnowszego filmu Neila Jordana.

 
Czy wiecie, że Mysz kocha wampiry?

Dla moich bliskich, części fandomu oraz słuchaczy podcastu Myszmasz to fakt dość znany. Nie ukrywam swojej miłości do krwiopijców maści wszelakiej i choć miewam swoich faworytów, lubię ten gatunek niejako sumarycznie, z całym dobrodziejstwem (i zmorą) inwentarza. Nigdy nie wnikałam w to skąd u mnie ta ogromna miłość, choć teorii na temat popularności wampirów w popkulturze jest wiele. Osobiście skłaniam się ku temu, że moja sympatia do krewnych i znajomych Draculi bierze się z ogromnej fascynacji nieśmiertelnością. Nie chodzi jednak jedynie o kwestię wiecznego życia, ale też o to, z czym to się wiążę: inną niż ludzka moralnością, bagażem doświadczeń, opowieściami z innych epok historycznych, ogromną, prawie niewyobrażalną swobodą i możliwością robienia czego tylko dusza zapragnie.

Dlatego między innymi mam – i miałam zawsze – taki problem z popkulturalną postacią tzw. “niechętnego wampira”. Głównym przykładem jest tu oczywiście Louis z Interview with the Vampire, który non-stop tylko jęczy i smęci o tym, jakie to jest straszne, jak on cierpi, i w ogóle. Taki wampir-męczennik jest w popkulturze częstym zjawiskiem. Na drugim końcu spektrum jest tzw. wampir-hulaka, który robi co chce, nie bacząc na efekty. Tu oczywiście czołowym przykładem jest Lestat, także z Interview with the Vampire (to jest zanim Anne Rice go zrujnowała w “Memnoch the Devil”). Bywa, że oba te ‘podgatunki’ wampirów występują na ekranie lub kartach książek razem, by uwidocznić kontrast w różnym podejściu do kwestii nieśmiertelności.

Azaliż mam wrażenie, że w popkulturze brakuje wampirów “zwyczajnych”. Takich które owszem, kiedyś miały wyrzuty sumienia, kiedyś gryzły kogo i gdzie popadnie, ale teraz znalazły jakąś wewnętrzną równowagę. Może dlatego zawsze lubiłam w książkach Anne Rice postać Mariusa, który mimo długiego stażu, potrafił wciąż cieszyć się życiem, nie zbaczając jednocześnie w stronę nierozważnej hulanki, ani tym bardziej życia mnicha-pustelnika. Jeśli mam być kompletnie szczera, brakuje mi w kinie wampira… którym wiem, że ja bym była. Brzmi kiczowato i infantylnie, ale that’s how I feel.

Filmy o krwiopijcach oprócz prób coraz to nowego, ‘ciekawego’ ujęcia tematu wampiryzmu, bardzo często muszą się zmierzyć z inną ważną kwestią: jak pokazać, że nasz bohater żyje na tej planecie o wiele dłużej niż przeciętny człowiek? Jak to na niego wpłynęło? Czy stał się bardziej morderczy, czy spokojniejszy? Czy ma zaburzoną moralność (według nas, ludzi)? Czy traktuje ludzi jak zabawki, czy jak fascynujący gatunek, do którego już nie należy? Czy stroni od ich towarzystwa? Jeśli tak, to dlaczego? Czy pozostały w nim elementy dawnego życia, np. akcent, umiłowania do konkretnych miejsc, pewien styl ubioru, itd.?… Mysz zawsze uważała, że odpowiedzenie sobie na tego typu pytania jest szalenie istotne. Może dlatego bardziej – zwłaszcza we współczesnej popkulturze – przemawiają do mnie wampiry “młode”, stworzone w przeciągu ostatnich… powiedzmy, 30-stu lat. Albo wampiry z filmów akcji, bo na szczęście po nich nie muszę się spodziewać sensu i charakterologicznej spójności, tylko fajnego wywijania mieczem/pistoletem.

Mam po prostu wrażenie, że ludzie – ze względu na swój krótki termin przydatności – nie są w stanie zrozumieć istoty nieśmiertelności  w związku z tym pokazać ją w filmie w sposób realistyczny. To trochę tak jak z filmowymi wpadkami, które dotyczą praw fizyki – ponieważ obserwujemy na co dzień działanie praw fizycznych na otaczający nas świat, gdy coś nam w filmie nie gra pod tym względem (np. coś źle upada albo niewłaściwie się toczy) potrafimy to podskórnie wyczuć. Podobnie w wypadku długowiecznych wampirów – wiedząc, jak zachowują się ludzie (istoty krótko-żyjące), podskórnie czuję, że wampiry nie powinny być aż TAK do nich podobne. Długowieczność powinna ich jakoś zmieniać, odróżniać od nas… ale jak? To jest istotne pytanie.
Ale dlaczego o tym mówię? Skąd te dziwne i chaotyczne przemyślenia? I skąd w ogóle ograniczanie przykładów do Interview with the Vampire?
…otóż Mysz właśnie wróciła z kina z filmu Byzantium, którego reżyserem jest Neil Jordan – pan odpowiedzialny za Interview with the Vampire. Czyli, nie wiem czy wiecie, Myszy ultimate all-time number one favorite movie.

Tu dygresja [to wpis o wampirach, ja o nich nie umiem mówić liniowo]: IwtV to taki mój ulubiony film, jak Saga Sapkowskiego jest moją ulubioną książką. Obcowałam z tym filmem wielokrotnie. Był długi okres, gdy znałam go na wyrywki, potrafiłam zacytować całe dialogi, opisać sceny, powtórzyć gesty, zidentyfikować utwór muzyczny po paru taktach. Potem siła fascynacji osłabła, ale wciąż wracałam do dzieła, odkrywałam jego nowe strony, drobne fasetki, rysy, pęknięcia… Obecnie nie widziałam filmu od jakichś, bo ja wiem, dwóch-trzech lat. Nie potrafię już go cytować na wyrywki. Nie pamiętam którą brew w konkretnej scenie Brad Pitt unosi najpierw – lewą czy prawą (tak, moja obsesja była w takim punkcie, don’t judge me). Ale film ten – podobnie jak książki Sapka – wciąż utrzymuje moją ogromną sympatię i wdzięczność. Bo wprowadził mnie w świat w którym siedzę do dziś. To trochę jak powrót do domu rodziców, z którego się wyprowadziłeś lata temu – niby wciąż czujesz się u siebie, ale już nie jesteś pewien czy byłbyś w stanie wszystko znaleźć. Wciąż czujesz się tu dobrze, ciepło i bezpieczenie, ale to już nie jest -twój dom-.

Ta dygresja służy temu, żebyście zrozumieli, iż do filmów pana Neila Jordana Mysz jest zawsze z góry pozytywnie uprzedzona. Co jak się okazuje w wypadku filmów takich jak The Company of Wolves wychodzi mi wyłącznie na złe*. Nie zmienia to jednak tego, że lubię klimat filmów Jordana – często bardzo plastyczny, wysmakowany, operujący niejasnością, subtelnością i niedopowiedzeniem, doprawionym od czasu do czasu dosadnym ujęciem, jak egzotyczną przyprawą. Ubóstwiam jego Breakfast on Pluto, a mocno zjechany przez krytyków film Ondine uważam za porządne kino z gatunku “piękne widoki, dłużyzny, tajemnica”, choć film nie jest bez wad. Są to jednak filmy typowo Jordanowskie i ten charakterystyczny klimat można też wyczuć w Byzantium.

Przykłady wizualnego wysmakowania
stylu Neila Jordana.
Gifs © aleriehightower

Umówmy się: film nie jest zły. Krążą opinie, że jest nudny, ale podejrzewam, że wynika to z nieporozumienia. Film opisany jest jako fantasy thriller o wampirach i sądzę że wielu widzów poszło do kina spodziewając się dużej ilości krwi, flaków i nagości, czyli wszystkiego, do czego obecnie przyzwyczaiły nas seriale typu True Blood, The Vampire Diaries czy inne Underworldy. Takim widzom mam tylko jedno do powiedzenia:… you obviously don’t know what movie you’re going to see. Jeśli -wiedząc- kim jest reżyser filmu, ktoś spodziewał się “współczesnego” filmu o wampirach, a) powinien się ostro doedukować w filmografii tego twórcy, b) miał prawo się srogo zawieść.
Po pierwsze: film ma klimat i to klimat typowy do filmów Jordana. Trochę trąci inteligenckim laniem wody, trochę wizualnym wysmakowaniem, trochę irlandzko-brytyjską mistycznością (którą Jordan ubóstwia się bawić), a trochę niezależną etiudą studencką. Dość powiedzieć, że Byzantium ma pod tym względem dużo wspólnego z Ondine. Właśnie klimatem – oraz nadmorskim settingiem – bardzo kojarzy się Myszy z mało znaną irlandzką produkcją The Secret of Roan Inish. Choć akurat porównywanie selkie i syrenek do wampirów żadnemu z wymienionych filmów nie służy. Innymi słowy: nowy film Jordana to raczej szwedzkie Let The Right One In niż True Blood: The Movie. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Po drugie: film oparty jest na sztuce niejakiej Moiry Buffini, która przygotowała tężę sztukę do wystawiania dla młodzieży (whatever that means). Nie należy więc spodziewać się po materiale zbyt wiele. W wyniku mojej ogromnej sympatii do Jordana – i zaufania, jakie pokładam w jego talencie – śmiem twierdzić, że większość niedociągnięć fabularno-postaciowych wynikała z miałkości tekstu, a nie winy reżysera. Zwłaszcza, że Byzantium to – obok IwtV i The Brave One – jedyny film, przy którym Jordan nie maczał palców w scenariuszu. Stąd wszelkie zarzuty, które będę kierować w stronę historii i bohaterów należy złożyć wyłącznie na kark pani Buffini.
Po trzecie: to naprawdę nie jest zły film. To film niedopracowany i niezdecydowany w tym, czym stara się być, ale nie można mu odmówić paru zalet. Piękna kinematografia i w ogóle ładna strona wizualna. Bardzo ciekawa i mocno poruszająca muzyka (Javier Navarrete, odpowiedzialny też za muzykę do Pan’s Labyrinth). Ciekawa koncepcja seksistowskiej sekty bractwa-mężczyzn-wampirów, która ściga jedynie dwie wampirki płci żeńskiej. Interesująca do obserwowania dynamika między starszą wampirką-hulaką (Gemma Arterton), a młodszą wampirką-świętą (Saoirse Ronan), co jest ciekawym wywróceniem stereotypu, gdzie to młodszy wampir jest zwykle tym, który wplątuje się w problemy. Relacja dwójki młodych ludzi opowiedziana przy pomocy niedopowiedzeń i subtelnych scen, zamiast akcji z serii “ojej, ona jest taką sexy wampirką, mam nadzieję, że mnie przeleci a potem przemieni”. W ogóle ciekawa jest zabawa stereotypem seksownej wampirki, co to tylko uwodzi i wysysa z mężczyzn krew (i nie powiem co jeszcze w domyśle). Poza tym naprawdę podoba mi się, że głównymi bohaterkami są kobiety-wampirki, bo standardowo popkulturalnymi wampirami są mężczyźni (z wyjątkami typu Carmilla czy Seline z Underworld). I w filmie jest jedna naprawdę cudowna, bezbłędna scena [uwaga, spoilery].

Po czwarte (niestety): mimo wymienionych zalet – na które, jak mówię, może wpływać moja ogólna sympatia do dzieł o wampirach i filmografii Neila Jordana – film pod wieloma względami się sypie na szwach. Relacje między bohaterami mogą być odczytane jako subtelne, ale także, pod wieloma względami, jako bezsensowne i niezrozumiałe. Wydaje się to zresztą tendencją u Buffini. W innym filmie opartym na jej pisarstwie, Tamara Drewe (zresztą też z Gemmą Arterton) także można było odnieść wrażenie, że postacie wchodzą ze sobą w takie, a nie inne relacje tylko dlatego, że autorka tak chciała. Nie ma w tym prawdziwego uczucia, nie ma konsekwencji, nie ma życiowości. Tak więc relacje w Byzantium – zwłaszcza ta kluczowa, między matką a córką – są bardzo naciągane i to niestety widać.

Wina tutaj leży także po stronie aktorek, Gemmy Arterton i Saoirse Ronan. Mysz, która ogromnie lubi na Gemmę patrzeć bo jako kobieta ogromnie mi się podoba, przyznaję z bólem, że im dłużej ją oglądam na ekranie, tym bardziej stwierdzam, że taka z niej aktorka, jak ze mnie waltornia.

Matka…
…i córka.

Z kolei Saorise Ronan powoli staje się aktorką jednego kopyta, bo tak jak mogłam docenić metodę aktorską p.t. “chłodny dystans” w filmach typu Hanna czy nawet The Host, to oglądanie tego samego po raz trzeci już mnie po prostu męczy. Ciut lepiej wypada – jak zwykle genialny – Jonny Lee Miller w niewielkiej rólce tego stereotypowego “złego”, co to prowadzi jedną z bohaterek na drogę nierządu.

Najciekawiej w sumie wypada postać Franka – chorego chłopaka w którym zakochuje się młoda wampirka – grana przez Caleba Landry’ego Jonesa (Banshee z X-men: First Class). Wynika to jednak stąd, że Frank jest – wbrew obecności na ekranie WAMPIRÓW – najbardziej tajemniczą postacią całego filmu. Wpływ na to ma także fizjonomia pana Jonesa, oraz ciekawe decyzje aktorskie, które podejmował grając swoją postać. Dość powiedzieć, że zamierzam mieć na tego pana oko.

Po szóste: tak bardzo jak kocham wszelkie wariacje na temat wampirów, wymagam by miały one sens. I tak jak jestem się w stanie pogodzić z wampirem-bez-zębów, który używa długiego pazura do przekłuwania skóry, może łazić w dzień, nie ma jakichś super-mocy (np. szybkość, siła), itd., to nie jestem się w stanie pogodzić z wampirem, który mimo 200-stu lat na karku zachowuje się jak istota na wskroś współczesna. Zwłaszcza w filmie, który w tak dużym stopniu opiera się na przeszłości bohaterów, wymagam by ten bagaż lat było widać w działaniach postaci. A tego, moim zdaniem, w Byzantium zabrakło. W ogóle w filmie momentami mocno brakuje logiki. Jak chociażby w kilku (!) scenach, gdzie wampiry – które za wszelką cenę muszą ukrywać swoje istnienie przed światem – omawiają swoją “wampirość” PRZY LUDZKICH ŚWIADKACH. I to naprawdę nie jest kwestia jednej sceny, a trzech czy nawet czterech. Okej, jasne – mogliby potem tych przysłuchujących się ludzi zabić. Ale śmierć równa się trupy. A zbyt wiele trupów równa się ludzkie podejrzenia. Wniosek stąd taki, że jeśli chce się utrzymać swoje krwiopijcze, nieśmiertelne praktyki w sekrecie, NIE NALEŻY O NICH GADAĆ PRZY OSOBACH TRZECICH. Tak tylko mówię, bo może przez 200ście lat się tego nie nauczyli.

Podsumowując ten mocno chaotyczny i dygresyjny wpis: Byzantium to raczej film na wieczór w domu, gdy ma się nastrój na ‘poważniejsze’, lekko indie klimaty. To z pewnością nie jest film na który warto się wybrać do kina. Zwłaszcza gdybyście mieli siedzieć na sali kinowej z kimś takim jak ja, kto głośno – i z użyciem wielu dosadnych przekleństw – wyrażał swoją dezaprobatę dla BEZAPELACYJNIE NAJGORSZEGO TŁUMACZENIA FILMU W HISTORII KINA.
Serio. Mysz oglądała filmy tłumaczone przez Google Translate i były one lepsze niż ta parująca kupa kompostu. To nawet nie jest kwestia tego, że w napisach były błędy. CAŁE ZDANIA BYŁY ŹLE PRZETŁUMACZONE. I nie mam na myśli ‘źle’ na takiej zasadzie, że zamiast “czerwony” było “zielony” bo tłumacz niedosłyszał. To były błędy z gatunku: zamiast “Skręciłem w prawo przy poczcie” było “Umyję kolano, bo na moim krześle jest pietruszka”.
Tłumaczył to jakiś NIEWYKSZTAŁCONY TĘPY CIOŁEK, który angielski widział chyba tylko na okładce “Translating 4 Stupids”, której nawet nie raczył otworzyć, bo był zbyt zajęty onanizowaniem się tym, jaki to on nie jest zajebisty. Sounds harsh?…. IT FUCKING BETTER.  Bo piszę to wszystko absolutnie i totalnie na poważnie: NAJGORSZE TŁUMACZENIE EVER. I mówię Wam to zarówno ja, jak i dwójka innych, zawodowych tłumaczy.
Kolejny przykład na to, że wizualnie film naprawdę się sprawdza.

Odkładając jednak na bok moje zgrzytanie zębów: Byzantium to film na seans w domu. I to też raczej wyłącznie dla hardcore’owych fanów wampirów i/lub Neila Jordana.

A tak naprawdę lepiej sobie zrobić po prostu powtórkę z Interview with the Vampire. Lub totalnie olać wampiry i obejrzeć popis aktorski Cilliana Murphy’ego w Breakfast on Pluto.

PS. Pytanie do czytelników: czy interesowałby Was wpis o – zdaniem Myszy – nietypowych/fajnych wampirach w popkulturze?
* Mysz nie znosi filmu The Company of Wolves. I nie zamierzam się z tego tłumaczyć.