Pierwszego dnia, kiedy padał deszcz… – Noe, czyli apokryf Aronofsky’ego.

Aronofsky to wizjoner, ale Mysz nie jest przekonana do jego wizji biblijnego Noego.

Mysz ma z filmem Noe (Noe: Wypbrany przez Boga) problem. Mianowicie: nie czuje się wystarczająco kompetentna by o nim pisać. Oczywiście that never stopped me before, a i ludzie z mniejszymi kompetencjami niż moje już nie raz oceniali o wiele wybitniejsze filmy (czy były to udane próby to już kwestia sporna). Czuję jednak jakiś wewnętrzny sprzeciw, gdy myślę o recenzowaniu filmu, którego główny założeniem jest emocjonalna więź z bohaterem, którego motywacji nigdy nie będę w stanie zrozumieć. Pozwólcie, że wytłumaczę.

Zacznę z grubej rury: nie wiem, czy wiecie, ale Mysz jest niewierząca. Choć zostałam ochrzczona, większość mojej rodziny już od kilku pokoleń skłania się raczej w stronę nauki, racjonalności i logiki, niż ślepej wiary w jakąś Siłę Wyższą. Nie zrozumcie mnie źle: nie potępiam ludzi wierzących. Heck, zazdroszczę im, bo jak to twierdzi Zakład Pascala, ludzie wierzący mają łatwiej. I to też nie jest tak, że Mysz kompletnie nie wierzy w Boga. Gdybym musiała się określić, stwierdziłabym raczej, że jestem ignostykiem, co oznacza, że ignoruję zarówno dowody na istnienie, jak i nieistnienie Boga. Ignostyk to taki jeszcze większy leniwiec niż agnostyk – ten drugi po prostu nie może się zdecydować co myśli, a ignostyk totalnie wszystko olewa. Mysz ma podobnie – olewa temat wiary, bo jest zbyt skomplikowany i właściwie nijak nie wpływa na moje życie. Owszem, wierzę w –coś-, ale jest to raczej swoiste zaklinanie rzeczywistości i obstawianie zasady prawdopodobieństwa, niż wiara w jakąś Tajemniczą Wszechmocną Istotę. Wierzę, że jak wyjdę dziś z domu to nie przejedzie mnie samochód. Wierzę, że jeśli będę żyła życie po swojemu, ale nie szkodząc i nie brużdżąc innym, będę w miarę szczęśliwa. Nie jest to jakaś wybitnie skomplikowana teoria. Ot, po prostu, ufam że wszystko będzie okej. Ale czy nie śpię po nocach zastanawiając się, czy ktoś nad moim losem czuwa?… Nie. Bo jest to zbyt straszna, ogromna, pełzająca podskórną niechęcią perspektywa. Pod tym względem jestem humanistką i uważam, że to człowiek – na tyle, na ile jest w stanie – jest panem własnego losu. Jednak, tak jak wspominałam, zazdroszczę ludziom wierzącym – szczerze, prawdziwie wierzącym – ich przekonania i spokoju ducha. Mogę mieć swoje bardzo niepochlebne zdanie na temat religii (i to nie tylko współczesnej), ale „wiara”? Jest jak opinia – każdy może mieć własną, tak długo, jak nikomu jej na siłę nie wmusza.
To tłumaczy, dlaczego nie mamy jednorożców!
(design: Threadless)
 
W trakcie seansu Noego zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie jestem w stanie zaangażować się film. Noe Darrena Aronofsky’ego (Black Swan, Requiem for a Dream) wywołał u mnie całą litanię krytyki, ale podstawowym zarzutem jest to, że film, choć przedstawia wielkie wydarzenia i wewnętrzny konflikt jednego człowieka, jest kompletnie nie-angażujący. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy problem leży w kwestii Mysiego podejścia do Boga i „wiary” , czy może po prostu nie ogarniam koncepcji hołdowania wielkim ideałom: sprawiedliwości, dobroci, wybaczeniu, wokół których obraca się fabuły Noego. Tu jednak przypomniałam sobie filmy, w których tematem są wzniosłe idee (mi osobiście obce), a którym udało się mnie wzruszyć i porwać. Mowa o filmach Bravehearti Gladiator. Zawarte w nich pojęcie honoru jest dla mnie niezrozumiałe – żyję w innych czasach, w innych okolicznościach i nie wyobrażam sobie poświęcić życie w imię czegoś tak „ulotnego” jak honor. A jednak jestem w stanie, w jakimś tam stopniu, zrozumieć hołdowanie tym ideałom; poruszają mnie historię ludzi, którzy wierzą w coś greater than themselves. Do dziś płaczę za każdym razem, gdy oglądam wyżej wymienione filmy, choć przecież dobrze wiem, jak się skończą. Ale właśnie o to chodzi – to jak bardzo owe ideały są istotne dla bohaterów udziela się także i mnie. Jest mnóstwo innych filmów, które wywołują podobny efekt, choć poruszają równie (jeśli nie bardziej) wzniosłe idee. Sądzę więc, że moje negatywne podejście do najnowszej produkcji Aronofsky’ego nie bierze się z braku emocjonalnej więzi z postacią Noego, który wierzy w coś większego, niż on sam. Mój problem polega wyłącznie na tym, w co Noe wierzy.
Nie chcę się tutaj wdawać się w teologiczne dysputy, bo podobnie jak nie czuję się kompetentna by oceniać Noego – gdyż nie posiadam fundamentalnych narzędzi do empatyzowania z bohaterem, a to sprawia, że cały odbiór filmu mam mocno zaburzony – tak samo nie czuję się kompetentna by wykłócać się o Boga, Biblię i jej interpretację przez twórcę. Chciałabym jednak omówić kilka kwestii, które rzuciły mi się w oczy podczas seansu. A jeśli ktoś czytając tę recenzję poczuję potrzebę naprostowania mojej wstrętnej pogańskiej duszy/mojego nie-doedukowanego umysłu, zapraszam do komentarzy.

We’re not in the Bible anymore, Toto.

Nie oszukujmy się: Noe ma tyle wspólnego z Biblią, co ja z liskiem – oboje lubimy jeść kaczuszki. W istocie film Aronofsky’ego to luźna adaptacja biblijnej przypowieści; swoiste epic fantasy, które wykorzystuję znane wszystkim motywy – potop zesłany przez Boską Istotę, arkę, zwierzęta, człowieka który ów potop przeżył – do opowiedzenia własnej historii. Równie dobrze Aronofsky mógłby twierdzić, że jego film jest adaptacją opowieści o Utnapisztimie lub Atra-hasisie, bo historia Wielkiej Powodzi pojawia się nie tylko w mitologii chrześcijańskiej*. Pojawiają się więc znajome postacie i motywy, ale ich wzajemne relacje potrafią się mocno różnić od tego, co niektórzy mogli zapamiętać ze szkółki niedzielnej lub lekcji katechezy, a co Mysz zapamiętała z cudownie ilustrowanej „Biblii dla dzieci”, którą któregoś razu zostawili nam szalenie mili Świadkowie Jehowy. But I digress.
Jeśli mielibyśmy szukać gdzieś źródeł filmowego Noego, najlepiej zwrócić się w stronę komiksu – napisanego przez Aronofsky’ego i Ariego Handela oraz fantastycznie zilustrowanego przez Niko Henrichona – który powstał w oparciu o pierwotny szkic scenariusza do filmu. Mysz co prawda zdołała dorwać tylko 2 tomy komiksu, ale jest nim zachwycona. Pięknie narysowany (w tzw, stylu „europejskim”; jeśli ktoś lubi np. kreskę Manary to na pewno mu się spodoba), przejrzysty i pomysłowy, komiks ten niewielkimi środkami opowiada dobrze nam znaną historię z drobnymi, acz ciekawymi zmianami. Jak chociażby: u Aronofsky’ego i Handela w budowie arki pomagają Noemu upadli aniołowe, wyglądający jak zwaliste sześciorękie olbrzymy. W komiksie mamy także wyraźny podział na dwa plemiona: potomków Kaina, mordercy Abla, oraz potomków Seta, trzeciego z synów Adama i Ewy. Jak można się domyślić plemię Kaina rozpanoszyło się po Ziemi, swą siłą i bezwzględnością podporządkowując sobie całą naturę. Aronofsky pociągnął wątek ekspansji nawet dalej w stronę fantazji, pozwalając potomkom Kaina stać się narodem industrialnym, które wznosi ogromne budowle, mocno przywodzące na myśl prekursora wieży Babel. Z kolei Noe, jedyny potomek Seta, to człowiek żyjący w zgodzie z naturą, który nigdy nie bierze od niej więcej, niż potrzebuje do przeżycia i w takiej ideologii wychowuje swoich synów.
 
W komiksie pojawiają się także inne elementy, których w samej Biblii próżno szukać: nietypowe zwierzęta (np. tapiro-podobne stworzenia z rogami jak nosorożce, na które polują Kainici); magiczne nasiono, które wyrasta w ogromny las z którego Noe wybuduje swoją arkę (no wiadomo, to boskie nasionko z ogrodu Eden, więc nie mam żadnych pytań); tajemniczy żarzący się surowiec, który wybucha niczym proch strzelniczy; czy przedziwny narkotyczny dym, którym rodzina Noego usypia zwierzęta zgromadzone na arce (co by nie hałasowały, nie rzucały się, nie jadły i nie defekowały), ale który w ogóle nie działa na ludzi. Jednak wszystkie te zmiany względem „domyślnego” materiału źródłowego są jak najbardziej dopuszczalne. Widać, że Aronofsky i Handel włożyli w stworzenie tej wizji wiele czasu, przemyśleń i researchu (czerpiąc nie tylko z Biblii, ale jej apokryfów, rękopisów znad Morza Martwego, etc.). Dzięki tym naprawdę ciekawym zmianom, Aronofsky rzeczywiście pozwala nam spojrzeć na historię Noego nowym, świeższym okiem. I na kartach komiksu momentami naprawdę bywa ona poruszająca, jeśli nie po prostu pięknie i pomysłowo przedstawiona.

Lepsze jest wrogiem dobrego.

Stąd moje ogromne zdziwienie, że Aronofsky i Handel zmienili w filmie tak wiele elementów względem komiksu, czyli niejako swego –rzeczywistego- materiału źródłowego. Owszem: zazwyczaj jeśli twórca zmienia coś w swym dziele, zwłaszcza względem pierwotnego szkicu, robi to nie bez powodu, starając się ulepszyć historię. Jednak w wypadku Noego mam wrażenie, że wiele z tych zmian wyszło filmowi na niekorzyść.
Jedynym chlubnym wyjątkiem, o którym muszę wspomnieć są postacie upadłym aniołów**. W komiksie przypominają one trolle z Hobbita, natomiast w filmie są to wielkie sześciorękie kamienne olbrzymy. Jest to zresztą pięknie wytłumaczone: anioły współczuły Adamowi i Ewie, gdy ci zostali wygnani z Raju, więc wbrew woli Boga „upadły” na Ziemię, by pomóc pierwszym ludziom. Niestety, gdy tylko dotknęły Ziemi, oblepiło je błoto, które skamieniało, zamieniając świetliste, lekkie istoty w ciężkie, niezgrabne pokraki. Scena ta jest fantastycznie pokazana w filmie i ma, tak na chłopski rozum, więcej sensu, niż żeby upadłe anioły wyglądały jak zmutowani kuzyni Muminków.
To co natomiast zostało zmienione na niekorzyść filmu to np. historia średniego syna Noego, Chama. W komiksie, a przynajmniej tych dwóch tomach które Mysz miała w rękach, Cham znajduje sobie żonę wśród ludu Kainitów i zabiera ją ze sobą na arkę. W filmie, Cham (grany przez Myszy ulubieńca, Logana Lermana) zostaje pozbawiony partnerki – jego przyszła żona ginie stratowana przez oszalałych Kainitów, bo Noe odmówił jej ratowania. Już pomijam, jak dziwna jest to decyzja ze strony twórców, biorąc pod uwagę fakt, iż według Biblii wszyscy synowie Noego mieli żony, które razem z nimi przeżyły potop. Ale po co zmieniać coś, co już pokazaliśmy w komiksie? Tylko po to, by zaostrzyć budowany od początku filmu konflikt między Chamem a Noem? Trąci mi to tanim dramatyzmem.
Cham w Biblii jest synem-buntownikiem: zawsze zadającym niewygodne pytania o wolę Boga, kwestionującym decyzje Noego. U Aronofsky’ego również się ten wątek pojawia, ale jest dodatkowo i rzekłabym sztucznie zaogniony przez „żądzę” Chama. Słowo „żądzę” specjalnie ujęłam w cudzysłów, bo szukanie żony jest przez wielu interpretowane jako chutliwość. Mysz natomiast nie widzi nic zdrożnego w pragnieniu posiadania żony, tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę, że na arce miało się znaleźć „po dwa” wszystkiego, a i własny ojciec oznajmił Chamowi, że takową żonę mu znajdzie. W komiksie jest to zresztą pięknie ukazane w postaci paraleli, gdzie Noe, zanim ulokuje na arce samotnego gołębia, czeka aż dołączy do niego jego gołębia partnerka. Widać więc, że dążenie Chama do „sparowania się” z kimś jest jak najbardziej uzasadnione i ma mniej wspólnego z popędem seksualnym, a więcej z przetrwaniem gatunku. Twórcy postanowili jednak o wiele wcześniej zafundować filmowemu Noemu wątpliwości na temat słuszności przetrwania jego rodziny. W komiksie Noe zaprzestaje poszukiwań żony dla Chama, ale jego syn bierze sprawy w swoje ręce i doprowadza swoją wybrankę do arki. Natomiast w filmie, Cham zostaje w pewnym sensie „ukarany” brakiem partnerki, bo w oczach Noego jego rodzina nie zasługuje na to, by się rozmnażać i by na nowo zaludnić świat po potopie. Odebranie partnerki nie jest jednak wystarczające – filmowy Noe musi stać się przyczyną jej śmierci na oczach zdruzgotanego Chama.
 
Dziwi mnie decyzja, by konflikt między ojcem, a synem – w istocie konflikt między niekwestionowanym wykonywaniem Boskich rozkazów, a poddawaniem ich w wątpliwość –umniejszyć zamieniając go w wątek „bu-hu, bo ja nie mam dziewczyny”. Wątpliwości Noego względem przetrwania ludzi naprawdę można było pokazać bez zabijania przyszłej żony Chama. Moim zdaniem decyzja ta jest podwójne niesłuszna, bo zamiast ukazać Chama jako głos rozsądku/humanizmu/wątpliwości w tej opowieści(take your pick), ciekawą przeciwwagę dla Noego, czyni z niego obrażalskiego nastolatka. A jakoś mało mi taka postać leży w kontekście wzniosłej biblijnej przypowieści o końcu świata i ludzkiej niegodziwości.
Poza tym fascynuje mnie przesłanie, które przy takim układzie serwuje nam film: basically wszyscy jesteśmy kuzynami. No bo skoro ani Cham, ani Jafet (syn najmłodszy) nie mieli żon, to wszyscy pochodzimy od dzieci Sema (najstarszego syna Noego) i jego żony Illy. Brr, kazirodztwo. Przy tym nawet koncepcja, że wszyscy pochodzimy Adam i Ewy wydaje się błahostką.

Cztery nogi dobre, dwie nogi złe!

Inna zmiana względem komiksu dotyczy mięsa. W filmie Noe poucza synów, że potomkowie Kaina są źli, ponieważ zabijają zwierzęta dla mięsa, wierząc, że spożyte mięso da im siłę (which, when you think about it, is totally true). Natomiast w komiksie grupa Kainitów zabija stadko zwierząt (wspomnianych wyżej nosorożco-tapirków), ale nie w celu zdobycia ich mięsa, tylko rogów. Wówczas argument Noego, że Kainicie są źli, nie dotyczy wyłącznie mięsożerności, a raczej wykorzystywania i marnowania zwierząt jako surowców (pozbawione rogów zwłoki stworzonek są przez Kainitów zostawiane). Widać, że Kainici nie mają szacunku dla natury i biorą z niej to co chcą, nie bacząc na konsekwencje. Ukazuje to też aspekt Kainitów jako społeczeństwa industrialnego, które czerpie nieograniczone surowce dla własnego rozwoju. Gdy porównamy ten motyw do filmu, gdzie mamy łopatologicznie wyłożone„meat = bad, vegetarian = good”, ogarnia człowieka pusty śmiech. Tym bardziej, że nie jest to jedyny zawarty w Noemtak nachalny wątek pro-ekologiczny.
Nachalność wegetarianizmu Noego i jego rodziny jest o tyle dziwna, że nijak nie wpisuje się w przesłanie biblijnej przypowieści. Owszem, widz (czy Czytelnik komiksu) ma zakładać, że Noe został wybrany ze względu na swój szacunek dla natury – nie je zwierzątek, dba o nie, kocha wszystkie żywe istoty. Ale przecież Noe w trakcie filmu sam podkreśla, że jego rodzina także jest nieczysta i również powinna wymrzeć, pozostawiając po-potopowy świat w rękach (łapach?) zwierząt. Potop nie zmył ze świata całego ludzkiego zła – ono nadal na nim pozostało, właśnie w postaci Noego i jego rodziny. Ergo: wegetarianizm wcale nie czyni z Noego lepszego człowieka. To nie szacunek dla zwierząt zapewnił Noemu miejsce na arce – to jego zdolność wybaczania. Zdolność, którą Bóg niejako bierze sobie do serca, wreszcie rozumiejąc i akceptując, że ludzie są istotami agresywnymi i niszczycielskimi. Tęcza, którą rozpościera na niebie nie oświetla odrodzonego Edenu, a rodzinę Noego – ludzi pełnych wad i zła, ale ludzi, których Bóg kocha i którym wybacza. Po co więc wpychać nam do gardła ten nachalny, łopatologiczny wegetarianizm, który służy tylko i wyłącznie ostremu podziałowi na złych mięsożerców i dobrych roślinożerców? Jakich dobrych?! Przecież przed chwilą już ustaliliśmy, że oni wcale nie są tacy dobrzy!
Tenże wegetarianizm jest tym bardziej nachalny, gdy weźmiemy pod uwagę Biblię (obiecywałam, że nie będę porównywać, ale nie mogę się powstrzymać) – w której Noe po wylądowaniu arką na górze Ararat składa w całopalnej ofierze kilkanaście zwierząt*** aby ubłagać Boga, by nigdy więcej nie zsyłał na ziemię potopu. Bóg wówczas, zaakceptowawszy, że człowiek zawsze będzie stał nad resztą stworzenia (a także, że żadne inne istoty oprócz ludzi nie będą mu w stanie przygotować pieczystego) mówi: „Every creature that lives shall be yours to eat”. Tak więc w tym kontekście wegetarianizm filmowego Noego jest wręcz idiotyczny.

Każdy ma taki potop na jaki sobie zasłużył.

Wegetarianizm Noego może nie wpisywać się w przesłanie biblijnej przypowieści (czy też jedno z jej przesłań), ale gdy się nad tym głębiej zastanowić, świetnie wpisuje się w morał, który w swym filmie chciał zawrzeć Aronofsky. Mysz może kręcić nosem na trawożerców, ale rozumie, co Aronofksy próbował w ten sposób przekazać. Jego potop wcale nie dotyczy ludzkiej niegodziwości względem drugiego człowieka, naszej skłonności do zabijania i prowadzenia wojen. Noe dotyczy bardzo współczesnych problemów: wyczerpywania się surowców, zanieczyszczenia środowiska, wymierania zagrożonych gatunków. Aronofsky uczynił ze swojego Noego swoistego ekologicznego aktywistę. I to takiego bardzo skrajnego aktywistę, który dla dobra natury jest w stanie nie tylko stać się wspólnikiem w akcie globalnego ludobójstwa, ale także zabić własną rodzinę. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że to główny złoczyńca filmu (grany przez Raya Winstone’a) mówi do Chama: „This is your world – take it”, nie trudno pojąć po której stronie konfliktu „ludzie vs natura” stoi sam Aronofsky,
Może rzeczywiście jest to łopatologicznie przedstawione przesłanie, ale należy pamiętać, że przypowieści biblijne właśnie dlatego są takie uniwersalne, bo są podatne na interpretację. Tak jest z samą historią potopu – przez wieki krążyła ona w różnych wersjach w wielu kulturach, zmieniając swój origin zależnie od potrzeb i okoliczności. Raz potop spadał na ludzi, ponieważ Bogowie uważali ich za zbyt głośnych; innym znów razem Bogowie po prostu uznali, że łatwiej im będzie zacząć od zera; jedna ze współczesnych judaistycznych interpretacji twierdzi, że potop został zesłany ponieważ ludzie zbytnio się rozbestwili „erotycznie”. Prawda jest taka, że każda kultura dostaje taki potop, który najlepiej posłuży jako morał w danej sytuacji. Najwyraźniej Aronofsky uznał, że obecna sytuacja polityczno-społeczna zasługuje na potop ekologiczny.

Noe – The Chosen One.

Pro-ekologiczne przesłanie Aronofsky’ego ma, w moich oczach, jedną zasadniczą wadę. Mianowicie: podkreślając ważność natury, Aronofsky straszliwie obniżył wartość ludzkiego życia. Sprowadza się to wręcz do tego, że w trakcie potopu nie widzimy tych setek tysięcy ludzi, którzy zginęli. Owszem, pojawia się jedna wstrząsająca scena, gdy Noe i jego rodzina siedzą w arce, słuchając jak zza drewnianych ścian dobiega potępieńcze wycie tonących ludzi. Krótka przebitka na skalisty szczyt wystający z wód potopu, z którego co raz spadają skręcone ludzie ciała, odrywane od skały przez okrutne fale zostaje z człowiekiem na długo. Ta wizja piekła na ziemi, której nie powstydziłby się Hieronymus Bosch jest jednak zbyt krótka, by w jakikolwiek trwały, wyrazisty sposób uzmysłowić widzowi, jak ogromne zniszczenia poczynił zesłany przez Boga potop. Jasne, możemy sobie długo wyobrażać całą ziemię zalaną wezbranymi wodami, ale bez jakiejś emocjonalnej kotwicy (a jedna scena to za mało) takie wyobrażenia na nic się nie przydadzą. Znika nam więc „mroczny, poważny aspekt”, który Aronofsky i Handel próbowali uwidocznić w tradycyjnie radosnej wizji Noego – z arką-domem, zwierzątkami i tęczą.
Nawiązanie emocjonalnej relacji z Noemuniemożliwia także sam tytułowy bohater. Nie wiem, czy to kwestia konstrukcji postaci, czy tego, jak Russell Crowe został pokierowany przez Aronofsky’ego, ale filmowy Noe nie jest kimś, z kim można łatwo sympatyzować. Może przemawia przeze mnie naiwność – albo pozostałości tej „Biblii dla dzieci” Świadków Jehowy, gdzie Noe to dobrotliwy staruszek, któremu jest bardzo smutno, że ludzie muszą umrzeć w potopie – ale nie podoba mi się, że u Aronofsky’ego Noe w pewnym momencie staje się bohaterem negatywnym. Oczywiście trudno za bohatera pozytywnego uznać kogoś, kto jest w stanie uratować królestwo zwierząt kosztem przyłożenia ręki do śmierci setek tysięcy ludzkich istnień. A jednak była możliwość by ukazać Noego w trochę cieplejszym świetle. Gdzie zawarty w komiksie wątek, gdy Noe próbuje ostrzec ludzi o potopie?
 
Sądzę, że wewnętrzne zmagania Noego naprawdę można było pokazać w lepszy, bardziej wiarygodny sposób. Zamiast tego, filmowy Noe jest zatwardziałym, zacietrzewionym w swych niesłusznych przekonaniach gburem, który na dodatek nie słucha głosów rozsądku. I nie mówię tu nawet o jego żonie czy dzieciach (które przekonują go, że ich rodzina zasługuje na życie, a nie powolne umieranie w po-potopowym świecie), ale jego własnej inteligencji. Wszak skoro został wybrany przez Boga, oznacza to, że Bóg ma wobec niego plan. I moim zdaniem jest to plan ciut bardziej skomplikowany niż tylko „bądź mi pasterzem dla łódki pełnej zwierzyny, a potem sczeźnij, bo jesteś zły”.
Naprawdę łatwo byłoby zrobić z Noego postać godną współczucia (after all, they sorta did it in the Bible). Wystarczyło pokazać, że Noe jest świadomy, iż skoro jego własna rodzina ma w sobie zarówno pierwiastki dobra, jak i zła, oznacza to, że wszyscy ci ludzie, którzy zginęli, zostali poświęceni właściwie na darmo. Nie chodziło o oczyszczenie świata, a o wymuszenie na Noem posłuszeństwa, kosztem jego własnej duszy i sumienia (w ogóle mam wrażenie, że Bogu w Starym Testamencie bardziej zależało na wykonywaniu rozkazów niż okazywaniu miłosierdzia, ale ja mam z Bogiem na pieńku, więc nie należy mnie słuchać). Jednak w filmie można odnieść wrażenie, że to, co dręczy Noego to nie śmierć tysięcy ludzi, a to, że jego rodzina się na niego obraziła, bo próbował ich wymordować (hiperbola, ale wcale trafna). Nawet w samym finale – gdy Noe wreszcie pojmuje, że Bóg wybrał go właśnie dlatego, że jego serce zdolne jest do wybaczenia – Mysz odniosła wrażenie, że o wiele istotniejsze dla Noego jest to, że rodzina mu wybaczyła jego fanatyzm, niż to, że Noe sam sobie (i Bogu) wybaczył to, do czego przyłożył rękę.

W efekcie pojawiająca się na niebie tęcza nie jest oznaką Bożego miłosierdzia dla narodu ludzkiego, a swoistym „poklepaniem po plecach” dla Noego. „Fajnie, że jednak nie zabiłeś swojej rodziny, bo wtedy dopiero miałbyś powód żeby się upijać****”. Ale może przemawia przeze mnie cyniczny ateizm. Kto wie.

Dwuedziestego dnia, kiedy padał deszcz…


W istocie największym zarzutem, jaki Mysz ma do Noegojest to, że przy całym wizualnym rozmachu i (umownie) głębokim przesłaniu, film jest po prostu śmiertelnie nudny. Podczas gdy w komiksie minimalna zawartość akcji i dialogów pozwala rozkoszować się pięknymi widokami i świetną kreską, tak w filmie, mimo czarujących krajobrazów Islandii*****, pustka i brak akcji nudzą. Bohaterowie głównie snują się bez słów po ekranie, lub patrzą się na siebie z żalem/smutkiem/złością/zawiścią/wpisz dowolną emocję.
Jest to tym bardziej przykre, że Noe ma naprawdę dobrą obsadę. Oprócz Russella Crowe’a, który świetnie sprawdza się jako Noe (mogę nie lubić tej postaci, ale jest ona przyzwoicie zagrana) czy Jennifer Connelly w roli jego żony, Nammah, mamy także Anthony’ego Hopkinsa jako dziadka Noego, wiekowego Matuzalema; Logana Lermana (Percy Jackson) jako średniego syna Noego, Chama; Douglasa Bootha (Romeo and Juliet 2014) jako najstarszego syna, Sema; oraz Emmę Watson (Harry Potter) jako Illę, przybraną córkę Noego, żonę Sema; do tego dochodzi wspomniany wcześniej Ray Winstone, jako przywódca Kainitów, Tubal-kain.
Choć wielu Czytelników może nie kojarzyć Lermana czy Bootha, Mysz może Was zapewnić, że obaj młodzi panowie mają naprawdę przyzwoity warsztat aktorski. Niestety ani oni, ani reszta obsady nie mieli się za bardzo kiedy, ani jak się wykazać. Nawet biedny Russell Crowe został w filmie fatalnie pokierowany, w wyniku czego jego Noe jest zaledwie jedną, malutką, wyblakłą nitką w wizualnie olśniewającym gobelinie, jakim jest sfilmowana przez Aronofsky’ego historia potopu.
Bo jeśli miałabym na temat Noego powiedzieć jedną absolutnie pozytywną rzecz byłoby to, że ma świetną stronę wizualną. Krajobrazy Islandii, wizje Noego czy historia powstania świata rzeczywiście są w stanie człowieka oczarować i przywodzą na myśl to, co Aronofsky już nie raz w swoich filmach ukazywał (różne „wizje” pojawiały się zarówno w The Fountain, Requiem for a Dream jak i Black Swan). Im bardziej film idzie w stronę artystycznej fantazji i malarskich ujęć, tym lepiej. Im bardziej stara się być filmem kinowym – cyfrowe zwierzątka na arce, czy sama sekwencja potopu – tym gorzej mu to wychodzi.
 U Aronofsky’ego “powstanie świat” robi jeszcze większe wrażenie
Trzeba jednak wspomnieć, że powstanie świata ukazane w Noemto autentycznie przepiękna sekwencja, przywodzącą na myśl teledysk „Right Here, Right Now” Fat Boy Slima, albo, w trochę bardziej filmowych klimatach, animowaną sekwencję narodzin świata w FantazjiDisneya z 1940 roku (której towarzyszy utwór „Święto Wiosny” Igora Strawińskiego). Nie twierdzę, że dla samej tej sekwencji warto na film iść do kina, ale gdybym miała z dzieła Aronofsky’ego wybrać swój ulubiony element, powstanie świata byłoby na pierwszym i jedynym miejscu.
A skoro już jestem przy Disney’u i jego Fantazji: sekwencja z 1940 roku do muzyki Strawińskiego to nie jedynie skojarzenie, jakie Mysz miała podczas oglądani Noego. Drugie to, jakże naturalnie, inna animacja, tym razem z Fantasia 2000, w której (do marszów „Pomp & Circumstance” 1, 2, 3 i 4 Edwarda Elgara) Kaczor Donald wciela się w postać pomocnika Noego. I powiem Wam coś szczerze: o wiele bardziej opłaca się Wam obejrzeć obie animowane Fantazje niż wybierać się na Noego do kina.
Jeśli naprawdę zależy Wam na zapoznaniu się z wizją Aronofsky’ego – sięgnijcie po komiks. Ale jeśli chcecie popatrzeć na stworzenie świata, albo nietypowo ukazaną historię Wielkiego Potopu, obejrzyjcie Disneya. Tako rzecze wstrętna pogańska Mysza. Howgh.

* tu Myszy włącza się trzynasty apostoł z Dogmy, który mówi: God hates it when it’s referred to as ‘mythology’.
** Aronofsky fajnie czerpie tutaj z różnych źródeł, bo w Biblii pojawiają się postacie Nefilim, ale zależnie od interpretacji są to synowie Seta (trzeciego syna Adama), anioły które Bóg strącił na ziemię za to że nie ustrzegły ludzi od grzechu, albo anioły, które same na ziemię zeszły by pomagać ludziom, wbrew woli Boga.

*** według niektórych wersji Noe wziął na arkę nie tylko po parze zwierząt każdego gatunku, ale także po 7 par zwierząt tzw. czystych, czyli w gruncie rzeczy zwierząt ofiarnych (owieczek, etc.)

**** po Potopie powiedziane jest, że Noe założył pierwszą winnicę i upił się w sztok. Cham, średni syn, znalazł ojca nagiego i nieprzytomnego i powiedział o tym swoim braciom, za co Noe przeklął Chama i jego potomków. Przynajmniej filmowy Noe miał jakiś powód, żeby pić wino. Z tego co pamiętam biblijny Noe upił się „bo tak”.

***** drugi po The Secret Life of Walter Mitty film, który ukazuje piękne widoki Islandii. Jeszcze chwila, a kinematografia zrobi z niej drugą Nową Zelandię :)