Back in time, czyli Wolverine i wesoła zgraja dziwaków. X-men: Days of Future Past

Wiesz, że film zrobił na tobie wrażenie, jeśli idziesz na niego dwukrotnie. Mysz najchętniej w ogóle nie wychodziłaby z kina i oglądała jeden seans za drugim.

Nie ma chyba w życiu kinomana większej przyjemności, niż gdy film obejrzany za drugim razem okazuje się jeszcze lepszy, niż podczas pierwszego seansu. Mysz miała tak wczoraj z X-men: Days of Future Past.
Wspominałam ostatnio (bodajże w podsumowaniu finału drugiego sezonu Hannibala), że byłam na filmie w miniony weekend. Ponieważ jednak wiedziałam, że będę szła na film ponownie, postanowiłam wstrzymać się z recenzją. Powodów było kilka – dawno nie byłam na filmie w kinie dwa razy w tak krótkim odstępie czasu. Ostatni raz, kiedy widziałam w film kilka razy w kinie, to Ratatouille, które widziałam z siedem razy podczas gdy pracowałam w jednym z warszawskich multipleksów. Obecnie jestem wielką fanką Ratatuja, ale wówczas szczerze nienawidziłam tego filmu. Natomiast ostatni film na który z pełną premedytacją poszłam więcej niż raz (5 razy, mój osobisty rekord) to… Miss Congeniality, która wyszła w Polsce w 2001 roku (zresztą jakieś pół roku po pierwszych X-men). Pamięć podpowiada, że po drodze mogłam jeszcze dwa razy pójść na piątych Fast & Furious, ale nie o to chodzi w tej niepotrzebnej dygresji. Istotne jest to, że byłam ciekawa, jak X-men: DOFP wypadną podczas drugiego seansu.

Tym bardziej, że pierwszy seans pozostawił mnie w dość dziwnym zawieszeniu. Z jednej strony bawiłam się w kinie świetnie i uznałam film za bardzo sprawnie wykonany. Po namyśle stwierdziłam jednak, że nie jest to najlepszy film o mutantach. W Myszy osobistym rankingu, gdzie X-men i X2 są na pierwszym miejscu (oryginalne filmy zawsze pozostaną moimi faworytami, choć dla dobra swojego i innych świadomie ignoruję istnienie X-men: The Last Stand), a na ostatnim jest Wolverine: The Origins (tak, Last Stand jest wyżej – ma fajniejszą obsadę i przynajmniej bywa kiczowato śmieszne; w Origins lubię tylko rolę Ryana Reynoldsa – przed jego późniejszym zmaltretowaniem – oraz obecność Gambita), X-men: DOFP plasują się na zaszczytnym trzecim miejscu, tuż za X-men: First Class.
Patrząc na ten mój wewnętrzny ranking zrozumiałam, dlaczego mojego uczucia co do DOFP były tak niejednoznaczne. Jakby na to nie patrzeć, DOFP jest sequelem X-men: First Class i to z nim ma najwięcej wspólnego. Tak więc z jednej strony spodziewałam się po DOFP filmu w klimatach First Class – filmu mocno nowoczesnego, który mimo czasu akcji (lata 60-te) tchnie współczesnym kinem, współczesną rozrywką, a jednocześnie entuzjazmem dla materiału źródłowego i dobrą zabawą. Z drugiej jednak strony, mamy w DOFP cały wątek z mroczną przyszłością, w której przewija się obsada oryginalnej trylogii, a także wiele nawiązań do fabuły tychże filmów (czy nawet filmów Wolverine’owych). Co więcej na fotelu reżysera DOFP zasiadł Bryan Singer, czyli gość odpowiedzialny za Myszy ulubione mutanckie filmy. Stąd byłam przekonana, że DOFP będzie zawierał elementy oryginalnej trylogii – klimat nieokiełznanej, bezpardonowej, niemalże kampowej frajdy i soczyste one-liner‘y. Nie wiem, jakim cudem szłam na DOFP z tak w sumie sprzecznymi wizjami tego, czym ten film moim zdaniem powinien być. Dość, że po pierwszym seansie wyszłam mocno zdziwiona, bo ostatecznie nie dostałam żadnej z tych rzeczy, a jednocześnie, na swój sposób, dostałam obie.
Widać, kto tu jest bossem :D
W ten zawiły, chaotyczny sposób, próbuję powiedzieć, że DOFP zrobił rzecz moim zdaniem niesamowitą: połączył klimat oryginalnej trylogii z klimatem First Class i stworzył w ten sposób film nie tylko dobry, spójny i rozrywkowy, ale także posiadający własny, oddzielny od reszty klimat. DOFP nie jest mieszanką X-men i First Class. To nie jest układanka z dwóch elementów, które przypadkiem do siebie pasują. To zawiłe i fantastyczne puzzle z niezliczoną ilością fragmentów, które widzowie (i Internet) jeszcze długo będą mogli omawiać, przestawiać, układać i dopasowywać. DOFP to nowy twór, nowa jakość. To, po prostu, filmowy mutant. I to wyjątkowo fajny ^__^
Porzucając górnolotne metafory, przejdźmy do bardziej szczegółowego, na razie bezspoilerowego omówienia.
Fabułę, mam nadzieję, wszyscy mniej więcej znają: w mrocznej przyszłości, gdzie mutanci są ścigani przez ogromne, mordercze roboty (Sentinele), grupa X-menów (stara obsada plus kilka nowych postaci) postanawia zapobiec śmierci milionów istnień poprzez wysłanie kogoś w przeszłość [tu powinny rozlec się dźwięki “Back in Time” Huey Lewis and the News z filmu Back to the Future]. Wolverine zostaje wysłany do roku 1973 – 10 lat po wydarzeniach X-men: First Class – by przekonać do współpracy Charlesa Xaviera i Erika Lehnsherra (młoda obsada) i zapobiec przyszłej zagładzie mutantów. Hilarity and drama ensues :D
Ciekawe, czy starsze wersje Magneto i Xaviera
zazdroszczą Wolverine’owi, że ma mniej zmarszczek?
Ustalmy na początek ważną kwestią: jeśli twierdzicie, że DOFP jest złym filmem, bo nie wszystkie wątki przeszłościowo-przyszłościowe się dopasowują, to Mysz rzuca na Was pogardę. Oglądając film po raz pierwszy – nie zrobiwszy uprzednio powtórki z żadnego mutanckiego filmu – było pod ogromnym wrażeniem tego, jak wiele rzeczy w tych różnych timeline‘ach pasuje do siebie i tworzy spójną całość. Jasne, były momenty, gdy pytająco unosiłam brew w stronę ekranu i rozgrywających się na nim wydarzeń, ale miałam taką frajdę z tego, jak wiele rzeczy MA sens i wpasowuje się w wydarzenia, które już znamy (lub zmienia wydarzenia które już znamy), że olewałam i nadal olewam to, co nie pasuje. Należy docenić to, jak bardzo twórcy byli w stanie DOFP dopasować do reszty filmów, biorąc pod uwagę, że kilka z nich jeszcze zanim DOFP wyszło już potrafiło sobie nawzajem zaprzeczać (Zwierz popkulturalny ma rację – filmy o Wolverinie, zwłaszcza Origins w sumie kićkają tu najwięcej, bo pojawia się tam i młoda Emma Frost i młody Scott Summers i Sabretooth i w ogóle jest straszna sieczka). Co więcej, tu znów ukradnę tekst od Zwierza, można interpretować “niezgodność” linii czasowych jako naumyślnie zagranie ze strony twórców – w ten sposób dopasowali się do kompletnego zagmatwania, jakie od lat panuje w komiksowym świecie X-menów,  i to nie tylko w wydarzeniach dotyczących historii “Days of Future Past”, ale w całym mutancim świecie. Weźmy też pod uwagę, że bardzo trudno jest kręcić filmy o podróżach w czasie – zawsze trafi się na jakiś casus, paradoks czy inny haczyk, który nawet jeśli na pierwszy rzut oka zostaje rozwiązany, przy głębszym przyjrzeniu okazuje się komplikować więcej niż w rzeczywistości wyjaśnia. Stąd wszelkie nieścisłości czasowe, jakie w DOFP spotykamy, Mysz dokumentnie olewa. No może nie olewa, bo o niektórych się fajnie dyskutuje, ale nie uznaje ich za wadę.
W ogóle chciałabym zaznaczyć, że DOFP jest moim zdaniem idealnym filmem dla geeków, bo choć nie wszystkim się musi podobać i są ludzie, którzy będą go krytykować, jest to film tak pełen smaczków, twistów i tematów, że można o nim rozmawiać godzinami i zawsze znaleźć nowy zagadnienie do przedyskutowania. Jak dla mnie fani X-menów – nawet ci, którzy DOFP krytykują (Mysz podejrzewa, że są tacy, ale nie wie na pewno, bo specjalnie nie czytała recenzji filmu, coby się nie sugerować) – właśnie to powinni z kina wynieść.
Wróćmy jednak do samego filmu. To o czym z pewnością należy wspomnieć to aktorstwo. Po starej obsadzie, zwłaszcza McKellenie i Stewarcie, nie spodziewałam się niczego innego, ale umówmy się – pojawiają się na tyle rzadko, że można to przegapić. Nie chcę tutaj sugerować, że po Fassbenderze i McAvoy’u czy reszcie obsady (zwłaszcza tej “młodszej”) spodziewałam się złego aktorstwa. Po prostu dla mnie stara gwardia to SĄ X-meni, podczas gdy postacie nowej ekipy dopiero X-menami się STAJĄ. Wiem, że First Class przedstawia, a przynajmniej miało przedstawiać przeszłość postaci, które znamy z oryginalnej trylogii, ale Mysz zawsze interpretowała Charlesa i Erika w wykonaniu duetu McAvoy-Fassbender za -alternatywnego- Xaviera i Magneto, a niekoniecznie te same postaci, grane później(wcześniej? Kutwa, durne timelines!) przez Stewarta i McKellena. Stąd nigdy nie przeszkadzało mi, że McAvoy i Fassbender starają się grać te postacie po swojemu, więcej -cieszyłam się z tego. Nie wykluczałam, że gdzieś na długiej życiowej drodze Charles i Erik w wykonaniu McAvoya i Fassbendera STANĄ się w końcu tymi postaciami, które znam z oryginalnych X-menów, ale nie byłam na to jakoś specjalnie nastawiona.
O.MÓJ.BOŻE.
BĘDĘ ŁYSY!
Tym bardziej cieszy mnie DOFP, bo dzięki obecność na ekranie obu pokoleń X-menów, a także młodych/starych wcieleń Xaviera i Magneto, mój umysł nareszcie dokonał trwałego połączenia między tym X-men a First Class. Nie oznacza to, że żądam teraz by losy postaci granych przez McAvoya i Fassbendera potoczyły się w konkretny sposób, ale ładunek emocjonalny i sentyment, którym darzyłam wcielenia Stewarta i McKellena przeszedł teraz u Myszy na ich młodsze odpowiedniki. Tym samym First Class i DOFP weszły do mojego osobistego kanonu i podstępnie wkradły się do Mysiego serduszka.
Zasługa w tym nie tylko obecności starej gwardii, ale przede wszystkim fantastycznego aktorstwa w wykonaniu McAvoy i Fassbendera. Bryan Singer zdołał “ukraść” od Matthew Vaughna (reżysera First Class) to co w jego filmie było najlepsze, czyli konflikt między Charlesem a Erikiem. Gdy ta dwójka pojawiała się razem na ekranie, Mysz zastygała w bezruchu i delektowała się każdym słowem, każdym wyrazem twarzy, każdym westchnieniem czy zmianą tembru głosu. McAvoy i Fassbender są w swoich wspólnych scenach absolutnie fenomenalni i ukazują konflikt między swymi postaciami tak bezbłędnie, że tylko siadać i płakać nad ich geniuszem, albo wstawać i bić brawo. Żeby nie było – w scenach gdy pojawiają się oddzielnie, naprzeciwko innych postaci (rozmowy Charlesa z Wolverinem, czy Magneto z Mystique) wypadają równie dobrze. To także zasługa odwiecznego konfliktu, który ma miejsce między tą dwójką postaci – Xavier, ze swoim optymistycznym idealizmem, “nadstawianiem drugiego policzka” i traktowaniem ludzi niechętnych mutantom, jak krnąbrne dzieci, które trzeba wychować; i Magneto, ze swoją nieugiętą postawą pt. “walczmy o swoje” i dobrze ukierunkowanym, choć agresywnie realizowanym pragnieniem, by bronić wszystkich mutantów. Nic dziwnego, że panowie, mimo przeciwności losu, tak bardzo się przyjaźnią, a ich konflikt jest tak skomplikowany – ostatecznie obaj chcą dla mutantów jak najlepiej, tylko każdy idzie do tego celu inną drogą. Talk about a difficult friendship :D
Shall we play a game?
Trzeba jednak wspomnieć, że choć Michael Fassbender jest w DOFP świetny, film należy w całości do McAvoya. Tak jak First Class było ostatecznie historią Erika – tego jak odnalazł w sobie siłę, jak nauczył się w pełni wykorzystywać swoją moc, jak skrystalizowały się jego przekonania, i jak stał się tym, kim się stał – tak DOFP jest historią Charlesa Xaviera. Pełen optymizmu mężczyzna, którego znaliśmy z First Class (czy którego “poznamy” w X-men) znika, zastąpiony przez zgorzkniały, złamany wrak człowieka. To jak tę rolę zagrał McAvoy zapiera mi dech w piersiach. Już przy pierwszym seansie wychwytywałam wszelkie drobne niuanse jego gry – wahanie głosu tu, niepewne spojrzenie tam, trzęsące się ręce ówdzie – i nie mogłam się na nie napatrzeć. Powtórny seans jedynie dostarczył mi więcej takich malutkich perełek. Tak więc gdyby przymknąć oko na efektowne sceny akcji i zagmatwane podróże w czasie, w swej istocie DOFP opowiada o tym, jak Charles Xavier nauczył się w pełni akceptować to kim jest i jaka czeka go przyszłość. Może nie jest to różowa przyszłość, a sam Xavier jeszcze wielokrotnie może się na swej drodze potknąć, ale obudził w sobie nadzieję. I to jest najważniejsze.
Skoro wspominam o aktorstwie i konfrontacji młodej i starej obsady, wypadałoby też wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, która tym bardziej scementowała w Mysiej głowie postacie old-new Xavier i old-new Magneto. Chodzi mi mianowicie o to, że w pewnych scenach filmu Fassbender i McAvoy channel‘owali McKellena i Stewarta. Niewtajemniczonym wyjaśniam, iż oznacza to, że pod pewnymi względami – tembru głosu, wymowy, wypowiadania pewnych fraz, czy naśladowania pewnych gestów albo mimiki – młoda obsada “wczuwała się” w to, jak te postaci grała stara obsada. Nie wiem, czy robili to świadomie, czy po prostu przy drugim filmie bardziej “wżyli” się w swoje postacie, ale dość powiedzieć, że Mysz kilka razy musiała powstrzymać w kinie pisk, bo wyraźnie słyszała w głosie Fassbendera naleciałości frazowania Iana McKellena, a w oczach McAvoya to samo ciepło i zrozumienie, które tak umiejętnie gra Patrick Stewart.
Moje szpony?
Gdzie są moje metalowe szpony?
… niech mnie ktoś przytuli!
Jak już się tak rozwodzę na aktorstwem (I’m not even a little bit sorry :D) muszę też nadmienić kilka słów o Hugh Jackmanie. Aktor ten od 14stu lat dźwiga na swoich barkach mutancie filmy. Nie oszukujmy się – filmy mogą mieć tytuł “X-men: coś tam”, ale w rzeczywistości wszystkie można zamknąć pod szyldem “Wolverine i wesoła zgraja dziwaków”. Mysz kocha Jackmanowego Wolverine’a i nie dziwi się, że aktor zawsze chętnie do roli powraca. Ale zwróćcie uwagę, że w ostatnich filmach, w których grał główną rolę (Origins i Wolverine, cameo w First Class nie liczę) czuć… bo ja wiem, jakieś takie zmęczenie? Skrywaną niechęć? To nie jest ten sam Wolvie, którego znamy i kochamy. Może to tylko Myszy wrażenie, ale obu w tych filmach czułam, że Jackman trochę stracił do tej postaci serce. Stąd nie dziwiły mnie plotki, jakoby zamierzał się rozstać z rolą (poza tym – ile można grać tą samą postać?). Jednak w DOFP znów można wyczuć trochę tej dawnej radości. Widać, że Jackman znów miał frajdę z grania Wolverine’a i że nie traktował się zbyt serio (co moim zdaniem było wadą obu Wolverine’owych filmów; to i kijowy scenariusz :P). Nie wiem, czy to zasługa powrotu Bryana Singera, który wie, jak wyciągnąć z Jackmana -tego- Wolverine’a, czy to zasługa dużej obsady – zarówno znanej, jak i zupełniej nowej – która zmusiła Jackmana do czegoś więcej niż tylko prężenie żylastych mięśni. Dość stwierdzić, że Wolverine w DOFP znów potrafi być fajny.
Co do reszty postaci i grających ich aktorów… cóż, przy tak dużej obsadzie trudno komukolwiek poświęcić więcej czasu. Owszem, film ma kilka postaci wokół których fabuła wciąż się obraca (Xavier, Magneto, Wolverine, poniekąd Mystique), ale ostatecznie, nikt nie skupia na sobie zbyt wiele czasu ekranowego. Having said that, Jennifer Lawrence jest cudowna jako Mystique (jej postać bez problemu “zlewa się” w mojej głowie z Mystique graną przez Rebeccę Romijn w oryginalnej trylogii), Nicholas Hoult wciąż uroczy jako Beast, a Peter Dinklage grający głównego złego, czyli naukowca Bolivara Traska, to klasa sama w sobie. Reszta obsady ma na tyle niewielkie role, że omawianie każdej z nich byłoby się nudne, więc podsumuję ich krótko: grali dobrze.
Taka obsada. WOW. Tyle postaci. Uszanowanko.
Wiadomo jednak, że aktorstwo to nie wszystko, choć w wypadku DOFP zaryzykuję stwierdzenie, że warto się wybrać na film chociażby dla samego talentu McAvoya i Fassbendera. Kolejne sprawne elementy to fabuła, sceny akcji i efekty specjalne, choć w przeciwieństwie do aktorstwa, do każdej z tych kategorii miałaby szereg uwag. O tym jednak za moment w części spoilerowej. Tu natomiast powiem tylko, że nie są to błędy szalenie rażące i choć finałowa sekwencja akcji mogłaby być krótsza (ze względu na podział między dwie linie czasowe wydaje się dłuższa niż jest i potrafi zmęczyć), film ogląda się bardzo przyjemnie. Co więcej, jak już wspomniałam na początku wpisu, za drugim razem przyjemność ta jest jeszcze większa.
Sporo z tej przyjemności (zarówno podczas pierwszego jak i ponownego seansu) można czerpać zwłaszcza z wyłapywania różnych smaczków i ukłonów w stronę fanów, a także ze snucia różnych ciekawych teorii, rozkminiania istotnych pytań i nieścisłości (mówiłam – to film do dyskutowania!), oraz często przypadkowych, ale bardzo fanowskich w swym wydźwięku pisków. O tym szerzej poniżej.

UWAGA: poniżej spoilery do

X-men: Days of Future Past!!!

It’s raining men, hallelujah!”
Wspomniałam wyżej, że nie będę omawiać wszystkich pobocznych postaci, ale jest jedna do której muszę się odnieść. Mowa o Peterze Maksimoffie, czyli Quicksilverze (zwanym tam Pietro), komiksowym synu Magneto. Jednym ze smaczków DOFP jest zresztą krótkie zdanie rzucane mimochodem przez Petera, gdy ten pierwszy poznaje Magneto (moja wewnętrzna fanka zapiszczała nader głośno na ten ukłon w stronę fanów; nie wiem, czy twórcy DOFP będę dalej, w kolejnych filmach, podążać tym tropem, ale wiem, że Quicksilver ma się jeszcze w serii pojawić). Ale ten mały ukłon w stronę komiksów, czy w ogóle pojawienie się tak ważnej dla świata X-men i lubianej przez fanów postaci nie jest tym, co mnie ujęło. Ujęło mnie to, jak postać Quicksilvera została w filmie wykorzystana i jak ją zagrano. Tu gromkie brawa dla szalenie utalentowanego Evana Petersa (znanego z naprawdę wybitnych kreacji w American Horror Story), który zagrał Petera z charyzmą, zadziornością, nonszalancją, impertynencją i, wbrew wszelkim przesłankom by zrobić z postaci upierdliwego nastolatka, ogromnym urokiem. Petera to najbardziej żywa i energiczna postać (pun intended, biorąc pod uwagę jego moc polegającą na super-szybkości) w całym filmie i niezmiernie żałuję, że nie mogło go być w filmie więcej. Tym bardziej, że scena wydostania Magneto z więzienia – którą Peter/Evan totalnie dla siebie kradnie – jest najfajniejszą sceną w całym DOFP. Poważnie: większość osób zapytana tuż po seansie (czy nawet tydzień po nim) o to, która scena najbardziej zapadła im w pamięć, mówią: “cała akcja Quicksilvera”. Mysz niezmiernie cieszy, że początkowe wątpia, które kierowano w stronę postaci – bo kostium na pierwszy rzut oka rzeczywiście ma dziwy (ale to nastolatek z super-mocami, to jasne, że będzie dziwnie wyglądać) – zostało całkowicie rozwiane i wśród fanów zapanowała tak powszechna miłość dla filmowego Petera. Tym większe moje nadzieje w tym, że w kolejnym X-menowym filmie, postać ta odegra większa rolę.
Scena Quicksilvera jest jeszcze istotna z jednego powodu. Pamiętacie, gdy na początku wspominałam, że DOFP nie przypomina klimatem pierwszych X-men, ale ma jego elementy? Sekwencja z Quciksilverem jest jakby żywcem wyjęta ze starych X-menów. Biorąc pod uwagę z jak pozytywnym odzewem się spotkała liczę na to, że będzie to sygnał dla twórców przyszłych X-menowych filmów, by nie bali się czerpać odrobiny luzu, frajdy i humoru z oryginalnej trylogii. First Class było świetnym filmem – dobrze zagranym, rozrywkowym, zabawnym i rzekłabym nawet “eleganckim” – ale czasem brakowało mu więcej luzu. Ot, taka Mysia sugestia na przyszłość.
*a w tle leci to*
Innymi przykładami takich cudownych smaczków były m.in.:
– scena ze Star Trek TOS w której kapitan Kirk mówi o podróżach w czasie
– scena w której pół-nagi Wolverine mówi “czy uwierzyłbyś, gdybym powiedział, że przybyłem z przyszłości” (luźne nawiązanie do Terminatora)
– nawiązanie do cameo Wolverine’a w First Class (słynne “Go fuck yourself”)
– oraz scena z Wolverinem przechodzącym przez wykrywacz metali (po Tumblr krąży cudowna grafika, gdzie przez wykrywacz metali na lotnisku przechodzą Wolverine i Winter Soldier, a gdy obaj wywołują pisk maszyny, Winter Soldier patrzy się na Wolverine’a i pyta ze smutkiem: “… Ty też?” :D)
To są jednak drobnostki, a jest parę większych ciekawostek, które Myszy utkwiły w głowie. Jedna to pojawienie się w DOFP postaci majora Strykera, który jest nader istotną postacią w życiu Wolverine’a. Bardzo ciekawym zagraniem wydaje mi się pokazanie w filmie współpracy między Strykerem, a Bolivarem Traskiem – dzięki temu widzowie mogą poniekąd zobaczyć skąd wzięły się późniejsze uprzedzenia Strykera co do mutantów i jego eksperymentatorskie skłonności. Mamy też malutkie odniesienie do całej fabuły X2, w postaci Jasona, syna Strykera. Ciekawe też wypada finał DOFP, gdzie widzimy, jak Stryker (w istocie zakamuflowana Mystique) wyławia nieprzytomnego Wolverine’a z rzeki. Czy to oznacza, że Wolverine nigdy nie spotka -prawdziwego- Strykera i nie dostanie swoich szponów i szkieletu z adamantium? Czy obecność Mystique – czyli kamyk rzucony w nurt rzeki – jest wystarczającą “zmarszczką” by zmienić przyszłość Wolverine’a, czy nurt rzeki będzie próbował wrócić na właściwie tory i Wolverine (w zmienionej już, alternatywnej rzeczywistości) jednak kiedyś trafi w łapy prawdziwego Strykera.
Szkoda tylko, że w filmie tak mało Dinklage’a.
Spoko – odrobi sobie w Game of Thrones :)
Skoro już jesteśmy przy nurtach, kamykach i alternatywnej linii czasowej, Mysz obśmiała się lekko, gdy Wolverine obudził się w zmienionej przez siebie przyszłości teraźniejszości. Szkoła Xaviera nadal istnieje i ma się dobrze, a co więcej wszyscy żyją – do tego stopnia wszyscy, że pojawiają się nawet *fanfary* Jean Grey i Scott Summers, którzy przecież zginęli śmiercią jakże tragiczną w oryginalnej trylogii. Choć Mysz, jak większość fanów, nie przepada za filmowym Cyclopsem i Jean, cieszyła się z ich króciutkiej obecności na ekranie. Podoba mi się pomysł twórców, że nurt czasu zawsze będzie zmierzał w tym samym kierunku (Xavier założy szkołę, odnajdzie i stworzy X-men, etc), ale że kamyk wrzucony do “rzeki” w przeszłości może wywołać znaczącą zmarszczkę (czyli fabuła oryginalnej trylogii mogła się wydarzyć, ale na tyle inaczej, że pewne postacie wciąż żyją, a co więcej nie są do końca tymi samymi postaciami, które znamy z trylogii, choć ze względu na “niezmienność czasu” mogą wciąż być na tej samej ścieżce, ie. Mystique może nadal skończyć jako “ta zła”). Cieszy mnie też, że w ten sposób twórcy próbowali, poniekąd, naprawić – czy wymazać – błąd jakim była śmierć Scotta Summersa czy cała fabuła The Last Stand. Owszem, finał DOFP ma pod tym względem wiele wspólnego z np. epilogiem siódmego tomu Harry‘ego Pottera (all was well), ale Myszy to wcale nie przeszkadza.
To co mi natomiast trochę przeszkadzało to jedna duża nieścisłość. Nie mam pretensji o to, że szczegóły z przeszłości/przyszłości czasem się nie dopasowują, ale moje suspencion of disbelief lekko siada w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że wydarzenia z Mrocznej Przyszłości i Właśnie Zmienianej Przeszłości toczą się jednocześnie, co oznacza, że Kitty Pryde – która wysyła świadomość Wolverine’a w przeszłość i musi być z nim cały czas połączona – siedziała przy nim non-stop przez kilka dni bez przerwy (bo w przeszłości z pewnością mija kilka dni – latają w tę i wewte samolotami, widzimy zmiany pory dnia, etc.). Oznacza to także, że cała reszta Przyszłościowych X-menów, która warowała przy Kitty i później walczyła z Sentinelami także trwała na posterunku przez kilka dni bez przerwy. Zakładam, że mieli warty ustawione na raty, że każdy mógł się chwilę zdrzemnąć, ale biedna Kitty nie miała takiej możliwości.
“…już piąty dzień tak stoimy…”
Skoro już jestem przy “biednej Kitty”, muszę wspomnieć o krytyce DOFP, na którą się natknęłam w Internecie. Rozumiem pretensje fanów, którzy są niezadowoleni, że film nie trzymał się komiksu, gdzie to właśnie Shadowcat cofa się w czasie by zapobiec wydarzeniom “Days of Future Past”. Ale że element ten wywołał oburzenie feministek?… to już mnie trochę przerasta. Okej, tak – zamieniono żeńską postać na męską, ale to naprawdę nie jest przejaw seksizmu!
Twórcy nie chcieli robić filmu o klasycznej podróży w czasie (gdzie przenosi się zarówno ciało jak i umysł), ale wariację na temat i to taką, która pozwoli im równocześnie pokazywać obie linie czasowe, przeszłą/przyszłą. Stąd pomysł by wysyłać w przeszłość nie czyjeś ciało, a czyjąś świadomość. A przecież nie można wysłać świadomości Shadowcat z The Last Stand w lata 70-te, bo Kitty się jeszcze wtedy nie narodziła. Żeby było śmieszniej, twórcy wcale nie od razu wpadli na pomysł wysłania wstecz Wolverine’a. Rozważali kilka o wiele bardziej komiksowych opcji: Bishopa, Cable’a, ewentualnie stworzenie nowej postaci, która mogłaby się cofnąć w czasie i którą można by pokazać w młodej/starej wersji. Ostatecznie jednak padło na Wolverine’a i to naprawdę nie bez powodu! Jak wspominałam wcześniej, Hugh Jackman od lat dźwiga ciężar X-menowej franczyzy na swoich barkach, poza tym Wolverine to postać, która się. nie. starzeje. Więc cały problem młodej/starej wersji całkowicie odpada. Oczywiście, znajdą się głosy, że to tylko wymówki, że po prostu nie wierzyli w to, że Elliot Page będzie w stanie “sprzedać” lub udźwignąć ten film. To akurat bzdura, bo Page jest świetnym aktorem i niejeden film już udźwignął. Problemem jest sama postać Shadowcat, która do tej pory w filmowej serii miała naprawdę mało czasu ekranowego, w tym większość tego czasu spędzała jako przeszkoda na drodze relacji Bobby’eog/Icemana i Rogue. Myszę więc nijak nie dziwi decyzja, by podmienić Shadowcat na Wolverine’a i naprawdę wkurza mnie doszukiwanie się w tym przejawu seksizmu. Rozumiem, że może to być tak interpretowane, ale i tak mnie to wkurza *hmpf!*
Shadowcat is fed up with your bullshit.
Ale dość narzekania i czepiania się drobiazgów – będziemy na to mieć kolejne dwa lata zanim wyjdzie X-men: Apocalypse. Tu oczywiście należy wspomnieć o scenie po napisach, która w przebłysku pokazuje nam samego Apocalypse’a (czyli Pierwszego Mutanta, który działał już w Starożytnym Egipcie, gdzie był brany za Boga). Mysz bardziej zaciekawiło to, że podczas powtórnego seansu, zauważyłam w tle, na wzgórzu za Apocalypsem, czterech jeźdźców na koniach. Czyżby był to ukłon twórców w stronę plotline‘u Czterech Jeźdźców Apokalipsy? Czyżby był to sygnał, że w X-men: Apocalypse pojawi się ten wątek?
I co w ogóle wydarzy się w tych najnowszych X-menach? Wiemy już, że na pewno wróci Quicksilver i wiemy, że twórcy zostawią w spokoju podróże w czasie i alternatywny przyszłościowy timeline w którym wylądował Wolverine, co oznacza, że znów wracamy bliżej klimatu i obsady First Class. Twórcy zapowiedzieli jednak, że w Apocalypse pojawi się kilka nowych postaci (w tym ich origin stories). Pytanie: czy chodzi im o postacie nowe dla timeline’u First Class, ale znane z kanonu (czyli np. Storm, Scott, Jean)? Czy chodzi o kompletnie nowe postacie (tak jak w First Class dostaliśmy ekipę młodych mutantów)? I czy kiedykolwiek spotkamy jeszcze młodych mutantów poznanych w Mrocznej Przyszłości DOFP – Blink, Sunspota, Warpatha, albo poznamy origin młodych, ale wciąż kanonicznych X-menów, takich jak Shadowcat czy Colossusa? Czy dowiemy się czegoś o Bishopie? Czy dowiemy się czegoś o mutantach pokazanych w DOFP w scenie ucieczki z kwarantanny w Wietnamie? Co się stało z Havokiem? Czy Toad dołączy do Brotherhood of Mutants Magneto? Czy dołączy do niego także Ink (ten z tatuażem symbolu “biohazard” na dłoni)? Kiedy Charles straci włosy? Kim była mała dziewczynka, którą w jednej scenie przytulał Peter Maksimoff? Czyżby to była jego komiksowa (starsza) siostra, Wanda?
Wanda? To ty? O_O
…tych i innych pytań jest wiele i pewnie nieprędko poznamy na nie odpowiedzi (choć Singer obiecuje, że Apocalypse wypełni kilka luk między DOFP a oryginalnymi X-menami).
Do tego czasu pozostaje nam robić sobie powtórki z X-menowych filmów, zarówno starych, jak i nowych. Można porównywać, dyskutować, rozkładać na czynniki pierwsze, krytykować, zachwycać się, wychwalać i oglądać w kółko.
Dla Myszy ważne jest to, że choć X-men: Days of Future Past jest pewnym spadkiem formy po X-men: First Class (czy oryginalnych X-men), niesie w sobie dużo dobrego i ogromny potencjał na przyszłość. A także ogromny ładunek fanowskiej frajdy, wnikliwych przemyśleń, dobrego aktorstwa, fajnych scen akcji, złożonych postaci, dobrej muzyki (czy wspominałam już jak bardzo kocham głównych motyw X-men oraz muzykę Mystique?), świetnych strojów i scenografii, cudownych smaczków oraz szczypty poczucia humoru.
Może i nie dostałam takiego filmu o X-men jaki sobie wymarzyłam, ale to co dostałam też jest zajebiste. I szczerze polecam, byście sami przekonali się, czy macie podobne do Myszy odczucia. Najlepiej więcej niż raz, bo film za drugim razem jest o tyle fajniejszy ^__^
To co, jak wrażenia?
Richard Davies
PS. Poniżej wrzucam kilka linków do artykułów/grafik, które w ciekawy sposób tłumaczą/wyjaśniają pewne nieścisłości między liniami czasowymi w DOFP a resztą filmów:
– cudowna info-grafika portalu Empire
8 powodów dla których, mimo chęci twórców, timeline i tak nie składa się w sensowną całość
– uber-długa, bardzo fanowska, rozrysowana w bazgrołach analiza filmu
oficjalny materiał promocyjny filmu, który pokazuje wydarzenia, które w pierwotnej lini czasu doprowadziły do Mrocznej Przyszłości
– cały blog (po angielsku) poświęcony wytłumaczeniem nieścisłości w liniach czasowych filmowych X-menów
kilka słów o “nowych” postaciach w DOFP: Blink, Bishop, Sunspot i Warpath
PS2. Na koniec kilka randomowych, fanowskich pisków/narzekań:
  • Jak to jest, że wszyscy w tym filmie wyglądali znośnie (Fassbender/Magneto wyglądał wręcz jakby zszedł z wybiegu, nie ważne czy był ubrany w więzienne wdzianko, sweterek, czy stylowy prochowiec i fedorę), tylko McAvoy wyglądał jak wyrzęty lump? Serio – rozumiem jeszcze tę tragiczną koszulę w kratę, ale te nieumyte, wiszące w strąkach włosy? A fe. Nic dziwnego, że wyłysiał, skoro tak o nie nie dba :P
Niby lata 70-te, a wszyscy wyglądają znośnie…
…tylko Charles się totalnie zapuścił.
  • podoba mi się, że w filmie pojawiły się dialogi po wietnamsku i francusku. Way to go international, Singer!
  • tak strasznie żałuję, że nie było więcej Blink. Nie dość, że to jedna z niewielu kobiecych postaci, to jeszcze na dodatek twórcy DOFP świetnie pokazali jej moc.
  • z kolei mocą Magneto w tym filmie wcale nie jest magnetyzm, tylko podzielność uwagi – unosił siebie, stadion i kontrolował Sentinele, szukał mocą metalowego safe roomu w Białym Domu i miał baczenie na otoczenie. Multitasker jak się patrzy :D
  • JFK był mutantem! *histeryczny śmiech*
  • film, w którym Ronald ReaganRichard Nixon (zawsze mi się mylą nazwiska!) nie jest złoczyńcą. No padłam ze zdziwienia, normalnie.
  • bardzo mi się spodobało, że scena uwolnienia Magneto (a właściwie jej początek z wycieczką do Pentagonu) był bardzo podobny do otwarcia X2 z Nightcrawlerem.
  • nie było mojej ukochanej Rogue! (tak, lubię filmową Rogue – so sue me)
  • czy tylko ja mam tak spaczony umysł, że mimo zapewnień Xaviera, że Mystique jest dla niego jak siostra, odbierałam pewne niuanse gry McAvoya tak jakby Charles żywił do Raven uczucia cokolwiek mało…ekhm, braterskie, a bardziej, tak po męsku, zazdrosne?
  • rozumiem, że Jennifer Lawrence na planie First Class dostała uczulenia na makijaż w związku z czym w DOFP miała na sobie kostium sięgający szyi, a na twarzy inny rodzaj makijażu, ale TO TAK STRASZNIE BYŁO WIDAĆ. Nie zrozumcie mnie źle – design postaci jest o niebo lepszy niż w First Class, gdzie Mystique z jakiegoś powodu miała męskie zakola. Ale nie podoba mi się fakt, że A) w DOFP wyraźnie widziałam różnicę między ciałem (matowy kostium) a twarzą (tzw. “tłusty” make-up); B) kolorystyka skóry Mystique jest o wiele ciemniejsza. Okej, jest to zgodne z komiksami – tam Mystique bywa wręcz granatowa – ale przez to wiele niuansów w grze Lawrence ginie w zbyt ciemnym make-upie. Poza tym, mimo tego jak “sztucznie” wyglądała Mystique w First Class, tamta wersja make-upu (tak, nawet te cholerne zakola) jest spójniejsza z tym, jak wyglądała w makijażu Rebecca Romijn w X-menach.
I tak źle….
… i tak niedobrze
(zwłaszcza na tym zdjęciu widać różnicę między
“tłusto” błyszczącym makijażem na twarzy,
a matowym, marszczącym się kostiumem)
  • Having said that, podoba mi się zmiana w make-upie Beasta. W First Class wyglądał jak skrzyżowanie granatowej persa z królikiem. W DOFP jest jaśniejszy i ma inną make-up na twarzy, przez co jest o wiele bardziej zbliżony wyglądem do Beasta granego przez Kelseya Grammer
First Class kontra DOFP
No zobaczcie: po lewej – Beast
po prawej – puchata kicia! :3